Ocena: 8

Carly Rae Jepsen

E•MO•TION

Okładka Carly Rae Jepsen - E•MO•TION

[604/School Boy/Interscope; 21 sierpnia 2015]

Mój prywatny problem z długograjami mainstreamowego popu jest taki, że rzadko którego materiału jestem w stanie słuchać na ripicie w całości. Problemem jest zazwyczaj zła selekcja utworów lub złe wybory stylistyczne. Czasem np. błędem artystów jest silenie się na eksperymenty czy próby poruszania tematów poważnych i aktualnych. Wtedy robi się pompatycznie i czar prostych, bezpretensjonalnych piosenek z reszty płyty pryska. Jest też kwestia nudy, czyli nieumiejętność utrzymania napięcia w wymiarze albumowym. Archetypowe arcydzieło popu powinno więc charakteryzować się różnorodnością, ale też umiarem, odpowiednim zrównoważeniem bangerów i wyciskaczy łez. Borys Dejnarowicz pisał kiedyś o albumach, które brzmią jak składanki greatest hits i nie zawierają ani jednego zapychacza. To oczywiście przykład ekstremalny, gdy artystom wyjdzie taki krążek, gdzie nie da się wepchnąć nawet szpilki między gęsto ubite hooki. Takie płyty zdarzają się może raz na dekadę. Nie mam aż takich wymagań wobec tych, którzy znajdują się dziś na piedestale komercyjnego popu.

Kuba Ambrożewski zachwycający się bogatą w dobry songwriting i produkcyjne subtelności płytą „Red” Taylor Swift objawił wówczas typową tęsknotę za idealnie skrojonymi zestawami popowych piosenek. Nie ma co ukrywać, że każdy z nas, piszących na co dzień o swoich ulubionych hip-hopach, industrialach czy shoegaze'ach, na takie płyty również czeka. Jeszcze raz podkreślam, PŁYTY, nie single, bo te, w przebłyskach geniuszu, potrafią się przytrafić nawet najgorszym fajansiarzom. Autorką takiego właśnie nadludzko chwytliwego hitu była bohaterka niniejszej recenzji. „Call Me Maybe” niezależnie od tego, czy zostało znienawidzone za zbyt dużą ilość odtworzeń we wszystkich możliwym miejscach pobytu homo sapiens, było perełką na miarę „Since U Been Gone” czy „Girlfriend”.

Na krążku „Kiss” było jeszcze parę takich obłędnych tracków, jak choćby utwór tytułowy, będący inkarnacją „Teenage Dream” Katy Perry, „Curiosity” czy zabójczy opener „Tiny Little Bows”. Pierwsza płyta Kanadyjki to przede wszystkim dziewczęcy urok i proste, ale nie prostackie syntezatorowe granie. Były też niestety momenty niechlubne w postaci mdłych ballad. Poza tym, zmora dużej ilości dobrze się zapowiadających popowych albumów, czyli nietrafione duety. Sorry, ale koleś z Owl City mógłby poprzestać na robieniu złego PR-u samemu sobie. Wszystko to składało się na album przyjemny, w większości poprawny, czasem tylko zbaczający na złą stronę, ale na pewno nie błyszczący należycie, nie wypacający ostatnich kropli z wyczekujących złotych hooków popowych onanistów.

Wystarczyło poczekać zaledwie trzy lata, by piosenkarka zrewidowała swój styl i weszła do studia z bardzo klarowną wizją tego, co chce osiągnąć na popowym poletku. Znów przychodzi mi na myśl Katy Perry, gdyż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Carly realizuje to, co jej (tj. Katy) udawało się tylko czasem. Na przykład w czwartym singlu z „Prism”, czyli „Birthday”. To połączenie funkującej sekcji i oplatającego zgrabny bas synth-popu, urokliwe i delikatne, a jednocześnie osadzone na solidnych rytmicznych fundamentach jest na „E•MO•TION” obecne cały czas. Jepsen nie jest oczywiście jedyną osobą, którą należy pochwalić, bo wysoka jakość materiału to też zasługa licznych współautorów i producentów tych piosenek. W creditsach aż roi się od zdolnych Szwedów. Petera Svenssona – power-popowego magika z The Cardigans – przedstawiać nie trzeba, podobnie zresztą jak utworu, który tu dołożył, bo to singiel „I Really Like You”. Są tu też twórcy odpowiedzialni za hity z „1989” Taylor Swift, czyli szwedzki duet producencki Mattman & Robin oraz Shellback, tutaj dokładający swoje trzy grosze do udanego openera „Run Away With Me” i otępiającego hooku „Gimmie Love”. Z młodych wilków święcących ostatnio triumfy należy też wymienić Ariela Rechtshaida, czyli współautora dekadenckiego debiutu Sky Ferreiry – tu firmującego swym nazwiskiem znakomitą słodko-gorzką balladę „All That”. Wreszcie Rostam Batmanglij, na co dzień muzyk Vampire Weekend, na tym albumie współautor najlepszego moim zdaniem mrocznego synth-popowego „Warm Blood”, który słusznie został oddelegowany do promowania krążka jako drugi singiel.

Ale właśnie, piosenki! Bo to one są najważniejszymi bohaterami tej płyty. Przy pomocy tych utworów Jepsen zostawia bezpośrednią konkurencję daleko w tyle. Weźmy takie „LA Hallucinations”, które brzmi jak bardziej pełnokrwista wersja motorycznego bangera w stylu Keshy. W takim „Your Type” Kanadyjce udaje się zaś wyciągnąć refren, o jakim marzyłoby się pewnie zapatrzonej w ejtisowy pop-rock Lady Gadze. Tak samo „Boy Problems”, piosenka à la girl power okraszona rewelacyjnym (ten bas!) refrenem, łobuzersko chwytliwa niczym Madonna czy Cindy Lauper. Trzeba przyznać, że zanurzenie albumu w nostalgicznej przeszłości nie jest, jak to niestety często bywa, li tylko kserokopią brzmień lat osiemdziesiątych, tylko bajecznie kreatywną zabawą z najlepszymi patentami tamtych czasów. Płyta ta nie wytycza nowych dróg, nie pełni roli futurystycznego drogowskazu dla muzyki na najbliższe lata. Nie taka zresztą jest jej rola. Wystarczy, że „E•MO•TION” można słuchać na ripicie i czerpać radość z jakości tych piosenek. Tak świadome, od początku do końca sprawnie zrealizowane, zestawy wysokoprocentowych hitów są dziś niestety rzadkością.

Michał Weicher (20 sierpnia 2015)

Oceny

Jędrzej Szymanowski: 8/10
Piotr Szwed: 7/10
Średnia z 2 ocen: 7,5/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: zdegustowany
[24 sierpnia 2015]

aż 8, serio?
Gość: Słoń Czepialski
[20 sierpnia 2015]
“Kiss” to nie był jej pierwszy album.
Gość: porcysiak
[20 sierpnia 2015]
A są wykwintne progresje akordów?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także