Recenzje 2008: post scriptum

Post scriptum, czyli recenzje albumów, o których z różnych względów nie pisaliśmy w 2008 roku. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, jak mawiają górale. Zatem, nie przedłużając ceremonii, zachęcamy do czytania. Miłej lektury!

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 1

Allroh – Nym [EP] (7/10)

Pod pseudonimem Allroh ukrywa się pewna sympatyczna Niemka – Anne Rolf, która w latach 90. dowodziła noise rockową grupą Wuhling. Ich płyta „Extra 6” została wydana przez Touch & Go i był to pierwszy album wykonawcy europejskiego, jaki ukazał się nakładem tej ważnej i wpływowej wytwórni. Steve Albini zatem dobrze wiedział, komu przypada zaszczytna rola supportowania Shellac. I jak dobrze pamiętamy z wrocławskiego występu, Allroh zaprezentowała się zdecydowanie z dobrej strony. Tylko głos i gitara. Delikatne, melancholijne, ale też nieco rozedrgane, wręcz odurzające brzmienie, mieszało się z hałaśliwym i jazgotliwym hałasem. Podobnie jest na omawianej EP-ce. Obok kompozycji elektrycznych, pozornie chaotycznych („Dieser”), pojawiają się też akustyczne, subtelne momenty („In Rostock”). Centralnym punktem „Nym” jest jednak zachwycające „Hebelus”. To właśnie w tym utworze jest wszystko, co esencjonalne dla tego wydawnictwa: wzburzone brzmienie gitary, delikatne, instrumentalne pomruki i frapujące wokalizy. Na podstawie zawartości EP-ki można wnioskować, że długogrający album będzie czymś wyjątkowym. Trzymamy kciuki. (pw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 2

Alphabeat – This Is Alphabeat (6/10)

Na początek anegdota. Snułem niedawno z kolegą niezobowiązującą dyskusję koncentrującą się wokół zagadnienia muzyki *zbyt optymistycznej*, muzyki nieznośnie radosnej (co interesujące, gdyż pozytywne granie obaj uwielbiamy i stawiamy ponad depresję oraz dołerstwo). Padały różne propozycje: od socrealistycznych pieśni w stylu „Budujemy nowy dom” czy „Hej młody junaku”, po eurodance’owe nagrania z Niemiec, jednak po krótkiej refleksji najcelniejszym strzałem okazała się chyba formacja Alphabeat – duńska odpowiedź na specyficzny odłam amerykańskiego popu z połowy lat osiemdziesiątych. Wiecie, tematy z serialów telewizyjnych o pierwszych miłościach nastolatków, „I’m So Excited”, ścieżki dźwiękowe do filmów w stylu „Powrót do przyszłości”, układy taneczne ze studniówek wykonywane wspólnie przez wszystkich uczestników z miss balu w roli głównej. Jest na tej milusiej płyteczce kilka wcale sprawnych numerów, jest też „Fascination”, które w kategorii „cheesy pop music” nie ma sobie równych w ostatnich dwunastu miesiącach. No, jest spoko, ale niech mi ktoś powie czemu im do cholery jest AŻ TAK wesoło. (ka)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 3

Angil + The Hiddntracks – Ouliposaliva (8/10)

O tej płycie nie pisali na Pitchforku. Niemożliwe, a jednak. Tak naprawdę gdyby nie Chemikal Underground fenomen Angila i jego koncertowego bandu zostałby w Europie zupełnie niezauważony, czy to dlatego, że zupełnie nie starali się zostać zauważeni, zaszywając się gdzieś w najbardziej zapyziałych zakamarkach Francji, czy też dlatego, że ich strona internetowa wygląda jakby wciąż był rok 1991 i wszystkie komputery dawały radę pracować tylko na DOS-ie. Nie mają nawet MySpace’a! Za to nie brakuje im pokrętnych pomysłów, na przykład, żeby nagrać płytę nie używając ani razu akordów E-dur i e-moll oraz napisać do niej teksty nie zawierające ani jednej litery „e”. Analogicznie wyleciała ona z nazwy „The Hiddentracks”. Efekt końcowy jakim raczą nas Francuzi, to coś na pograniczu jazzu, indie, freak-folku, hip-hopowych nawijek w stylu Mike’a Skinnera i kabaretowego cynizmu. (kmw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 4

Audrey – The Fierce And The Longing (6/10)

Wyobraźcie sobie pośrednią formę wokalną między Björk a Stiną Nordenstam. Dodajcie do tego delikatne, subtelnie tkane dźwięki gitary, nieco schowane, okazjonalne i odrobinę dostojne smyki lub dęciaki. Nadajcie brzmieniu płynności i lekkiej przestrzenności, a nastrój kompozycji dopasujcie do skandynawskiej pogody. Jeśli zachowacie w wyobraźni odpowiednie proporcje, to efekt będzie zbliżony właśnie do tego, co na tegorocznej płycie zaprezentowały dziewczyny z Audrey. Nieco oczywiste i w gruncie rzeczy proste, gitarowe granie jest jednak w tym przypadku silnie namagnetyzowane rwącym strumieniem melodii, które nie są jednocześnie nachalne i dominujące. Trzeba powiedzieć, że momentami wkrada się tutaj monotonia, ale nie mamy do czynienia wyłącznie z odtwórczym bazowaniem na schemacie. Każde kolejne przesłuchanie sprawia wręcz, że trudno uwolnić się od tych uroczych, melancholijnych piosenek, które tylko pozornie wydają się zupełnie zwyczajne i trochę bezbarwne. Zwyczajnie mamy za to do czynienia z kolejnym już solidnym wydawnictwem, które potwierdza czołową pozycję Szwecji w rankingu najlepszych rozgrywających na międzynarodowej arenie muzyki alternatywnej. (pw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 5

Erykah Badu – New Amerykah Part One (4th World War) (7/10)

Troszeczkę na marginesie tego, co się dzisiaj w muzyce dzieje, a z drugiej strony przy sporym zainteresowaniu mediów i słuchaczy – w końcu nagrywa nie byle kto! – Erykah Badu wróciła bardziej wściekła, bardziej sarkastyczna i drapieżna niż kiedykolwiek. Ale hm, spoglądając na poprzednie dokonania artystki, osiągnięcie tego efektu nie było chyba specjalnie trudne. Już na poziomie tytułu królowa sygnalizuje swój „obywatelski gniew” i nie bez przyczyny w otwierającym utworze udanie naśladuje jamowy puls Jamesa Browna. Dalej spektrum nastrojów waha się od „There’s A Riot Going On”, przez Gila Scotta-Herona aż po r’n’b i paradoksalnie, choć mówi się, że to najbardziej hip-hopowy album wokalistki, bliżej mu klimatem i melodyką do lat 70. niż nowego soulu. Odwołanie do artystów, którzy przed laty kreślili niewesołą diagnozę społeczeństwa Stanów Zjednoczonych nie kończy się zresztą na inspiracjach muzycznych. W kolażu zamykającym „Twinkle” obszerny cytat fenomenalnego monologu Petera Fincha z „Sieci” Sidneya Lumeta, podsumowując znaczeniową warstwę albumu, wydaje się tak samo trafny, aktualny i porażający dziś, jak trzydzieści lat temu. Oczywiście cynicy podnieśli głosy, że deklaracje Badu brzmią naiwnie i nawet w/w monolog został sprowadzony do roli śmiesznostki (!!!). A przecież nikt się tu nie uśmiecha jak świnia w deszcz i słowa Fincha wcale nie brzmią błaho. I don’t have to tell you things aren’t good. Everybody knows things aren’t good. Zdaje mi się, że w tej próbie sił to nie Erykah wychodzi na ignorantkę. (ps)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 6

Ballady i Romanse – Ballady i romanse (3/10)

Piosenki karczemnej tworem gawiedzi, W głupstwa wywarzone kuźni. Dziewczyny duby smalone bredzą, A „Raster” rozumowi bluźni! Niestety, tym razem jestem zmuszony wcielić się w rolę starca wyposażonego w bezlitosne szkiełko i oko. Z wyjątkiem kilku fragmentów (trzeba przyznać, że „Trudny”, „Warszawa” i „Starość” to solidny, pomysłowo zagrany avant-pop) płyta sióstr Wrońskich razi przeciąganiem na siłę nudnych motywów, usypia bezbarwnymi melodiami, a przede wszystkim irytuje ekshibicjonistyczną pretensjonalnością niby-naiwno-śmiesznych tekstów, które robią koszmarne wrażenie, szczególnie gdy są podawane w formie melorecytacji. Kiedy słucham piosenki „Wyemancypuj się”, to nie wiem, czy mam do czynienia z nieudaną parodią feminizmu, czy może raczej z próbą opowiedzenia ciekawej historii, która od pierwszego wersu grzęźnie w banalnych sformułowaniach. Przez całą płytę pod względem tekstowym mamy albo „złote myśli” (tutaj fakty liczą się, nikt nie wiedział, że dzieciństwo miałeś złe), albo grafomańskie emocjonalne wyznania (zła pogoda, czerwone słońce, wielki dół i wpadam do środka, miękko opadam na zmarznięte ściernisko, mam tylko chwilę, bo czarne myśli gonią). Jeśli ktoś recenzując tę płytę pisze o „najlepszych polskich tekstach” czy „odnowieniu formuły piosenki poetyckiej” to chyba na „Procesie” Franza Kafki wciągał ścieżki manny i jeszcze nie doszedł do siebie. Siostry Wrońskie przyćmiły CocoRosie w podobnym stopniu, w jakim Graftmann przyćmił Sufjana Stevensa. (psz)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 7

Bar Kokhba – Lucifer: Book Of Angels, vol. 10 (7/10)

Wbrew tytułowi to nie death metal, a zupełnie inne rejony. Wprawdzie world music w odsłonie żydowskiej już w tym sezonie było, w postaci Secret Chiefs 3, ale nieważne; niezależnie czy się tamto podobało czy nie, tutaj – jak zaznaczono zresztą w ww. recenzji – obcujemy z albumem znacznie lepszym. Grają tu zawodowcy w swojej branży, muzycy Masada Band (ale spokojnie, żadna cepelia); poza „Mehalalel” nie ma żadnych surfowych wtrętów, jest jazz i – nie wiem w sumie czy w dzisiejszych czasach to zachęci – elementy post-rocka. Tak czy inaczej, to chyba najlepsza (chyba, bo konia z rzędem temu, kto ogarnie całość) część tegorocznej serii „Book Of Angels”, operująca doskonale po wyjęciu z kontekstu jako chillout music z okazjonalnym przytupem (doskonały „Gediel”) czy sto razy lepsze tło do sączenia espresso niż Katie Melua (tzn. jej muzyka, nie aparycja). Aha, kompozycje Zorna, ale to detal. (dh)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 8

Be Your Own Pet – Get Awkward! (4/10)

Z dużym zniesmaczeniem muszę wyrazić moje wyrzuty skierowane na ten młody zespół, który wzbudzał jeszcze rok wstecz moją megasympatię. Jemina nie jest już ładna, ma grube łydki, koleś z długimi włosami jest obleśny, a kiedy obejrzy się ich filmiki na stronie to można się zastanowić głęboko, po co one są robione. No po co. Ani nie jest to śmieszne, ani fajne, a tylko pokazuje, jakimi są kretynami. Liderka (jak śmiesznie brzmi takie słowo w kontekście tej dziewczynki) telepie się na scenie jak połączenie Toli z Blog 27 z Kelly Osbourne. Aha, zapomniałem, muzyka. Brzmienie dalej w stadium punkowej poczwarki, czyli po pierwsze, to już było X lat temu, a po drugie, to już było na pierwszej płycie. „The Kelly Affair” miało być lansowane na największy hit, razem z fatalną frazą przewodnią: Everybody here parties all the time!/ Everybody here’s got sex on their minds!. No całkiem młodzieżowe, przyznam. Cokolwiek ratują dwie sympatyczne para-balladowe melodie w piosenkach „Becky” i nieco poruszającym „You’re A Waste”. Szkoda tylko, że banał tekstów razi wszędzie tak, że połowa rodzimych gimnazjalistów byłaby w stanie spisać je ze słuchu. „You're A Waste” plus „Adventure” z pierwszej płyty pomnożone ilościowo przez 5 równałoby się zgrabnej siódemeczce. A tak, to mogę co najwyżej zaapelować: dorośnijcie, miśki, bo mi słabo. (kjb)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 9

Blue Sky Black Death – Late Night Cinema (7/10)

Pięć płyt, dwa dj-skie podkasty, garść remiksów, mnóstwo koncertów i to wszystko od kwietnia do listopada. We dwóch. I pomimo tego, że o jednej płycie nie wiedzieli, że ją nagrali („Evil Jeanius”), druga to instrumentale oparte o kawałki ze starszego albumu („The Holocaust Instrumentals”), a na trzeciej całą robotę odwala zaproszona gościnnie wokalistka („Slow Burning Lights”), to i tak dwie udane płyty w ciągu kilku miesięcy stanowią niezły wynik. „Late Night Cinema” spełnia obietnicę zawartą w tytule. Do grubo kładzionych bitów podoklejano dziesiątki mocno filmowych smyków, fanfar i marszowych uderzeń w kotły, przetykając gdzieniegdzie całość eterycznymi zaśpiewami dobrze zbudowanych czarnoskórych wokalistek. Z samplera co rusz spada jakaś ciekawostka – a to Donny Hathaway, a to Funkadelic – a obaj panowie mozolą się w towarzystwie rozbudowanego zestawu gościnnych muzyków, by wokół tych fragmentów zbudować płytę, której cały urok opiera się na klimacie. I udaje im się to rewelacyjnie, album traktowany najpierw jak niezobowiązująca tapeta, po jakimś czasie nie chce dać się wykasować z plejerki, by w końcu zostać jedyną płytą, którą ma się ochotę puszczać o trzeciej nad ranem. Folder z powiązaną muzyką: DJ Cam, Kero One. (msz)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 10

Calexico – Carried To Dust (7/10)

Z perspektywy okładki albumu „Carried To Dust”, nie da się inaczej odbierać tego krążka jako fascynującej podróży. Po nużącej przejażdżce z płytą „Garden Ruin”, Calexico znów zabierają nas w rejony doskonale znane z najciekawszych do tej pory własnych dzieł – „The Black Light” oraz „Feast Of Wire”. Ekipa z Arizony pokazuje najbardziej wartościowe obszary alt-country i folku, czasem wzbogacane o współczesne, elektroniczne elementy krajobrazu (to swoiste novum), a innym razem bezpardonowo sięgając po soczyste, meksykańskie brzmienia (co mieli zwyczaj robić już w przeszłości). Na „Carried To Dust” egzotyka spotyka się z amerykańską klasyką, a zabawa i radość z kontemplacją i nutką dekadencji. Nie oszukujmy się – Calexico nagrali najlepszą płytę w swojej historii, a tego, że pomogli im w tym Sean Beam, Doug McCombs z Tortoise i Pieta Brown, w ostatecznym rozrachunku nikt specjalnie nie będzie im wypominał. (kw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 11

Brendan Canning – Something For All Of Us (6/10)

Broken Social Scene to prężnie rozwijająca się muzyczna rodzina. Ogromną popularnością oraz uznaniem krytyków cieszyły się albumy Feist („Let It Die” i „The Reminder”). W zeszłym roku, w ramach serii „Broken Social Scene Presents” swoją solową twórczość zaprezentował Kevin Drew. Tym razem mieliśmy zaszczyt mierzenia się z zamysłem twórczym basisty wspomnianej, kanadyjskiej formacji. Jak się okazuje, stylistycznie to rzecz bardzo zbliżona do dokonań macierzystej grupy, co oczywiście nie może dziwić, wystarczy w ciemno spojrzeć na skład muzyków, którzy wspierają Canninga na „Something For All Of Us”. Mamy zatem duże nagromadzenie świeżych, niczym nie skażonych melodii, w której to dziedzinie brylują „Hit The Wall” i „Love Is New”. Świetnie sprawdza się także główna gitarowa petarda w tym zestawie, jaką niewątpliwie jest „Possible Grenade”. W gąszczu przyzwoitych numerów trafia się też zdecydowanie słabsze na tle całości, „Snowballs And Icicles”, ale małe nagromadzenie fragmentów średniej jakości, stawia najnowszą płytę podopiecznego BSS nieco wyżej niż „Spirit If...” kolegi po fachu. Bez rewelacji, innowacji i specjalnych wolt stylistycznych udało się nagrać naprawdę solidny materiał. Pytanie tylko, jak ilość solowych wydawnictw wpłynie na jakość zespołowego grania pod szyldem Broken Social Scene. (pw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 12

Chairlift – Does You Inspire You (4/10)

Robiąc obligatoryjny risercz, złapałem się na tym, że właściwie w ciemno zarezerwowałem dla Chairlift więcej punkcików niż na to zasługują. To był taki nieetyczny handicap za lokalizację, bo to znowu Nowy Jork, a wiadomo jak to ostatnio jest z kapelami z Nowego Jorku. W dodatku, jak się pomyśli, że kumplują się z tymi wszystkimi Yeasayerami, razem grają koncerty i pewnie chodzą robić pranie u tego samego Turka, to już widać Chairlift w tegorocznej pierwszej dziesiątce. Tyle, że w tym przypadku, poza jakże swojskim nazwiskiem wokalistki (Polachek, yeah!), singlem „Bruises”, który bez opieki iPoda raczej nie ma szans w wielkim świecie i kapitalnym „Territory”, mamy dupę bladą. To nie jest tak, że oni od razu muszą brzmieć jak Animal Collective albo Gang Gang Dance, żeby można ich było zagłaskać na śmierć. Wręcz przeciwnie, bardzo fajnie, że próbują robić coś na uboczu i po swojemu, ale tu trzeba czegoś więcej niż przesłodzone, damsko-męskie chórki, które – również przez wzgląd na głupawe teksty – czynią z „Does You Inspire You” idealne tło dźwiękowe do promocji dorsza w supermarketach Lidla. Tak, no z tymi piosenkami, oprócz wspomnianego już popularnego urządzenia elektronicznego, Chairlift nie mogą liczyć na ciekawy product placement. Sorry. (łb)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 13

Daedalus – Love To Make Music To (6/10)

Twórczość Alfreda Weisberg-Robertsa naznaczona jest sporą dawką romantycznego sentymentalizmu. Nie przybiera on jednak formy rozpaczliwego przywiązania do przeszłości ale stanowi oryginalną pożywkę dla kreatywności Amerykanina. Jego zamiłowanie do epoki wiktoriańskiej znajduje upust w adekwatnym ubiorze i przybraniu nazwiska Darlington, natomiast na „Love To Make Music To” Daedalus ujawnia również fascynacje rave’em i jungle drum’n’bassem. Cytaty z tych stylistyk wplecione są w jedyną w swoim rodzaju miksturę beztroskiego, futurystycznego disco, tanecznego popu spod znaku oldskulowych syntezatorów, plastikowego funku, house’u, electro i soulu. W utrzymanych w kreskówkowym klimacie utworach słychać także echa grime’u i dubstepu, gitarę akustyczną, brazylijskie rytmy i motywy z kiczowatych dżingli. Dowcipnie ilustrowana, kieszonkowa encyklopedia muzyki rozrywkowej. (mk)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 14

The Dandy Warhols – ...Earth To The Dandy Warhols... (7/10)

Nieprawdopodobne, ale na nowym albumie The Dandy Warhols nie ma znaczka wytwórni Capitol. Ekipa Taylor-Taylora postawiła na promocję internetową i chociaż płytę „...Earth To The Dandy Warhols…” wydała pod szyldem Beat The World Records, to najpierw wypuściła cały materiał online. Zabieg niestety się nie sprawdził i album przemknął się prawie niezauważony. Szkoda. W składzie jest przecież „gwiezdny” „Mission Control”, ciekawy, gościnny występ Knoplfera w „Love Song”, mruczany niby-hymn „And Then I Dreamt Of Yes” czy cuchnący na kilometr stylistyką „Get Off”, „The Legend Of The Last Of The Outlaw Truckers AKA The Ballad Of Sheriff Shorty". Courtney ma też w zanadrzu coś dla niegodziwców etykietujących grupę jako tanich kopistów – „Welcome To The Third World” to bezczelna wariacja na temat stonesowskiego „Miss You”. Tegorocznym albumem zespół chyba definitywnie pożegnał się ze statutem alternatywnej gwiazdy promowanej przez dużą wytwórnię, a obrał drogę prezentowania cyklicznego show dla wiernych miłośników. Osobiście niewiele mnie obchodzi, czy następny album The Dandy Warhols będą zrzucać z balonów, czy naćpani „niemodną heroiną” zwiną z fajansa ruskiego poligonu atomowego rakietę i rozrzucą pendrive’y nad połową planety – dopóki grają na przyzwoitym poziomie mają moje błogosławieństwo, a niechęć krytyki dodaje tylko ich błazenadzie dodatkowego uroku. (ww)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 15

Deadbeat – Roots And Wire (7/10)

Żółtą koszulkę lidera w kategorii dubstep zdecydowanie dzierży w tym roku The Bug, ale Deadbeat nie pozwala zapomnieć, że również należy do absolutnej czołówki gatunku. „Roots & Wire” w porównaniu do „London Zoo” to w zasadzie easy listening, choć także znacznie bardziej nadaje się do słuchania na parkiecie niż w domu. Za wyjątkiem ostatniego kawałka na albumie panuje mroczny, transowy klimat, potęgowany przez użycie ograniczonego do niezbędnego minimum zestawu środków. Potężne, energetyczne basy, hipnotyczne bębny i obficie oblane pogłosem i echem, syntetyczne akordy złożone są w proste struktury urozmaicane w dwóch utworach wokalem Tikamana i fenomenalną melodią zagraną na harmonijce ustnej w kawałku tytułowym. Klasyczne synkopowe rytmy zepchnięte są w cień przez four on the floor w postaci plemiennego techno i deep-house’u, a na dodatek płyta jest w całości zmiksowana, co czyni ją niezwykle wartościową pozycją w perspektywie karnawałowych domówek. (mk)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 16

Departament Of Eagles – In Ear Park (6/10)

Desperacko potrzebujemy ładnych melodii, nie ma co się oszukiwać. Potrzebujemy ich nawet jeśli kosztem klimatu miałby ucierpieć teksty. Dowód? Sukces tegorocznego wydawnictwa Fleet Foxes, wielki internetowy boom wokół Bon Ivera, który stroni przecież od wszelkiego medialnego lansu, niecierpliwe oczekiwanie na nowe albumy Andrew Birda, Antony & The Johnsons i Final Fantasy. Głęboko ukryty sentymentalizm każe nam przymknąć oko na fakt, że „In Ear Park” nie jest płytą odkrywczą, momentami trochę nudną, jak na tak uzdolniony tandem jak Nicolaus-Rossen może nawet rozczarowującą, niegodną swojego trochę nieuporządkowanego, ale wciąż wspaniałego poprzednika, który niewątpliwie plasuje się wśród czołówki najlepszych płyt tej dekady. Jednak wystarczy, że usłyszy się urokliwie rozedrgane They come one/ After the other, after the other / Just like herring bone i można im spokojnie wybaczyć wszystkie dłużyzny oraz na nowo przerabiane klisze. Bo to po prostu ładna płyta; często nie potrzeba więcej. (kmw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 17

Devotchka – A Mad & Faithful Telling (6/10)

Są płyty, które stopniowo odsłaniają swoje szlachetne piękno i takie, które po pierwszym przesłuchaniu wydają się rewelacją, jednak blakną z każdym następnym, stopniowo przesuwając się na pozycje, jakie w naszej skali ocen wyznacza cyferka 6. Najnowsza produkcja Devotchki należy niestety do tej drugiej kategorii. Nie zmienia to jednak faktu, że bezpretensjonalny folk-rockowy kwartet z Denwer uraczył nas na „A Mad & Faithful Telling” niezwykle równym zestawem piosenek, kontynuując sprawdzoną metodę „w 40 minut dookoła świata z dłuższymi przystankami w Meksyku i na Bałkanach”. Utwory takie jak „The Clockwise Witness” czy „Along The Way” z kapitalnymi, mocno calexicowymi dęciakami spokojnie dorównują ich chyba najlepszej do tej pory kompozycji – „How It Ends”, wykorzystanej na ścieżce dźwiękowej do filmu „Little Miss Sunshine”. I mimo, że Devotchka to taki zespół, bez którego amerykańska folkowa scena spokojnie by sobie poradziła, to jednak byłaby nieco uboższa. Chociażby o świetny, urokliwie melodramatyczny wokal Nicka Uraty. (psz)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 18

Dub Trio – Another Sound Is Dying (7/10)

Jeżeli chcecie przekonać się, że bardzo dobrzy muzycy sesyjni nie zawsze są pozbawionymi wyobraźni i inwencji twórczej maszynami do grania, sięgnijcie po płytę „Another Sound Is Dying” zespołu Dub Trio. Trójka sesyjnych wyjadaczy zafundowała nam w tym roku świeże, intrygujące połączenie dubu, eksperymentalnego metalu, ciekawie rozwijając stylistykę obecną na poprzednim longplayu „New Heavy” z 2006 roku. „Another Sound Is Dying” to solidna porcja ciężkiego, pomysłowego rocka, która powinna usatysfakcjonować wielbicieli Dillinger Escape Plan czy wielu wcieleń Mike’a Patona, który zresztą pojawia się gościnnie na tej płycie. Panom z Dub Trio świetnie wychodzi wprowadzanie spokojniejszych, refleksyjnych motywów w hardcore’ową strukturę utworów oraz łączenie surowości brzmienia z finezyjną produkcją. (psz)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 19

Festival – Come, Arrow, Come! (5/10)

Pamiętacie Bat For Lashes sprzed dwóch lat? To ta pani od „What’s A Girl To Do?” i posępnego teledysku ze zwierzętami na bmx’ach. Apetyczna Natasha Khan szykuje na wiosnę follow-up ciepło przyjętego debiutu „Fur And Gold”. Ponoć na albumie pojawi się gościnnie Yeasayer. Zapowiada się ciekawie. Na okres wyczekiwania proponuję albumik (niespełna pół godziny muzyki) dwójki sióstr Powell (ilu z Was pomyślało CocoRosie?) ukrywających się za szyldem Festival. Ich „Come, Arrow, Come!” to dźwiękowa pocztówka do samotnego spaceru po ciemnym lesie, harców z zamieszkującymi je fantazyjnymi stworami i wspólnych posiadówek przy ognisku. Lekkie, w pełni organiczne granie (poza zamykającym krążek „Come Outside!”), stanowi tło dla wokalnych popisów dziewczęcej Lindsay i dysponującej nieco głębszą barwą głosu Alexis – posłuchajcie uważnie wielogłosowego „Bind Us All”. W delikatny aranż i eteryczną aurę piosenek wpisane są baśniowe opowiastki o miłości, poszukiwaniu się kochanków, ich tęsknocie. Wprawdzie debiut rodzeństwa Powell to folkowy średniak na oceanie dużo bardziej ciekawych albumów z nurtu New Weird America, ale szczerze i w swej prostocie ujmujący. (ml)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 20

Final Fantasy – Spectrum 14th Century [EP] / Plays To Please [EP] (6/10)

Gdyby w dzieciństwie Owen Pallett zamiast grywać namiętnie w Dungeons & Dragons, tę samą siłę poświęcił na czytanie książek, może bylibyśmy świadkami kiełkowania talentu nowego Tolkiena, przywracającego powieściom fantasy drugie dno. Skąd to przypuszczenie? Każdy kto kiedykolwiek miał szansę zetknąć się z kompozycjami zaledwie 29-letniego Kanadyjczyka, wciąż bardziej znanego ze smyczkowych aranżacji dla Arcade Fire i Grizzly Bear, niż własnych nagrań, potwierdzi jak mocno angażujące i eskapistyczne są to utwory. EP-ka „Spectrum 14th Century” przenosi nas do wyimaginowanej krainy Spectrum, przy tworzeniu której pomagali muzycy Beirut; natomiast „Plays To Please” to podróż w lata dwudzieste, do tak-bardzo-niedzisiejszych gershwinowskich aranżacji. Mimo, że momentami za dużo jest w nich samozachwytu nad własnymi umiejętnościami, a „Spectrum...” tak naprawdę powala tylko kawałkiem „The Butcher”, to widać, że Owen nie stoi w miejscu, a zaplanowany na rok 2009 album „Heartland”, będzie wydawnictwem, na które warto zwrócić uwagę. (kmw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 21

Friendly Fires – Friendly Fires (5/10)

Nie wierzę w nu-rave, no bo sorry, nigdzie nie trafi się na pięćsetkę dzieciaków tańczących zapamiętale do „Golden Skans” przy ustawionym na ulicy prowizorycznym soundsystemie, tak jak to kiedyś było z Kraftwerkiem i Autechre. Tak więc skończmy wreszcie z tą lewą terminologią i spójrzmy prawdzie w oczy, Friendly Fires, mimo że znaleźli się na tegorocznej składance Kitsune, nie są żadnym objawieniem, nawet nie nowymi Klaxons. Są prostu grupą chłopaków, którzy do całego swojego niestrawnego lansu i typowego the-killersowego indie, dodali odrobinę italo i chociaż podbili tym nowojorską hipsternię, to naprawdę wymiatać mogą dopiero zremiksowani przez Aeroplanes i wspomożeni przez Au Revoir Simone. Nie powiem żeby siedziało się przy tym na parkiecie, ale prędzej czy później ktoś i tak podchodzi do DJ-a, skarżąc się, że gra trochę za wolno. (kmw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 22

Frightened Rabbit – Midnight Organ Fight (7/10)

Basista Death Cab For Cutie o płycie Szkotów miał powiedzieć, że w warstwie tekstowej jest to rzecz idealna, trafiająca prosto w serce, a w połączeniu z wokalem po prostu miażdżąca. Paru innych muzyków, w tym lider Biffy Clyro, uznało „The Modern Leper” za piosenkę roku, a jeszcze inni nie bali się zaliczać „Midnight Organ Fight” do grona najlepszych albumów 2008. Coś jest na rzeczy. Niepozorni Wyspiarze z Frightened Rabbit w bardzo prosty i przede wszystkim przekonujący sposób serwują nam swoją własną interpretację gitarowego grania z rodowodem gdzieś w twórczości Pixies czy college’owego R.E.M. połączoną z melancholijnym, alt-countrowym, bardzo amerykańskim brzmieniem. „Midnight Organ Fight” to krążek niespecjalnie radosny, ale także nie doszczętnie smutnawy; traktujący o sprawach wręcz banalnych i przyziemnych, lecz szczery; ustrzegający się produkcyjnych sztuczek, aczkolwiek również garażowego niechlujstwa. Frightened Rabbit w swojej prostocie są odrobinę staroświeccy i ckliwi, niemniej jest to taki rodzaj wrażliwości, który może i powinien podchodzić raczej wszystkim, a to już całkiem nieprosty wyczyn. (kw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 23

Morgan Geist – Double Night Time (6/10)

Ci oczekujący z niecierpliwością na nowy album Junior Boys powinni koniecznie sprawdzić „Double Night Time”. Nowojorski producent Morgan Geist zaprosił bowiem do współpracy wokalistę kanadyjskiego duetu, Jeremy’ego Greenspana, co zaowocowało solidną porcją neonowej melancholii, która powinna przypaść do gustu miłośnikom „Last Exit” i „So This Is Goodbye”. Geist znany jest z fascynacji disco (co udowodnił również w tym roku tegorocznym miksem „Fabric 43” Metro Area, którego jest członkiem) oraz techno, co widoczne jest chociażby w tytule otwierającego „Double Night Time” kawałka. „Detroit”, bo o nim mowa, zestawia chłodne wibracje syntezatora z tradycyjnie melancholijnymi wokalami Greenspana, ale bliżej mu do nocnej transowości electro, niż synth-popowej elegancji Junior Boys. W pozostałych kawałkach również mamy okazję sprawdzić jak funkcjonuje wokal Greenspana w nieznanych do tej pory kontekstach wyznaczanych przez italo disco, stary house, techno i domieszkę electro-popu. Techno-soul, półsyntetyczny romantyzm, miłość zgubiona w zanurzonej w nocy metropolii – zwał jak zwał – grunt, że satysfakcja miłośników Junior Boys jest gwarantowana. (mm)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 24

Gong Gong – Mary's Spring (7/10)

Nie mylić z Gang Gang (Dance), ale jak poucza ludowe porzekadło: „niedaleko pada jabol od jabłoni”, choć zaznaczyć należy, że tutaj jest znacznie więcej dance, niż w przypadku grupy zza Oceanu. Gong Gong to francuski kolektyw dwóch producentów i dwóch scenicznych performerów. Świetnie zaprezentowali się na gdyńskim festiwalu Transvizualia w zeszłym roku, po czym na tyle polubili Polskę, że wpletli w album, pośród mnóstwa innych sampli, polskojęzyczne akcenty. W „To Anything Different” można usłyszeć na przykład, że „błahe niektóre tam elementy mają”. Nie wiem, czy Francuzi są świadomi treści tego przekazu, ale tak się składa, że znakomicie opisuje on składniki ich brzmienia: sample maszyn fabrycznych, sitar, trąbki, pozytywka, klakson, gitara, odgłosy gierek komputerowych. Z takich bardzo różnorodnych klocków budują naznaczony sporą dawką humoru i abstrakcji uroczy świat dziecięcych historyjek z happy endem napędzany tanecznym (choć niekiedy robi się również nieco balladowo) electro-house’owym groovem. Urzekająca na swój sposób muzyka o skomplikowanej mapie odniesień, przy której fraza „inteligentny pop” naprawdę nabiera sensu. (mk)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 25

Keiji Haino / Tatsuya Yoshida – Uhrfasudhasdd (7/10)

Smakowita porcja psychodelicji na ostro. Inspirujący się twórczością Artaud współczesny minstrel i niepozorny superman perkusji po raz drugi wywracają do góry nogami całe spektrum muzyki okołorockowej w ramach tzadikowego projektu „New Japan”. W krzywym zwierciadle ciętego dowcipu i szalonych wizji japońskiego duetu odbija się energetyczna fuzja grind-jazzu, metalu, funku, prog-rocka, improwizacji, industrialu, trip-hopu, tradycyjnej muzyki japońskiej i psychodelicznych zaśpiewek, przyjmując postać kilkunastu absurdalnych historyjek opowiedzianych z surową niczym sushi ekspresją. Galerię pokracznych form otwiera przepuszczony przez fuzz flet gotujący drogę piskliwemu riffowi, tnącemu jak samurajski miecz przestrzeń pod nawałnicą bębnów, a do najefektowniejszych eksponatów należą oprócz tego: kołysanka z japońskiego remake’u „Dziecka Rosemary”, zapętlanie na taśmie sampli z nieistniejących utworów i Sepultura akustycznie po kilku głębszych za dużo. Idea jest jasno wyłożona w tytule albumu: aaijjnb aęezfjck, kswjia aypl, łayopdjw oowpeinn. (mk)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 26

The Helio Sequence – Keep Your Eyes Ahead (7/10)

W katalogu Sub Popu znaleźć można wielu ciekawych wykonawców i wcale nie mam tutaj na myśli ewidentnych gwiazd tej wytwórni pokroju The Shins, Wolf Parade czy The Go! Team. Nie chodzi mi też o tegoroczne ich odkrycie Fleet Foxes. Polecam przyjrzeć się temu labelowi dokładniej, bo można tam wynaleźć parę naprawdę cennych drobiazgów. Jednym z nich jest tegoroczna płyta The Helio Sequence. Grupę z Oregonu na próżno wliczać do grona debiutantów, gdyż płyty nagrywają praktycznie od początku tej dekady. Niestety nie kojarzę, żeby którakolwiek z nich zyskała sobie większy poklask, a szkoda, bo „Keep Your Eyes Ahead” zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi. Ten album łączy w sobie najlepsze momenty z twórczości My Morning Jacket („Lately”) z najbardziej melodyjnymi utworami Modest Mouse („The Captive Mind”) i w sumie nic w tym dziwnego, skoro jednym z liderów The Helio Sequence jest Benjamin Weikel – kumpel z zespołu Isaaca Brocka. Zupełnie poza konkurencją jest piosenka tytułowa z „Keep Your Eyes Ahead” ze swoją fenomenalnie chwytliwą melodią, doskonale zespoloną z chwytliwymi partiami wokalnymi. Dodatkowej wartości tej płycie, szczególnie w drugiej jej części, dodają skojarzenia z twórczością Brytyjczyków z James na poziomie ich świetnych krążków z przełomu wieków. The Helio Sequence bez specjalnych fajerwerków stworzyli fajną i rześką płytę. Brawa dla nich. (kw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 27

Arve Henriksen – Cartography (6/10)

Arve Henriksen prezentuje na swoich płytach znacznie łagodniejsze oblicze niż jego macierzyste Supersilent, będąc swoistą przeciwwagą dla szaleństw tej znakomitej grupy. Określanie jego czwartego albumu solowym jest jednak sporym nieporozumieniem, gdyż w nagrywanie płyty zaangażowanych zostało kilkanaście osób, od Stale Storlokkena począwszy (klawiszowiec Supersilent), a na recytującym w dwóch utworach swoje wiersze Davidzie Sylvianie skończywszy. „Cartography” jest zbiorem utworów powstałych na przestrzeni kilku lat, studyjnych jam sessions, kompozycji i koncertowych improwizacji, przerabianych tak, by nadać im wspólny mianownik. Stąd mamy tu czynienia z bardzo sprawnym integrowaniem wielu źródeł dźwięku i technik ich zastosowania. Przewijają się aranżacje smyków, field recordings, live samplingu, pętle średniowiecznego chóru, syntezatorowe tła i mikroelektroniczne rytmy w stylu Wirkusa i Jelinka. Nad wszystkim unoszą się miękkie melodie wygrywane przez norweskiego trębacza, tworząc tajemniczo bajkową aurę. Nieco eksperymentalny, ale jednak lounge w dobrym guście. Produkt komplementarny dla miękkich sof i orzeźwiających drinków, ale daleki od żałośnie miałkich wydawnictw akcentujących chillout w tytułach. (mk)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 28

Hilotrons – Happymatic (7/10)

Jeśli nowa płyta The Killers jest wszystkim tym, czego nie cierpię w lekko przeterminowanym już indie-rocku zespołów spod znaku „spóźniliśmy-się-z-tą-muzyką-jakieś-pół-dekady”, to „Happymatic” jest jej idealną antytezą. Kanadyjczycy nie udają, że są szalenie oryginalni, nie twierdzą, że swoim albumem rozpieprzą system, a zarazem będą wujkiem dobra-rada, dającym odpowiedzi na głębokie pytania w stylu: are we human? i co najważniejsze, nie mają w nazwie „The”. Mimo że trzynaście krótkich piosenek (większość nie ma nawet trzech minut), które znalazły się na tym wydawnictwie, „sytuuje się w modnej w ostatnich latach stylistyce indie”, Hilotrons potrafią wykrzesać z niej radość i luz, które zgubiły gdzieś po drodze nawet tak dobrze zapowiadające się grupy jak The Futureheads. Po przesłuchaniu „Happymatic” życie wcale nie wydaje się takie złe, zima mniej sroga, a rodzina prawie nieupierdliwa. W „Lovesuit” wokalista brzmi jak siódma woda po Davidzie Byrne (daleka, ale jednak ma to swój urok), a onomatopeiczne intro do „Deep River” to chyba jeden z najchwytliwszych hooków wywołujących uśmiech na twarzy. Może rock jeszcze nie umarł, tylko czai się gdzieś w Kanadzie? (kmw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 29

The Hold Steady – Stay Positive (6/10)

Zastanawiam się, gdzie leży dysonans pomiędzy niesamowicie pozytywnymi recenzjami praktycznie każdej płyty The Hold Steady na Zachodzie, a brakiem oddźwięku w naszym kraju. Jednym z głównych powodów wydaje się fakt, że na ich płytach najważniejsze są teksty piosenek – rozbudowane, ideologiczne, opowiadające nieskończenie długie historie, dowcipne, czasem zjadliwe. Rockująco-punkująca muzyka jest jakby na kolejnym planie, pejzaż dzieli się na Craiga Finna z jego charakterystycznym, lecz niezbyt pięknym wokalem (podobno niedawno wziął lekcje śpiewu, hehe) przekazującym historyjki i całą resztę robiącą hałas w tle. Ciężko analizować tu coś więcej, niż teksty, to nie jest do końca ta sama liga, co konwencjonalne piosenki. Na „Stay Positive” daje się zauważyć pewne stonowanie, refleksję o tym, jak to powiedział Finn, jak starzeć się z klasą, być muzykiem dobiegającym czterdziestki. To historie znanych już postaci, z których po raz pierwszy wyziera bardziej proza życia niż rock’n’roll. Nie ma niestety takiego killera jak „Chips Ahoy!”, ale poziom pozostaje wysoki. Ciężko powiedzieć, czy te teksty w którymkolwiek momencie są obciachowe. Chyba nie, bo choć „Constructive Summer” to manifest niemal jak „Podaj cegłę”, brzmi o stokroć lepiej. Albo mantra powtarzana w „Magazines”: Magazines and Daddy issues/ I know you’re pretty pissed but/ I hope you’ll still let me kiss you. Nie słodkie? (kjb)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 30

Hotel Kosmos – Wszystkie stare kobiety miasta (6/10)

Na debiut toruńskiego zespołu Hotel Kosmos warto zwrócić uwagę z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że niemal każdy aspekt związany z płytą „Wszystkie stare kobiety miasta” niesie ze sobą nutkę tajemniczości lub niejasności. Nazwa zespołu została zaczerpnięta od nazwy znanego hotelu istniejącego przez wiele lat w mieście Kopernika, materiał zarejestrowany został w kultowym bydgoskim studiu Mózg, a produkcji podjął się klasyczny polski zimnofalowiec Grzegorz Kaźmierczak. Pozostawił on po sobie dość wyraźny ślad, bowiem znaczna część utworów znajdujących się na krążku, obok Republiki czy Klausa Mitffocha, zdradza inspirację właśnie dokonaniami jego macierzystej formacji Variete. Pozornie wydawać by się mogło, że odgrzewany po raz kolejny bigos musi stać się w pewnym momencie niestrawny, a jednak muzyka grupy Hotel Kosmos pod tym względem łamie utarte stereotypy. Jest interesująca, inteligentna i odpowiednio „gęsta”. Gorzej z lirykami autorstwa Rafała Skoniecznego, które w najlepszym wypadku uznać można za kontrowersyjne lub ekscentryczne, w najgorszym po prostu za przekombinowane. Jakkolwiek by się jednak do nich nie odnieść, przyznać trzeba, że w jednym względzie spełniają one swoją rolę – dokładają kolejny składnik niedopowiedzenia do potrawy o nazwie „Wszystkie stare kobiety miasta”, potęgując tym samym największy atut twórczości torunian, jakim jest umiejętność budowania charakterystycznego dla sceny post-punkowej, surrealistycznego nastroju. (pn).

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 31

Izrael – Dża ludzie (2/10)

We śnie nawiedził mnie Jah i powiedział zdecydowanym tonem: musisz napisać recenzję płyty Izraela „Dża ludzie”! Jak to w snach nie wiem, skąd wiedziałem, ale wiedziałem od razu, że to był On. Dlaczego, o Jah – spytałem – przychodzisz do mnie, przedstawiciela serwisu Screenagers, wszak jesteśmy wręcz znani z naszej niechęci do reggae? Odpowiedział: jestem waszym stałym czytelnikiem, opisujecie kawał dobrej muzy, w tym roku poleciliście mi m.in. świetną płytkę Evangelicals, szczerze mówiąc reggae nie słucham od połowy lat dziewięćdziesiątych, ile można? No, ale do rzeczy; dawno minęły te czasy, gdy moje niebiańskie alter ego – Jahwe – zazdrościł mi kapitalnych proroków w postaci Oswalda „Count Ossiego” Williamsa, Boba Marleya czy Lee „Scratcha” Perry’ego. To były piękne czasy, aż chciało się być bóstwem takich ludzi! Niestety, dziś moi wyznawcy to zazwyczaj zgraja mizerot bez krzty talentu, która chwali me imię w sposób zawstydzający. Cóż, każdy bóg wie, że wiernych się nie wybiera, ja też siedziałem spokojnie, ale ten Izrael przechylił szalę goryczy! Tego się po prostu nie da słuchać, schemat goni schemat, przewidywalne do bólu brzmienie, usypiające aranże, no i te teksty! Żałuję, że skorzystałem z boskiej umiejętności rozumienia wszystkich języków świata i zagłębiłem się w to! Weźmy chociażby tytułowy kawałek, z cholernie pomysłowym refrenem – „dżadża dżadżadżadżadżadżadżadża dżadżadżadżadżadżadżadża” albo „Interesy” z mądrościami w stylu: nasze pragnienia już dawno sprzedane, jeszcze kilka zer do rachunku dopisane. Wszystko to szalenie nieporadne, ale tak w ogóle bym nie protestował, gdyby nie jedno zdanie, które szczególnie mnie zirytowało: Chcę obudzić się jeszcze raz, kiedy Dża oświeci nas. Ono przecież sugeruje, że owa straszna płyta mogła powstać z mojej inspiracji. Ja jednak chcę mocno zaznaczyć, że z mojej strony żadnej iluminacji nie było! Masz to wyraźnie napisać: nie mam z tymi „Dża ludźmi” nic wspólnego, nie przyznaję się do nich, koniec, kropka! (psz)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 32

Jóhann Jóhannsson - Fordlândia (7/10)

Prawdopodobnie już wszyscy mamy dość melancholijnej muzyki z Islandii. Rzecz jasna cały ten boom rozpoczął się po wypłynięciu na szersze wody Sigur Ros. Co ciekawe, sporą karierę zaczęli robić także muzycy neo-klasyczni, zapatrzeni w ambient, ale niestety oprócz „zimnej, depresyjnej atmosfery” zbyt dużo ciekawego nie mieli do zaoferowania. Na szczęście są jeszcze takie osoby jak Jóhann Jóhannsson. Bez wątpienia specyficzny nastrój samotnej wyspy daje się we znaki, lecz nie narzuca się tak nachalnie i przede wszystkim nie tuszuje niedociągnięć. „Fordlândia” momentami brzmi jak soundtrack i rzeczywiście jest to dobry trop, bowiem Jóhannsson parał się również muzyką filmową jak i teatralną. Największym plusem tej płyty jest duchowe porozumienie z Godspeed You! Black Emperor. Kiedy aktualnie niemal każdy nowy post-rockowy ściąga od Kanadyjczyków ile wlezie, Islandczyk nieśmiało się nimi inspiruje, starając się oddać atmosferę końca świata, natomiast ani przez chwilę nie zapominamy, że to płyta Jóhannssona, a nie kogoś innego. Bazując na znanych standardach bez problemu wpuszcza do krwiobiegu multum własnych, bardzo świeżych pomysłów, o czym najlepiej świadczy specyficzne, plastyczne brzmienie. (kk)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 33

Damien Jurado – Caught In The Trees (4/10)

Damien Jurado łączył dotychczas wyjątkową regularność nagrywania nowych płyt z ich stabilnym, dobrym poziomem, potrafił wyróżnić się z setek podobnych singer-songwriterów konsekwencją i dojrzałością. Niestety „Caught In The Trees” to chyba jego pierwsze naprawdę nieudane wydawnictwo. Wypełniają je prawie w całości bezbarwne kompozycje, które nie są w stanie skusić ani ciekawą melodią, ani stopniowo budowanym napięciem ani ciekawą aranżacją. Ślad niepokojącej atmosfery jego wczesnych krążków znajdziemy w „Best Dress” czy „Sheets”, delikatny minimalizm przypominający świetne „On My Way To Absence” pojawia się w „Last Rights”. Pozostałe piosenki zlewają się w jedną rozczarowującą całość, z której trudno cokolwiek wyróżnić. Jurado na wcześniejszych krążkach pokazał, że jest mistrzem wielobarwnego przynudzania. Jego nuda bywała melancholijna, niepokojąca, refleksyjna, kojąca, sentymentalna, romantyczna…. Na „Caught In The Trees” nuda jest po prostu nudna. Oby był to tylko wypadek przy pracy. (psz)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 34

The Kills – Midnight Boom (7/10)

Chociaż „Midnight Boom” nie bije na głowę poprzednich dokonań duetu, to jednak należy go uznać za najlepszy jak do tej pory album The Kills. W swojej minimalistycznej stylistyce artyści znaleźli miejsce dla multum niepozornych melodii, które napędzają ich surowe kompozycje. W jednym z najciekawszych na trackliście, singlowym „Cheap & Cheerful” VV i Jamie prezentuję udaną zabawę rytmem i... kaszlem z przepalonych płuc wokalistki. Przetaczające się przez równie przebojowy „Last Day Of Magic”, gitarowo-liryczne „moje małe tornado" stanowi doskonały przykład w jaki sposób duet, dysponując z założenia ograniczonymi środkami, wykorzystuje mocno już rozpoznawalne pomysły na utwory. Brudne, niewygładzone, krótkie i uciekające od chwytliwości w najpopularniejszym tego słowa znaczeniu piosenki, pozostały znakiem rozpoznawczym The Kills. Co jednak najważniejsze trudno zarzucić muzykom powtarzalność. Wyrośli na fali zainteresowania garażowymi zespołami, w przeciwieństwie do wielu trwają na posterunku i ani myślą się zmieniać. It's alright to be mean! (ww)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 35

Kings Of Leon – Only By The Night (3/10)

Podobno jesteśmy serwisem dla ludzi. Porzućmy więc na razie Gang Gang Dance i Kangding Ray i pochylmy się, śladem Abramowicza, nad gustem ludu. Nie licząc Coldplaya i MGMT, sercami tej ogromnej grupy młodzieży, którą chciałbym, a boję się nazwać wprost, rządziło w tym roku Kings Of Leon i ich „Only By The Night”. To nie było dawno, a i tak młodsi czytelnicy nie pamiętają pewnie roku 2003, kiedy ten zespół dzielnie konkurował z Jet i ich „Get Born” w kategorii największej słabizny garage rock revivalu. Ale stało się coś dziwnego, bo pięć lat później, kiedy Jet nadal kwiczy na dnie, Kingsi są na topie. Niespodziewanie przyszła też rehabilitacja ich poprzednich albumów, które podobno jednak są dobre! Interesujące. No dobra, „Milk” nie można odmówić uroku, podobnie „True Love Way”, ale to przecież dwie *znośne* piosenki (na 34, nie licząc EP-ek). Podobno „Only By The Night” miało zawierać ich trzeci niezły kawałek, niejakie „Sex On Fire”. Przesłuchałem i powiem tylko, że dawno nie słyszałem tak tandeciarskiego refrenu. Nie widziałem klipu do tego kawałka, ale założę się, że w momencie, gdy wchodzi to przeciągłe „you”, wokalista pędzi na jednorożcu przez pustynię z pochodnią w ręku. Nie jest to jednak tak zły album, jak mogłoby się wydawać po pobieżnym rozpoznaniu targetu. Kurczę, tu naprawdę czuć jakiś zapach późnogimnazjalnych miłości i gdyby ominąć rzeczony singiel i kilka bardziej żenujących fragmentów („Seventeen”, „Manhattan”), to atmosfera, w całej swojej naiwności, jest w pewnym sensie urocza. Dający radę opener brzmi jak The Walkmen dla ubogich, a „Use Somebody” ma w sobie sporaśny popowy potencjał. Wszystkiego starczy na mocną trójkę i umiarkowaną pochwałę. (ak)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 36

Lambchop – Oh (Ohio) (7/10)

W przypadku twórczości zorientowanej na inspiracje folkiem, w tym roku bardzo dużo mówiło się o płycie Fleet Foxes. I było to uzasadnione zamieszanie, bo formacja z Seattle zaprezentowała porcję oryginalnych kompozycji, opartych na amerykańskiej muzyce źródeł. Nieco mniej mówiło się jednak o weteranach alt. country, czyli formacji Lambchop, która przyzwyczaiła nas, że poniżej pewnego poziomu nie zwykła schodzić. „Oh (Ohio)” to oczywiście dzieło zdecydowanie mniej efektowne od wspomnianego „Fleet Foxes”, ale inne są też założenia i koncepcje tych ekip. Kurt Wagner stawia zdecydowanie na spokojne, niezwykle ciepłe, akustyczne ballady, bez większych wypadów stylistycznych. Słuchając „A Hold Of You” czy „Slipped Dissolved And Loosed” trudno zachować zimną krew. Te nieśpieszne i poetyckie utwory tworzą melancholijną, a momentami wręcz sentymentalną aurę, ale nigdy nie przekraczają granicy pretensjonalności. Często wzbijają się ponad szarą przeciętność neotradycyjnej piosenki, czego dowodem jest najlepszy na płycie, uzależniający „Sharing A Gibson With Martin Luther King Jr.”. To może być najlepsza płyta Lamchop od czasów „Nixon”. Stąd zdecydowanie szkoda, że nie poświęciliśmy jej dużo więcej uwagi i miejsca. (pw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 37

Loco Star – Herbs (7/10)

Nie boję się użyć stwierdzania, że Loco Star stworzyli najlepszą płytę tego roku w Polsce. Ekipa z Trójmiasta zdaje się perfekcyjnie poruszać w stylistyce współczesnego elektro-popu, dokładnie wiedząc, jakie dźwięki brzmią fajnie, świeżo i klimatycznie. „Herbs” to z jednej strony doskonałe nawiązanie do produkcji Herberta, twórczości Moloko i solowej Róisín Murphy, kompozycji Télépopmusik czy dziwactw Jaga Jazzist, z drugiej strony Loco Star okazują należny szacunek synth-popowej klasyce lat 80. czy trip-hopowej spuściźnie dekady lat 90. Przy tym wszystkim gdański zespół prezentuje się jako niesamowicie kreatywny kolektyw, który na „Herbs” (z pomocą takich muzyków jak Macio Moretti czy Paweł Nowicki) konstruuje kompozycje wychodzące poza banalne klubowo-chilloutowe schematy. Posłuchajcie mistrzowskich pod tym względem „Steppin’” czy „In Music We Trust”, a jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości co do Loco Star, one powinny zniknąć wraz z ostatnimi sekundami genialnego, monumentalnego elektro-kolażu „Arps”. (kw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 38

Maps – The Wick And The Fire (3/10)

Nashville to przede wszystkim amerykańska stolica country. A jednak, jak się okazuje, nie tylko. Formacja Maps to kwartet grający muzykę, która nie ma nic wspólnego ze wspomnianą stylistyką, a jest raczej wypadkową inspiracji melancholijnym, gitarowym post-rockiem w stylu Mogwai czy Explosions In The Sky oraz post-hardcore’owego zacięcia. Słuchając takich kompozycji jak „Breathing Water” czy „The Words Will Grow”, można jednak odnieść wrażenie, że zespół nie wie, w którą stronę iść. Krótkie utwory; jak na standardy, które w pewnym sensie obowiązują w przypadku instrumentalnego grania, nie są w stanie zainteresować słuchacza choćby na dłużej. Zdarzają się też fragmenty irytujące banałem, oparte na zerowym pomyśle, wśród których prym wiedzie „Reverse Telescope”. Jeśli panowie nie wiedzą jak dalej rozwinąć daną kompozycje, wtedy zazwyczaj częstują słuchacza nagłym, gitarowym atakiem, który pasuje w takim kontekście jak pięść do oka. Na szczęście album „The Wick And The Fire” nie jest jakimś totalnym koszmarem. Maps zdecydowanie pozytywnie wypadają w urokliwym utworze „Sandburg”, który wydaje się naprawdę przemyślany, a jednocześnie przywołuje zawartość „The Earth Is Not A Cold Dead Place” pewnej teksańskiej formacji. Trudno jednak o więcej pozytywów. Po prostu wzlotów mamy tu jak na lekarstwo. (pw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 39

Wojtek Mazolewski – Grzybobranie (5/10)

Wojciech Mazolewski to jedna z najbardziej barwnych postaci sceny post-yassowej, lider grupy Pink Freud. Najnowsze, solowe wydawnictwo mogłoby być jednak kolejną płytą wspominanej formacji, gdyż wśród muzyków sesyjnych pojawia się tu zarówno Kuba Staruszkiewicz, który zasiada za perkusją; saksofonista, Tomek Duda, jak i trębacz, Tomek Ziętek. Nie zabrakło też zresztą Marcina Maseckiego, który znęca się nad klawiaturą fortepianu, a na koncertowej płycie trójmiejskiej formacji wykrzesał z pianina Hammond B3 masywny blok dźwięków, które nawiązywały do fusion lat 70., zwłaszcza tego w wydaniu Weather Report. Tym razem wraz z całym zespołem, niesieni muzyką, udajemy się do polskich lasów, zachwycamy się pięknem przyrody oraz zbieramy podgrzybki i borowiki polskiego jazzu. Przewodnikiem jest oczywiście sam Mazolewski, prywatnie miłośnik duszonych grzybów w śmietanie oraz zupy pieczarkowej. Niestety ścieżka dźwiękowa do grzybobrania nie zawsze wpływa na ilość i jakość zdobyczy, które wrzucamy do koszyka. Co prawda wśród nagrań trafiają się koźlaki („Roztrojenie jaźni”), a w czasie spaceru po trawie uzupełniamy braki kurek (grzyby jadalne z rodziny pieprznikowatych) w domowej spiżarni. Ale trafiają się też przegniłe egzemplarze, jak i napoczęte przez robactwo, bliżej niezidentyfikowane okazy („Unde Melum”, „Unde Bolum”). Gdyby nie ekwilibrystyka wokalna w wykonaniu Candelari Valiente, byłaby szansa na coś więcej. (pw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 40

Mehico – Filu filu (5/10)

Nigdy nie przywiązywałem przesadnej uwagi do wydawnictw formacji George Dorn Screams i 3moonboys, tym chłodniej więc odnosiłem się na wstępie do pobocznego projektu części członków bydgoskich grup o średniawej nazwie Mehico (choć zaznaczmy, że wokalistka Małgorzata Żyburska nie ma z szykującymi się do wydania kolejnej płyty GDS i 3M nic wspólnego). Szczerze mówiąc, to dane mi było poznać ten album nieco przypadkiem. Tymczasem to, co można usłyszeć na długogrającym debiucie kwintetu, to polskie trzy grosze na skrzyżowaniu avant-popu The Sea & Cake i post-rocka Tortoise, powiedzmy. OK, niepotrzebnie wystawiłem te armaty – może lepiej napisać, że muzyka Mehico jest po prostu całkiem intrygująca (jakkolwiek nie znoszę tego sformułowania) i mogą po nią sięgnąć ci, którym podobają się na przykład ostatnie dokonania Pustek czy Orchid. Zwyczajnie – warto ten album odnotować, bo niewielu niestety to zrobiło, a szkoda, żeby skończyło się na tej jednej, udanej przecież próbie. (ka)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 41

Miss Kittin – Batbox (4/10)

Electroclash, wiem, Morrisseya tu nie znajdę, nie o przekaz tu chodzi. Wiem też, że Caroline Hervé jest Francuzką, a nacja ta ma wyjątkowe trudności z operowaniem mową inną niż ta Balzaka. Ale błagam, od warstwy tekstowej „Batbox” zęby cierpną, nawet gdy chce się na ten aspekt przymykać oko. Wprawdzie wcześniej, na udanych przecież wydawnictwach, za różowo też nie było (gierki słowne typu meet-Sue-be-she są słabe jednak), ale tu już jest podłoga. Przykłady? Daleko nie trzeba szukać, drugi w kolejności utwór tytułowy: Ooh-oh-ooh/ Bat in a box/ Ooh-oh-ooh/ Show me what you (‘ve?) got/ Ooh-oh-ooh/ Bat bat beatbox/ Ooh-oh-ooh/ Is that all you got? – poezja po prostu. Podobne wrażenie robią „Pollution Of The Mind” czy „Kittin Is High”, zresztą można by dłużej wymieniać. A szkoda, bo zdecydowanie to psuje ocenę w obliczu całkiem poprawnej warstwy muzycznej – klubowa łupanka, ale generalnie na plus i z jakimś potencjałem hitowym (zwłaszcza „Barefoot Tonight” z iście enerdowskim brzmieniem czy „Play Me A Game” z intro jak Neon Neon) oraz dobrymi wolniejszymi momentami („Mightmaker”, „Solidasarockstar”). Szkoda tylko, że giną one w przeciętności i, „chcę to powiedzieć bardzo wyraźnie” (© Michał Kamiński), katastrofalnej warstwie tekstowej. Na imprezę obleci, ale wracać nie bardzo jest do czego. (dh)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 42

Mount Eerie – Lost Wisdom (8/10)

Pewnie będziecie mnie uważać za wariata, ale co tam: przeraża mnie Phil Elverum. Naprawdę. Przecież takie „Lost Wisdom” powinno być jedynie atrakcja dla najwierniejszych fanów. No bo dajcie spokój – spontaniczna sesja nagraniowa, Julie Doiron w roli super-gościa i ledwie ponad 20 minut muzyki. A jednak te urokliwie, jakże ciepłe piosenki (jest w tym pewna przewrotność, bowiem tytuł krążka jednoznacznie kojarzy się z blackmetalowym Burzum...) momentami nawet zachwycają. Philowi nie w głowie rewolucje i raczej posłużył się podobnymi środkami jak na wcześniejszych wydawnictwach Mount Eerie, ale cóż z tego, skoro formuła wypracowywana przez lata nadal działa wybornie. Dodatkowego smaku dodaje piękna okładka, świetnie korelująca się z samą muzyką. Zatem czy Amerykanin jest jeszcze zwykłym muzykiem oraz kiedy i czy w ogóle się poślizgnie? Strach się bać, powiadam. (kk)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 43

The Muslims – The Muslims [EP] (6/10)

Rzecz dla tęskniących za czasami dominacji The Strokes. No i za samą nowojorską paczką też. Punktów styczności z grupą Casablancasa jest tu więcej niż własnych pomysłów – choć oryginalność wcale nie była głównym atutem The Strokes – to słychać w piosenkach kwartetu z San Diego gówniarską żarliwość („Future Rock”), hołdowanie stylistyce *garaż paradise* („Extinction”) i klasykom surowego grania: The Stooges („On My Time”), Velvet Underground (chłopaki zarzekają się, że sięgnęli po ich płyty dopiero po insynuacjach dziennikarzy o kopiowanie stylu ekipy Lou Reeda), The Replacements – wątła nić porozumienia w temacie melodyjny punk. Dodatkowe punkty chłopaki otrzymują za nazwę (mi się natychmiast skojarzył zespół Żydzi i ich wokalista Rabin z dość dziwnego kryminału Tomasza Piątka „Kilka nocy poza domem”), wprawdzie już nieaktualną (nowa brzmi The Soft Pack), ale co tam i wokalistę, który wygląda jak nieślubny syn Huntera Thompsona! (ml)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 44

Primal Scream – Beautiful Future (5/10)

Kryzys twórczy dopadł Primal Scream dokładnie w momencie, kiedy postanowili pójść na łatwiznę i nagrać – bodaj pierwszy raz w swojej karierze – płytę niemal dokładnie taką samą jak poprzednia. „Beautiful Future” to nic innego jak nowe wariacje na tematy przewałkowane wcześniej na „Riot City Blues”. Taka postawa rzecz jasna nie jest jeszcze grzechem sama w sobie, szkopuł w tym, że po latach poszukiwań i wachlowania przeróżnymi muzycznymi stylami, muzycy z Glasgow zdają się szybciej niż przeciętny zespół tracić serce do konkretnej estetyki. Tym razem wszystko wskazuje na to, że dobrych pomysłów na klasyczne, rockandrollowe piosenki wystarczyło na jeden album (żeby nie było wątpliwości – ten poprzedni) z niewielką nawiązką. Tę nawiązkę stanowi przede wszystkim wybrany na singiel, znakomity, energiczny utwór „Can’t Go Back” oraz, chociaż już w znacznie mniejszym stopniu, otwierający płytę, tytułowy „Beautiful Future”. Te dwa numery ratują przyzwoitą ocenę dla całego albumu, ale muzykom Primal Scream powinno już zapalić się żółte światło ostrzegawcze. (pn)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 45

Q-Tip – Renaissance (7/10)

Ja to nie lubię hip-hopu, bo jak tego słucham, to zawsze z głośnika ktoś na mnie krzyczy, a ja nie lubię, jak się na mnie krzyczy. Poza tym ciągle ktoś kogoś obraża, ktoś komuś obiecuje zrobić krzywdę, ktoś się za coś na kogoś gniewa. A w przypadku hip-hopu afroamerykańskiego przeciętny raper, za pomocą futer, pistoletów, cygar, przydomowych basenów, resorów w samochodach, biżuterii i innych dóbr luksusowych, próbuje odreagować swoje atawistyczne kompleksy o podłożu rasowym. Aha, i przeważnie taki raper chce w sposób mało wykwintny robić dzieci z latynoskimi imigrantkami, koncentrując się bardziej na samym procesie produkcji niż na produkcie. A przecież latynoskie imigrantki też zasługują na miłość. Zresztą tu nie o latynoskie imigrantki chodzi, skoro nawet tacy The Roots, którzy zawsze imponowali mi Questlovem i uniwersalną zajebistością swojej muzyki, zaczynają nagle współpracować z gwiazdkami porno, a spadek formy i kryzys wieku średniego maskują opowiadając wciąż te same historie o złej Filadelfii, udając, że tu bardziej od muzyki liczy się przesłanie. A stąd już do Eminema wcale nie tak daleko. No ale na szczęście w chwale powraca koleś, który ma jakiś milion powodów, żeby się gniewać, a jednak, zamiast prężyć klatę i wymierzać sprawiedliwość, przychodzi tu z muzyką. I fajnie, bo ta jest bez wątpienia zajebista i najlepiej świadczy o tym, kto miał rację w konflikcie na linii wytwórnia-artysta. 100% Q-Tipa w Q-Tipie, zero żółci, sama radość. Weź to sprawdź, zią. (łb)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 46

Razorlight – Slipway Fires (2/10)

Trudno uwierzyć, że debiutanckie „Up All Night” od „Slipway Fires” dzielą zaledwie 4 lata. Najnowszy krążek Razorlight brzmi bowiem, jakby nagrał go cover band Joe’a Strummera i jego zespołu The Mescaleros, składający się z grupy 60-letnich emerytów, który właśnie wybiera się w trasę koncertową – swoją przygodę życia po największych pipidówkach amerykańskich stanów Iowa, Arkansas i Wyoming. Johnny Borrell i spółka na najnowszym albumie pokazują swoje najbardziej pretensjonalne, małomiasteczkowe oblicze, z energicznej, sympatycznej, bezpardonowej i młodej kapeli stają się dramatycznymi nudziarzami, silącymi się na Americanę w stylu Bruce’a Springsteena, która samemu Bossowi lepiej i oryginalnej będzie wychodzić nawet za następne dwadzieścia lat. Ciekawe, jak to jest tworzyć kapelę, której obecnie nie da się postrzegać inaczej niż grupy dwudziestoparoletnich, stetryczałych dziadków? (kw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 47

Max Richter – 24 Postcards in Full Colour (8/10)

Dlaczego taka dobra płyta, z taką oceną, idzie jako short? Wyjaśnień można sformułować kilka: bo nie było czasu, bo wpadła autorowi w ręce dopiero pod koniec listopada itp., ale najlepiej wygląda wersja o dopasowaniu formy recenzji do formy jej przedmiotu. „24 Postcards...”, jak sama nazwa wskazuje, to dwa tuziny króciutkich kompozycji (najdłuższy to niemal trzyminutowe słuchowisko) związanych z określonymi miejscami, utrzymanych w stylistyce, z której Max Richter słynął od dawna – amalgamat współczesnej muzyki poważnej z ambientem oraz innymi elektronicznymi szmerami. Tytułowe kolory można próbować odczytać jako poszerzenie arsenału środków wyrazu – jest to najbardziej różnorodny album artysty, czemu zresztą sprzyja forma, i chyba najbardziej przystępny – kto nie był w stanie przetrawić „The Blue Notebooks” czy „Songs From Before”, powinien spróbować tutaj. Motyw skrzypcowy z „Berlin By Overnight” można wręcz nazwać hookiem, w „Louisville...” wesoło przygrywa gitarka (a co tam się dzieje w tle!), a „Cascade NW By W” budzi skojarzenia z wczesnym Biosphere. Wszystko to otoczone jest wszechobecnymi smyczkami i fortepianem. A zresztą, cytując dawno przeczytaną recenzję płyty Dead Kennedys, „nawet jak się komuś któryś utwór nie spodoba, to zaraz się skończy”. Może to dlatego żem popers, ale jak dla mnie to najlepsza płyta Richtera. (dh)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 48

The Sea & Cake – Car Alarm (6/10)

Solidni niczym szwajcarski transport publiczny i stylowi niczym włoskie mokasyny. Nasi chicagowscy ulubieńcy dostarczają nam w tym roku kolejną porcję muzyki bezpretensjonalnej i wyrafinowanej zarazem, po raz kolejny nie zaliczając wpadki. Na „Car Alarm” słuchaczom niewątpliwie nie dzieje się krzywda, choć pewne zbyt pochlebne opinie na temat tego albumu wymagają sprostowania. Pitchfork twierdzi piórem jednego ze swoich najbardziej zacnych redaktorów, że to najlepszy album TS&C od dziesięciu lat. Nota ta opiera się na dyskusyjnej ocenie dyskografii grupy, według której po trzech pierwszych albumach spinających eklektyzm indie-rockową klamrą, zespół ruszył w nieco mniej owocne poszukiwania w kierunku flirtującego z elektroniką popu. Jak głosi nasz przegląd, The Sea & Cake mają na koncie wybitne osiągnięcia w obu wspomnianych okresach, a stawianie „Car Alarm” nad „Oui” jest delikatnie mówiąc nieporozumieniem. To tyle w kwestii sprostowania. Rozpoczęty na zeszłorocznym „Everybody” wątek powrotu do gitarowych korzeni jest na „Car Alarm” kontynuowany, choć w nieco mniej ortodoksyjnej wersji. Singlowy „Weekend” wraca do muśniętego syntezatorowymi plamkami avant-popu z okolic „The Fawn”, a dwie instrumentalne miniatury („CMS Sequence” i „Mirrors”) nawiązują do ambientoidalnego kraut-rocka z okolic debiutu Harmonii. Poza tym jest już tylko gitarowo. Zaskakuje niespotykana w dziejach zespołu drapieżność wioseł w otwierającym „Aerial” czy solówka Prekopa w „New Schools”, w innych chicagowska formacja brzmi znajomo – chociażby jak w jazzującym, wyluzowanym rocku „Down In The City”. To zespół, który nie podejmuje już zdecydowanej walki o zmianę swojego artystycznego status quo, ale wciąż sprawia radość i starzeje się dużo piękniej nim spokrewnione z nim Tortoise czy Stereolab. (mm)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 49

The Shortwave Set – Replica Sun Machine (6/10)

Zdaje się, że The Shortwave Set dość pilnie odrobili lekcję z historii muzyki pop, zwłaszcza jeśli chodzi o dekadę lat 60. „Replica Sun Machine” to kolorowy powrót do ciepłych, przebojowych, ale także psychodelicznych brzmień sprzed kilkudziesięciu lat, z zastrzeżeniem, że na wszystko, co Brytyjczycy na swojej najnowszej płycie zrobili, patrzeć należy przez pryzmat twórczości kapeli zgoła współczesnej – The New Pornographers. The Shortwave Set mogliby pretendować do miana wyspiarskiego odpowiednika kanadyjskiego dream teamu i nie chodzi tylko o wokalne podobieństwo Neko Case i Ulriki Bjorsne. Tutaj mam na myśli raczej bogactwo dźwięków i wciągającą żonglerkę różnymi motywami, w czym zapewne zasługa producenta „Replica Sun Machine” w osobie samego Danger Mouse’a, uznanego aranżera Van Dyke Parksa i pojawiającego się na drugim planie Johna Cale’a. Tyle wielkich nazwisk, a efekt słychać tak naprawdę w zaledwie paru numerach: highlightowym, „No Social”, przebojowym i radosnym „Now Til ‘69” oraz epickim „I Know”. Do poziomu The New Pornographers nawet z takimi gwiazdami jeszcze trochę daleko, ale i tak jest całkiem nieźle. (kw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 50

South – You Are Here (5/10)

Tym razem się nie udało. Już singiel „Better Things” zwiastował lekką zniżkę formy – owszem, nie słuchało się go źle, ale gdzie mu tam było do „Paint The Silence” czy „Colours In Waves”. Niestety, to jeden z najlepszych kawałków na płycie. Zawsze chwaliłem South za przysłowiowe „robienie swojego”, bez oglądania się na mody. Szkoda, że wierność określonej muzycznej formule w końcu obróciła się przeciwko nim, owocując albumem pozbawionym jaskrawszych kolorów. „You Are Here” to krążek poprawny, lecz ewidentnie najsłabszy w dorobku tego sympatycznego tria utalentowanych multiinstrumentalistów. W roku, w którym zaliczyłem triumfalny powrót do znakomitego (jak się okazało) „From Here On In”, nowy South nie miał szans na nic ponad OK. (ka)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 51

Squarepusher – Just A Souvenir (5/10)

„Just A Souvenir” to muzyczna relacja z wizji mega-koncertu nieistniejącego zespołu. Nie napiszę, że Squarepusher przekroczył granice kiczu, bo mam jeszcze w pamięci tegoroczną płytę Aleca Empire, ale mam uzasadnione obawy, że to co widział, to Lady Pank na speedzie kowerujący Boys i na dodatek oberwał rzuconą ze sceny butelką. Charakterystyczne nieregularne breaki i popisy na basie zostały sprzęgnięte z motywami z disco-funku, punku, i jazz-rocka, wszystko w nienaturalnie podkręconym tempie. Problem w tym, że album brzmi jakby Jenkinson przesiadł się z Maca na Atari. Cieniutka perkusja i syntezatory przypominają brzmienia midi, tanich zabawek lub gier wideo. „A Real Woman” to chyba motyw przewodni z jakiejś telenoweli s-f. I nie ratują sytuacji przyjemnie garażowo przesterowane gitary. Plastic is no more fantastic. Poza akustycznymi przerywnikami w formie lirycznych improwizacji starego hiszpańskiego barda płyty ciężko się słucha. Fajnych patentów jest wiele (riff w „The Glass Road”!), ale chyba aż za wiele, bo robi się z tego zgiełk. Miało być zabawnie, ale niestety zbyt często jest po prostu banalnie. Sympatyczne, ale przekolorowane. Warpo-polo. (mk)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 52

Steinski – What Does It All Mean? 1983-2006 Retrospective (7/10)

Na tle współczesnych hip-hopowych dokonań i w świetle zdobyczy nowoczesnej techniki pierwsze kolaże Steinskiego brzmieć mogą jak wprawki utalentowanego gimnazjalisty. Ale w latach osiemdziesiątych, kiedy nowojorczyk Steve Stein – niepozorny trzydziestak, twórca reklam telewizyjnych – oraz dwudziestosiedmioletni producent Double Dee debiutowali serią nielegalnych „Lekcji”, to było coś. Mash-upy miksujące rapowe kawałki, funkowe i soulowe single, przemówienia polityczne (choćby wzorcowe „It’s Up To You” z legendarnym wystąpieniem Kennedy’ego) i telewizyjno-radiowe wstawki stanowiły nie tylko naturalną muzyczną realizację postmodernistycznych tendencji, ale również swoiste credo i filozoficzny manifest pokolenia uwięzionego w komercjalizacji, szumie informacyjnym i widmie zimnej wojny – były humorystyczną odpowiedzią na ówczesne czasy i utopijną wizją muzyki bez barier gatunkowych i przede wszystkim prawnych. „What Does Is All Mean?…” to lekcja historii mash-upu w pigułce, dwupłytowa fascynująca podróż przez rozwój techniki i transformacje kulturowe ostatnich 25 lat, punkt odniesienia dla współczesnego DJ-ingu spod znaku Cut Chemista, Avalanches czy Girl Talk; to w końcu dwugodzinna porcja czystej rozrywki i przyjemności. Pozycja obowiązkowa. (ms)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 53

Stereolab – Chemical Chords (6/10)

Stereolab to jedni z głównych bohaterów poprzedniej dekady. Pamiętamy, że zaczynali od bardziej hałaśliwej, gitarowej muzyki, która jednak już od tamtych czasów zdradzała ogromne pokłady przebojowości, ale też pasowała do różnych szuflad z napisem eksperyment. „Transient Random-Noise Bursts With Annoucements” to była pierwsza, ważna płyta w dorobku tej brytyjsko-francuskiej formacji. Później proporcje i inspiracje się nieco zmieniły. Stereolab postawili na indie popowe melodie, ale nie zrezygnowali też z kraut rockowej motoryki w stylu Neu!, czego dobrym przykładem jest choćby „Metronomic Underground” z najbardziej znanego dzieła, „Emperor Tomato Ketchup”. Na „Chemical Chords” kombinowanie z brzmieniem już właściwie nie istnieje, dużo tu jednak ładnych, choć nieco ckliwych melodii („Neon Beanbag”). Z równej, naprawdę solidnej całości wyróżnia się „Self Portrait With Electric Brain”, mniej leniwe od pozostałych kompozycji. Poza tym tegoroczny album Stereolab to naprawdę udana ścieżka dźwiękowa do huśtania się na hamaku, napawania się letnim, subtelnym wiaterkiem czy podjadania czereśni prosto z drzewa. Większych atrakcji tym razem nie przewidziano. Ale jak to się ładnie mówi, ONI JUŻ SWOJE ZROBILI. (pw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 54

Sun Araw – Beach Head (6/10)

Nie wiem, jaki spośród polskich przymiotników oddałby genialność angielskiego trippy, pozwólcie mi więc zaśmiecić ten krótki wpis zwrotem obcym. Sun Araw są trippy. Trippy jak cholera. Począwszy od projektu okładki, przez anonimowość projektu (nie powiecie, że aura tajemniczości nic nie dodaje), po samą muzykę. Bo wyobraźcie sobie rozciągnięte do czterdziestu minut „Search For Delicious” Misia Pandy, coverowane przez Shalabi Effect. Tropikalne wstawki i odgłosy ptaków doskonale współgrają z przytłumioną, monotonną perkusją. Do tego space-rockowy przester i dawaj tak przez 10 minut. Przecież zwrot gitary przed szóstą minutą w „Beams”. Czujecie? Wiele bym dał, aby choć raz znaleźć się na koncercie takiego zespołu. Rzadko kiedy brak treści brzmi tak znośnie i treściwie, jak na „Beach Head”. No i co najważniejsze – to wciąga. (ak)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 55

Sun Kil Moon – April (6/10)

Pisząc o „Tiny Cities” – poprzedniej płycie Marka Kozelka pod szyldem Sun Kil Moon zawierającej wyłącznie covery Modest Mouse – obiecałem, że przy okazji follow-upu „Ghosts Of The Great Highway” (ostatni jego album z regularnym autorskim materiałem sprzed pięciu lat) artysta ten doczeka się specjalnych honorów. I tu nauczka na przyszłość, żeby obietnic w próżnię nie rzucać, bo potem wstyd, obciach i pobite gary. Sęk w tym, że tegoroczny Kozelek nie okazał się w skali Kozelka specjalnie frapujący. To jeden z najważniejszych amerykańskich singer/songwriterów ostatniego dwudziestolecia – muzyk o tak unikatowym stylu, jak nie przymierzając Neil Young (z której zresztą zaczerpnął więcej niż co nieco). Zazdroszczę tym, którzy odkryli go na wysokości „April” – dla nich faktycznie ten album to coś więcej, niż tylko solidnie wykonana robota w dobrze znanym stylu. Dla mnie niestety brak tu objawień na miarę „Have You Forgotten” czy „Katy Song”. Wciąż jednak nie odmówiłbym, gdyby pili zdrowie tego gościa. (ka)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 56

Times New Viking – Rip It Off (3/10)

Ja generalnie lubię śmieciową produkcję i garażowe rzężenie; tym bardziej, że obecnie coś takiego może być przyjemnie otrzeźwiającą odskocznią od wszechobecnych disco-gitarowych trendów. Tyle tylko, że za powyższym coś musi się znajdować, a niestety, żadnego lo-fi revivalu takimi płytami jak ta się nie zrobi. Na „Rip It Off” nawet nie tyle, że nie ma kompozycji (choć nie oszukujmy się, obok „Slanted...” czy GBV to nawet nie leżało), co wszystkie zalążki pomysłów są całkowicie zarżnięte przez produkcję/brzmienie, no, może za wyjątkiem „Another Day”, które jakoś tam sobie w miarę fajnie płynie. Ja nie wiem o co tu chodziło: ni to piosenki, ni to noise (choć łeb pęka po 15 minutach). Reasumując, mocarna jest tylko nazwa grupy, lepiej odkurzyć „Twin Infinitives”. (dh)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 57

Van She – V (4/10)

Dla środowisko indie-electro Australia w 2008 była tym, czym na wysokości 2003-2004 roku nieżalowcom jawiła się Kanada. Oczywiście jakościowo ówczesny wysyp dziś klasycznych już dla tej dekady kapel – Broken Social Scene, Arcade Fire czy Junior Boys – nijak się ma do propozycji cherlawych Presets, chwytliwej-lecz-wtórnej Ladyhawke czy nawet najsilniejszych w tym zestawie Cut Copy. Niemniej jednak z tamtejszego frontu co rusz docierają do nas nowe nagrania – wśród nich sympatyczne Van She, rok temu znane chyba tylko przez wąski krąg znajomych red. Słomki, uparcie hype’ującej tyleż namolny, co naiwnie fajny kawałek „Kelly” w jego pierwotnej wersji o nastolatce słuchającej Prince’a. Na longplayu Australijczycy próbują wyrwać się z getta synth-popu lat osiemdziesiątych, bardziej ochoczo niż wcześniej sięgając po gitary, lecz efekt jest ledwie znośny. (ka)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 58

Martha Wainwright – I Know You’re Married, But I've Got Feelings Too (5/10)

Martha Wainwright z zadymionych, lekko podejrzanych lokali z klimatem przenosi się do miejsc pokroju nowojorskiej Carnegie Hall. Choć na pierwszy rzut oka u siostry Rufusa zmieniło się niewiele – płyta „I Know You’re Married, But I’ve Got Feelings Too” ciągle ukazuje amerykańską wokalistkę jako całkiem rześką, sensowną babkę z potencjałem. Diabeł tkwi jednak w dość ważkich szczegółach. Wraz z zamianą waitsowskich butów na szykowne pantofle na obcasie, Martha Wainwright straciła trochę wigoru i dziarskości, co najlepiej uwydatnia barwa jej głosu, która na najnowszej płycie stała się gładsza i grzeczniejsza w porównaniu do tego zachrypniętego, który pamiętamy z debiutu sprzed trzech lat. Piosenkom z tego albumu niespecjalnie cokolwiek można zarzucić, ale też nie za bardzo można się nimi zachwycać. To głównie nienagannie wyprodukowane kompozycje z dobrymi, dowcipnymi, kobiecymi tekstami, czego najlepszym przykładem jest świetne „Bleeding All Over You”. Być możne swoje bardziej klasyczne oblicze Martha zawdzięcza muzykom z takich kapel jak The Who, The Band czy Steely Dan, współpracującymi z nią przy tegorocznym krążku, a których średnia wieku wynosi prawie 65 lat. Eleganckie panie z wielkich metropolii powinny być tą płytą zachwycone, młodsze i bardziej zadziorne dziewczyny z Wainwright w takim wydaniu wspólnego języka raczej nie znajdą. (kw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 59

Kanye West – 808’s & Heartbreak (4/10)

Piekielnie zdolna bufoniasta gwiazda, która nie wydała do tej pory słabej płyty w swoim tryptyku o „szkolnych” tytułach, wreszcie kapituluje. Ta płyta jest emozapisem uczucia straty po śmierci matki i mniejszych miłosnych porażek. Niesamowite, Kanye’go Westa ktoś mógł rzucić? Jeśli swoim laskom zamiast rapować śpiewał tak, jak na „808’s”, to automatycznie ten fakt przestaje dziwić. West postanowił w tym roku pójść tropem Cher i ponaprawiać sprzętem swoje niedociągnięcia, a ich ilość musi być sroga, biorąc pod uwagę stopień zautotune’owania płyty. Nie pomagają goście (wśród nich dwóch tegorocznych bossów – Kid Cudi i Lil Wayne), ani poprawny songwriting. Z tekstami ciekawa sprawa – to, co starczało w potoku raperskiego flow, wtłoczone w obszar piosenki (czy nawet ballady) jest liche i banalne – boli, boli, boli. Niestety, mając w pamięci wizerunek Westa oraz – choćby – jego show-off na Openerze zamiast współczuć, odczuwa się uczucie tryumfu. Król jest nagi, a pogardzany przez wielu Mike Skinner z The Streets w roku, w którym nagrał swoją pewnie najsłabszą płytę w karierze, nieoczekiwanie wreszcie pokonuje Kanye’go Westa. (kjb)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 60

Wolf Parade – At Mount Zoomer (4/10)

Dawno, dawno temu odległą galaktykę nawiedziła uzbrojona w instrumenty kanadyjska ekipa dowodzona przez Spencera Kruga. Niespecjalnie mieli oni się z kim zmagać, bo nieco wcześniej nastraszyli wszystkich trzema, solidnymi EP-kami, więc debiutancką płytą jedynie potwierdzili swoją wyższość nad wieloma galaktycznymi przeciwnikami. Dzisiaj z tego wszystkiego pozostały jedynie wspomnienia. Jakby nie było, długo oczekiwany, drugi album Wolf Parade był premierą, której obecnie na próżno szukać w rocznych podsumowaniach 2008. Swego czasu Kanadyjczycy naprawdę potrafili zaimponować rozmachem, trochę populistycznym, ale jak najbardziej kontrowanym dramatyzmem swoich utworów i porządnym, często przebojowym songwritingiem. Na „At Mount Zoomer” Wolf Parade są cieniem samych siebie sprzed trzech lat. Nie chodzi o to, że jest to krążek zły – wydaje się on płytą poprawną, ale nagraną niejako trochę z musu. Poszczególni muzycy zespołu, po drodze rozwijając różne inne projekty, sprawiają wrażenie, jakby nagle przypomnieli sobie, że jeśli w niedługim czasie nie wydadzą płyty to galaktyka o nich zapomni. Bo to nie żadne Sunset Rubdown czy inne Swan Lake, ale Wolf Parade stało się marką samą w sobie. Marką niestety coraz bardziej wyblakłą. (kw)

Zdjęcie Recenzje 2008: post scriptum 61

Zombie Zombie – A Land For Renegades (5/10)

Film bez filmu. Patent może i zaskakujący, ale wcale nie nowy, nam przypomniany w zeszły roku przez Ściankę na limitowanym LP „Secret Sister”. Tym razem w klimacie sci-fi electro i dark disco z metką „made in France”. Syntetyczne, motoryczne podkłady, oszczędny acz posępny drumming, miejscami wsparty sprzężającymi partiami gitary budują makabryczną historię pewnej ucieczki dwójki bohaterów (w tej roli sami muzycy) przed *złem* i próbą schronienia w dość obskurnym, prześladowanym przez duchy mieście. Piosenki układają się więc w następujące po sobie sceny, a funkcję narratora pełni złowieszczy sampling rodem z horrorów kina b. Jest strasznie, lekko vintage (nawiązania do Can i Neu, cover onirycznego „Nightclubbing” Iggy’ego Popa), acz mniej pretensjonalnie niż choćby u Fuck Buttons („małpia” wokaliza w „Jay Rules”). Trochę to zagmatwane i jak zwykle przy tego rodzaju konceptach nieco wydumane, ale sprawne i w scenerii koncertowej zapewne urzekające. Dla próby warto posłuchać „What’s Happening In The City?” czy nieco numanowskiego „When I Scream You Scream”. (ml)

Kuba Ambrożewski (ka), Kamil J. Bałuk (kjb), Łukasz Błaszczyk (łb), Dariusz Hanusiak (dh), Artur Kiela (ak), Mateusz Krawczyk (mk), Krzysiek Kwiatkowski (kk), Maciej Lisiecki (ml), Maciej Maćkowski (mm), Przemysław Nowak (pn), Paweł Sajewicz (ps), Marta Słomka (ms), Piotr Szwed (psz), Katarzyna Walas (kmw), Witek Wierzchowski (ww), Piotr Wojdat (pw), Kasia Wolanin (kw) Gościnnie wystąpił: Marceli Szpak (msz) (3 stycznia 2009)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: fuks
[2 lutego 2009]
a mnie brakuje Mercury Rev, Materaca, American Music Club i dEUS'a
Gość: ekszu
[13 stycznia 2009]
niedoceniani kings of leon.. moim zdaniem zasluzyli na słabą 5'tke.
Gość: blondie
[12 stycznia 2009]
Dobrze, że pojawiło się audrey
Gość: kiosk
[8 stycznia 2009]
ja bym tutaj chętnie jeszcze zobaczył nową, świąteczną epkę Sufjana..:) warta odnotowania jest przecież, co nie?
Gość: Kim
[7 stycznia 2009]
A nowy Feeder, gdzie "Silent Cry" Feedera...?
D
[7 stycznia 2009]
Zawsze ceniliśmy konstruktywną krytykę, pozdrowienia dla dorosłego!
iammacio
[7 stycznia 2009]
masa tekstu. przesadzilismy z tymi przecenami;p
Gość: trzydzieści osiem
[7 stycznia 2009]
do dh: za taką recenzję 'lucifera' powinno pójść się do piekła. odstaw espresso, dorośnij albo pisz o muzyce, o której masz pojęcie.
D
[6 stycznia 2009]
Miło, że Richter jest doceniany
Gość: nie czytałem
[6 stycznia 2009]
nie brakuje im pokrętnych pomysłów, [...] napisać teksty nie zawierające ani jednej litery „e”.

ech Francuzi

http://en.wikipedia.org/wiki/A_Void
Gość: kuracjusz
[6 stycznia 2009]
a materac?
Iglak
[5 stycznia 2009]
Szkoda, że nie ma nic o "Ferndorf" Hauschka. Ale Richter na plus!
Gość: pszemcio
[5 stycznia 2009]
primal scream - "postanowili pójść na łatwiznę i nagrać – bodaj pierwszy raz w swojej karierze – płytę niemal dokładnie taką samą jak poprzednia"

???? przecież stylistycznie to dość dość "Różne" albumy
jester in tears
[5 stycznia 2009]
w "Now til '69" przebojowość jest równoległa imo do tej znanej z New Pornographers. reszta jako tako mi się widzi w parze z Kanadyjczykami (fakt, żonglerka motywami, czy tam eklektyzm, jednak mi z tym bliżej do zespołów z Elephent 6, Flaming Lips czy Decemberists.
a płyta jak dla mnie, mimo, że zima, dalej na 8.
kuba a
[5 stycznia 2009]
'Sun machine" nie ma nic do New Pornographers i brzmi prześwietnie.

*

Yep. Z oceną Shortwave Set się zgadzam, ale też nie słyszę, żeby mieli coś wspólnego z New Pornographers. Zupełnie inne narzędzia w tworzeniu muzyki.
Gość: djdocio
[5 stycznia 2009]
Mi brakuje Shearwater "Rook", płyty lepszej co najmniej od poowy tego co znalazło się w post scriptum i od tego o czym pisaliście wcześniej, zwłąszczaod płyt typu od Marillion;-)
jester in tears
[5 stycznia 2009]
"Do poziomu The New Pornographers nawet z takimi gwiazdami jeszcze trochę daleko, ale i tak jest całkiem nieźle. "

lepiej niż nieźle. 'Sun machine" nie ma nic do New Pornographers i brzmi prześwietnie.
kolargol
[5 stycznia 2009]
'Jemina nie jest już ładna i ma grube łydki' - a to pewnie dlatego się rozpadli. Tym samym nie dojrzeją. A dla mnie to był w sumie zasze zespół gimnazjalny, więc więszych różnic nie wychwyciłem.
majkiksiążezbajki
[5 stycznia 2009]
szkoda ze nia ma the streets
fajnie ze jast angil:)
Gość: szczur
[5 stycznia 2009]
angil fuck yeah
Sęp Miłości
[5 stycznia 2009]
niema komy, eee. :[

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także