Najlepsze albumy roku 2019

Miejsca 30-21

Obrazek pozycja 30. Richard Dawson – 2020

30. Richard Dawson – 2020

Jeżeli żyjecie z przekonaniem, że duch eksperymentu dawno temu odpuścił sobie wizyty w księstwie muzyki rockowej, to najnowszy album Dawsona przychodzi cały na biało, by zadać temu twierdzeniu kłam. Znany ze zwichrowanych, rozbudowanych, ciągnących się piosenkowych eposów kontrastujących ze skromnym aranżacyjnym minimalizmem gitary i głosu artysta, na „2020” zamaszystym ruchem skręca w stronę maksymalistycznej produkcji, sięgając przy tym po inspiracje do praktycznie każdego ogródka: od metalu przez vocodery po 80’sowe pasaże klawiszy. Nie tracąc nic ze swej biegłości kompozycyjnej tworzy najbardziej skomplikowany, naszpikowany detalami, a zarazem najbardziej przyswajalny, napędzany licznymi hookami album w karierze.

Wielobarwny pejzaż emocji, frustracji podmiotu lirycznego, zestaw interesujących spostrzeżeń na temat współczesności czy rozrachunkowe podejście do statusu Wielkiej Brytanii AD 2020, które serwuje Dawson, to na pewno duże atuty albumu, niemniej nie byłyby one tak dobrze wyegzekwowane, gdyby nie kompozycyjny peak na który wzbił się twórca. Rzućmy uchem, ponieważ czego tu nie ma: „Heart Emoji” to brudny, niepokojący chamber pop spod znaku Tindersticks, „Black Triangle” brzmi jak przyciężkawy, progresywny folk, by w refrenie przeistoczyć się w nowofalowy przebój pełną gębą. Singlowy „Jogging” to jeden z moich ulubionych utworów roku. Oparty na motorycznym, trochę w typie wczesnej Mety, riffie portret zagubienia i prób wybrnięcia z przytłaczającej magmy problemów, eksplodujący podniosłym refrenem to chyba najlepszy stadionowy rock w tym roku. „Two Halves” przywołuje echa 80’sowych jangle’ujących zespołów z Anglii, o wściekle zaraźliwym Man  on! Man on! An empty stadium yells „man on”.

W ogóle, Dawson ujawnia się na „2020” jako twórca nie tylko intrygujący, ale – porzucając na chwilę personę uwspółcześnionego średniowiecznego minstrela – niezwykle piosenkowy. I choć zmysłem do powywijanych melodii, połamanych struktur rytmicznych imponował już wcześniej, to dopiero, gdy na zeszłorocznym albumie zespolił to z ponadprzeciętnym wyczuciem rockowej „nośności”, porywającymi refrenami, przestałem spoglądać nań jak na twórcę wybitnie intrygującego, ale trudnego, odrobinę nieprzyswajalnego. „2020” udowadnia, że w tym zatęchłym rockowym poletku, można tworzyć jeszcze albumy wyborne. Eksperymentalne, skomplikowane, a przy tym okropnie chwytliwe i przyjemne. (Patryk Weiss) 

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 29. Stella Donnelly – Beware of the Dogs

29. Stella Donnelly – Beware of the Dogs

Podsumowując rok, Spotify wykazało, że Stella Donnelly to najczęściej przeze mnie odtwarzany nowy wykonawca. Myślę, że nie tylko dlatego, że słucham obecnie samych dziadów i wystarczyło, że ze dwa razy puściłem coś nowego. Te trzynaście wskazanych przez algorytm utworów, a więc cała zawartość „Beware od the Dogs”, rzeczywiście bowiem gościło w moim odtwarzaczu stosunkowo często. I z pewnością nie jestem w tym sam. To świetne gitarowe piosenki – przebojowe (naliczyłem sześć teledysków), pełne słodziutkich melodyjek, uroczo zaaranżowane i zaśpiewane z potężną charyzmą. Wypowiedzi – owszem – niespecjalnie odkrywcze estetycznie, co jednak nie przeszkodziło im stać się tymi najbardziej aktualnymi i *przytomnymi* w 2019 roku. Oczywiście z uwagi na zawartość liryczną – raz szyderczo i z humorkiem, innym razem na smutno i przejmująco, lecz zawsze niezwykle błyskotliwie chwytającą frustrację codzienności. W świecie pełnym przemocowców i narodowców, a pozbawionym pomocy i zrozumienia dla poszkodowanych, ze wskazaniem na kobiety. Jakby tego było mało – Stella jest z Australii, a w tytułowym kawałku na płycie, dość wyraźnie krytykując bieżącą politykę swojego kraju, wyśpiewuje słowa There's an architect setting fire to her house. Słuchając tego po tragicznych wydarzeniach przełomu 2019 i 2020 roku, nietrudno pozbyć się dreszczy. (Jędrzej Szymanowski)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 28. C Duncan – Health

28. C Duncan – Health

Mimo tak niskiej pozycji, prawdopodobnie spowodowanej tym, że niewiele osób miało do czynienia z tą płytką, w moim osobistym rankingu znajduje się ona co najmniej w top 10 albumów wydanych w tym roku (a już na pewno w top 5 tych najczęściej ripitowanych). Sam płytę poznałem przypadkiem, słysząc jeden z utworów na jakiejś playliście. Od razu urzekło mnie, jak bogata jest to muzyka oraz to, jak wielką lekkość w tym bogactwie osiąga. Wszystkie te wyrafinowane akordowo i kompozycyjnie pozycje, które można było słuchać ostatnimi czasy, zawsze noszą jakiś ciężar – a to bywają z lekka egzaltowane, a to przytłaczają mnogością rozwiązań, czasami skupiając się bardziej na ekwilibrystyce niż PRZEKAZIE. U Duncana tak nie jest – może przez lekkie romanse w przeszłości z bardziej komercyjną muzyką udaje mu się sprawić, że te piosenki nigdy nie są ani za proste, ani przekombinowane. A to wydaje się być doskonałą receptą na idealny album w tym gatunku. (Jakub Nowosielski) 

Obrazek pozycja 27. Lingua Ignota – Caligula

27. Lingua Ignota – Caligula

„Caligula” to album urzekający w swym przerażającym mroku. Rozdzierające duszę wrzaski Kristin Hayter przeszywają na wylot, na długo pozostając w pamięci – to trochę tak jak słuchać nagrania z satanistycznych rytuałów. Niejeden norweski blackmetalowiec chowa się pod tym względem przy „Caliguli”. Wokale Hayter przypominają trochę demoniczne głosy na taśmach, które zainspirowały „Egzorcyzmy Emily Rose”, a jednocześnie wybrzmiewa w nich ogromna dawka bólu, za którym stoi osobista trauma. Nie jest to jednak ból bierny czy przeżywany tylko wewnętrznie: to absolutny, nieposkromiony gniew i chęć zemsty. Hayter wydaje się władać ogniem piekielnym, zwłaszcza na epickim „Do You Doubt Me Traitor” czy „Butcher Of The World”. Z kolei „Spite Alone Holds Me Aloft” oraz „If The Poison Won’t Take You, My Dogs Will” to niemal inkantacje mające przywołać najgorsze demony z mrocznych otchłani. Puryści nie mają racji broniąc cold wave’u lat 80 jako tego najprawdziwszego gotyku. Lingua Ignota stanowi bowiem jego najczystszą postać. (Marcin Kornacki)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 26. Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen

26. Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen

Nie da się uciec od całej otoczki towarzyszącej „Ghosteen”. Ujmując to najkrócej jak się da - śmierć 15-letniego syna w 2015 roku odcisnęła wielkie piętno na podejściu Cave’a do życia i działalności artystycznej, zaś „Ghostseen” to kolejny tego przejaw. Album jest naturalną kontynuacją wydanej przed trzema laty „Skeleton Tree” i choć wykorzystuje podobne rozwiązania (inspiracje ambientem, przejmujący śpiew i melodeklamacje, wszechobecny syntezator Warrena Ellisa), to jednak wszystko wydaje się nieco bardziej uporządkowane. Być może ma to związek z tym, iż prócz opowieści o rozpaczy otrzymujemy rzecz o próbach radzenia sobie z nią, a finał przynosi wręcz pogodzenie się ze stratą.

Obcowanie z najnowszym albumem Cave’a może być naprawdę niezapomnianym przeżyciem pozwalającym niejako na towarzyszenie artyście w żałobie. Pisanie o tym jest dość trudne: otrzeć się o banał albo niejasność bowiem bardzo łatwo. Doskonale rozumiem tych, którzy nie dali rady przez ten materiał przebrnąć lub uznali, iż nie ma to sensu (nazywanie „Ghostseen” najlepszą płytą w dyskografii też uważam za dość sporą przesadę). Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że przez kilkadziesiąt najbliższych lat tytuł będzie przywoływany mnóstwo razy; Cave stworzył bowiem rzecz unikatową i zjawiskowo hipnotyzującą. (Michał Stępniak)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 25. Caroline Polachek – Pang

25. Caroline Polachek – Pang

Tak jak Marcin Małecki wieszczył w swej recenzji, „Pang” dostało się do topki tego roku. I super – w porównaniu ze wszystkimi popowymi gigantami tego roku, Caroline dała nam najbardziej nieoczywiste piosenki. Nie uznałbym ich ani za najlepsze, ani za najciekawsze, ale mają w sobie pewną tajemnicę, którą chce się odkrywać. Pokazują nam one też, jak wiele dobra PC Music zrobiło dla tego bardziej outsiderskiego popu: Charli XCX, Sophie, a teraz Caroline wydają się naprawdę wiele wnosić do tego, w jaki sposób można przekształcić formułę popowych piosenek i nie rezygnując z aktualnych rozwiązań w świecie muzyki popularnej, wzbogacić ją pierwiastkiem czegoś dziwacznego. Może nie trafia to do każdego, bo takie podejście jest obarczone ryzykiem, ale jest to godna pochwały odwaga. (Jakub Nowosielski)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 24. Enchanted Hunters – Dwunasty Dom

24. Enchanted Hunters – Dwunasty Dom

Chciałem początkowo wyliczyć Dwanaście powodów, dla których warto posłuchać „Dwunastego domu”, ale przecież tego jak istotny i *dobry* to album nie trzeba już raczej udowadniać żadnemu czytelnikowi mediów muzycznych. Może więc od razu zaadresujmy ewidentnego słonia w pokoju. Czemu tak nisko? – zapytacie. Zmęczenie materiału? Może, choć tak szumne i wszechobecne (wykraczające nawet poza, heh, bańkę) docenienie polskiej – było, nie było – niezalowej płyty powinno wyłącznie cieszyć. Wskazuje wręcz, że hype nie rozejdzie się po kościach i „12D” zostanie z nami na długo. Argument z muzyką dla krytyków, albo – co gorsza – dla muzyków też się gdzieniegdzie pojawia, a redakcja Screenagers to wszak żadni dziennikarze; zaledwie grupa skromnych entuzjastów muzyczki. Ale dziewiątkę dali, więc jak to jest? Śmak, nie domagajcie się ponownego przeliczenia głosów. Przesadny perfekcjonizm, który po drodze gubi ducha? Nie do końca ten casus, bo emocje w tekstach i mistyczne wręcz natchnienie słychać tu niemal co krok. Jest więc jak w tematach, które poruszają autorki: pytań dużo, odpowiedzi jakby mniej. Głosowanie głosowaniem, matematyka, ciągi liczb, fraktale. Wyglądam inaczej i nie ma mnie raczej na liście – noo, aż tak źle nie jest. (Jędrzej Szymanowski)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 23. Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell!

23. Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell!

Kiedy w 2011 roku Lana Del Rey zwróciła na siebie uwagę singlem „Video Games”, chyba niewielu sądziło, że osiem lat później jej pozycja będzie tak wysoka. Prędzej można było się spodziewać, że będzie to gwiazdeczka jednego sezonu, której przeznaczeniem stanie się udział w amerykańskich odmianach programów typu „Jaka to melodia?”. Teraz już zapewne większość zapomniała, że zarzucano jej, że nie potrafi w ogóle śpiewać, że jest pozbawionym autentyzmu produktem czy inne tego rodzaju bzdety. Prawda jest natomiast taka, że każdy kolejny album, mimo iż obracał się wokół dość podobnej i jednostajnej stylistyki, dłuższymi momentami był w stanie zauroczyć. „Norman Fucking Rockwell!” to już natomiast dojście wręcz do perfekcji w tej materii, kwintesencja czegoś co nazwano głupio „Hollywood sadcore”.

Zachwyty amerykańskich krytyków i umieszczanie tytułu na najwyższym podium w rocznych podsumowaniach nie są w ogóle przesadzone. Niby wszystko jest tutaj znajome i przewidywalne, ale ta melancholia, nostalgia, minimalizm i mglista atmosfera uderzają bardzo mocno. Po raz pierwszy o Lanie Del Rey mogę mówić w zasadzie w samych superlatywach. „The Greatest” czy „Venice Bitch” to na pewno czołówka spośród jej dokonań i to między innymi one czynią album wyjątkowym. Są tu jednak jeszcze inne, z pozoru małe elementy, które zebrane w kupę przyciągają i zmuszają do powrotów, np. instrumentalne wstawki, fajne popkulturowe odniesienia, wyśpiewywane bardzo ładnie i po wielokroć różne konfiguracje słowa fuck, perełki wokalne i tekstowe. Kiedy w niemal ostatnich słowach Del Rey śpiewa: They write that I’m happy / They know that I’m not / But at best you can see I’m not sad, to nieustająco jestem ciekaw ciągu dalszego… (Michał Stępniak)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 22. Injury Reserve – Injury Reserve

22. Injury Reserve – Injury Reserve

Na temat Injury Reserve w polskojęzycznym internecie nie przeczytacie za dużo. Dowiecie się tylko tego, że trochę kojarzą się z Death Grips, a trochę z Avantdale Bowling Club, że na ich (oficjalnym) debiucie są super ficzeringi (bo są, ale wcale nie kradną show), a od kilku dni – że projekt wystąpi podczas tegorocznej edycji OFF Festiwalu i koniecznie warto to odnotować, ponieważ – no wiadomo – będzie ciekawie. Takie skrótowe wzmianki, porównania i odniesienia są trochę niesprawiedliwe, ponieważ muzyka Injury Reserve nie powinna być odbierana tylko jako ciekawostka, czy też coś, o czym z recenzenckiego obowiązku wypada wspomnieć.

Zresztą, amerykańskie trio udowodniło to już wcześniej, a pierwszym w dyskografii legalem po prostu potwierdza swoją klasę, pomysłowość i talent do zgrabnych, ale i różnorodnych melodii. Injury Reserve błyskotliwie korzysta z niesamowicie chwytliwych motywów – tu odrobina rozkołysanego jazzu, tam co nieco funku, gdzieś czają się cienie deconstructed club i industrialnych zgrzytów, a zza rogu wyskakują bangerowe beaty, tak samo taneczne, co dziwaczne. Najważniejsze zaś, że wszystko jest tu finezyjnie posklejane, dzięki czemu przejrzyste i spójne. Owszem, na S/T dostajemy również bardziej nonszalanckie zabiegi, ale całość jest luźna i swobodna, bez wysiłku i bez spiny łącząca oldschool z nowszymi stylistykami.

W zeszłym roku Injury Reserve wypuściło naprawdę interesujący krążek, który romansuje zarówno z altrapem, jak i mainstreamem, w obu kategoriach radząc sobie bardziej niż dobrze. Nie chodzi jednak o to, że zawarty na wydawnictwie materiał jest kompromisem między tym, co eksperymentalne i pokręcone, a tym, co rozbujane i lekkie. Sprawa jest mniej skomplikowana: panowie mają po prostu świetne wyczucie i na zupełnym luzie tworzą wielowarstwowe brzmienia, operując całą paletą nastrojów. Mnie przekonuje to na tyle, by uznać „Injury Reserve” za jeden z najlepszych albumów 2019. (Emilia Stachowska)

Recenzja albumu >>

Obrazek pozycja 21. HTRK – Venus in Leo

21. HTRK – Venus in Leo

Dobrze, że duet przetrwał i po rezygnującym z totalnej ciemności „Psychic 9-5 Club” nagrał jeszcze bardziej kojący materiał. HTRK mają prosty patent na muzykę: monotonny bit, spogłosowana, leniwie się snująca gitara i mroczno-sensualny wokal Jonnine Standish. „Venus In Leo” to chyba najbardziej przystępny krążek, jaki mogli wypuścić. Singiel „You Know How To Make Me Happy” daje więcej ciepła i romantycznych wzruszeń, niż wszystkie dotychczasowe kompozycje wypuszczone pod tym szyldem razem wzięte. Podobnie jest z długim, brzmiącym jakby dobywał się spod wody, utworze tytułowym, gdzie dream pop ma intensywny romans z ambientem. Wydane już wcześniej na EP-kach „Mentions” i „Dying Of Jealousy” – długie, zniuansowane utwory – znalazły się też na długograju i dziś można stwierdzić, że miały duży wpływ na kierunek obrany na „Venus In Leo”. Jest jednak również druga twarz albumu, która daje o sobie znać w dwóch ostatnich utworach: dyptyku noworocznym „New Year’s Day” i „New Year’s Eve”. Tutaj HTRK serwują absolutnie piękne, zwiewne melodie, co przypomina mi sposób pracy Roberta Smitha – przeplatanie utworów ciężkich i powolnych z lekkimi popowymi. Moment mostka, kiedy Standish śpiewa słowa And the sunrise glows / Pink (Pink), red (Red), orange (Orange), white (White), peach (Peach), rozchodzące się echem i gładko wjeżdżające w refren, to dla mnie jedna z najlepszych muzycznych chwil 2019 roku. (Michał Weicher)

Recenzja albumu >>

Screenagers.pl (25 stycznia 2020)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także