Najlepsze albumy roku 2015

Miejsca 30-21

Obrazek pozycja 30. Kurt Vile – b’lieve i’m goin down...

30. Kurt Vile – b’lieve i’m goin down...

Mniej banjo i pogłosów, więcej pianina i klarownej gitary. Kurt Vile nie próżnuje i cały czas rozwija swój warsztat, przypinając kolejne pinezki do rozległej mapy inspiracji amerykańskim pieśniopisarstwem. Ubiegłoroczny album Vile’a łatwo wrzucić do jednego worka z twórczością Maca DeMarco i choć jest to nie lada pochlebstwo, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Dwa kawałki, które tworzą oś albumu: „Pretty Pimpin’” oraz „Life Like This”, owszem, swoją zadziornością, lekkością vibe’u i pozornym niechlujstwem budzą słuszne skojarzenia z ulubionym songwriterem nowych czasów. Pomiędzy tymi chwytliwymi utworami kryje się jednak również cały zestaw numerów skromniejszych, bliższych klasyce spod znaku Neila Younga czy nawet Boba Dylana. Na „b’lieve i’m goin down...” znajdziemy więcej folku niż nawiązań do Pavement, to płyta osadzona raczej w klimatach rocka lat 70. niż album nagrany w duchu rozmemłanych i wiecznie niedojrzałych lat 90. Na szczęście Kurt Vile stroni od powagi niemal tak samo mocno jak na pierwszy rzut oka od środków czystości – bywa dowcipny, oderwany od rzeczywistości i fajny, nawet gdy czasem przynudza. (Marta Słomka) 

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 29. The Chills – Silver Bullets

29. The Chills – Silver Bullets

Powrót The Chills zdecydowanie nie stał się dla mnie wydarzeniem tej rangi, jakim jest dla Kuby Ambrożewskiego. To zresztą nigdy nie był mój ulubiony zespół z kultowej wytwórni Flying Nun. Żaden album nie zdołał w całości zaskarbić mojej sympatii, w czym na pewno nie pomógł fakt, że Martin Phillipps i spółka zrobili sobie pod górkę, we wczesnym okresie kariery nagrywając „Pink Frost”, jedną z najpiękniejszych piosenek w historii, po której usłyszeniu nie da się już nadużywać epitetu haunting. The Chills nigdy nie dosięgnęli tego poziomu, nie robi tego również „Silver Bullets”. To zresztą wyjątkowo nierówny album – wygrywa tam, gdzie odzywa się typowy kiwi-pop, za to odpada we fragmentach silących się na progresje, w których wkrada się nieco nachalne politykowanie i brzmienie najnudniejszego R.E.M („Underwater Wasteland” jest starcze i nieznośne). Ale i przy tego typu utworach można się uśmiechnąć - „Pyramid/When The Poor Can Reach The Moon” przypomina psychodeliczne rock opery lat 60., co wpierw zaskakuje, a zanim zdąży odrzucić, przeradza się w typowo Chillsową piosenkę. „Silver Bullets” znalazło się na tej liście przede wszystkim dzięki tym skromnym, janglującym kawałkom, które nie próbują zmieniać świata. Same „Warm Waveform”, z zaraźliwą partią gitary na sprężynowym pogłosie, i wspaniały kawałek tytułowy, który wręcz dumnie krzyczy „dunedin sound forever!”, zapewniają The Chills przedostatnią pozycję w zestawieniu. (Karol Paczkowski)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 28. Syny – Orient

28. Syny – Orient

Syny biorą na warsztat elementy z osiedlowego rapu, by opowiedzieć o żywocie muzyka-prekariusza - o pożyczaniu pieniędzy od własnej babci, o urazie do „grantozy” środowisk artystycznych, o drogim wegańskim żarciu. Nie jest to bynajmniej ani hołd dla głosu ulicy, ani tym bardziej jego parodia, jak często zarzucono w recenzjach. 1988 (kiedyś Etamski) wykorzystuje lo-fi jako narzędzie twórcze, dzięki czemu beaty, na których nawija Piernikowski brzmią jakby były nagrane w wykombinowanej po znajomości piwnicznej salce prób. (Andżelika Kaczorowska) 

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 27. Alameda 5 – Duch Tornada

27. Alameda 5 – Duch Tornada

Godnym podziwu jest, jak w równie zwartym gąszczu literackich, filmowych i, no dobrze, od tego należałoby zacząć, muzycznych inspiracji, kwintetowi Buhl-Iwański-Jędrzejczak-Ziołek-Zieliński udało się uniknąć chaosu i pretensjonalności. Muzyczna wrażliwość, znajoma wszystkim entuzjastom „Późnego królestwa” oraz twórczości Starej Rzeki, T'ien Lai, Kapitalu czy Innercity Ensemble, przenika się tu z fascynacją science-fiction, ekspozycją rytmu i wykorzystaniem tak egzotycznych instrumentów jak bansuri, okaryna czy darbuka. Posuwając się do banalnej analogii – eklektyzm tego materiału przywodzi na myśl strukturę prawdziwego tornada, porywającego wszystko, co napotka na swej drodze. Tyle tylko, że tutaj elementy z zupełnie innych bajek układają się w regularną, przemyślaną i niepowtarzalną audialną mozaikę. Spokojnym okiem cyklonu byłyby więc np. takie tracki jak rozpoczynający tracklistę „d u c h” czy „Magiczne miasta ze światła I”, jednak prawdziwa siła albumu, o czym wspominałem już obszerniej tutaj, znajduje ujście w repetycjach (utwór tytułowy) i równoległym, często rozimprowizowanym prowadzeniu wielu ścieżek. Momentami „Duch Tornada” koresponduje wręcz w swej dionizyjskości z dziełami pokroju „Amboss” Ash Ra Tempel. Trudno chyba o lepszy komplement. (Wojciech Michalski)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 26. Chelsea Wolfe – Abyss

26. Chelsea Wolfe – Abyss

Ci, którzy znają dotychczasową twórczość Chelsea Wolfe, wiedzą, jak daleką drogę przeszła od czasów „Mistake In Parting”. Po (między innymi) gotycko-rockowym „Apokalypsis” i akustycznym, eteryczno-folkowym „Unknown Rooms” wydała album „Pain Is Beauty”, na którym skierowała się w stronę kompozycji potężniejszych brzmieniowo, inspirowanych industrialem i darkwavem. Wydaje się jednak, że to właśnie na „Abyss” Wolfe wypracowała wyrazisty styl, do którego zmierzała przez wszystkie etapy swojej kariery.

Artystka wielokrotnie wspominała, że na ostatniej płycie czerpała przede wszystkim z estetyki snu i nieświadomości. Stąd tyle tu nieuchwytnych dźwięków tła: oddechów, urwanych partii wokalnych, szelestu talerzy perkusyjnych. Z tego punktu widzenia ostatnia płyta Wolfe ma klimat równie eteryczny jak jej poprzednie dokonania. Tym razem jednak zawarte w jej muzyce impresje ujęte są w zniuansowane, dopracowane brzmieniowo całości. Przyczyniają się do tego zwłaszcza rytm i tempo kompozycji, a perkusja wybija się na pierwszy plan, nadając utworom nastrój. Raz, jak w „Carrion Flowers”, napędza utwór szybkimi, jednostajnymi uderzeniami, atakuje słuchacza z siłą charakterystyczną dla no wave’u. Zaraz potem stopniowo zwalnia: w „Iron Moon” brzmi stonerowo, a już w „Dragged Out” – całkiem doomowo, przy czym wrażenie to wzmaga wybrzmiewający w tle dzwon. W kolejnych utworach, takich jak „Crazy Love”, zdarza jej się milknąć, a kompozycję rytmizuje powtarzająca się, smyczkowa fraza. W utworze tytułowym tę samą rolę gra partia klawiszy – atonalna i niepokojąca, zamykająca płytę w naprawdę wielkim stylu.

„Abyss” ma w sobie mnóstwo sprzeczności: to płyta równie fascynująca, co momentami nieprzyjemna. W ten sposób wyjątkowo trafnie wyraża to, co dzieje się w umyśle w trakcie snu – wtedy, gdy najbardziej niepasujące do siebie wątki splatają się w ciągłą opowieść. (Ania Szudek)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 25. Viet Cong - Viet Cong

25. Viet Cong - Viet Cong

Kwartet z Kanady na początku minionego roku pokazał swoim albumem, że dobre opinie na temat EP-ki „Cassette” nie były przypadkowe. W obrębie całego debiutu widać wszystkie vietcongowe oblicza: krautrockowe („Pointless Experience”), progresywne („Bunker Buster”), melodyjne („Silhouettes”) oraz noise'owe („Death”). W całym tym swoim upodobaniu do kombinowania muzycy nie zapominają o tym, co najważniejsze: aby tworzyć chwytliwe, zapamiętywalne numery. Wszystkie kompozycje z płyty oparte są na bezbłędnych, wręcz transowych partiach perkusji, agresywnych riffach gitarowych oraz wyraźnym basie; to wszystko razem składa się na serię numerów, które są jednocześnie radiowo przystępne, ale również szalenie pokombinowane. Mówię wam: nie było w tym roku lepszej płyty post-punkowej. (Marcin Małecki)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 24. Pinkshinyultrablast – Everything Else Matters

24. Pinkshinyultrablast – Everything Else Matters

Rosyjski oddział shoegaze'owy zaatakował nagle, błyskawicznie anektując w 2015 roku naszą sympatię przy pomocy uzbrojenia nieco archaicznego, w większości pochodzącego z wczesnych lat dziewięćdziesiątych. „Everything Else Matters” to jedna z tych płyt, które sprawiają, że mamy ochotę wrócić do dokonań klasyków i porównać je z nagraniami współczesnych naśladowców, którym udało się wywołać niejedno wzruszenie i sentymentalne pytanie: czy aby na pewno to se ne vrati? Pinkshinyultrablast, inspirując się dokonaniami Cocteau Twins czy My Bloody Valentine, nie weszli jeszcze na poziom opisywany przez Harolda Blooma jako apophrades i, co mogłoby im się przydać, nie odczuwają przesadnego lęku przed wpływem, ale na pewno nie lękają się czerpać pełnymi garściami z dobrych źródeł, by ruszać z budzącą uznanie energią i pasją oraz z zaciśniętymi pięściami na zdobyte już barykady. Wyważają otwarte drzwi? Tak, ale robią przy tym mnóstwo dobrego hałasu. Epigoni? Tak, ale everything else matters. (Piotr Szwed)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 23. T’ien Lai - RHTHM

23. T’ien Lai - RHTHM

Prawdopodobnie nie da się uciec teraz od tego tematu, więc nie będę się krępował - 2016 rok przywitał Kubę Ziołka Paszportem „Polityki” i teraz będzie mógł zebrać żniwo wielu lat wytężonej działalności wydawniczej i wykuwania własnego stylu. W tym wypadku sprawdza się też stare porzekadło, że „sukces ma wielu ojców” - Ziołek nie jest samotną wyspą i nigdy w swoich zespołowych projektach nie aspirował do pozycji gwiazdy i lidera. W naszych skromnych podsumowaniach reprezentanci sceny bydgoskiej, z której wyrósł muzyk, są już trzeci rok z rzędu. Tym razem gości tutaj m.in. projekt T’ien Lai ze swoim drugim albumem „RHTHM”, którego tytuł dobitnie wskazuje na czym najbardziej skupia się duet Kuby Ziołka i Łukasza Jędrzejczaka (mówiąc o scenie, nie można też pominąć wkładu wielu gości, którzy przyczynili się do zmiany brzmienia projektu). Hałas i sample nadal są istotnymi elementami kompozycji, lecz teraz spełniają rolę nadbudowy, a nie bazy. Nie znikła jednak tajemnicza aura, która osnuwała debiutanckie „Da’at”, rytm eksplorowany jest, mówiąc najogólniej, w duchu krautrocka, new age’u i muzyki świata. Tego typu wycieczki są ostatnio domeną Kuby Ziołka, jednak to właśnie w T’ien Lai przybierają one najciekawszą formę. (Krzysztof Krześnicki)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 22. Carly Rae Jepsen - E•MO•TION

22. Carly Rae Jepsen - E•MO•TION

Dla wielu wykonawców hit na miarę „Call Me Maybe” mógłby paradoksalnie stać się kamieniem u szyi, przez gigantyczną popularność jaka za nim szła. Presja związana z próbą powtórzenia tak wielkiego sukcesu wydaje się być paraliżująca. Potrzeba wiele dojrzałości, samoświadomości i kreatywności, by oprzeć się pokusie zejścia na ścieżkę celebrycką. Na szczęście na swoim najnowszym albumie Carly wykazała się powyższymi zaletami i nagły sukces wykorzystała w celu otwarcia wszystkich drzwi, które wcześniej mogły pozostawać przed nią zamknięte. Na „E•MO•TION” Jepsen zgromadziła sztab rozchwytywanych producentów i współpracowników, takich jak Dev Hynes, Sia i Ariel Rechtshaid (pomagał między innymi Madonnie, Justinowi Bieberowi, Sky Ferreirze i Usherowi). Wraz z nimi dołożyła wszelkich starań, by nagrać spójny album, który nie będzie składał się tylko z trzech świetnych singli i dziesięciu wypełniaczy. Tym samym zostawiła wielkie i aspirujące gwiazdy mainstreamowego popu daleko w tyle. Być może Carly nie ma szczególnie poważnej historii do przekazania, lecz „E•MO•TION” na pewno katowali wszyscy poptymiści, tęskniący za tanecznym graniem w stylu Sophie Ellis-Bextor czy Kylie Minogue. (Krzysztof Krześnicki)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 21. Alva Noto – Xerrox Vol. 3

21. Alva Noto – Xerrox Vol. 3

Steve Hauschildt i Fabio Orsi nagrali w tym roku piękne, wylewne uczuciowo ambienty, ale niespodziewanie to Alva Noto staje na pierwszym miejscu podium w tej klasyfikacji. Sam Carsten Nicolai przyznał, że to najbardziej emocjonalny album w jego karierze. Z jakichś powodów ten zwrot w stronę organiczności w elektronice jest mi bliższy od krążków, które wyważają drzwi dyskursów, ale w teście samego ucha często bywają już tylko chwilową ciekawostką albo zwykłym muzakiem cierpiącym na przerost kontekstów. „Xerrox Vol. 3”, podobnie jak najmocniejsze albumy Fennesza czy Heckera, jest pełne - interesujące i piękne.

Przyznam, że raczej nie jestem targetem wytwórni raster-noton, a twórczość Alva Noto opanowałem bardzo wybiórczo. Ale „Xerrox Vol. 3” spokojnie broni się poza środowiskiem, Nicolai nagrał zaskakująco uniwersalny album, wcale nie rezygnując przy tym z ambicji. Wyszedł mu ambient w najlepszym i zarazem najgorszym wydaniu. Tak jak najlepsze dzieła gatunku, okazuje się totalnym niewypałem w swojej ambientalności, bo za mocno angażuje odbiorcę. Nawet w błogim, minimalistycznym pejzażu „Xerrox Isola”, w którym na dobrą sprawę nie dzieje się nic, czego już byśmy nie znali, Nicolai moduluje struny i wodniste klawisze z takim pietyzmem, że zdecydowanie bliżej mu do perfekcjonizmu IDM-owców z lat 90. niż ambientów preparowanych na pierwszej lepszej wtyczce w DAWie w kilkanaście minut. W najpłynniejszych kompozycjach wciąż odzywają się mikrodźwiękowe poszukiwania Nicolaia, dzięki czemu „Xerrox Vol. 3” wyściela konstelacja glitchowych plam, które pozwalają się śledzić, nie narzucając się przy tym uszom w przypadku załączenia trybu relaksu. Jest coś staroświeckiego w takim podejściu do muzyki, ale nie mam tu na myśli niczego pejoratywnego, raczej skojarzenie z rzadkim, powoli zapominanym kunsztem.(Karol Paczkowski)

Recenzja albumu >>

Screenagers.pl (21 stycznia 2016)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także