Paul McCartney (1986-1999)

Zdjęcie Paul McCartney (1986-1999)

grafika: © Anna Pietkun

Słuchaj esencjonalnej playlisty

Zdjęcie Press to Play

Rzut oka na okładkę: monidłowy portret dwójki kochanków utrzymany w retro-stylistyce hollywoodzkich headshotów z lat czterdziestych sugeruje że czeka nas pełna realizacja jakże ukochanego przez Paula nostalgicznego klimatu złotych lat jego młodości. Spodziewamy się więc powrotu do wodewilowych piosenek, którymi przez lata rozbrzmiewał dom McCartneyów za sprawą zasiadającego do pianina ojca rodziny, Jima. A może to właśnie tutaj napotkamy zakurzone rock’n’rolle wypełniające nareszcie całą rozpiętość płyty? Nic bardziej mylnego.

Pierwszy utwór może jeszcze utrzymywać nas przy tym wrażeniu. „Stranglehold” – owszem –czerpie garściami ze starego dobrego boogie-woogie, ale produkcja wyraźnie wskazuje na czasy obecne, to znaczy – środek lat osiemdziesiątych. W takim anturażu rock’n’roll naszego bohatera zbliża się do sympatycznej retromanii uprawianej w owym okresie przez Shakin’ Stevensa. Odkładany w nieskończoność refren – przy odpowiednim DOFASOLENIU – mógłby jednak spokojnie trafić na „Hysterię” Def Leppard.

Nieprzypadkowo odwołuję się tu do albumu jawiącego się jako kluczowy dla rozwoju wielkiego soundu, z którym wszyscy kojarzymy dziewiątą dekadę XX wieku. Hugh Padgham, zaangażowane do produkcji „Press to Play” cudowne dziecko inżynierii dźwięku, też uchodzi za jednego z luminarzy charakterystycznego ejtisowego brzmienia. Całkiem słusznie, szczególnie biorąc pod uwagę jego prace nad solowymi dokonaniami Phila Collinsa, w tym wynalezienie rewolucyjnego sposobu na bramkowanie bębnów. Collins, wraz z Petem Townshendem, po kumpelsku pojawia się tu zresztą w „Angry”, dokładając swój sygnaturowy pędzący groove.

To jednak singlowe „Press” stanowi najbardziej reprezentatywny fragment krążka. PLASTYKOWY, do reszty kwadratowy BIG SOUND tego dopaminowego hita przypomina przeboje wychodzące spod ręki duetu Boy Meets Girl. Następujące po nim „Pretty Little Head” to z kolei rozciągnięty na ponad pięć minut pokaz studyjnych tricków Padghmana, którym spokojnie można by zilustrować ówczesny akcyjniak w rodzaju wybornego „Commando”. Chwilę później – podręcznikowa emanacja butnej ejtisowej gitary w intro „Move Over Busker”, nieważne, że wkrótce zastąpiona klasycznym pubowym blues rockiem. W końcu Macca nie byłby sobą, gdyby odpuścił sobie kasztana. Na tle całego tego rasowego wystroju nawet patos zamykającego całość „However Absurd” wydaje się adekwatny.

Interesujący przypadek stanowią tu ballady. Idące ręka w rękę „Footprints” i „Only Love Remains” przypominają o wytwornych pieśniach XTC (których najpełniejszą realizacją byłoby zapewne późniejsze „Wrapped in Grey”). Duet Partridge-Moulding bywa zresztą intuicyjnie wyczuwalny w wielu ejtisowych dokonaniach McCartneya. Ciekawe, jak podobne metody pracy w studiu (Padgham jako realizator płyt XTC) potrafią podbić uzewnętrznienie się wykwintnego pokrewieństwa między tymi dwoma muzycznymi pokoleniami wybitnych songwriterów.

Z uwagi na obsadę za konsoletą, obcowanie z „Press to Play” nasuwa też skojarzenia z odsłuchem dwa lata wcześniejszego „Tonight” Davida Bowiego. To również płyta, która stara się stanowić krok do przodu (choć w mało niekonkretnym kierunku), przy jednoczesnych próbach odnalezienia się w roli nośnika naturalnej kontynuacji niedawnych sukcesów komercyjnych artysty. Sam McCartney, niezbyt zresztą zaprzyjaźniony z Padghamem, wydaje się nieco zagubiony w gąszczu młodzieżowych studyjnych bajerów, ale pamiętajmy, że nieraz dał się już poznać światu jako szczerze zaciekawiony nowinkami eksperymentator. Dlatego właśnie, mimo całego wrażenia jego cudownego odklejenia, przez całą długość tracklisty wręcz bije z niego niewysłowiony FUN. (Jędrzej Szymanowski)

 

Zdjęcie Снова в СССР / Run Devil Run

Dokładnie to, o czym pisałem przy okazji „Red Rose Speedway”. Zmęczony nieustającą pogonią za karierą McCartney, na fali rezygnacji po komercyjnych porażkach („Snowa”) lub żałoby po dojmującej stracie małżonki („Run Devil Run”) szuka ukojenia we wspomnieniach. One, two, three, faah i lecimy z hitami, chłopaki. Obie płyty to zestawy (nieomal wyłącznie) coverów ulubionych utworów Paula z młodzieńczych lat – staromodny rock’n’roll, proste boogie-woogie, czasem i korzenny blues. Zagrane garażowo, na setę, brudno, bez upiększeń. Oczywiście z BIGLEM. W swojej kategorii są to z pewnością jakościowe nagrania, które doceni niejeden TrójkoManniak. Tylko po co? Przy całej sympatii dla Paula, to raczej płyty przy których nagrywaniu lepiej bawią się twórcy, niż słuchacze. Dla samego zainteresowanego wzbogacone o funkcję terapeutyczną, co cieszy (znowuż: sympatia).

Ciekawa jest za to kwestia dystrybucji pierwszego z albumów. Macca, zachwycony żarem bijącym z tych spontanicznych nagrań, postanowił sam się spiracić i wypuścić niewielki nakład bootlegu wyłącznie na rynek radziecki. Fani dostali swoje białe kruki do wytropienia, a sam twórca – ukłony od krytyków chwalących tak zabieg, jak i – rzecz jasna – naparzane z dawno niesłyszaną werwą przeróbki. (Jędrzej Szymanowski)

 

Zdjęcie Flowers in the Dirt

Po nieudanym komercyjnie „Press to Play” świat musiał poczekać na następną płytę trzy lata, ale McCartney wcale wtedy nie próżnował. Już w 1987 roku zaczęły się rozciągnięte w czasie sesje do albumu, który sam zainteresowany wizualizował sobie tak: I really wanted [an album] I could go out on tour with, and album people could relate to.

Tu pojawia się już pewna sprzeczność, bo do nagrań zatrudniona zostaje rzesza producentów kojarzonych raczej z dłubaniem w studiu, m.in. Trevor Horn (Buggles, Frankie Goes to Hollywood, Grace Jones), który za bardzo rock’n’rolla nie lubił. Poza tym potrafił siedzieć nad pojedynczym utworem kilka miesięcy. Tymczasem nad „Rough Ride” pracował ze Stevem Lipsonem tylko dwa dni, co podobno było pomysłem samego Paula – producent jednak twierdzi, że sam na to wpadł (ktoś tu kłamie...). Oprócz aż dziesięciu magików studia, fuchy strzelili David Gilmour z TAKIEJ KAPELKI Pink Floyd i sir George Martin, który od ręki zorkiestrował „Put it there” (You know, what do you think a little sting quartet or something? These are the chords, duh duh duh duh duh, and he’ll go away and write it.). Kolejne skrzypki („Distractions”) przygotował Clare Fisher (sprawdźcie sobie resume gościa), zaś Guy Barker użyczył trąbki.

Lecz najważniejszym współpracownikiem McCartneya, przynajmniej z jego punktu widzenia, był Elvis Costello, z którym skomponował kilka utworów. We used the same process that John and I used to do. (...) We would sit down opposite each other, which is how I would sit down with John. Trochę ciary – już sobie to wyobrażam – Paul siedzi w studiu razem z Elvisem i przypomina mu się zmarły kolega, wracają wszystkie wspomnienia i nawet może wena. Co dziwne, z tej kolaboracji na płycie ostały się tylko cztery utwory (więcej można posłuchać na około sześciogodzinnym materiale dołączony w reedycji w 2017 roku). Czy mimo to pociągnęło to McCartneya do napisania przebojów? Jeszcze jak – album sprzedał się bardzo dobrze.

Brzmienie „Flowers in the Dirt” jest potężne, eklektyzm wylewa się bokami, ale pojawia się pewna – powiedzmy – patchforkowość wynikająca właśnie z wielości podejść. Niby jest coś, co spaja tę płytę – w każdym tracku czuć pre-90s & 90s sound– ale mam wrażenie, że piszę to z perspektywy czasu, co może być rezultatem wykorzystania sprzętu używanego w tamtych latach.

Jakie są highlighty płyty? Wyróżnić należy chociażby „We Got Married”, a szczególnie kodę, gdzie stężenie motywów jest cudne, otwierające „My Brave Face” brzmiące trochę jak co żywsze fragmenty „Nonsuch” XTC, „You Want Her Too”, czyli duet wokalny z Costello (the girl is mine, mine, mine), z pozytywnie dziwnymi jazzowymi intro i outro. Warto też zwrócić uwagę na trącące bossa novą i smooth klimatami „Distractions” (do głowy przyszło mi nawet „Michelle”) czy też prefabsproutowe „Motor of Love” (Chris Hughes i Ross Cullum wystrzeli tutaj chórki Lindy na poziom Thomas Dolby). Za to moim faworytem jest fusion-gospelowy „Don't Be Careless Love”, gdzie panowie Costello i McCartney wchodzą na poziom songwritingu, którego od nich oczekuję. Wielomodułowy refren dostarcza wielu wrażeń – ach, ta zmiana między pierwszą snującą się częścią a energetyczną drugą.

Znajdziemy jednak również kilka przestrzałów: totalnie oderwane brzmieniowo (a nie zachwycające też songwritingowo) reggae’ujące „How Many People” czy lekko new-jack-swingowe „Ou Est Le Soleil” (które to zresztą nie do końca McCartney napisał).

Podsumowując: album tańczący na krawędzi (parę razy pomyślałem o późnym Stingu , raz nawet o Johnie Mayerze – brrr), mimo tego, że od przepychu powinien wybuchnąć od środka, jakoś się broni, ale pamiętajmy, że to przecież Macca trzyma tu pieczę nad wszystkim. (Krzysztof Ciach)

 

Zdjęcie Off the Ground

„Off the Ground” paradoksalnie jest albumem dość przyziemnym. Po bogatym, wyrafinowanym i będącym muzycznie całkiem na bieżąco „Flowers in The Dirt”, nieuchronnie jawi się jako spadek formy i sprowadza rozbudzone apetyty słuchaczy na twardy grunt. Aczkolwiek nawet na tak relatywnie bladym krążku, znajdują się wałeczki przyjemnie smagające ucho fanów songwriterskiego talentu McCartneya. „Peace in The Neighbourhood” ewokujące Fagenowski modus knajpianego, jazzującego bluesa jest utworem imponującym wielobarwnym brzmieniem, wypełnionym przez multum ozdobnych mikromotywików gitar, pianina, elektrycznego pianina a także gustownymi chórkami. Zaś hipnotyzujący refren drąży myślowe kanaliki jeszcze długo po odsłuchu.

Na tle, ogólnie rzecz biorąc, folkowej mizerii i rock’n’rollowych kasztanów (tak, Paul znów to robi), wydatnie prezentują się również odrzuty z „Flowers...” napisane razem z Elvisem Costello. Zrazu słyszalną sygnaturę przewrotnego okularnika, a więc przełamywanie kolejnych partii utworu akordami zmniejszonymi i zwiększonymi, słychać doskonale w „Mistress and Maid”. Jeśli dodamy do tego walcowe metrum 3/4 i pełen zestaw orkiestralnych smaczków, dostajemy iście barokowy kawałek. „The Lovers That Never Were” to natomiast utwór, który z powodzeniem mógłby znaleźć się na krążku, który MacManus zmajstrował kiedyś z Burtem Bacharakiem. Pianinka znów obfitują w półtonowe modulację, próbując wpisać ten wyrafinowany zabieg w klasyczną formułę miłosnej McCartneyowskiej ballady. Z jakim skutkiem? Szału nie ma, ale nadal na tle wszechobecnej folkowszczyzny, warto. Wystawę muzycznych idiomów, w których odnajduje się bez problemu Macca dopełnia nie tak oczywisty jak by się zdawało, wyjątkowo mocno przesterowany i hałaśliwy „Looking For Changes”. Ten energetyczny pocisk, stanowiący manifest wszystkich ambasadorów ruchów animal rights oraz wegetarian broni się również na poziomie muzycznym. Warto zawiesić uważniej ucho na w bardzo gustowny sposób łamanym, wypełnionym podniosłymi, chóralnymi okrzykami refrenie (który na całe szczęście nie osuwa się na mielizny mdłego patosu).

Lata dziewięćdziesiąte można nazwać bodaj najbardziej „korzennym” okresem Paula. Powrót do klasyczny folk rockowych i rock’n’rollowych form to zdecydowanie gratka dla fanów Elvisa Presleya i Boba Dylana. Czyli absolutnie nie dla mnie. Niemniej nawet wybredni fetyszyści wykwintnych kompozycji znajdą tu odrobinę smacznych kąsków. (Patryk Weiss)

Znajdzie coś i ludożerka. „Hope of Deliverance” to w końcu ostatni właściwie wielki przebój McCartneya na chartsach. Sądzę, że dla urodzonych w latach osiemdziesiątych jest to piosenka, która zawsze gdzieś tam sobie była. Stała obecność w radiowych playlistach zrobiła swoje. Uproszczone na harcerską modłę flamenco pudłówki w otoczeniu latynosko zabarwionej sekcji (taki niemal reggaetonowy puls) i wbijająca na to prosta, ale jakże wdrukowująca się do głowy melodia z serii tych, które kiedyś musiały zostać wymyślone. To subiektywnie chyba najlepszy wehikuł czasu, jaki jestem w stanie sobie wyobrazić – nic tak nie przenosi mnie do dzieciństwa, jak ten skromny hiciorek. Ciekawostka jednak: mimo zasłuchiwania się w BITLESACH od kołyski, dopiero na studiach olśniło mnie, że to również sprawka McCartneya. Trochę szok. A Ty, Małgola, masz jakieś zaszyte głęboko w środku gdzieś wspomnienia związane z Paulem? (Jędrzej Szymanowski)

 

Zdjęcie Flaming Pie

1997 rok to chyba pierwszy rok mojego życia, który w ogóle pamiętam. W jednym z najwcześniejszych wspomnień rodzice przychodzą po południu z pracy i wnoszą przez próg wielki rulon. Jak się okazuje, jest to ogromny, beżowo-niebieski plakat McCartneya z okładką „Flaming Pie” (według późniejszych ustaleń dostali w gratisie do płyty). Mimo, że do tego albumu wracam dość regularnie, odpalam go znowu i momentalnie, z pierwszymi dźwiękami „The Song We Were Singing”, myślami przenoszę się na tylne siedzenie Renault 19. Jedziemy na wyspę Wolin. Wśród zgranych na kasety płyt do słuchania w samochodzie jest i „Flaming Pie”. Zaczynają się wakacje '97.

Na etapie akustycznej ballady „Somedays” moje myśli przyjmują zgoła inną postać. Nadal jest lato. Po kolacji, w ciepły wieczór, siadamy z tatą na ławce na tarasie z tyłu domu. Jedyne światło dobiega z kuchennego okna, wszędzie dookoła jest ciemno i doskonale widać gwiazdy. We don't need anybody else. Tata próbuje odtworzyć na gitarze klasycznej „Somedays”, a ja mu podpowiadam i podśpiewuję (bóg wie w jakim języku, pewnie ty ty ry ty ty). Zdaje się, że grał też równie wzruszającą, bardzo Beatlesowską „Little Willow”. 

Dwadzieścia lat później nadal nie umiem grać na gitarze, ale mój partner z zespołu, Adam Sowa – tak. Sadzam go na kanapie w tym samym domu, gdzie pierwszy raz słyszałam „Flaming Pie” i jedziemy kolejno: „Young Boy” – niby taka prosta, beztroska piosenka, ale jaką ona ma dobrą energię i tekst! W słodkim, akustycznym „Calico Skies” imponują te ślizgi i palcowania... któremu dzisiejszemu Sheeranowi by się tak chciało? Moje prawie ulubione, kojące „Heaven on a Sunday” z uroczymi, skromnymi gitarami na refreny (i najnudniejszą na świecie solówką, którą można wybaczyć tylko synowi McCartneya). O mistrzowskim „Souvenir” rozpisywałam się zaś już na łamach konkurencyjnego bloga :)

Owszem, są piosenki, które się przełączało albo nie zgrywało ich na kasetę. Nie szaleję za „Used to Be Bad", „Really Love You" i, skądinąd ładną, ale zbyt pompatyczną „Beautiful Night” (podejrzanie w dwie z nich zamieszany jest Richard Starkey, he he). Ale wieńczący płytę wyśmienity, akustyczny „Great Day” zmywa te drobiny wątpliwości co do jakości płyty.

To moja bardzo subiektywna wersja odsłuchu „Flaming Pie”, ale zdaje się, że wyszło całkiem po myśli autora płyty. Yeah, we always came back to the songs we are singing at any particular time. Dobrze powiedziane, Paul. (Małgola Gulczyńska)

 

Czytaj inne odcinki:

Paul McCartney (1970-1985)

Paul McCartney (1976-1983)

Paul McCartney (2001-2018)

Słuchaj esencjonalnej playlisty

Krzysztof Ciach, Małgola Gulczyńska, Jędrzej Szymanowski, Patryk Weiss (2 grudnia 2018)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: zwolniak
[10 grudnia 2018]
Urodziłem się w 1990 r., a "Hope of Deliverance" to dla mnie też taki kawałek, który praktycznie utożsamiam z muzyką radiową i który pamiętam gdzieś od bardzo wczesnego dzieciństwa.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także