Ocena: 8

Phoenix

Wolfgang Amadeus Phoenix

Okładka Phoenix - Wolfgang Amadeus Phoenix

[V2; 25 maja 2009]

W okolicach początku tej dekady do moich ulubionych zajęć w czasie wolnym należało grzebanie w wyprzedażowych koszach z płytami. Któregoś pięknego dnia w roku bodajże 2001, kiedy pochylony nad pokaźnym stosem zdrowo poharatanych singielków w mediamarktowym pojemniku, przerzucałem właśnie po raz n-ty te same, nikomu nic nie mówiące, niepotrzebne wydawnictwa, przyjrzałem się baczniej cienkiemu jewel case’owi o czerwonej okładce i białym logo. U góry było napisane PHOENIX, nieco niżej zaś „TOO YOUNG”. Zerknąłem na tracklistę – trzy wersje tego samego numeru nie zachęcały, większym impulsem była nazwa Zoot Woman przy pierwszym z remiksów. No i co tu ukrywać – cena 2 PLN nie odstraszała. Tym sposobem wszedł w moje posiadanie kawałek, który miał okazać się jednym z moich ulubionych singli całej dekady.

Kiedy trzy lata później usłyszałem „Too Young” w „Między słowami”, czułem się zdumiony. Jakim cudem tych czterech anonimowych dla mnie Francuzów ze swoim starym singlem wskoczyło w sam środek najbardziej *cool* filmu sezonu? Ano, to proste – w takich sytuacjach wystarczy zostać chłopakiem reżyserki. Z dnia na dzień Phoenix zaczęli rosnąć – ich niezależna wiarygodność (koneksje z lubianymi przez wszystkich rodakami Daft Punk i Air, format zespołu gitarowego) i ich przystępność, lekkostrawność, by nie powiedzieć coldplayowatość (gładkie i miłe aparycje członków grupy i takie też brzmienie ich muzyki) wydawały się egzystować w dwóch równoległych, wspaniale uzupełniających się przestrzeniach. Takie piosenki jak „If I Ever Feel Better”, „Everything Is Everything” czy „Run Run Run” mogła zagrać każda stacja radiowa i każdy didżej, każdy też mógł ich słuchać. W związku z Phoenix nie było żadnych szkód, były same korzyści. Słówko COOL zdawało się wynikać wprost z ich DNA.

Dziś wszystko wydaje się szczwanym, zaplanowanym w mikroskopijnych detalach planem. Zespół wypuszcza nijaki teledysk do pierwszej piosenki z płyty – po chwili okazuje się, że ktoś w internecie umieścił znacznie lepszy, więc chłopcy zachwalają klip na swojej stronie. Kochają ich blogerzy, lecz nie bez przyczyny – oto zespół udostępnia ścieżki swoich singli domorosłym remikserom i sieć zostaje zalana setkami wersji „1901” i „Lisztomanii”. Występują w ekskluzywnym, amerykańskim show „Saturday Night Live”, ale nic nie dzieje się przypadkiem – w końcu już na poprzedniej płycie śmiało czerpali z gitarowej zwięzłości The Strokes, a jednocześnie ich europejskość nie ma posmaku angielskiego piwska, którym frontman opluwa pierwsze rzędy; Thomas Mars to sympatyczny, uśmiechnięty i schludny gość, który dobrze wie, czemu to właśnie miałki Chris Martin, a nie Pete Doherty jest w Stanach celebrity z prawdziwego zdarzenia.

Nie ma wątpliwości – ta wiosna i te wakacje to ich teraz-albo-nigdy. Dlatego na „Wolfgang Amadeus Phoenix” nie ma miejsca na eksperymenty, jest za to niesamowite skupienie, słyszalne w każdej nucie, każdym riffie, każdym „oooh!” Marsa. Phoenix egzekwują swoje piosenki, wymierzają im sprawiedliwość, te numery stoją przed nimi na baczność i słuchają rozkazów. „Nie możemy tego spieprzyć, panowie”. Ta płyta brzmi, jakby nagrali ją mordercy o twarzach dzieci. Tak precyzyjnej, perfekcyjnej (w tym sensie, że tych konkretnych kawałków nie da się już raczej poprawić) muzyki dawno nie słyszałem.

Nie, nie śmiem twierdzić, że nie ma spontaniczności w graniu Phoenix – jedynie, że ta spontaniczność jest ściśle racjonowana, ujarzmiana, ma własną świadomość. Lecz to wystarcza – „Wolfgang Amadeus Phoenix” zawiera zaraźliwe, młodzieżowe, pobudzające do życia piosenki, za jakie polubiliśmy ten kwartet przed laty. Uściślając, przed trzema laty (zabawne, że wydarzyło się to dokładnie w momencie, w którym indie-dzieciaki zamieniły żywe rytmy na generowane komputerowo, zdehumanizowane brzmienia). Wtedy bowiem disco beaty zaczęły u nich ustępować miejsca biegnącym bębnom, zmysłowe linie basu stały się zwarte i nieugięte, a gitary z pozycji szepczących na trzecim planie zostały wpuszczone na samo czoło peletonu. Muzyka Phoenix stała się bardziej skoczna niż taneczna. Bo właśnie *skoczne* było „Consolation Prizes” i skoczne są „Lisztomania” czy jeszcze lepsze od niej „Lasso”. Klasycznego Phoenix (choć znawcy grupy oburzą się może, bo od samego „United” zdarzało im się pohałasować zdrowo) broni jedynie „Fences”, z funkującą sekcją i falsetami niczym u Wham!.

Mamy tu kilka „pierwszych razów” zespołu. Po raz pierwszy dostaliśmy od nich album tak konsekwentny, jednorodny (ano, ich płyty bywały eklektyczne). Po raz pierwszy dostaliśmy też album tak równy (ano, z poprzednich można było wykroić to i owo). Po raz pierwszy wreszcie jeden z ich znaków firmowych – długi instrumental – pełni na krążku rolę organizatora tracklisty. Wszystko układa się i kręci wokół „Love Like A Sunset”. Tym razem nie mamy jednak do czynienia z luźnym jamem, a rozpisanym w matematycznych detalach procesem, który nie kryje swoich minimalistycznych inspiracji. Warto obserwować, jak rośnie napięcie w tej kompozycji, bo jej rozwiązanie wynagradza cierpliwych.

Utwory ze strony B nie zawsze muszą być tak efektowne, jak oczywiste hity otwierające „Wolfganga”, ale czy wspomnianemu „Lasso” lub roześmianemu, promieniującemu „Girlfriend” brakuje czegokolwiek? I gdzie, jeśli nie tu, znajdzie się najbardziej zapadająca w pamięć fraza albumu: Do you remember when 21 years was old? A finał „Rome” z rozpływającymi się wręcz shoegaze’owo gitarami? Zespół wydaje się być w takiej formie, że nawet grając przeciętny kawałek, zjednałby sobie wszystkich. Szczególny respekt należy się bębnom, których gra przywodzi na myśl styl walki mistrza pięści w rodzaju Oscara de la Hoyi albo Lennoxa Lewisa – jest elegancka, nienaganna technicznie, a jednocześnie bezwzględnie skuteczna.

Dysponując „Wolfgang Amadeus Phoenix”, francuski kwartet zdaje się być trudną do poskromienia siłą, lecz kto chciałby rzucić im wyzwanie, wiedząc jak bardzo sobie na to zasłużyli ciężką pracą i kilkunastoma piekielnie inteligentnymi piosenkami. Od teraz mają ich o kilka więcej. Tylko tyle i aż tyle.

Kuba Ambrożewski (19 czerwca 2009)

Oceny

Kamil J. Bałuk: 8/10
Kuba Ambrożewski: 8/10
Maciej Lisiecki: 8/10
Witek Wierzchowski: 8/10
Artur Kiela: 7/10
Kamil J. Bałuk: 7/10
Łukasz Błaszczyk: 7/10
Kasia Wolanin: 6/10
Katarzyna Walas: 6/10
Przemysław Nowak: 6/10
Piotr Szwed: 5/10
Paweł Sajewicz: 4/10
Średnia z 20 ocen: 6,45/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: insidejoker
[1 stycznia 2010]
od kiedy macie dwóch Kamilów J.Bałuków że jeden daje 7 , drugi natomiast 8 , dziwna sprawa no...
Gość: pocketcalculator
[20 czerwca 2009]
ok. deerhoof też od niedawna jest notowany. to często wynika z dogodnego momentu, z kulminacji działań machiny promocyjnej, niekoniecznie od razu z popowego potencjału danej płyty.
kuba a
[20 czerwca 2009]
Rzeczywistość = "WAP" to pierwszy album Phoenix, który został odnotowany na liście Billboardu.
Gość: pocketcalculator
[20 czerwca 2009]
dobra płyta, choć jednak dawna lekkość trochę z nich uszła (szukanie tutaj nowego 'everything is everything' - bez sukcesu). teraz dla odmiany zaczynają kombinować z formą i też ma to swoją wartość (osławiony numer siedemdziesięciominutowy jest swoistym manifestem zmiany podejśćia). ale myślę, że to taki materiał przejściowy - na następnym albumie okaże się czy otworzą na dobre nowy rozdział i jak sobie poradzą po tamtej stronie. acha - no i gdzie tutaj jest ta rzekoma zabójcza popowość i 'the definition of adolescent cool' sezonu? jest to bliżej niszowego popu niż chartsowego i goście zdecydowanie nagrali najcięższy materiał w swojej karierze, 'najtrudniejszy'. po co zaklinać rzeczywistość?:) słabe 7/10.
held
[19 czerwca 2009]
chyba 16/20 ;p
błaszczyk
[19 czerwca 2009]
To znamy już bałukową płytę dekady.
kuba a
[19 czerwca 2009]
Wow, Kamil, widzę że "WAP" okazał się dla Ciebie GROWEREM.
lukas
[19 czerwca 2009]
Jazzkam, bez przesady z tym lobbingiem;)
kamil j b
[19 czerwca 2009]
wow, widzę, że dałem tej płycie 16/10 ;d

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także