Zajzajer #11

Zdjęcie Zajzajer #11

grafika: © Jacek Ambrożewski

Daliśmy na siebie czekać ponad trzy miesiące, ale w końcu wracamy do gry. 26 rekomendacji muzyki wszelakiej, polecamy nawet kolekcję dzwonków telefonicznych. Łykajcie, do dna!

Zdjęcie Zajzajer #11 1

500mg – To The Firmament

500mg to projekt solowy Michaela Gibbonsa (Bardo Pond, tegoroczne Aye Aye), więc wielkich zaskoczeń podczas testowania czwartej już dawki tej substancji - od ostatniej minęło 7 lat - mieć nie będziecie. Ale chociaż mocno fuzzujące smugi psych-rocka grają tu główną rolę, bardzo często ustępują miejsca akustycznym zagrywkom bluesowo-folkowym („Seven Eyes”, „The Smoke Inside Of Me”, „Hidden In The Day”), a nawet czemuś na kształt ambientu wydrążonego ze współczesnej poważki, jak w podniosłym, skrzypcowym „Qumram”, albo w minimalistycznym, fortepianowym „Trying To Get There”. Podobnie jak na poprzednich albumach projektu, muzyce gdzieniegdzie towarzyszy również głos Gibbonsa. Najczęściej szkicuje tła opowieści, jak jakiś zaspany, pijany i zniekształcony Lee Hazlewood. Tak jest w „Red Eye Howler”, zbudowanym wyłącznie ze spękanego od przesteru samotnego jamu, oraz w zarejestrowanym na dwie gitary „Kesuabo”, przypominającym ostatnie, lżejsze dokonania Pondziaków, z pogodnym „Peace On Venus” na czele. Innym razem próbuje śpiewać, jak chyba w najlepszym w zestawie, depresyjnym „Sister Morphine”, które jest kompletnie wykolejonym coverem Stonesów. Całość ma bedroomowy, niemal outsiderski klimat, co sprawia, że w odróżnieniu od wybitnie ciepłego i zewnętrznego albumu Aye Aye, „To The Firmament” lepiej wpasuje się w jesienny krajobraz dymiących kominów, najlepiej obserwowanych przez okno i znad papierosa. (Karol Paczkowski)

Posłuchaj całego albumu na Bandcampie

Zdjęcie Zajzajer #11 2

Joshua Abrams – Magnetoception

Muzyka Joshua Abramsa generuje więcej pytań, niż udziela odpowiedzi. Raz wydaje się dziecinnie prosta, innym razem, przeciwnie, łatwo odnieść wrażenie, że chicagowski kontrabasista z pomocą kilku zaledwie dźwięków potrafi roztoczyć tak niecodzienną atmosferę, że słuchacz traci grunt pod nogami. Mam znajomych, którzy koncert Abramsa wymieniają w czołówce live-actów życia. A przecież równolegle płynie mi tu „Magnetoception” z głośników i wciąż zastanawiam się: czy tak brzmi granie najwyższego sortu? Czy konkurencja odpada w przedbiegach, a Abrams zgarnia laury w cuglach? Czy te okrągłe i zmiennokształtne melodie trzystrunowej guimbri fundują odpowiednio złożone struktury? Czy aby nie wystarczy grać jakkolwiek na tak egzotycznym instrumencie, a efekt niezwykłości rodzi się sam bez wysiłku?

To jedynie słowna gimnastyka. Od tego jestem, jors truli, by wypełniać pustkę, a w międzyczasie (po cichu) dzieje się najistotniejsze: w czytelniku rodzi się osobiste spojrzenie na muzykę. A zatem: Abrams nie jest wybitnym kompozytorem, mimo to emocji, jakie znajdziemy w utworach pokroju tytułowego, „By Way Of Odessa”, „Translucent” (z sennymi perkusjonaliami w stylu Roberta Ashleya) czy „Spiral Up”, nie znalazłem nigdzie indziej. A słyszałem już wiele. Improwizowane i krótsze utwory („Of Day”, „Broom”) pokazują wielką pasję i swobodę gry. Abrams jest basistą skromnym, unika gigantomanii Williama Parkera, nie pociąga go też szarżowanie do ostatniej kropli potu – jakie uprawiają koledzy free-improwizatorzy. Jeżeli surowe improvy sprawiają wam dyskomfort, muzyka Abramsa – urzekające połączenie zachodnioafrykańskiego etno i nowoczesnej myśli szkoleniowej inteligentnych muzyków-eklektystów z Chicago – trafi do waszych ciepłych serduszek i zadomowi się na dłużej.

Jeszcze słówko o tytule. Magnetorecepcja: zdolność organizmu do wykrywania kierunku linii ziemskiego pola magnetycznego, umożliwia orientację w przestrzeni. Zaobserwowana głównie u ptaków i owadów, pozwala mapować terytorium, ustalać trasy przelotu. Tyle encyklopedia, a teraz empiria: podobno ludzie mają białko w siatkówce oka, które reaguje na pole magnetyczne. Spójrzmy na nasze białka. Co widać? I czy możemy śnić muzykę? Abrams zwodzi nas w tej kwestii. (Michał Pudło)

Posłuchaj trzech kawałków z albumu na stronie wydawnictwa Eremite Records

Zdjęcie Zajzajer #11 3

Angel-Ho – Ascension

To co lokalne, szybko może stać się globalne. Zdają sobie z tego sprawę organizatorzy festiwalu CTM w Berlinie, którzy pod hasłem „New Geographies” jednym z kuratorów uczynili Libańczyka Rabiha Beainiego (niektórym znanego lepiej jako Morphosis). Jednak nie to jest miarą zjawiska, tylko fakt, że artyści pochodzący z obszarów uważanych dotąd za kulturowe peryferia, coraz lepiej się organizują i przypuszczają atak na panujący porządek. Nie uciekają przed politycznym zaangażowaniem, bowiem czasy, które nastały, tego wymagają (konflikty na tle rasowym w USA, kryzys migracyjny w Europie). Z takich pobudek Angel-Ho, Chino Amobi i Nkisi założyli kolektyw NON. Cóż, nie oni pierwsi w ostatnim czasie podnoszą rękę na obowiązujące status-quo. Ich bunt znacząco się różni od ironicznych i skupionych na estetyce: vaporwavie czy bubblegum basie.

„Ascension” od pierwszych dźwięków bombarduje nas swoją dystopijną wizją świata. Wprowadza niepokojącą, pełną napięcia atmosferę, by zaburzać dobre samopoczucie oraz wrażenie bezpieczeństwa. Sprawnie łączy ze sobą grime i industrial w jedną, sprawnie funkcjonującą maszynerię (pomaga mu w tym czuwający nad masteringiem Arca). Posługuje się przy tym techniką kolażu dźwiękowego, który w ostatnich latach przeżywa spory renesans – oprócz wspomnianego Chino Amobiego i Elysii Crampton, świetne efekty osiągali za jego pomocą również Gobby, D/P/I, Jar Moff, a z Polski Lutto Lento czy Sultan Hagavik. Za wojowniczą muzyką Angel-Ho idą też konkretne działania – artysta jest zaangażowany w działalność na rzecz mniejszości LGBTQ czy równego dostępu do edukacji w RPA. Podobno nie ma alternatywy, ale Angel-Ho i NON pokazują, że walka i opór są jedynym wyjściem, gdy straciło się nadzieję. (Krzysztof Krześnicki)

Posłuchaj Angel-Ho na Soundcloudzie

Zdjęcie Zajzajer #11 4

Baldruin – Portal

Niemiec Johannes Schebler od kilku lat tworzy solo pod pseudonimem Baldruin. Jego najnowsze wydawnictwo, „Portal”, jest wyjątkowe z dwóch względów. Po pierwsze jest to jego pierwszy winyl wydany jako Baldruin. Po drugie, jest to także pierwsze winylowe wydawnictwo warszawskiej oficyny Wounded Knife. Nie ma się zatem co dziwić, że Niemiec na tę okazję wyjątkowo się postarał – zgodnie ze swoją nazwą, album ten to prawdziwy portal do pierwotnych germańskich puszcz i ich tajemniczych, pogańskich brzmień, połączonych z syntezatorowymi psychodelicznymi wizjami. Nieraz jest hałaśliwie, a nawet po prostu dezorientująco, a jednak ów pogański syntetyczny folk właściwie trafia w swoją ścieżkę i dopełnia dźwiękowego wrażenia. Bardzo ładne wydanie i bardzo dobra muzyka. Gdzieś pomiędzy medytacją a musique concrète. (Jakub Adamek)

Posłuchaj albumu na Bandcampie

Zdjęcie Zajzajer #11 5

Charles Barabé & Wether – Huh?

Najnowszą kasetę Charlesa Barabé (i Mike’a Haleya, alias Wether) promuje wytwórnia Tymbal Tapes z miasteczka Lincoln w stanie Nebraska. Sympatyczny kasetowy label ilustruje swój katalog czarno-białymi grafikami autorstwa Tiny Little Hammers. Na okładce „Huh?” widzimy zgromadzenie biblijnych nomadów mojżeszowych na pustyni, gdzie słońcem jest niepokojąca czarna kula, wisząca pod sklepieniem wypełnionym bezdennymi otworami. Naczelny prorok w geście przymierza przekazuje rogatemu demonowi elektryczny shaker w rozmiarze XXL. Sakralne pojednanie odbywa się przy dźwiękach trąb i bębnów. Podejrzewam, że Charles i Mike wymyślili tytuł wspólnej kasety podziwiając okładkę.

Materiał opiera się przeważnie na niepokojących i całkowicie barabé’owskich segmentach syntezatora i melodiach z palety systemu MIDI. Brzmi swojsko, tak?, prawie jak 99% wydawnictw typowego bandcampowego mikrolabelu. Nic bardziej mylnego – Barabé wypracował niepodrabialny styl, który łapiemy intuicyjnie. Groteska miesza się tu z patosem, patos z kiczem, elegancja z chlewem, wykwintny pasaż z ubłoconym buciorem. Morrissey napisałby, że: Barabé puts the „fun” in „funeral”. Jakim cudem ten grajdół estetyczny może rodzić spójną całość? Jakimś cudem rodzi.

A jednak nie słuchamy tych wszystkich eksperymentalnych kaset z peryferii internetu dla jakiegoś „poczucia spójności i harmonii”, lecz zupełnie przeciwnie: dla chaosu. Dobra kaseta musi jeżyć włosy i podważać zastany ład. Sami oceńcie, czy split z Haleyem spełnia oczekiwania. Moim zdaniem tak. „Huh?” i Charles Barabé to jasne punkty na firmamencie tegorocznej experimental music. Nie polecam ignorować tego artysty.

Na koniec chciałem podzielić się rewelacją: w końcu rozwiązałem tajemnicę charakterystycznego lektora z poprzedniej kasety „Cicatrice, Scar, Éclair”. Pamiętacie tego ważniaka, jego problemy z własną córką (spowodowane fatalnym gustem muzycznym, to jasne). Facet okazuje się głosem z angielsko-francuskiej szkółki językowej – stąd specyficzne akcentowanie słów. Bawi mnie myśl, że Barabé znęca się nad lektorem, więzi go w sartre’owskim piekle niedorzecznych relacji międzyludzkich, każe w nieskończoność interpretować nieistotne fakty, co doprowadza do całkowitego rozpadu ego struktur. Na stronie B, tuż po fragmencie ze ścianą hałasu, począwszy od 14:50 lektor bezmyślnie odlicza cyfry; po kolejnej sekcji MIDI nasz bohater popada już w kompletną demencję. Podczas gdy schodzimy, światło niknie powoli. (Michał Pudło)

Posłuchaj „Huh?” na Bandcampie labelu Tymbal Tapes

Zdjęcie Zajzajer #11 6

Bataille Solaire – Dolby’s ON

Kanadyjski producent Asaël Robitaille jako Bataille Solaire bawi się elektronicznymi dźwiękami i samplami jak klockami Lego, z których buduje następnie konstrukcje wprost z obrazów M.C. Eschera. Po genialnej kasecie Documentaires z 2013 roku, w której tworzył hiperfuturystyczne, ambientowe wizje na podstawie New Age’owej estetyki atakuje nowym wydawnictwem, albumem Dolby’s ON. Nadal jest futurystycznie, jednak tym razem komputery przyszłości szwankują i są zawirusowane. Pełno na albumie glitchów, nagłych przeskoków rytmu, kliknięć, nagłych szumów i hałasów oraz przypadkowych sampli wyłaniających się i znikających z poszatkowanego IDM-u. Dolby’s ON jest mocno abstrakcyjne, wręcz eksperymentalne, słychać fascynacje późniejszą twórczością Autechre, ostrymi kolażami D/P/I czy Johna Wiese, a nawet footworkiem, co najbardziej zdradza 12-minutowy “Lapino Club Mix”. Nieregularne partie rytmiczne chwilami niebezpiecznie zbliżają się do taneczności, jednak Robitaille dba o to, by jego nowa kaseta była wystarczająco chropowata i upstrzona po brzegi drobnymi przeszkadzajkami. (Jakub Adamek)

Posłuchaj albumu na Bandcampie zespołu

Zdjęcie Zajzajer #11 7

Broken Talent – Rules No One

Kompilacja utworów zapomnianych nihilistów z Florydy, zbierająca materiał nagrany w latach 1984-1985. Nazywani Flipperem z Miami, ale poza podobnym usposobieniem – wielkim fakiem wymierzonym w konwencje i konwenanse, ich również wygwizdywano i wywalano ze sceny – wcale nie czuję, żeby mieli z grupami z San Francisco aż tak wiele wspólnego, bo nie ma tu zapędów “artystycznych”, tylko czysta, gówniarska anty-ambicja. Ale to nie zarzut, wręcz przeciwnie – Broken Talent nie byli kalką i siali ferment po swojemu. Brzmieniowo plasowali się jeszcze dość blisko punk-rocka z Cleveland (Pagans, Electric Eels). Zapowiedzi zdegenerowanych projektów w rodzaju Brainbombs i Drunks With Guns słychać w tych nagraniach wyraźnie, np. w psychopatycznej blazie w wokalu oraz maksymalnie przesterowanych, ciężkich, czasem wręcz proto-sludge'owych gitarach, ale to jednak nadal przebojowe kawałki. Nie porzucali klasycznych struktur, tylko je podpalali. Śpiewne hiciory zagrane wybitnie niechlujnie – hc o wysokim współczynniku loserstwa w „Might As Well Die” czy zarżnięcie klimatu surf-rocka w „Going To The Beach” – oraz okraszone sardonicznymi i błyskotliwymi tekstami, np. „My Old Man” z linijką "my old man is really mellow / he watches CHiPs with Poncharello" albo „My God Can Beat Up Your God” z kapitalnym refrenem. Sztosów jest pełno, takie „Radiation” może spokojnie stać się waszym ulubionym rozklekotanym utworem. Album wieńczy nagrany live kawałek „Get Off The Stage”, monotonny, deliryczny jam, przypominający nieco flipperowskie „Sex Bomb Baby” i autotematycznie domykający sesję z tym zjawiskowym materiałem. Oryginalne wydawnictwa są właściwie nieosiągalne, co czyni z „Rules No One” pozycję, którą warto czym prędzej zamówić.

P.S. Członkowie Broken Talent współtworzyli później rozmaite projekty. Warty uwagi jest noise-rockowy kolektyw Bunny Brains (znalazł się w nim Malcolm Tent), słynący z porąbanych, performatywnych występów. Odpryskiem tej grupy było Ultrabunny, noise-rock kosmiczny i improwizowany. Natomiast gitarzysta, Mark Feehan, przez trzy lata grał w Harry Pussy.

P.S.2 W ‘84 zagrali przepięknie okropny hołd dla Lou Reeda. (Karol Paczkowski)

Posłuchaj utworu “My God Can Beat Up Your God” na YouTube

Zdjęcie Zajzajer #11 8

Djwwww – Super Ringtone Collection

Przed nami „album”, który trwa całe 5 minut, lub też zbiór ścinek, sprawnie wypucowanych i odmalowanych, by przypominały telefoniczne dzwonki. Oba punkty widzenia wydają się prawomocne. W pierwszym przypadku włączamy tryb post-internetowego domorosłego myśliciela, zastanawiamy się nad dewaluacją formatu, viriliowską akceleracją czasu i doznań, w międzyczasie nie chcemy mieć Foucaulta na utrzymaniu, następnie po pięciu minutach słuchania, z wypiekami na twarzy perorujemy, tak, perorujemy na temat wrażeń. Djwwww upchnął całe godziny treści w krótkich dżinglach. Siedem sekund trwa jedną wieczność. Pomnożyć przez pięćdziesiąt. I tak dalej, i tak dalej.

W drugim przypadku warto pokrótce opisać styl kompozytorski Japończyka (znanego również jako Lil $ega). Zarówno wcześniejsze produkcje, jak i tegoroczny „U.S.M.”, oraz oczywiście „Ringtones”, to spektakularne popisy twórczego chaosu, obrazy szału i roztargnienia, posklejane w mozaikę sampli skądkolwiek i zewsząd. Djwwww zdaje się nie uznawać kompromisów i nie korzystać z półśrodków, dlatego trudno go przeoczyć w świecie najnowszej plądrofonii wyrosłej z dziedzictwa emerytowanego vaporwave’u. W czasach, gdy rzeczony vaporwave już tylko czeka na comiesięczny przekaz z ZUS-u, wszystkie chwyty są dozwolone i realna jest absolutnie każda muzyka. Nawet taka, której podstawowa funkcja sprowadza się do onomatopei typu dryń-dryń. Mimo to daleki jestem od krytyki (co może sugeruje atmosfera tekstu) i zdecydowanie polecam przesłuchać te chaotyczne drobiny. Można w nich odnaleźć wiele mikroskopijnych stanów.

PS. Z przekonaniem i werwą polecam dzwonki numer 4, 32 i 37. Sam ustawiłem sobie #4 na połączenia. #32 ustawię, gdy #4 mi się znudzi. (Michał Pudło)

Pobierz kolekcję super dzwonków prosto z Bandcampu ich twórcy

Zdjęcie Zajzajer #11 9

E.E.K. – Kahraba

Wystarczyła chwila nieuwagi, a prawie bym przeoczył pierwszy studyjny album egipskiego mistrza syntezatorów. W sensie, widziałem już kilku grajków w życiu, ale czegoś takiego jeszcze nie (tego typu wirtuozerię kupuję bez szemrania). Apetyty po zeszłorocznej koncertówce “Live At The Cairo High Cinema Institute” były wyostrzone. W kontekście live’a pisałem o ogniu, natomiast na temat albumu studyjnego bardziej pasuje mówienie o prądzie, jako że kahraba to z arabskiego elektryczność (metafory same się nasuwają: SZYBCY JAK BŁYSKAWICA, POTĘŻNI NICZYM GRZMOT). Nagranie studyjne wcale nie straciło potężnego impetu koncertówki, może tylko miejscami brak mi jest oszalałych krzyków publiczności. Islam Chipsy i jego dwaj perkusiści pracują na pełnej mocy przez prawie całą długość albumu, a przy tym udaje im się zachować nieludzką wręcz precyzję. Ekipa z Kairu nie zapomina jednak o swoim (ulicznym) rodowodzie, wirtuozeria służy budowaniu napięcia, które z powodzeniem utrzymują. Nadal jest to muzyka, jakiej świat wcześniej nigdy nie słyszał i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Przy pierwszym zetknięciu z E.E.K. mogą się pojawić chwilowe zawroty głowy, będące efektem szoku kulturowego, jednak po kolejnych przesłuchaniach można dojść do wniosku, że w tym tkwi siła tego projektu. (Krzysztof Krześnicki)

Posłuchaj albumu na Youtubie

Zdjęcie Zajzajer #11 10

Enhet För Fri Musik – Dokument 1: Improvisationer och Bandmusik för Vilt Dansande Själar

Enhet För Fri Musik to świeże zjawisko, ale spod jego szyldu wyszły w tym roku już cztery wydawnictwa (dwa longplaye, live album i EP-ka), z których wybieram po prostu mi najbliższy. Nazwę kolektywu przetłumaczyć należałoby chyba tak: jednostka dla wolnej muzyki. Natomiast tytuł wydawnictwa – „improwizacje zespołu muzycznego dla dzikich, tańczących dusz”. W połączeniu z minimalistycznym artworkiem, z przewagą bieli, trupią czaszką i napisem DIY, daje to już pewne pojęcie o zawartości. Grupę tworzą reprezentanci ciemnego szwedzkiego podziemia, m.in. członkowie Ättestupa oraz Neutral. O Neutral przeczytacie tutaj. Z kolei Ättestupa to specyficzna muzyka funeralna – składają się na nią drone-folk, zapętlane dźwięki konkretne oraz analogowa elektronika w stylu dark-ambientowych nagrań Berliner Schule (wczesny Klaus Schulze, Tangerine Dream). Elementy te jednak zlewają się w jedno, nie atakują zbyt często hałasem, tylko raczej tlą się w szarzyźnie lo-fi, wywołując niepokój poznawczy. Polecam tegoroczny album.

Enhet För Fri Musik to podobna filozofia, tylko że dzieje się tu znacznie więcej. Jesteśmy w starym drewnianym domku w środku skandynawskiego lasu, dzierżąc wadliwe narzędzie rejestrujące i kombinując z nagrywaniem najróżniejszych odgłosów i spoken-wordów. Ale po kątach walają się również zakurzone instrumenty – smyczkowe, dęte, strunowe, klawiszowe a nawet prosty syntezator z oscylatorem – na których członkowie komuny wygrywają swobodne, wyjątkowo surowe improwizacje, sięgające od prymitywnego folku, poprzez zredukowane do minimum utwory klawiszowe, po free-jazz. Improwizacje nie zdradzają oczywiście żadnych umiejętności i dążeń do struktury, ale w momentach, kiedy gitarę wspomaga kobiecy wokal, rodzą się nastrojowe pieśni. „Dokument 1” nie jest mroczne. Jest zatęchłe i spleśniałe, ale żywotne i manifestacyjnie wolne. W interesujący sposób rozdarte między miejską dekadencją a pogańskim ożywieniem. Dla fanów The Shadow Ring, Jandka i Natural Snow Buildings. (Karol Paczkowski)

Posłuchaj utworu “Det lilla som finns kvar inom oss” na YouTube

Zdjęcie Zajzajer #11 11

Eyeliner – Buy Now

Nie byłoby żadną przesadą nazwać amerykańską wytwórnię Beer on the Rug matecznikiem vaporwave’u – wystarczy choćby wspomnieć kasetę „Floral Shoppe” Macintosh Plus, wydaną w grudniu 2011 roku, stanowiącą wyznacznik nowej internetowej estetyki. Choć od tego czasu gatunek rozmył się tak, że można podciągnąć pod niego wszystko, co ma na okładce stary komputer lub antyczną rzeźbę (albo ma w sobie spowolnioną melodię bardziej znanego utworu), wciąż pojawiają się nowe, ciekawe wydawnictwa. Przykładem tego jest kaseta „Buy Now” Eyeliner. Już otwierający „Toy Dog” bije po uszach radosną kiczowatością pełną dźwięków MIDI, niczym reklama pstrokatych mebli, projektowanych swego czasu przez włoską grupę Memphis. Później następuje nie mniej kiczowaty kawałek „Sneakers For Men”, który brzmi jak muzyka do reklamy ośrodka wypoczynkowego dla aktywnych z wczesnych lat 90. – jednak czy nie tak ma brzmieć vaporwave? Siła „Buy Now” bierze się ze świetnego ucha do melodii samego Eyelinera – zamiast iść na skróty, spowalniając już istniejące utwory, producent stworzył melodie od podstaw, zakochany po uszy w samplach MIDI i jaskrawych kolorach. Każdy utwór przechodzi gładko w następny, ma się wrażenie słuchania świetnie dobranej radiowej playlisty na niedzielną przejażdżkę samochodem. Jeśli po vaporwave oczekujesz raczej przyjemnych melodii niż śmiesznych japońskich literek, „Buy Now” jest dobrą propozycją. (Jakub Adamek)

„Kup teraz” na Bandcampie wytwórni Beer On The Rug

Zdjęcie Zajzajer #11 12

Ex Geo – Xiturn

Ex Geo transmits back from a pilgrimage to Mecha Mountain. Scrambled bot reflections on cyber transcendence and dreams of forever – the fall of the machines.

W jednym z opowiadań Stanisława Lema, o ile precyzyjnie pamiętam, robot Aniel przemierza księżycowe pustkowia w poszukiwaniu skały, wzniesienia lub szczytu górskiego. Nie ma mowy o żadnym wykonywaniu rozkazów czy pracy algorytmu – Aniel opuszcza bazę z własnej woli. Podejmuje wyzwanie rzucone przez górę, jego motywacje zdają się być czysto alpinistyczne i ambicjonalne – o ile możemy mówić o zrodzeniu się świadomości w układzie scalonym. Lem sugeruje taki trop odczytania i kończy opowiadanie, pozostawia czytelnika z wielkim, komiksowym znakiem zapytania ponad głową.

Ex Geo, anonimowy artysta (czy też skład) (prawdopodobnie) z Londynu, komponuje urzekająco alienującą muzykę, która idealnie oddaje atmosferę lemowskich bajek o zagubionych robotach. Gdyby selenonauci odnaleźli szczątki Aniela (skoro prawdopodobnie „zginął” na skutek upadku w trakcie wspinaczki) i zdołali odczytać wbudowany transponder lub elektromagnetyczny zapis fal świadomości, być może odczytaliby wielogodzinny ciąg abstrakcyjnych komunikatów. Jeżeli faktycznie, trzymając się myśli o narodzinach pragnienia w maszynie, odkrywcy usłyszeliby informację na wpół sztuczną, (lecz co istotne) na wpół ludzką, być może abstrakcja, na wzór elektromagnetycznej modeliny, obrałaby postać cyber-transcendencji, o której wspomina wydawca w bandcampowej notce o „Xiturn”? (Michał Pudło)

Posłuchaj dwóch trzecich albumu na Bandcampie wytwórni Indole Records

Zdjęcie Zajzajer #11 13

Helm – Olympic Mess

Najnowszy album Luke’a Youngera przypomina nieco „Czerwoną pustynię” Antonioniego. Słuchanie go jest jak spacer przez mgłę w okolicy pełnej fabryk, zabudowań przemysłowych oraz wielkich betonowych konstrukcji, jednak kontury budynków są tak rozmyte i niewyraźne, że przypominają bardziej duchy lub zwidy niż prawdziwe otoczenie. Psychodeliczne połączenie estetyki noise z ambientem (z przewagą tego drugiego) oraz rozmaitymi dźwiękami, wplecionymi w pulsujące utwory, skutecznie sprzyja zagubieniu w gęstej zupie dźwięku (przypominającej niekiedy spokojniejsze momenty Yellow Swans). Przy kolejnych odsłuchach „Olympic Mess” odsłania kolejne warstwy i smaczki, jak w „I Exist In A Fog”, z zaskakującą i nagłą zmianą klimatu w połowie utworu, kiedy z dudniącego, niemal noise’owego Goliata przeistacza się w serię medytacyjnych dronów; lub przy idealnym do zasypiania ambiencie „Sky Wax (London)”. Younger zdaje się być także kolejnym eksperymentalnym artystą zafascynowanym fenomenem ASMR, o czym świadczy szeptany monolog „Strawberry Chapstick”. Jest to płyta z gatunku tych, które za pierwszym razem zdają się tylko zlepkiem szumów, trzasków i metalicznych dźwięków, a jednak przy bliższym obcowaniu okazuje się, że każdy z utworów to osobny mikrowszechświat. (Jakub Adamek)

Posłuchaj utworu "I Exist In The Fog" na YouTube

Zdjęcie Zajzajer #11 14

The Hunches – You'll Never Get Away With My Heart 7”

Jeśli komuś przy tej pozycji zaświeciły się oczy – przykro mi, to nie jest nowy materiał The Hunches. Dwa numery zebrane na tym singlu pochodzą jeszcze sprzed pierwszych EP-ek, prawdopodobnie z dem. Główny kawałek można było wcześniej znaleźć tylko na składance „Greaseball Melodrama”, skompilowanej przez Erica Davidsona z New Bomb Turks. Zanim The Hunches stali się unikalnym punktem odniesienia, sami czerpali garściami od innych, czego świadectwem jest właśnie ten singiel – zarówno w „You'll Never Get Away With My Heart” jak i „Like I Could Die” pobrzmiewa desperacja Cheater Slicks, Reatards i najbardziej furiackich numerów Grega Cartwrighta. Nie ma tu jeszcze śladu eksplozji decybeli i tej niezwykłej umiejętności do rzeźbienia w chaosie każdych emocji, nawet wzruszenia. Ale jest już ogromne wyczucie tego, gdzie konwencję garażu można poprowadzić za pomocą swobodnej ekspresji, tutaj głównie wokalnej. Ujmę to tak – to nie są najciekawsze numery The Hunches, ale album debiutującej kapeli złożony z takich kawałków postawiłbym pewnie na podium w podsumowaniu roku. (Karol Paczkowski)

Posłuchaj strony A na Soundcloudzie

Zdjęcie Zajzajer #11 15

Mariah – Utakata no hibi

Yasuaki Shimizu to człowiek, który dowodził projektem o nazwie The Saxohophonettes I oraz [sic!] The Saxohophonettes II, robił muzykę do reklamy m.in. zegarków Seiko, a w encyklopediach jako jego najbardziej znane dokonanie wyróżnia się interpretacje Jana Sebastiana Bacha na saksofon tenorowy. Z całym szacunkiem dla Glenna Goulda, ale nie zapowiada to niczego ekscytującego… Jednak któregoś dnia podczas odsłuchiwania kolejnych powiązanych utworów na YouTubie, wpadłam na zespół Mariah. Właściwie byłam wtedy przekonana, że słucham solowej wokalistki oraz że tak naprawdę nie wiem, czy czasem nie natrafiłam na nią zachęcona świetnym albumem Shimizu, który był w „polecanych”. Umówmy się, że to nie jest w tej historii specjalnie ważne. W każdym razie od razu oczarował mnie dyskretny urok tych piosenek z rozbudowanymi aranżacjami. Używane w kontekście tego albumu określenie pop-folk nie jest zupełnie tym, czego można się było spodziewać. Mamy tu co prawda motywy brzmiące, jakby zagrano je na koto czy innych tradycyjnych instrumentach japońskich, ale jest tu też choćby dubowy bas czy oczywiście saksofon. W każdym razie przede wszystkim prym wiodą syntezatory. Stąd, gdybym miała wybierać szufladkę, to chyba jednak byłaby to dla mnie płyta nowofalowa. Ale to też niespecjalnie nieważne. Ważne są te błyskotliwe i nostalgiczne piosenki, które ponownie usłyszałam z miesiąc temu w WFMU przy zapowiedzi reedycji tego albumu z 1983. To, że pozostawały tyle czasu jedynie zajawką diggerów (od wielkiego, wielkiego dzwonu najbardziej przebojowe można było znaleźć w miksach) to kolejny dowód na to, że z tymi listami czy innymi podsumowaniami to o tzw. kant d**y potłuc. (Andżelika Kaczorowska)

Posłuchaj Mariah na YouTube

Zdjęcie Zajzajer #11 16

Marie Davidson – Un Autre Voyage

Kilka miesięcy („Un Autre Voyage” ukazało się w kwietniu) mojej znajomości z tą płytą i niespodziewanie wyrosła na jedną z najczęściej słuchanych w tym roku. Zastanawiałam się, co sprawia, że przy tylu okazjach włączam właśnie ją i wydaje mi się, że to dlatego, że Davidson, jak sama mówi (i warto to wziąć pod uwagę, bo to bardzo osobista twórczość), chce wyrazić „napięcie między człowiekiem a maszyną”. I nie jest to (hurra)optymizm zachłyśniętej trans-humanizmem Holly Herndon, a raczej podejście pełne podskórnej melancholii, a może nawet drobnego rozczarowania współczesnością. Takie wrażenie pogłębia brzmienie jej drugiego LP “Un autre voyage”, które nie boi się być retro, wręcz trochę celebruje nostalgię za minionym – składają się na nie maszyna perkusyjna, euroracki, melorecytacja tekstów po francusku i angielsku... To, co pierwsze zapamiętuje się z tej płyty, to bezwzględnie chwytliwe coldwave/electro utworów „Excès de vitesse” czy „Balade aux USA”. Ale jej sporą wartością są też takie momenty jak „Kidnap You In The Desert”, który przynosi na myśl soundtrack do starego (horroru?) sci-fi, rozgrywającego się na pustyni. Albo nowego, bo charakterystyczna dla Davidson swoista pozaczasowość jest zbyt przewrotna, by przyporządkować ją do konkretnego punktu na osi czasu. Marie czasami wydaje się nader poważna w swojej poetyckości, ale jednocześnie ten materiał jest też całkiem swawolny jeśli chodzi o żonglowanie nastrojami. Tak jak tytuł, który może być odczytany jako „inna podróż”, ale też „inny trip”. I sama Davidson, która twierdzi, że nie ma komputera i korzysta raczej z analogowego sprzętu, ale jednocześnie… fascynuje się internetem i nowymi technologiami. Zatem jeśli idąc do znajomych większość czasu spędzasz drukując strony internetowe, to jest to prawdopodobnie Twoja płyta dekady. A nawet jeśli tego nie robisz, to mimo wszystko polecam sprawdzić. (Andżelika Kaczorowska)

Posłuchaj Marie Davidson na Bandcampie

Zdjęcie Zajzajer #11 17

M.E.S.H. – Piteous Gate

Jesteś tylko kliknięciem. Hiperfuturystyczny świat na albumie Jamesa Whipple, alias M.E.S.H. jest pozbawiony ludzi, którzy zostali wchłonięci w obwody olbrzymiej Maszyny, a raczej sami zuploadowali do niej swoje umysły, pozbywając się ciał. Już sama okładka jest niemal odpychająco zimna, abstrakcyjna i nieaktrakcyjna – chromowane powierzchnie kolidują na niej rozpadającymi się budynkami. Umieszczona na niej lista utworów brzmi jak tytuły krótkich opowiadań z jakiegoś kultowego cyberpunkowego zina: na przykład „Optimate” czy „Jester’s Visage” itp. O ile EP-ka „Scythians” była osadzona jeszcze w szeroko pojętej estetyce klubowej, tak najnowszemu wydawnictwu bliżej do samoświadomego złomowiska niż imprezy w podziemnym bunkrze. Metaliczne, miarowe uderzenia zdają się być generowane przez zaawansowane automaty perkusyjne i algorytmy. Strzępy melodii, przewijające się gdzieniegdzie, brzmią dziwnie obco i mało ludzko, niczym maszyna starająca się udawać człowieka. Wytwórnia PAN od dawna hołdowała elektronicznym futurystom, jednak „Piteous Gate” może być ich najdalszą wycieczką w przyszłość do tej pory. M.E.S.H. w swoim najnowszym dziele miesza połamane musique concrete w stylu tegorocznego „Platform” Holly Herndon z twardym, abstrakcyjnym IDM gdzieś pomiędzy Autechre a ostatnimi dokonaniami Oneohtrix Point Never. (Jakub Adamek)

Posłuchaj utworu "Epithet" na YouTube

Zdjęcie Zajzajer #11 18

Thurston Moore & John Moloney Caught On Tape – Full Bleed

Pierwszego przedstawiciela tego improwizacyjnego duetu nie trzeba nikomu przedstawiać. Współzałożyciel Sonic Youth, żywa legenda, jeden z najważniejszych muzyków rockowych. John Moloney może być mniej znany, choć jest postacią nie mniej barwną: jako perkusista i założyciel freak-folkowego kolektywu Sunburned Hand Of The Man, Moloney pozostaje w centrum twórczego fermentu i psychodelii z punkowym buntem we włosach. Moloney i Moore spotykają się i grają często, czego efektem jest kolejne wydawnictwo z serii „Caught On Tape”, która dokumentuje wspólne przesterowane eskcesy obu panów. A trzeba przyznać, że obaj panowie to prawdziwi czciciele wzmacniaczy: Full Bleed jest płytą wyjątkowo mięsistą i obfitującą w basy. Zarówno ze strony agresywnie brzmiącej gitary, torturowanej przez Moore’a, by wydawać coraz to gęstsze hałasy oraz ze strony perkusji Moloneya, który wyciska z perkusji ostatnie poty zmasowanymi atakami. Jest brudnie i agresywnie, jest bardzo intensywnie, a duet potrafi czasem zrobić małą wycieczkę w rejony punku lub no wave’u. (Jakub Adamek)

Posłuchaj albumu na Bandcampie

Zdjęcie Zajzajer #11 19

Nidia Minaj – Danger

Pamiętam jakie głosy towarzyszyły ogłoszeniu Buraka Som Sistema na Open’erze w 2009 roku. Internetowym żartom (jeszcze nie memom) z „Łege Łege” nie było końca! Siły kuduro nie dało się jednak powstrzymać, z mała pomocą M.I.A. szlaki dla nowej luzofońskiej elektroniki zostały przetarte. Artyści z oficyny Principe od trzech lat z coraz większym powodzeniem szturmują światowe stolice muzyki elektronicznej. Przy okazji zapisują kolejny rozdział w historii afrofuturyzmu swoim miksem tradycji z nowoczesnością. W takiej sytuacji na zdominowaną przez białych samców scenę wkracza młodziutka Nidia Minaj (dopiero skończyła osiemnastkę), której debiutancki materiał pozbawiony jest kompleksów. W otwierającym „Afro” słyszymy powtarzane imię artystki, tak by nikt nie miał wątpliwości czyja to jest produkcja. Na „Danger” dużo się dzieje, a cały materiał jest mocno skondensowany – zanim zdążymy się znudzić jednym motywem, już pojawiają się dwa następne. Kolejnym objawem talentu producentki jest zdolność wywoływania u słuchacza zespołu niespokojnych nóg – nawet pomimo miejscami mocnego połamania rytmu. (Krzysztof Krześnicki)

Posłuchaj „Danger’’ na Bandcampie

Zdjęcie Zajzajer #11 20

PC Worship – Basement Hysteria

Noise-rockowi eksperymentatorzy z PC Worship mogą spokojnie uchodzić za prawdziwie godnych spadkobierców gitarowych mistrzów hałaśliwej dekonstrukcji z Royal Trux. Już otwierające „Done”, nie mogące się przez kilka pierwszych minut zdecydować, czy jest powolną fortepianową balladą, czy noise-rockowym krajobrazem w rodzaju The Dead C, przeradza się nagle w zniszczoną i zardzewiałą wersję rocka, pełną zniekształceń, przesterów oraz sprzężeń zwrotnych. Dla zespołów takich jak PC Worship wszelkie niechciane i marginalizowane elementy rocka są solą ziemi, podstawą ich warsztatu twórczego. Nowojorska formacja wyraźnie czerpie z dokonań swoich rzężących poprzedników, takich jak Swans czy scena no wave, a także bardziej współczesnego psychodeliczno-eksperymentalnego fermentu istniejącego m.in. na Broooklynie. PC Worship na swój sposób reprezentują psychodelię, choć jest to raczej psychodelia typowo ćpuńska, imająca się raczej twardych dragów niż zwyczajnej, lekkiej trawki. Pociągająca nogami, brudna, odrapana, i w ogóle nieco obleśna, a jednak na swój sposób przyciągająca i fascynująca. Duch The Velvet Underground unosi się nad ziemią. (Jakub Adamek)

Posłuchaj albumu na Bandcampie

Zdjęcie Zajzajer #11 21

RAMZi – Houti Kush

Phoebé Guillemot stworzyła w ramach projektu RAMZi własne, idiosynkratyczne uniwersum równikowej psychodelii z dość rozbudowaną mitologią (polecam artykuł o RAMZi w najnowszym The Wire), w której wpływy muzyki New Age i ambientu, eksperymentowanie wokalami w stylu Holly Herndon oraz łączą się w unikatową i bardzo „tripowatą” całość, brzmiącą jak jedna wielu lo-fi przygód Jamesa Ferraro, kiedy jeszcze tworzył zaszumione, narkotyczne drony w duecie The Skaters. W wydaniu RAMZi ta kosmiczno-tropikalna psychodelia jest wygładzona i starannie wyprodukowana, i stawia na wyraźne HD, przez co pomimo swojej dziwności jest bardzo przystępna, momentami niemal taneczna. Co dziwić nie powinno, zważywszy, że kaseta została wydana przez kanadyjską wytwórnię 1080p, zbierającą artystów tworzących przede wszystkim w bardziej rozmytych stylach house czy techno. Dźwięki lasów deszczowych mieszają się ze zniekształconymi wokalami oraz leniwymi rytmami, potraktowanymi echem oraz wieloma dodatkowymi efektami. Gęsta elektroniczna zupa dla fanów psychodelicznej elektroniki, w której można się zagubić niczym w równikowej puszczy - bez kompasu. (Jakub Adamek)

Posłuchaj albumu na Bandcampie wytwórni 1080p

Zdjęcie Zajzajer #11 22

Rudeboyz – Rudeboyz [EP]

Dźwięki Globalnego Południa pobrzmiewają coraz donośniej, a jego głos staje się coraz bardziej słyszalny w muzycznym biznesie. Dopiero po dokonaniu selekcji wydawnictw do obecnego Zajzajera, zdałem sobie sprawę, że większość moich wyborów jest spoza obszaru kulturowego „cywilizacji białego człowieka”. Oczywiście wiele to mówi o moich preferencjach, ale też świadczy o postępującej decentralizacji świata muzyki elektronicznej i eksperymentalnej. Gatunkowa niedookreśloność ma tutaj uzasadnienie, bowiem z południowoafrykańskiego Durbanu przychodzi coś nowego – gqom.

Gqom stawia na minimalizm, prostotę i surowość. Durbańczycy prezentują house całkowicie odarty z ozdobników, obgryziony do kości (a w zasadzie szkieletu w postaci rytmu; dość połamanego, trzeba nadmienić). Wokal ograniczony jest do zapętlonych, pojedyńczych słów czy okrzyków. Jeśli zabawić się w recenzenckie porównania, to Rudeboyz sytuują się gdzieś pomiędzy Regisem a DJ’em Funkiem. Struktury tworzone przez trio z RPA są repetytywne, hipnotyzują i wprawiają w trans, lecz nie jest to przyjemna przejażdżka – wizje, które generują, są raczej klaustrofobiczne i paranoiczne, bliskie twórcom z berlińskiego Janus czy londyńskim grime’owcom. Mam nadzieję, że niedługo taka muzyka będzie leciała na modnych potańcówkach. (Krzysztof Krześnicki)

Posłuchaj EP-ki na Soundcloudzie

Zdjęcie Zajzajer #11 23

Sarah Davachi – Barons Court / Qualities Of Bodies Permanent

Surowych dronów nigdy za wiele. Kanadyjska kompozytorka Sarah Davachi łączy metody elektroakustyczne z syntezatorowymi klasykami w postaci długich, medytacyjnych utworów w duchu Eliane Radigue. Już sama lista syntezatorów, użytych przy produkcji obu albumów, brzmi jak mokry sen każdego szanującego się syntezatorowego nerda: ARP 2500, Buchla Music Easel, EMS Synthi AKS, Roland Jupiter 8 & Roland VP-330, a oprócz tego klasyczne instrumenty smyczkowe i dęte. Dwa albumy wydane w tym roku to łakomy kąsek dla fanatyków berlińskiej elektroniki oraz prostych, lecz hipnotyzujących elektronicznych brzmień. Długie, rozświetlone dźwięki klasycznych syntezatorów zdecydowanie wpadną w ucho każdemu, kto nieraz spędził długie godziny przy wczesnej dyskografii Emeralds lub dokonaniach Golden Retriever. Złoty teutoński ambient na złotą polską jesień. (Jakub Adamek)

„Barons Court” via Soundcloud

„Qualities Of Bodies Permanent” via Bandcamp

Zdjęcie Zajzajer #11 24

Treehouse – Gathering The Dreams [CS]

Treehouse to grupa z australijskiego Hobart, która ma już na koncie bardzo udane LP, „Interzone”, gdzie uruchomiła lawinę fajności z lat 90., od grunge'u po noise-pop, ale traktując je z młodzieńczą nonszalancją i werwą. Za to ta skromna, bo składająca się z zaledwie pięciu utworów, kaseta, ma zupełnie inny charakter od zeszłorocznego wydawnictwa – zniknęły wszystkie jazgotliwe elementy i z punkowej szorstkości ostało się właściwie tylko amatorskie podejście do grania i nagrania. Zespół przerzucił się na chwilę na smutnawe, ale nie smutne, piosenki, wywołujące – zależnie od sytuacji - umiarkowaną melancholię, nostalgię albo miłosne roztkliwienie. Wydawnictwo otwiera co prawda kawałek zatytułowany „Downer” i faktycznie uderza on w nuty depresyjne, apatyczne, w pewnym sensie bliskie spokojniejszym numerom Unwound, ale kolejne cztery tracki są w gruncie rzeczy bardzo ciepłe. Najfajniejsze jest repetytywne „Like A Magnet”. Niemal cały numer opiera się na nieustannie powtarzanych wersach: „you're attracted / like a magnet / it's fantastic / it's alright”. Gitara gra ładny, emocjonalny motyw, a duet damsko-męski bezpretensjonalnie śpiewa i wydziera z siebie te słowa, zapewniając bardzo swojskie wzruszenie. Znakomite jest również „Cold Shoulder”, które najpierw brzmi jak zaginiony australijski odpowiednik The Clean, by mniej więcej od połowy zwolnić i przerodzić w Malkmusową balladę na benzodiazepinach. Pozostałe dwa tracki są równie sympatyczne. (Karol Paczkowski)

Posłuchaj całości na Bandcampie

Zdjęcie Zajzajer #11 25

Uranium Orchard – Litophane Geisha

Math-psych-punk? Są albumy, z których z uwagą trzeba wyłuskiwać świetne momenty, ale są też takie, które wręcz pękają w szwach od nadmiaru, właściwie co chwila waląc nas w pysk świetnym motywem lub twistem. Drugi album Uranium Orchard, grupy z Ventury, za którą stoją goście z Dry-Rot, należy do tej drugiej kategorii. Nie sposób go upupić, wymyka się przy każdej próbie oswojenia. Math rock, bardzo w stylu Polvo, eksperymentalny noise-rock a’la Trumans Water, czasem przystępne, indie-rockowe melodie („If This Is A Man”, „Headshot”), czasem ciężki psych („Winded”, „Gethsemane”), w wokalach „megafon” albo letargiczność jakiegoś outsiderskiego dream-popu, do tego ataki analogowymi modulacjami (kawałek tytułowy, „What's Happening”) czy zabawy z muzyką światową, konkretniej z ragą, w stylu Sun City Girls – to wszystko, i jeszcze więcej, znajduje się w środku, nierzadko naraz, serio. „Litophane Geisha” absolutnie nie jest jednak sterylne, wirtuozerskie, wyznaczające ramy jakiegoś zaktualizowanego prog-rocka. Wszystko jest wariackie, ale zarazem niesamowicie trzyma się kupy, jak gdyby goście faktycznie mieszkali w „uranowym sadzie”, brali ciężkie dragi, a przy tym zachowali całkowitą jasność umysłu. Art-punk zwolniony ze smyczy jak za najlepszych czasów.

Jeden z recenzentów opisał ten album jako „one beautiful synapse misfiring mess”. Trafne. Synapsy błądzą na przykład przy zetknięciu z „Leviticus Jim” – kawałek brzmi jak wspólna sesji Country Teasers i Don Caballero, którym na początku przeszkadza jakiś odrealniony wyjec. Tropy Bena Wallersa słyszę również w „Nice Knowing You”, kiedy kawałek gra sielskie quasi-country, oraz w skrzywionym muzaku kryjącym się pod tytułem „This So-Called Near Future”, ale mam tu na myśli raczej ogólne podejście do muzyki, polegające na akceptowaniu niemal każdej ekstrawagancji, jaka pojawi się w głowie. Znacznie lepiej pasuje to do wspomnianych Sun City Girls albo TFUL282, ale w tym przypadku naprawdę nie mam najmniejszych wyrzutów z powodu absurdalności stawianych porównań. Genialny, nieludzko kreatywny album, Julian Cope powinien dorwać go swoje wybredne łapska. (Karol Paczkowski)

Posłuchaj utworu “If This Is A Man” na Soundcloudzie

Zdjęcie Zajzajer #11 26

Viper – Tha Top Malla

Ten błędny wzrok to już pierdolony klasyk (cytując klasyka). Na długo straciłem Vipera z radaru, tłumacząc to sobie, że „You’ll Cowards Don’t Even Smoke Crack” to był tylko jednorazowy strzał – jak się okazało, tkwiłem w wielkim błędzie. Pisanie o nowym albumie Vipera w zasadzie nie ma sensu, bowiem jeden z ojców cloud rapu ciągle jest aktywny, a mówiąc ściślej – należy do najpłodniejszych artystów na planecie (serio, w zeszłym roku wypuścił 347 albumów). Viper w nielicznych wywiadach podkreśla, że jest wychowankiem szkoły DJ-a Screw – można to zauważyć nie tylko w charakterystycznym zamuleniu wokalu, ale i płodności twórczej, dorównującej Screw. Repetytywna metoda Vipera została przez niego doprowadzona do perfekcji, umożliwiając taśmową wręcz produkcję. Widać to też doskonale na przykładzie jego kanału na Youtubie – od momentu powstania tej notki, do jej publikacji może się pojawić dziesięć nowych (ostatnie produkcje są naprawdę wysoko – jako tło dla rapującego Vipera służyły w ostatnim czasie m.in.: turniej w Starcrafta, Anthony Fantano opowiadający o Death Grips i Macintosh Plus).

Właśnie, głupawy mem czy dzieło sztuki, które powinno być wystawione na wystawie „Ustawienia prywatności” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej? A sam Viper – outsider i crackhead czy genialny troll? Hm... W rozmowach o muzyce/sztuce często słyszę pytanie: „czy to tak na serio?” Moja odpowiedź brzmi: „a skąd ja mam to kurwa wiedzieć?” Liczy się to jak czujemy się z danym dziełem jako odbiorcy. Bawi cię to? No spoko. Porusza? To fajnie. Żenuje? Też ok. Wszystko naraz? Też dobrze. Nie istnieje jedynie poprawny sposób, w jaki należy odbierać dzieło. Nawet jeśli budzi w nas sprzeczne odczucia – nie ma w tym nic złego. Intencja autora nie ma tu znaczenia. Nie ma się co obawiać, że ktoś nas oszuka i wykorzysta dany kredyt zaufania. Nie istnieje fałszywy odbiór, bowiem nie chodzi tutaj o znalezienie jedynej prawdy. Jeśli ktoś tak uważa, to chyba pomylił kościoły. Istota tkwi w samym poszukiwaniu, gotowe odpowiedzi podane na talerzu to banał. Im więcej pytań trzeba postawić, tym lepiej. Być może odpowiedzi na owe pytania nie istnieją, jednak warto ich szukać na własną rękę. Nie w tym miejscu, to w innym (i uważać na tych, którzy mówią, że je znają). Thank You, BasedGod. [ZOBACZ MEMY]. (Krzysztof Krześnicki)

Ściągnij mixtape Vipera lub po prostu odwiedź jego kanał na Youtubie

Jakub Adamek, Andżelika Kaczorowska, Krzysztof Krześnicki, Karol Paczkowski, Michał Pudło (7 października 2015)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Bartosz Nowicki
[10 października 2015]
Od siebie dorzucam reedycję płyty Savant – The Neo-Realist (At Risk) z 1983r. Wersja wznowiona przez Rnvng Intl. (Savant - Artificial Dance) jest poszerzona o nieopublikowane utwory tej formacji. Amalgamat krautrocka, wątków afrykańskich i amerykańskiej awangardy. Brzmi cholernie świeżo i oryginalnie.

https://youtu.be/l-0aWPAzxRw?list=PLDuRAXfMzhwhvU7w0RVDbib1FMp7WrqPp.
Gość: Bartek Czerwonka
[7 października 2015]
konkretny wpierdol

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także