Paul McCartney (1976-1983)

Zdjęcie Paul McCartney (1976-1983)

grafika: © Anna Pietkun

Słuchaj esencjonalnej playlisty

Zdjęcie Wings – Wings at the Speed of Sound

„Wings at the Speed of Sound” jest albumem na tle dyskografii Paula McCartneya z kilku powodów wyjątkowym. Według wielu krytyków – zwłaszcza w momencie wydania – wyjątkowo niedobrym. Zanim jednak zabawimy się w „polemikę z duchami”, przyjrzyjmy się okolicznościom, które sprawiają, że o albumie z 1975 roku można powiedzieć „unikatowy”. Paul McCartney po rozłące z „największym zespołem w historii” na jakiś czas uciekł od świateł reflektorów. Wpierw nagrał tworzący podwaliny pod wszelkich Arielów Pinków współczesnego popu sypialniany, wypełniony eklektycznymi szkicami solowy album. Później postanowił założyć ze swoją żoną Lindą zespół Wings. Jednak jak wielokrotnie w wywiadach opowiadał – to nie było takie proste. Piętno ex-Beatlesa skutecznie nie pozwalało Wingsom zaistnieć w zbiorowej świadomości inaczej niż jako zespół TEGO McCartneya. Ten McCartney próbował jednak z tym walczyć: czy to ruszając w trasę po Uniwersytetach grając za „wikt i opierunek” czy starając się wydawać albumy pod szyldem tylko i wyłącznie Wings (co nie zawsze się udawało). Po co ten wstęp? A po to, by choć odrobinę przybliżyć obsesyjne wręcz w latach siedemdziesiątych pragnienie żywione przez Maccę, by być znów częścią całości, czyli zespołu, którego będzie twarzą, ale nie jedynym filarem. A tak na dobrą sprawę udało się to dopiero przy okazji „Wings at the Speed of Sound”.

Otóż jest taki album Wingsów, na którym Paul odchodzi od majka na trzy utwory z rzędu, ogółem oddając swoim skrzydłowym aż pięć numerów. Oczywiście najwięcej (aż dwa) otrzymuje najwierniejszy z wiernych, czyli Denny Laine. W tym bodaj najbardziej wysmakowany (naprawdę trzeba częściej wspominać o tym, co wyczynia tutaj na gościnnych występach Fiachra Trench!) na albumie: urzekający przepięknym, rozwiązującym napięcie mostkiem i dzierżącym miano płytowego wyciskacza łez „The Note You Never Wrote”. Powraca natomiast jeszcze w „Time to Hide”. Kawałek nosi zdecydowane piętno Moody Bluesowej przeszłości Laine’a, jednak nie dajmy się zwieść – bliżej mu do soft rockowej transpozycji bluesowej rytmiki, najbardziej popularnej w wydaniu Fleetwood Mac. Ciekawostką jest, że początek melodii linii wokalnej ze zwrotki zgrabnie został podebrany z pierwszego hitu The Supremes – „You Keep Me Hangin’ On”. Drobiazg, można powiedzieć, ale potwierdzający nie taki znowu ograniczony zestaw środków wyrazu często niedocenianego Laine’a.

„Wino Junko” to folkowa psychodela, w której akustykowi sekunduje bluesujące – ale znów: w nie tak tradycyjnym sensie – elektryczne pianino, za którym siadł Macca, rozkręcając nieco southern rockowy, barowy klimacik. Przekonująco za mikrofonem radzi sobie tutaj gitarzysta Jimmy McCulloch, gdzieniegdzie dodając sobie animuszu vocoderem. Całość zostaje zwieńczona psychodelicznym mini-jamem, w którym kraśnie dialogują gitary i pianino. „Wings at the Speed of Sound” to również płyta, na której po raz pierwszy piękniejsza połowa małżeństwa McCartneyów dostaje swój kawałek – dość nieszczęsny, odstający od reszty swoim „swojskim” klimatem „Cook Of The House”. Zaś perkusiście Joe Englishowi w udziale przypada chyba najbledsza kompozycja w zestawie. „Must Do Something About it” brzmi nieco jak odrzut z sesji do „Band on the Run” i prezentuje Wingsów w tej – przyznać muszę – najmniej przez mnie lubianej odsłonie: prostego, pozbawionego czy to aranżacyjnych smaczków, czy kompozycyjnych zawijasów folku.

ALE, jak to mówią, najlepsze zostawmy na koniec. Co by o upragnionej „zespołowości” tutaj nie pleść, to jednak sympatycznemu liverpoolczykowi przypadają najlepsze kąski. Dla wielu są to utwory, bez których nie warto by w ogóle na „Wings at the Speed of Sound” zaglądać, a więc brylujące na tabelach światowych chartsów single – „Let ‘Em In” i „Silly Love Songs”. Ten pierwszy, otwierający album apel o otwartość na nieproszonych gości, choć oparty został na hipnotyzującej, mantrycznej linii basu, to konstrukcyjna perełka. Ukazuje bowiem jedną z tych niepodrabialnych qualities McCartneya, który potrafi z prostoty wyciągnąć esencję wyrafinowania. Bo choć to prosta, klawiszowa balladka, dzięki ozdobnym fletom, dęciakom i genialnie wprowadzonej perkusji (chyba tylko Collinsowi w „In the Air Tonight” udało się stworzyć bardziej kanoniczne perkusyjne „wejście”) staje się jednym z Maccowych all-time classics. „Silly Love Songs” to zaś największy hit Wingsów w historii, który przesiedział na pole position listy Billboard pięć tygodni bez przerwy. Powstały jako argument polemiczny (do dziś nie wyobrażam sobie lepszego zabiegu) w sporze z krytykami zarzucającymi Paulowi pisanie głupiutkich, sentymentalnych piosenek o miłości, stanowił – z dzisiejszej perspektywy – nokautującą ripostę. Dyskotekowy basik i refrenowe smyki sprawiają, że to chyba najbliższa duchem funkującemu disco Nile’a Rodgersa (który przecież jako TEN Rodgers miał się dopiero nam objawić) kompozycja Paula. A mamy przecież tutaj jeszcze epickie „Beware My Love” mrugające okiem do sympatycznych Szwedów z Abby czy najbardziej wyluzowane na płycie „She’s My Baby”.

Pomimo tego, że płyta okazała się największym komercyjnym sukcesem Wingsów, przez krytykę została natychmiast zmiażdżona, jako najbardziej bezbarwna kolekcja utworów sygnowana nazwiskiem McCartney. Albo jako strasznie płaski, miałki i generalnie cheesy zestaw piosenek. Nawet dziś, przecież długo po rehabilitacji muzyki serowej, na popularnym portalu RYM, charakteryzuje się najniższą średnią ocen pośród Wingsowych płyt. Owszem, nie jest to ścisły top, ale z perspektywy czasu sprawia wrażenie autentycznie najbardziej wyluzowanej, emanującej atmosferą familiarności, lekkiej, przyjaznej słuchaczowi propozycji McCartneya i spółki. No właśnie, spółki. Zataczając koło: to jedyny raz kiedy Wings stanowili kolektyw w pełnym tego słowa znaczeniu – wspólnie śpiewając i pisząc. Owa energia wspólnego procesu twórczego zdaje się nie tylko ciekawostką, ale prawdziwą siłą „Speed Of Sound”, czyniąc zeń pozycję obowiązkową dla każdego „maccamaniaka”. (Patryk Weiss)

 

Zdjęcie Wings – London Town

Męczy mnie to gadanie, że Macca popsuł Jacko aż dwie płyty swoimi kontrybucjami. Czy ktoś na serio nie lubi „Girlfriend” czy to jest tylko takie pucowanie się? Ogólnie płytka spoko, po prostu bardzo rzadko wypłaca w twardej walucie satysfakcji. Ciągle czegoś brakuje, każda piosenka daje nadzieję, że oto za chwilę wbiegniemy na stadiom olimpijski i spojrzymy na mistrza w laurowym wieńcu, ale nie. Może jestem nienormalny i za krótko byłem w wojsku, ale chciałbym, żeby Macca lepsze płyty sprzedał mi. Sezon się zaczął, więc znów pozwolę sobie na nawiązanie do skoków – kiedy Stoch ma trochę słabszy okres i zajmuje miejsca od 7 do 15 to przecież obiektywnie są powody do spokojnego zadowolenia, bo to nadal wybitny skoczek w światowej czołówce. Przyjacielu, czy faktycznie się wtedy cieszysz? (Mateusz Tondera)

Przyjacielu, cieszę się wtedy POŁOWICZNIE. Faktycznie, powtarzane niczym mantra sformułowanie Adama Małysza o tym, że „przede wszystkim należy się skupić na dwóch równych skokach” bardzo rzadko miało zastosowanie przy tym, co Macca wyrabiał na albumach. Na „London Town” nie chce być inaczej. Jako przypis do blurba Mateusza chciałem dodać które elementy albumu zaliczyłbym jako składowe fantastycznego, bijącego rekord skoczni w Willingen skoku na 151,5 m (eksperci do dzisiaj spierają się co do właściwiej odległości).

Akurat tenże legendarny skok, ponieważ trzeba mówić głośno i otwarcie, że są na „London Town” diamenty, świadectwa songwriterskiej świętości albo co najmniej zasługującej na beatyfikację magii. „Cafe On The Left Bank” to pełen kompozycyjnych smaczków (złamanie perkusji w drugiej części zwrotki!) wyskokowy power popowy sztosik, rozpięty gdzieś między zadziornością The Jam, a zwiewnością Thin Lizzy. Wspomniane „Girlfriend” (w moich oczach zdecydowanie lepsze w wersji Wings) to lekka jak piórko, delikatnie psychodelizująca, zgrabnie napisana pościelowa, której melodyjne piruety to są zwyczajne SZCZYTY sofciarskiego rocka. Przy okazji, serio, ten kawałek zawiera w sobie przynajmniej połowę muzycznych tropów obecnych w dyskografii takiego gościa o nazwisku Rosenberg, co podobno trzęsie dzisiaj sceną.

No i nie zapominajmy o „With a Little Luck”, którego intro wystarcza, by antycypować to, co wydarzy się za blisko dekadę z brzmieniem albumu „Tango in The Night” Fleetwood Mac(ca) (PRZYPADEK?). Z niewielką pomocą przyjaciół Macca kozaczy tutaj wokalnie, bywa delikatny i szorstki. Jeśli sophisti-pop czerpał kiedyś z muzyki Wingsów, to zdecydowanie tutaj znajduje się najgłębsze źródełko. Elegancja kompozycji, świeże syntezatorowe brzmienie – to mogłaby być zapowiedź tego, co przyniosą lata osiemdziesiąte. Niestety do tej szuflady McCartney zbyt często nie zaglądał – tym bardziej fajnie, że mamy „With A Little Luck”. Reszta jest milczeniem. Przecież nikt nie pamięta słabego, krótkiego (ledwie 122 m, poniżej punktu K) skoku Małysza z pierwszej serii konkursu w Willingen. (Patryk Weiss)

 

Zdjęcie Wings – Back to the Egg

Mówi się, że na tej płycie Paul i spółka podłapali inspiracje ówczesnymi trendami: punkiem i nową falą. I owszem, są tu rozpędzone, rockandrollowe numery, ewidentnie noszące znamiona punkowej dynamiki („Spit It On”, nieco buzzcocksowe „So Glad To See You Here”), ale równie dużo tu klasycznego, 70sowego riffowania podbitego bogatymi aranżacjami. I tak, po introdukcji, „Reception”, opartej na podkładzie disco następuje świetny powerpopowy „Getting Closer” (mogący się kojarzyć choćby z numerami Elvisa Costello), ale już podniosłe, niemal symfoniczne w rozmachu zakończenie (w połączeniu z tłustym, typowo hardrockowym brzmieniem gitar) odsyła raczej w kierunku np. wczesnego ELO. Widoczne tu i ówdzie nowofalowe wpływy sąsiadują więc z orkiestrowymi wtrętami i gitarowym monumentalizmem (np. w dość generycznym rockowym dżinglu „Rockestra Theme”, z gościnnym udziałem m.in. sekcji rytmicznej Led Zeppelin, Davida Gilmoura i Pete’a Townshenda, a także z tuzina innych muzyków).

Najmocniejszym indeksem na płycie wydaje się jednak utwór zupełnie nierockowy – fantastyczny „Arrow Through Me” w stylu Steviego Wondera. Warto też wyróżnić nieco harrisonowski „To You” z fajną zmianą akordu z dur na moll w zwrotce i ciekawą linią wokalu, a także solówką gitarową przepuszczoną przez harmonizer, przypominającą nieco brzmieniem nawarstwione partie Briana Maya w Queen. Ładny jest również kołysankowy fragment „We’re Open Tonight”, który powraca w dalszej części płyty w wariancie reggae, z główną melodią śpiewaną w postaci kanonu przez trzy wokale. Sympatię budzi też ballada „Winter Rose” z piękną melodią zwrotki (i może nieco tandetnym refrenem), zaaranżowana na fortepian, klawesyn i bas bezprogowy (nieco w duchu wczesnych nagrań Kate Bush). „Million Miles” to zaś sympatyczny kameralny fragment w stylu gospel z akordeonowym podkładem.

Na płycie jest też sporo słabszych fragmentów: „After the Ball” – średnio oryginalna ballada rhythm'n'bluesowa (z jednym ładnym akordem), dość banalne (za to bogato zorkiestrowane) „Love Awake”, utwór Denny'ego Laine'a „Again and Again and Again”, którego słucha się sympatycznie, ale właściwie nie wyróżnia się on niczym szczególnym, wreszcie „Old Siam, Sir” ze świetnym riffem klawiszy przejętym potem przez wokal, któremu jednak brakuje ciekawego rozwinięcia. Warto wspomnieć o pełnym, „chrupkim” brzmieniu gitar i doskonałym zgraniu zespołu, a także świetnej formie wokalnej McCartneya.

„Back To The Egg” ukazuje Paula w rozkroku pomiędzy nowoczesnymi wpływami i próbą uchwycenia punkowej żywiołowości a skłonnościami ku pompatycznej produkcji. Jest to album który zasługuje na uwagę, znajduje się na nim kilka mocnych utworów, natomiast całościowo sprawia jednak wrażenie przerostu formy nad treścią. Jest to też ostatni album Paula z Wings. Rok później ukaże on radykalnie inne oblicze na „McCartney II”. (Michał Mierzwa)

 

Zdjęcie Paul McCartney – McCartney II

Znana historia: Paul, zmęczony nagrywaniem regularnych albumów z Wings, zaszył się na wsi, gdzie wyposażony w 16-śladowy magnetofon przez sześć tygodni pogrywał sobie w domowym studio, eksperymentując z syntezatorami, nagrywając bębny w łazience, nawarstwiając i przestrajając wokale itp. Efekty tych zabaw, rejestrowanych pierwotnie bez zamiaru wydania na płycie, znalazły się ostatecznie na „McCartney II”. Paul wystąpił tu zarówno w roli jedynego muzyka (bębny, gitary, klawisze, wokale – nie licząc dwóch występów Lindy w chórkach), jak i realizatora nagrań/producenta.

Większość zawartych na płycie utworów powstała w studio (poza jedynym napisanym wcześniej „Waterfalls”). Niektóre z nich mają charakter dość swobodnych jamów lub repetytywnych form, w których akcent pada raczej na eksplorację rozwiązań brzmieniowych czy produkcyjnych niż na samą kompozycję. Znajduje się tu kilka względnie tradycyjnych piosenek, ale także dwa nietypowe dla Paula utwory instrumentalne, oparte na mechanicznym beacie i partiach syntezatora.

Ze względu na zróżnicowanie muzycznego materiału, „McCartney II” sprawia wrażenie nieco eklektycznej kolekcji pozornie nieprzystających do siebie fragmentów studyjnych (w duchu wcześniejszego o 10 lat debiutu czy np. „Let It Be” – również płyty o niejako „dokumentalnym” charakterze, skompilowanej z fragmentów większej sesji nagraniowej). Z tego względu drugie w pełni solowe wydawnictwo Paula zwykło się (jeśli pominąć jego kultowy status w oczach bardziej „alternatywnie” nastawionych odbiorców – do zdeklarowanych fanów zaliczają się m.in. Chris Carter z Throbbing Gristle i Gruff Rhys z Super Furry Animals) postrzegać w kategoriach raczej wartej odnotowania ciekawostki niż pełnoprawnego albumu. Niesłusznie – jest to bowiem płyta o niezaprzeczalnych walorach artystycznych i unikalnym klimacie.

Już na samym początku wjeżdża energetyczny „Coming Up”, zachwycający talkingheadsową rytmiką i ciekawie brzmiącymi wokalami (przestrojony głos McCartneya i chórek Lindy w refrenach trochę jak z bollywoodzkiego filmu), a także imponującą paletą syntezatorowych dęciaków. Potem chyba najoczywistszy highlight płyty – „Temporary Secretary”. Doskonała kompozycja, startująca od kraftwerkowego (powiedzmy) syntezatorowego arpeggia, do którego dołącza riff akustyka. Płynąca jakby w poprzek zwrotka z niby-dziecinną melodią „od góry do dołu” przywodzi nieco na myśl „Paperback Writer”, ale też, w zestawieniu z nowofalową nerwowością, jakieś XTC. Pojawiają się tu proto-collinsowskie „wielkie” bębny i wskakujący na zwrotki gęsty, monotonny bas, który mógłby się pojawić zarówno na „Revolverze”, jak i na „Metal Box”. Całość uzupełniają opadające i wspinające się chromatycznie mostki, okraszone gdzieniegdzie gadaniem i krzykami. Chory numer, który robi niezwykłe wrażenie swoją warstwową architekturą. Chce się go powtarzać w nieskończoność.

Dalej jest różnie. Obok kilku niezobowiązujących, ujaranych jamów, dawki wygłupów i kilku bardziej szorstkich, niemal agresywnych w wyrazie, eksperymentalnych indeksów, na płycie znalazło się parę cudownych lirycznych fragmentów. Jednym z moich faworytów na płycie jest rozlany na fletowo-mellotronowym podkładzie, pastoralny, akwarelowy „Summer’s Day Song”, ponoć zainspirowany fragmentem usłyszanej przypadkowo muzyki klasycznej. Cudowne „Waterfalls” okraszone proto-hypnagogicznymi padami w refrenie (sprawdźcie jak genialne ilustrują to fajerwerki w klipie), a zakończone bladerunnerowskim dronem, ma w zwrotkach jedną z tych wzruszająco pięknych, dziecięco prostych McCartneyowskich melodii spod znaku, dajmy na to, „Fool on the Hill”, „Hey Jude” czy późniejszego „Wanderlust”. Beatlesowskie skojarzenia może budzić też zamykająca płytę, rozbrajająca, minimalistyczna ballada akustyczna, „One of These Days” (mnie osobiście najbardziej kojarzy się z Lennonem z okresu Plastic Ono Band, ale pasowałaby też do szkiców Paula z Rishikesh).

Charakterystyczna Beatlesowska melodyka daje o sobie znać również w instrumentalnym „Front Parlour”, które brzmi trochę jak skrzyżowanie „Hello Goodbye” z Yellow Magic Orchestra na podkładzie à la Cluster z „Zuckerzeit”. Podobnie zresztą jak pokrewny mu, orientalny „Frozen Jap”, w pewnym momencie zapowiadający motyw z „Heartbeats” The Knife. A może z „Girls Just Want To Have Fun”?

Pozornie jest tu sporo wypełniacza. Niektóre utwory opierają się na prostych, bluesowo-rock’n’rollowych schematach i sprawiają wrażenie zaimprowizowanych na miejscu jamów okraszonych efektami studyjnymi. Inne fragmenty mogą zniechęcać transową monotonią. Uważny odsłuch ujawnia jednak wiele drobnych smaczków i udziwnień, które nawet tym słabszym kompozycyjnie utworom nadają pewną świeżość i specyficzny, nieco filmowy klimat. Nerwowe, country-rockowe „Nobody Knows” odznacza się toporną, prymitywną perkusją umieszczoną na pierwszym planie, co może odsyłać zarówno do T. Rex, jak i niektórych fragmentów wydanego rok wcześniej „Tusk” Fleetwood Mac. W rock’n’rollowym „Bogey Music”, w którym to zresztą pojawia się płynący pod prąd wspaniały motyw gitary, oraz w klimatycznym, nieco Creamowym „On The Way” mamy znów psychodelicznie zdelayowane wokale (co w tym pierwszym przypadku daje efekt przywodzący na myśl co dziwniejsze fragmenty Roxy Music z okresu z Eno w składzie, np. „Bogus Man”). Warto też wspomnieć o kroczącym na powolnym (jak chcą niektórzy, proto-drum’n’bassowym – może i tak) beacie, odjechanym „Darkroom”, wyróżniającym się ciekawym nawarstwieniem faktur syntezatorowych i przetworzonych, wykorzystanych w charakterze instrumentu rytmicznego wokali.

Płyta wpisuje się w długą i bogatą dziś tradycję autorskich albumów tworzonych w samotności, można by ją opatrzyć tagami „loner rock”, „outsider pop”, „lo-fi”, „bedroom pop”. Jest tu nowofalowa nerwowość i liryczna melancholia. Jest eksperymentalna produkcja i poszukiwania kompozycyjne. Usłyszymy tu wpływy krautu, reggae i dubu, echa nowej fali i post-punka, a także rodzącego się wówczas synth-popu i ambientowych ballad środkowego Eno. Wskazywano na pokrewieństwo obecnych tu instrumentali z berlińskimi kompozycjami Bowiego czy twórczością Kraftwerku. Można by ją postawić obok którejś z płyt R. Steviego Moore’a, Arthura Russela czy solowego Barretta, ale spodobałaby się także pewnie zwolennikom intymności Durutti Column czy beztroskiej, pływającej psychodelii znanej z solowych albumów Holgera Czukaya. Nie jest to łatwy w odbiorze album i z całą pewnością nie zalicza się do najbardziej typowych dokonań McCartneya, ale zdecydowanie warto po niego sięgnąć, zaś każdy kolejny odsłuch przynosi nagrodę w postaci odkrycia zagrzebanych gdzieś w chaotycznym miksie skarbów – smaczków, pomysłów aranżacyjnych, dźwięków. (Michał Mierzwa)

PS. Polecam też sięgnąć do bonusowych nagrań – odrzutów z tej samej sesji, które w niektórych przypadkach w niczym nie odstają od zawartości właściwego albumu. Najciekawszy z nich to chyba „Secret Friend” – przedziwny utwór, który zapętloną „gamelanową” (plecionkową) rytmiką, ciekawą harmonią i „oceanicznymi” wokalami przypomina niektóre fragmenty płyty „Discipline” King Crimson. Warto wspomnieć jeszcze o „Bogey Wobble” ze sterolabowym bulgotaniem syntezatora i momentami krautową partią perkusji, a także o pochodzącym z tej samej sesji, fantastycznym singlu „Wonderful Christmastime”, w którym kościelne, dziecięce chórki (rodem ze „SMiLE") zostają zderzone ze zdelayowanymi, pra-chillwave’owymi (juniorboysowymi?) pacnięciami syntezatorów. Godne polecenia jest również „Blue Sway” z dodaną później orkiestracją i partią saksofonu. (M.M.)

PPS. Specyficznie eksperymentalny charakter „McCartney II” dosyć dobrze oddaje niniejsze zdjęcie z sesji nagraniowej. (M.M.)

 

Zdjęcie Paul McCartney – Tug of War

Stanisław wyjął z kieszeni ostrze i pewnym, błyskawicznym ruchem zagłębił je w grdykę ofiary. Siknęła krew; młody człowiek padł na kolana, trzymając się za gardło. Stanisław wymierzył mu potężnego kopa w twarz, po którym nieszczęśnik poleciał metr do tyłu i twardo spotkał się z gruntem, bezwładny niczym szmaciana lalka. Stanisław oblizał nóż, puścił wiatry i zarechotał, po czym szybkim krokiem udał się w domowe pielesze.

Zjawiwszy się w swoim mieszkaniu obrzucił admirującym spojrzeniem kolekcję siekier, splunął na poplamioną spermą i posoką podłogę, położył płytę na talerzu lśniącego, nowego odtwarzacza ze złotymi gałkami i zagłębił się w kontemplacji.

Nie słuchałem tego tak dawno. Co my tu mamy – tytułowy. Niby proste akordy, ale jak obudowane tą nieco patetyczną instrumentacją, a ta hardrockowa część, gdzie pojawiają się smaczki takie jak te bardzo ryzykowne chórki na 2:32, czy zawirowanie w rytmie na 3:02, antycypuje przecież całą twórczość King's X. No i co smyczki grają na 4:05, trzeba być geniuszem, by gładki, ładny motyw przełamać dwoma następstwami z dupy tak, by nikt się nie zorientował. Drugi numer zaczyna się od reggae, by potem zahaczywszy o soft rock dotrzeć do czegoś w rodzaju białego soulu, a nie minęła jeszcze minuta. Łączenia między segmentami bardzo zmyślne, ale sporo sera się tu czai, takiego rasowego w stylu braci Wilson, niemniej sera. A może ja, biedny grzesznik, się mylę i powinienem schylić czoła? Chylę, nie można nie chylić przed Paulem! Bridge – piętrowe wielogłosy wokalne, koda – dęciaki, Jezu ufam Tobie!

Stanisław sapnął w uniesieniu i otworzył butelkę czystego spirytusu. Pociągnąwszy spory łyk, charknął i powrócił do skupionego słuchania.

Jakaż piękna ballada z tego „Somebody Who Cares”. Zwrotka w A-moll, refren w A-dur, kocham takie wyrafinowanie. Szkoda, że tylko ja. A pojawiające się w drugim obiegu chórki podnoszą moją ocenę, która nikogo nie interesuje, z 8/10 na 9/10. Pali trochę w rurę ten spiryt.

Zwymiotował akurat w momencie, gdy wybrzmiały pierwsze takty synth-funkowego „What's That You're Doing” i uznał to za szczęśliwy zbieg okoliczności.

Takie nagromadzenie talentu – Stevie Wonder przecież – i taki brak inspiracji w jednym tracku, to się rzadko zdarza. I ciągną ten track przez ponad sześć minut, czuję gniew.

Wyciągnął z lodówki przechowywane tam na czarną godzinę obcięte męskie genitalia, rzucił je ze złością o ziemię, genitalia upadając mlasnęły głośno, mlasnął i Stanisław, po czym podkutym obcasem buta deptał je długo, czyniąc dwa wymiary z trzech. Ukoiły go dopiero dźwięki kolejnego utworu, a właściwie dopiero sekundowe zejście z Em do D# na wysokości onomatopeicznej puenty pierwszej zwrotki.

Szkoda, że tylko cztery razy w ciągu utworu tak schodzą. Brak tu właściwie innych ciarkonośnych momentów. Ale, ale, zaczyna się chujnia! Wysłucham ku chwale barona Sacher-Masocha.

Przełożył płytę na drugą stronę i ze zbolałym uśmiechem położył igłę na początku „Ballroom Dancing”.

Pamiętam: jeśli wytrzymam dwie minuty i dwadzieścia sekund, zostanę wynagrodzon wcale zgrabnym instrumentalnym mostkiem. Nie! Kurwa, niech to się już skończy, ja nędzny robak, ale ja car własnego świata, skipuję. Przepraszam, panie Pawle. Oto highlight tej płyty i najdziwniejszy na niej kawałek, „The Pound is Sinking”, gdzie w zwrotce Paul udaje jakby Lennona, a w refrenie jakby Zappę. Cóż za muzykalność, a jest jeszcze obszerny mostek na 6/8. Umieram z perwersyjnej rozkoszy. „Wanderlust” – nigdy nie wiedziałem, co zrobić z tym kawałkiem. Trochę kompromitacja z tymi powrotami na D-dur, tak się nie rozwiązuje zwrotek, gdy jest się tak wielkim kompozytorem. Aranż i anturaż kolędowy, widzę to śpiewane przez rozkosznie niewinnego chłopca w komży. Otwiera on szeroko buzię. Refren zostanie dwa lata później powtórzony niemal toczka w toczkę w „No More Lonely Nights”. Już wiem, co z tym kawałkiem zrobić – wyłączyć.

Stanisław podniósł powleczone platyną ramię adapteru i miał zamiar położyć je indeks dalej, gdy nagle uświadomił sobie, że następny w kolejce jest duet z Carlem Perkinsem, „Get It”. Jęknąwszy głośno jął oddawać mocz w spodnie. Ta nagła demonstracja uczuć wyczerpała go i tylko żelazna, ćwiczona latami wola pozwoliła mu ominąć wspomniany utwór, a przepięknej vocoderowej miniaturce „Be What You See” – wybrzmieć w pełni.

Kocham. Uwielbiam. Obsypuję pocałunkami. Ten łącznik i następujący po nim „Dress Me Up as a Robber”, pełen przepysznych akordów septymowych, zaśpiewany falsetem, z sympatycznie synkopowanym beatem i hiszpańskawą solówką gity. Oryginalne to, nietypowe dla autora, eksperyment trochę. Gdyby wszystkie eksperymenty się tak udawały, jak ten…

I nasz bohater pogrążył się w retrospekcji. Trwały one dokładnie tyle, ile trwa closer albumu, znany wszystkim doskonale i przez wszystkich (prawda? PRAWDA???) kochany „Ebony And Ivory”. Wspominał szczegóły eksperymentu psychiatrycznego, który wymknął się spod kontroli i uczynił go degeneratem we wszystkich aspektach: dzikim mordercą, aspołecznym szaleńcem, kiszkojebnym gwałcicielem, sadystycznym alkoholikiem, uważnym słuchaczem muzyki. Później zapadła cisza, Stanisław dopił swój trunek i położył się spać, a znienawidzony „Ballroom Dancing” grał mu w głowie jeszcze przez kilka dni. (Michał Hoffmann)

 

Zdjęcie Paul McCartney – Pipes of Peace

Na reedycji tego albumu znajduje się bonus w postaci tytułowej piosenki do filmu „Twice in a Lifetime”, dusznej ballady pochodzącej z mniej więcej tego samego okresu. Traktuje oczywiście o czymś innym, jednak jej tytuł dobrze oddaje istotę „Pipes of Peace”. To rzeczywiście trochę powtórka z „Tug of War”, rodzaj rewersu czy może dopełnienia płyty z 1982 roku. Przygotowanego zresztą według nieomal tego samego przepisu. Personalnie – za konsoletą ponownie zbratany już George Martin, za bębnami pojawia się Ringo, podwójny gościnny występ zalicza gwiazda r&b (Jackson w miejsce Wondera) – oraz estetycznie – parafolkowy opener, kilka funkowych inspiracji, muzyka klawiszowa. „Tug of War” lubię nazywać taką płytą z bajerami – to stylistyczny miks z kosztowną produkcją, zaskakującymi gośćmi i takim trochę łzawym klimacikiem. „Pipes” teoretycznie idzie tym tropem – piosenki są zdecydowanie różnorodne, pod innymi względami rezultat wydaje się jednak zasadniczo odmienny od poprzedniczki.

Jak świadczą podania, na początku prac nad „ToW” Martin żelazną ręką odrzucił dużą część kompozycji przyniesionych przez Paula, uznając je za zwyczajnie słabe (ch*jowy, po prostu niedobry – B. Linda o „Powidokach”). Wielki Artysta, choć głęboko dotknięty takim wyrazem dyscypliny, jakoś to w końcu przełknął. Jak miało się okazać – słusznie. Producent wykazał się bowiem niezłym zmysłem marketingowym, co zaowocowało ogromnym sukcesem – oto Macca znowu dostaje brawka, triumfalnie wracając do głównego nurtu. Nie zapomina jednak o biednych odrzutach, narcystycznie w głębi serca ciągle przekonany o ich wysokiej wartości. Uparciuch sobie tylko znanymi środkami przekabaca Martina i płynąc na fali pomyślności idzie za ciosem – nie można przecież pozwolić zmarnować się tak dobrym numerom. Zatem powtóreczka na bazie jakichś odpadów? Brzmi podejrzanie, a jak w istocie *brzmi*? Otóż wbrew pozorom wcale nieźle.

Punktem wyjścia – jak przy „Red Rose Speedway” – może być utwór jawnie kontynuujący pomysły poprzednika. Na szczęście znowu ze skutkiem niezbyt reprezentatywnym dla całości. Przedostatni na trackliście „Tug of Peace” to szczyt McCartneyowskich kuriozów. Na siłę udziwniony miks szczątków piosenek z obu płyt „okraszony” niemal-rapem dziadka Paula (czterdziestoletniego, ale cóż) może i stanowi odważny – jak na tamte lata i tego artystę – eksperyment z samplingiem, niemniej – kompletnie nieudany. Studyjne ekscentryzmy znane z „McCartney II” z nieco lepszym skutkiem kontynuuje wcześniejsze „Hey Hey”. Stworzony w towarzystwie Stanleya Clarke’a dziwaczny instrumental w intrygujący nawet sposób łączy w sobie elementy brudnego funkowego jamu i obskurnego soundtracku do telezakupów. Nie da się jednak ukryć, że te dwa bełkotliwe indeksy w istotny sposób zaburzają przyjemność słuchania „Pipes”. Cierpienia wynagradza „Through of Love”, ballada zamykająca tę przygodę – elegancka, choć mogąca razić typowym dla późnego Paula sentymentalizmem.

No właśnie – ciągnąc porównania – „Tug of War”, mimo fragmentów autentycznie pięknych, jest albumem w gruncie rzeczy dość tandetnym. Tymczasem to, czym zwyczajnie kupuje mnie „PoP”, jest – nomen omen (?) – pop. Przekonuje przede wszystkim jako album nienachalny, sprawiający wrażenie wypuszczonego na pełnym luzie. Nie tak dopracowany jak poprzednik, a co za tym idzie – pozbywający się jego podniosłych ambicji na budzenie emocjonalnych doznań. Mniej rozpasana produkcja przynosi wytchnienie. Mimo zaangażowania w projekt ponownie całej armii osób, piosenki pobrzmiewają skromnymi domowymi nagrywkami („The Other Me”). Zdaję sobie sprawę, że nie każdy odnajdzie przyjemność w odsłuchu ewidentnie 80sowego, nieco emeryckiego r&b, ja jednak nie mam z równie płaskim, jak przejrzystym brzmieniem „Pipes” żadnego problemu.

Krytycy rzecz jasna jednak nie chwalili tak jak „ToW”, ale na szczęście przynajmniej sprzedaż pociągnęło hiciorskie „Say Say Say” z Michaelem Jacksonem. Mniej znany efekt współpracy duetu Macca-Jacko, „The Man” atakuje zaś santanowskim ukąszeniem z gitary, by płynnie przejść do septymowego słodzenia w zwrotce i następujących po sobie dwóch bliźniaczych refrenach. Bardziej cukierkowy może być tylko ekstremalny falset Paula w „So Bad”, niebieskookim flircie z estetyką quiet storm. Co jeszcze? W takim „Keep Under Cover” Macca, jak trafnie zauważył Patryk Weiss, wymyśla sobie Of Montreal. „Sweetest Little Show” to na oko tylko ten obowiązkowy blues-rockowy kasztan, pod którego pozorami kryje się w istocie dość skomplikowana struktura (szczególnie po przyspieszeniu w stosunku do wersji demo). Jeszcze większe szaleństwa kamufluje wesołkowate „Average Person”. Skoczny i rozpędzony kawałek w rzeczywistości gra pauzami i ekspresową akordową żonglerką. Patrząc więc czysto materiałowo, mimo kilku epizodycznych potknięć, „Pipes of Peace” to wielobarwny pakiet niezwykle wdzięcznych piosenek. Czy tylko swoisty appendix do „Tug of War”? Może, ale z pewnością niewymagający wycięcia. (Jędrzej Szymanowski)

 

Czytaj inne odcinki:

Paul McCartney (1970-1975)

Paul McCartney (1986-1999)

Paul McCartney (2001-2018)

Słuchaj esencjonalnej playlisty

Michał Hoffmann, Michał Mierzwa, Jędrzej Szymanowski, Mateusz Tondera, Patryk Weiss (1 grudnia 2018)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: pa
[6 grudnia 2018]
wyśmienita recenzja Tug of War, winszuję panie Michalski
Gość: ap
[1 grudnia 2018]
Bardzo dobra recenzja McCartney II. Plus.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także