Ocena: 7

Pinkshinyultrablast

Miserable Miracles

Okładka Pinkshinyultrablast - Miserable Miracles

[Shelflife Records; 4 maja 2018]

Sławianie, my lubim szugejzy, chciałoby się rzucić za wieszczem. Może przez romantyczną właśnie senność i aspekt odrealnienia, a może przez chętne chowanie się pod chmarą mętnych tekstur ze wstydu, nieśmiałości jakiejś w stosunku do Zachodu. Popularność gatunku w Europie Środkowo-Wschodniej jest w każdym razie niepodważalna. Duży entuzjazm publiczności budzi – dopiero co wspominana przez Marcina – ciągnąca się przez parę lat Off Festiwalowa misja Artura Rojka pod nieformalną nazwą „Legendy Shoegaze’u”. Tymczasem w ślad za czeskim Ecstasy of Saint Theresa, reprezentującym to terytorium w szugejzowym świecie jeszcze w czasach formatywnych, młodzieżowe zespoliki lubujące się w łączeniu fuzzu z reverbem wyrastają tu dziś jak grzyby po deszczu (u nas choćby coraz większą rozpoznawalność zyskują nawiązujące mniej lub bardziej do gatunku Evvolves czy Złota Jesień). Niewielu z nich udaje się jednak znowu zdobyć sławę o zasięgu światowym, jak zdarzyło się w przypadku Rosjan z Pinkshinyultrablast – i to mimo nazwy, którą dopiero teraz zachciało mi się w końcu nauczyć czytać.

Do tej pory petersburski skład specjalizował się w intensywnym riffowaniu, czym zresztą zyskał sobie niemałą przychylność krytyki. Trzecia płyta tercetu może być zatem nie lada zaskoczeniem dla odbiorców przyzwyczajonych do tej szlachetnej formuły. Podobnie jak w przypadku Beach House na niedawnej „Siódemce”, także tutaj drobna zmiana stylu wywołała sporą rewolucję jakościową. U Pinkshinyultrablast modyfikacja ta jest jednak paradoksalnie wręcz przeciwna do tej z „7” i właściwie, w uszach purystów mogłaby pewnie eliminować zespół z udziału w obchodach Screenagersowych Dni Szugejzu. Bowiem podczas gdy u Beach House mieliśmy do czynienia z pewnym nasileniem pierwiastków shoegaze’owych, tak Rosjanie zdają się swój wzrok z butów podnosić. Na rzecz czego? Ekranów komputerów, bitmaszyn i klawiszy oldskulowych syntezatorów. Owszem, wcześniejszy dorobek grupy także był już skrapiany elektroniką, co skądinąd charakterystyczne dla shoegaze’u post-milenijnego (vide np. wczesne M83). Na „Miserable Miracles” jednak gitary wyhamowują do minimum, zaś synthy zdecydowanym ruchem przejmują tę płytę, kreując podszyty retrofuturyzmem dream pop.

Ten dobitny gest każe mi przez podskórne skojarzenia postawić ten album na wirtualnej półeczce nie obok dokonań Cocteau Twins i Slowdive, a raczej gdzieś w towarzystwie Ford & Lopatin (weźmy takie „Triangles”), Ice Choir (tu też estetyka okładki jest tropem – patrz: „Afar”; notabene: przypadek?) czy Chairlift i w ogóle całego Elbrechtcore’u. Recenzent Porcys słyszy tu nawet ślady „Abandonware” – porównanie jakby przestrzelone, ale jakoś tam rozumiem. Głos Luby Sołowiowej można swoją drogą umiejscowić gdzieś pomiędzy sięgającą najwyższych rejestrów Caroline Polachek właśnie, sięgającą najwyższych rejestrów Latitią Sadier i sięgającą najwyższych rejestrów Gosią Zielińską. Zgadza się, proszę Państwa, to jest wokal raczej z tych bardzo wysokich. Najczęściej towarzyszy mu motoryczny automat perkusyjny, ejtisowe pochody syntetycznego basu i cała galeria wyskakujących z głupia frant klawiszowych melodyjek, równie lodowatych, jak i lotnych. Wszystko skąpane w adekwatnych do nurtu szumach i pogłosach, także spokojnie – tak definitywnie to od tego nie uciekamy. W połowie albumu to właśnie te czynniki wychodzą na pierwszy plan, tworząc zaskakującą przerwę. Dwie prawdziwie piękne ambientowe impresje to chwila wytchnienia w otoczeniu maksymalistycznych piosenkowych petard, a może i moment zebrania sił przed tymi najbardziej furiackimi z nich. „Taleidoscope” i „In The Hanging Gardens” nie leżą wszak wcale tak daleko od wyczynów Gang Gang Dance, zaś „Looming” to po prostu domknięcie całości jedynym słusznym szugejzowym wpierdolem.

Pinkshinyultrablast dobrze radzili sobie z tradycyjnym shoegazem, ale redukcja środków i seria taktycznych przesunięć formuły w kierunku electro wyszła im na zdrowie jeszcze bardziej. Poprzez wymknięcie się postępowi charakterystycznego dla gatunku rozmycia, grupa przeprowadziła zręczną ucieczkę przed groźbą niewyraźności w stronę wyrazistości. Połączenie tak sensownie wypracowanej estetyki z solidnymi piosenkami zaowocowało jej najbardziej treściwym materiałem do tej pory. No to teraz powtórzmy wszyscy: pink – shiny – ultra – blast. Może się przydać.

Jędrzej Szymanowski (23 maja 2018)

Oceny

Jędrzej Szymanowski: 7/10
Michał Weicher: 7/10
Piotr Szwed: 7/10
Patryk Weiss: 6/10
Paweł Ćwikliński: 6/10
Średnia z 5 ocen: 6,6/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także