Najlepsze albumy roku 2009

Miejsca 1 – 10

Obrazek pozycja 10. Junior Boys – Begone Dull Care

10. Junior Boys – Begone Dull Care

Raczej nikt nie ma wątpliwości, że „Begone Dull Care” ustępuje nieco swoim poprzednikom. Poprzeczka została ustawiano bardzo wysoko; „Last Exit” to jeden z najlepszych oraz najważniejszych albumów dekady, a „So This Is Goodbye” również we wszelkich podsumowaniach powinno znaleźć się na bardzo wysokim miejscu. Jednak pomiędzy tymi krążkami a „Begone Dull Care” w żadnym wypadku nie znajduje się przepaść, sprawa bardziej rozchodzi się o pewne niuanse, które i tak nie mają większego znaczenia, kiedy zagłębimy się już w sam materiał. Bo choć trochę częściej niż wcześniej zdarzają się przestoje, tak przecież obce dla Junior Boys, to takie utwory jak „Hazel” czy „Bits And Pieces” z łatwością zmiatają całą konkurencję z parkietu, z miejsca wynagradzając niemal wszystkie niedociągnięcia bądź też niezbyt ekscytujące momenty. Nie słuchajcie malkontentów: Kanadyjczycy w dalszym ciągu tworzą jak na zawołanie kapitalne glitch-synth-popowe przeboje, okraszając je odpowiednim songwritingiem. Po kilkukrotnym przesłuchaniu krążka nie sposób uwolnić się od tych piosenek, dlatego pogłoski o słabszej formie Junior Boys zdecydowanie są przesadzone. (kk)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 9. The xx – XX

9. The xx – XX

„Weź mnie!”, krzyczała do mnie debiutancka płyta The xx ładnych kilka miesięcy, ale ignorowałem, ostentacyjnie zlewałem, udawałem, że jej nie ma. Jeszcze jesienią byłem gotów nominować ich co najwyżej do Miazgi lub Łazęgi w kategorii „najgorzej wyglądający zespół roku”. I gdyby nie wrodzona obowiązkowość, może nawet tak by zostało, a mi przeszedłby koło nosa najlepszy, chyba, debiutancki krążek 2009. Bo widzicie, większość brytyjskiej sceny w ostatnim czasie jest mało wciągająca, chyba że macie na myśli to drugie. A The xx przeciwnie – wystarczy kilka taktów disco-infernowatego „Intro” i jesteśmy w środku na następne 38 minut. Wszystko tu wydaje się takie malutkie, maluteńkie, że aż maciupcie – te mikrusie melodyjki, jakby zagrane na lilipucich instrumencikach, zanucone przez zakompleksione, zawstydzone głosiki dziewczynki i chłopczyka. Choć śpiewają o rzeczach wielkich i odległych (sama poetyka tytułów: „Infinity”, „Stars”, „Islands”), to grają cichutko, cichusieńko, jakby nie chcieli obudzić sąsiadów z popołudniowej drzemki. (ka)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 8. Tigercity – Ancient Lover

8. Tigercity – Ancient Lover

Nasi redakcyjni ulubieńcy na swoim długogrającym debiucie porzucili frywolną popowość na rzecz szalonego romansu z gitarami, wzbudzając tym faktem lawinę kontrowersji i nie do końca uzasadnionej krytyki. Prawdą jest, że „Ancient Lover”, w przeciwieństwie do niemal powszechnie uwielbianego „Pretend Not To Love” nie zwala co i rusz z nóg olśniewającymi motywami. O sile tej płyty – dokładnie tak jak pisał Kuba w naszej recenzji – stanowi na tyle obfita garść fantastycznych momentów, że z powodzeniem można by obdzielić nimi lwią część tegorocznych piosenkowych wydawnictw. Mocarny riff „Fake Gold”, słodycz „My Type” czy łamiący serce refren „Mallory” to wciąż to samo Tigercity, które jakiś czas temu pokochaliśmy. I nawet jeśli uwierzyć hiperkrytycznym głosom lamentującym, że kompozycyjnie Tigercity nawet przez chwilę nie zbliżyli się tu do poziomu genialnej EP-ki, to zapewne i tak w podsumowaniu dekady Brooklyn zasili swoją reprezentację o kolejnych wielkich graczy. Bo Tigercity swoje już zrobili. We can take a ride uptown, pewnie, że tak. (bi)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 7. Dinosaur Jr. – Farm

7. Dinosaur Jr. – Farm

Nie dajcie się zwieść wrażeniu, że skoro album Dinozaurów jest tak wysoko to znaczy, że znalazł się tutaj w ramach „nagrody za całokształt”, względnie w celu dodania do puli czegoś gitarowego. Mascisowi i kolegom udała się bowiem rzecz niezwykła. Dwa lata temu dokonali udanego powrotu, nagrywając bardzo konkretny „Beyond”, a teraz przebijają tamten album zdecydowanie lepszym „Farm”. Jeszcze większym osiągnięciem jest to, że pomimo operowania w swojej stylistyce Dinozaur ani przez chwilę nie próbuje oszamać własnego ogona. Melodyjność udało połączyć się ze spójnością całości tworząc rzecz, która może nie będzie stawiana obok „You’re Living All Over Me” i „Bug”, ale w bardzo twórczy sposób przypomina czasy, kiedy Dinosaur Jr. krocząc po Ziemi zostawiał ślad, którym podążali inni wybitni. „Farm” to godzinna gitarowa jazda bez zbędnych ozdobników i dałbym wiele, aby grupa znalazła naśladowców przynajmniej tak dobrych jak dwadzieścia lat temu. To marzenie maksimum, marzenie minimum: więcej takich powrotów po latach – skazanych na pożarcie, a jadących z konkurencją niczym jurajska bestia. (ww)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 6. Kapela Ze Wsi Warszawa – Infinity

6. Kapela Ze Wsi Warszawa – Infinity

Kiedyś jeden mój znajomy, chcąc pokazać Anglikom jakąś polską muzykę, zabrał ze sobą do Londynu płytę Myslovitz i to jest dla mnie absolutny rekord świata w kategorii „wożenie drzewa do lasu”. Było to bodajże jakoś w okolicach 2002 roku, gdy nikt jeszcze nie słyszał w Polsce o freak-folku, a Kapela Ze Wsi Warszawa już go grała, udowadniając, że muzycznych inspiracji nie trzeba szukać za morzem czy oceanem, bo czasem wystarczy po prostu rozejrzeć się wokół siebie. Ostatnie dzieło warszawiaków, „Infinity” nie ma niestety (bo nie może mieć) siły rażenia znanej z „HopSaSa” czy „Wiosny Ludu” (wiele osób opowiada o zetknięciu się z ich muzyką w kategorii szoku poznawczego). Żaden więc żuraw nie dziobie nas po głowie, żaden koń nie kopie w brzuch, żaden szaton nie porywa do piekła. Wiemy czego się po nich spodziewać, więc siedzimy sobie spokojnie i wielce wybredni, krytyczni i sceptyczni słuchamy „Infinity”, a ona po prostu okazuje się jedną z najlepszych tegorocznych płyt. Taka to kapela! (psz)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 5. Phoenix – Wolfgang Amadeus Phoenix

5. Phoenix – Wolfgang Amadeus Phoenix

Część naszej redakcji (mam nadzieję, że więcej niż dwuosobowa) śledzi poczynania Phoenix od długiego już czasu. I z uśmiechem możemy teraz przyznać, że Francuzi są jak prężna roślinka, pnąca się coraz wyżej w górę przez dokładnie to samo dziesięć lat, które umownie nazywamy dekadą w muzyce. Bo przecież to Thomas Mars i spółka debiutowali w 2000 roku albumem „United” z singlem na miarę dekady, „Too Young”. Pokazali klasę również na niektórych momentach „Alphabetical”, wciąż będąc jednak ledwie ambitnym drugoligowcem. Kiedy trzy lata temu naszym uszom ukazało się „It’s Never Been Like That”, było już słychać, że rejony siódemkowe to minimum, poniżej którego Phoenix nie za bardzo chcą schodzić (do teraz żałuję, że zaspałem z podpromowaniem tego albumu i zmieścił się on ledwie niezauważony w szortach). Dzisiaj, kiedy dekada się kończy, Phoenix w idealny sposób spięli klamrą swoją działalność z ostatnich 10 lat. „Wolfgang Amadeus Phoenix” (tytuł odpowiednio podniosły dla takiej płyty) to z pewnością milowy krok w ich karierze. I tak, kiedy „Too Young” mogło być ich jedyną spadającą gwiazdą, fuksem tylko zapamiętaną po dziesięciu długich latach, z perspektywy czasu jest niesamowitą zapowiedzią tegorocznej płyty i takich hitów, jak „Lisztomania” i „1901”, którymi zachwycaliśmy się cały bieżący rok. (kjb)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 4. The Flaming Lips – Embryonic

4. The Flaming Lips – Embryonic

Poprzednia płyta The Flaming Lips, „At War With The Mystics”, wygrała nasz plebiscyt na płytę roku 2006. Nie wiem, czy Wayne Coyne doszedł do siebie po tym ogromnym wyróżnieniu i czy płakał z radości, ale wygląda na to, że ochłonął. Doszedł też do wniosku, że drążenie tych samych wątków nie ma już sensu, po czym kompletnie ześwirował. Efektem tej całej zawiłej sytuacji jest „Embryonic”, które jawi się kolejnym, trochę niespodziewanym zwrotem artystycznym w karierze tej grupy. Tym razem popularne flamingi otarły się o podium, ale nie to jest tutaj najistotniejsze. „Embryonic” to rzecz, która być może rozpoczyna nowy rozdział w twórczości zespołu, czego nie można było powiedzieć o jego dwóch poprzednich płytach – niezależnie od tego, czy wyżej stawiacie „Yoshimi Battles The Pink Robots”, czy najnowsze dzieło amerykańskiej grupy. Flaming Lips nadal są krzywym zwierciadłem kultury masowej, ale tym razem nie potęgują tego wrażenia, raczej zaprzestali słodzenia melodii cukrem. Wyjątkiem jest tylko ckliwe „If”. Reszta kompozycji to eksperymenty, których podstawą jest nadal piosenka, ale już inaczej rozumiana (patrz: druga część płyty). Całością rządzą melodie rozjechane, często urywane bądź zakłócane dziwnymi hałasami lub stłamszonym opętańczym krzykiem („The Sparrow Looks Up At The Sun”, „Worm Mountain”). Ta płyta budziła kontrowersje i pewnie nadal będzie je budzić. Ale jedno jest pewne. Andrzej Buda nie miał racji mówiąc: Wydany 2 miesiące temu podwójny album weteranów z Oklahomy raczej nie znajdzie się w czołówce podsumowań 2009 roku. Dlaczego? Myślę, że na obecnym etapie kariery zespół zagubił się. My tak o tym nie myślimy. (pw)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 3. Grizzly Bear – Veckatimest

3. Grizzly Bear – Veckatimest

Doprawdy nie wiem, jak pisać o tej płycie. Każdy odsłuch „Veckatimest” zabiera mnie w świat, gdzie wyświechtany zappowski szlagwort o architekturze nabiera zupełnie nowego sensu. I wydaje się, że nie tylko ja mam taki problem z tym albumem. Większość widzianych przeze mnie recenzji albo zręcznie omijała temat samej muzyki, albo kokietowała czytelników wyliczanką błyskotliwych skojarzeń. Jak więc mówić o usystematyzowaniu zagadnienia? „Veckatimest” to monolit, płyta wręcz pomnikowa. Przesiąknięta na wskroś bogatymi amerykańskimi tradycjami, co nastręcza sporo niedogodności: każdy kolejny odsłuch skutkuje wyłapaniem nowych, niedocenionych dotychczas motywów powodując wielogodzinne zawieszki. Podobne do tych, które może zrodzić uświadomienie sobie, że ta płyta ma przecież mnóstwo wspólnego z quasi-letargiczną atmosferą późnych nagrań Beach Boys. Jeśli ktoś jest totalnym minimalistą, niech zacznie od „Dory”, dla mnie to czterominutowy ekstrakt albumu: niemal-madrygalna struktura pokryta platyną harmonijnych zaśpiewów i zrywanych progresji akordów koi duszę z fenomenalną skutecznością. Zresztą, cały „Veckatimest” uspokaja. Tak jak teraz, kiedy za oknem płatki śniegu wyprawiają takie same cuda jak foliówka w słynnej scenie z „American Beauty”, a chórki w „Foreground” zadają ostateczny cios ludzkiej wrażliwości. (bi)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 2. Dirty Projectors – Bitte Orca

2. Dirty Projectors – Bitte Orca

Dave Longstreth jest artystą totalnym – obiektywna prawda. To człowiek, który po latach izolacji we własnych fascynacjach i tworzeniu niekoniecznie powszechnie rozumianych oraz przyswajanych płyt, skręcił w stronę, gdzie zdawać by się mogło, dla takich indywidualności nie powinno być miejsca. Dirty Projectors AD 2009 jest zespołem o stricte popowym obliczu – nie do końca prawda. „Stillness Is The Move” to singiel skończony, 5-minutowe arcydzieło, do spółki z Animalami i Grizzly Bear przenoszące piękny, kolorowy, ale i eksperymentujący, współczesny pop/ folk do czystego mainstreamu (czyż liczby sprzedanych płyt nie mówią same za siebie?). Niemniej całe „Bitte Orca” stanowi coś więcej niż zestaw ładnych, chwytliwych piosenek. Longstreth po profesorsku uczy, jak interpretować standardy mistrzów pokroju Davida Byrne'a, robiąc przy tym coś absolutnie nowatorskiego i niespotykanego we współczesnym świecie. „Bitte Orca” jest płytą dla każdego – w sumie prawda. Jakże smakowity kąsek musi to być dla muzycznych formalistów, kochających się w rozkładaniu utworu na czynniki pierwsze. U Dirty Projectors jest co rozkładać, oj jest. Wszystko wielokrotnie przemyślane, zero zbędnych dźwięków, żadnej nadprogramowej, niepotrzebnej nuty. Z drugiej strony to krążek piosenkowy, dopieszczony melodyjnie, cudownie wyreżyserowany w partiach wokalnych. „Bitte Orca” przerasta możliwości percepcyjne zwykłego, nieskupionego człowieka – najszczersza prawda. W konfrontacji z takimi arcydziełami jak album Dirty Projectors wszyscy, chcąc nie chcąc, stajemy się malutcy. I właśnie to jest najpiękniejsze. (kw)

Recenzja płyty >>

Obrazek pozycja 1. Animal Collective – Merriweather Post Pavilion

1. Animal Collective – Merriweather Post Pavilion

Przez dwa tygodnie do wordowskiego okienka nie mogłam wstukać nic ponad hasło: Animal Collective – Merriweather Post Pavilion. Poważnie. Mija dziesiąty rok naszej znajomości z tym zespołem, dwunasty miesiąc od premiery ich ostatniego albumu, a jedyną powracającą jak mantra myślą, której mogłam się uczepić, była wątpliwość: jakim cudem, do jasnej cholery, ustrzelili numer trzynasty na liście Billboardu. BILLBOARDU. Nie iTunes, nie top dwadzieścia najpopularniejszych torrentów; nie empetrójki, które w świadomość potencjalnego odbiorcy Animal Collective wpisane są niczym kod dna. Chodzi o rejestr sprzedaży plastikowych krążków, hej. To nie historia zespołu Chicago, który zaczynając od umiarkowanie eksperymentalnych, jazzujących form, trzynastominutowych suit, podwójnych wydawnictw etc., w latach siedemdziesiątych na wysokości czwartego długograja zaczął przesuwać kursor ku przyjemnym softrockowym refrenom, zamszowym harmoniom i oryginalnemu, acz bliskiemu poprockowej formule, songwritingowi, podbijając tym samym rokrocznie sam szczyt zestawienia sprzedaży winyli. Animal Collective od czasu „Spirit They’re Gone, Spirit They’ve Vanished” przeszli niesamowicie długą drogę, zmieniając brzmienie, stosunek używania żywych instrumentów do sampli, pełzając od folkowych inklinacji ku acidhouse’owym konotacjom, łapiąc coraz większy fokus na melodie, i tak dalej, ale po prawdzie, to jest wciąż ten sam ekstrawagancki i hermetyczny zespół, który poznałam kilka dobrych lat temu. Wrzuciłam ostatnio „Merriweather” gdzieś pomiędzy zbiór przypadkowych numerów i gdy po „Brother Sport” wybrzmiało nagle „I Won’t Kneel” Groove Armady – o wybawienie, piosenka! Trzynaste miejsce, doprawdy, świat bywa ekscentryczny, a ja wciąż nie potrafię nawet wystawić oceny pod recenzją tej płyty na Screenagers.

Jest bowiem coś przewrotnego w recepcji „Merriweather Post Pavilion”. Mamy prawo być zmęczeni Animal Collective – koleżanki i koledzy po fachu używają w tym miejscu dość nośnych i pojemnych haseł: radioheadyzacji i pinkfloydyzacji Animali. Ta pomnikowość zespołu zwaliła nam się na głowy i po trosze nie możemy się wydostać spod jej gruzów, chwytając się kontekstu, używając na wyrost sloganu popowości, opierając się na sentymencie i zaufaniu, a szerokim łukiem omijając esencję albumu. A to tacy skromni i wrażliwi chłopcy, którzy stając w obliczu spraw najwyższych: śmierci, miłości, rodziny, przyjaźni, wybierają tę magmatyczną, rozmytą, nieśmiałą stylistykę niedopowiedzenia – zwróćmy uwagę, jak już nawet od czasu „Strawberry Jam”, które przecież stało się wyraźnym zaczątkiem nowego kursu, przeobraziła się cała sfera liryczna: na „Merriweather” znów powraca egzystencjalny niepokój, podszyty jednak tą sporą dozą optymizmu oraz radości z małych spraw, i ten rozedrgany nastrój szuka odpowiedzi w wodnistych, stłumionych środkach wyrazu. „Strawberry” było wycyzelowane, ktoś powie – przeprodukowane, ja zripostuję – ładnie brzmiące. „Merriweather” penetruje pod fasadą tych kilku „przebojowych” fragmentów estetykę szpetoty, męczącej miazgi, popłochu, stając się raczej obietnicą, tajemnicą oraz pytaniem, aniżeli kropką nad i – nawet jeśli de facto jest to album o charakterze dość mocno rekapitulacyjnym, sumującym wszystko to, co myśleliśmy i kiedykolwiek pomyślimy o tym zespole. Tymczasem zagadka od Toma Ewinga: „My Girls” to „I Gotta Feeling” świata indie. Obawiam się, że przez przynajmniej najbliższe kilka lat w kontekście refleksji nad Animal Collective zostają nam wyłącznie takie drobne szarady. (ms)

Recenzja płyty >>

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: glony
[17 lutego 2010]
"+" za to, że The Flaming Lips nie załapali się do pierwszej trojki, "-" za Animal Collective na pierwszym miejscu
Gość: Komandos Puszkin
[23 stycznia 2010]
rzeczywiście brak Pearl Jamu to głuchota
Gość: aero
[17 stycznia 2010]
to chyba pierwsza lista, na której widzę Built to Spill, nareszcie!
Gość: p.a.
[15 stycznia 2010]
No tak, pierwszym miejscem nieszczególnie zaskoczyliście, choć prywatnie albumu zwyczajnie nie lubię. Dla mnie to najbardziej przereklamowany album ostatnich lat.

W kwestii braków - Yeah Yeah Yeahs i Mastodon. Wstyd.
Gość: Kasia
[14 stycznia 2010]
a gdzie graham coxon? white lies? fuck buttons?
Gość: szuszu
[13 stycznia 2010]
trochę przewrotne zestawienie,ale i oryginalne też.
Gość: bałuk
[11 stycznia 2010]
wysyłam gorące pozdraxy dla marty słomki
Gość: bg
[10 stycznia 2010]
a them crooked vultures? the high end of low? ludzie, ludzie!
Gość: Kosimazaki
[8 stycznia 2010]
Post z gatunku lekkiego marudzenia :D Czemu zupełnie nie dostrzeżono nowej płyty Pearl Jam? Brak recenzji, brak w podsumowanie,
Brak Yeah Yeah Yeahs - szkoda.
A taką np. płytę Junior Boys zupełnie przeciętną mogłaby zastąpić spokojnie płyta The Prodigy, również zupełnie przeciętna.
Notabene cały ten rok patrząc na wasze podsumowanie i swoje doświadczenia z innymi płytami wypada w moim mniemaniu dosyć przeciętnie.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także