Slowdive

Souvlaki

Okładka Slowdive - Souvlaki

[Creation Records; 17 maja 1993]

Gdy jeszcze studiowałem polonistykę, na zaliczenie jednego z przedmiotów napisałem esej będący prostym, nieco łopatologicznym wprowadzeniem do shoegaze’u dla osób, które nie mają za dużego pojęcia o muzyce alternatywnej i gitarowej pewnie też. Czemu o tym wspominam? Bo mimo że znam tylko pewien wycinek tego gatunku, już wtedy silnie na mnie działały niektóre płyty. To również był czas, w którym szczególnie brakowało mi w polskich mediach muzycznych szerszej analizy klasycznych trzech filarów shoegaze’u. O jednym z filarów jest ten tekst – uznajmy go za mój własny, spóźniony dopisek do cyklu Cudowne lata.

Wszyscy dobrze znamy te kilka oklepanych frazesów, które non stop powtarza się we wszystkich tekstach poświęconych „Souvlaki”: druga, przystępniejsza strona shoegaze’owego medalu, najbardziej emocjonalny zestaw kompozycji od Halsteada i Goswell, który zresztą powstawał po rozpadzie ich związku, piosenkowość umiejętnie połączona z eterycznymi chmurami dźwięków. Nie oszukujmy się, to jeden z tych krążków, o których prawdopodobnie powiedziano już wszystko – Pitchfork przy okazji reaktywacji Slowdive stworzył wnikliwy minidokument na temat grupy oraz tego, jak powstawała ich druga płyta, a sam zespół po latach opowiadał o niej w wywiadach dla Red Bull Music Academy, Under The Radar czy Drowned in Sound.

Niewiele osób jednak pamięta, że następca „Just for a Day” miał brzmieć zupełnie inaczej. Z nagrań koncertowych i demówek rozsianych po różnych zespołowych taśmach fani grupy ułożyli album, któremu bliżej do dokonań Joy Division i The Smiths potraktowanych dużą ilością reverbu, niż do faktycznej drugiej płyty Slowdive. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że taki sofomor raczej nie zapisałby się złotymi zgłoskami w historii muzyki – świadomość tego miał już wówczas Alan McGee, szef Creation Records, który powiedział ekipie z Reading, że nie ma zamiaru wydawać tych nagrań oraz że bez nowych piosenek nie mają mu się pokazywać na oczy.

Znamy historię i wiemy, co działo się dalej – ówczesna prasa muzyczna (z Melody Makerem i NME na czele) po premierze „Souvlaki” zrównała Slowdive z ziemią i obrzuciła różnorakimi epitetami z bezduszną pustką na czele. Nie pomógł nawet magiczny dotyk samego Briana Eno, który udzielił się w „Sing” i „Here She Comes”, a który jednak nie produkował krążka – tym zajął się Ed Buller, mający na swoim koncie przede wszystkim współpracę ze Suede oraz Pulp przy ich najważniejszych albumach. Swoją drogą, to właśnie britpopowy szał, którego zapalnikiem były pierwsze wydawnictwa wspomnianych zespołów, skutecznie pogrążył popularność shoegaze’u na długi czas.

Fani, wyczekując reaktywacji Slowdive, stworzyli naprawdę wiele różnorakich stron oraz inicjatyw, które starały się zbierać wszelkie ślady działalności grupy lub służyły do opowiedzenia własnych historii związanych z zespołem. Ten internetowy wielogłos, podsycany również przez fora dyskusyjne, z pewnością przyczynił się do tego, że w 2014 roku autorzy „Souvlaki” spotkali się ponownie na scenie, a trzy lata później światło dzienne ujrzała czwarta płyta zespołu. W ostatnich latach zdążyliśmy się zresztą przyzwyczaić do powrotów legend gatunku, które przy okazji prac nad nowym materiałem chętnie wpadały również do Polski: od 2013 do 2016 roku katowicki Off Festival każdego lata gościł jeden z czterech najważniejszych zespołów Sceny, Która Celebrowała Samą Siebie (odpowiednio My Bloody Valentine, Slowdive, Ride i Lush). Czy stałoby się tak, gdyby nie popularność wspomnianych grup w szeroko pojmowanym Internecie? Wątpię.

To przydługie wprowadzenie do opowieści o samej płycie może wydać się naiwnym wypełniaczem, ale zdecydowanie nim nie jest: opisanie kulturotwórczej roli drugiej płyty Slowdive jest niezwykle trudne. Wprawdzie nie kryje się w niej siatka kodów i nawiązań, za to pełno w niej specyficznej wrażliwości i emocjonalności charakterystycznej dla tamtego okresu. Grupie z Reading znacznie bliżej było pod pewnymi względami do dokonań Briana Eno, Galaxie 500 czy Cocteau Twins („Machine Gun” zostało zresztą zestawione przez Wojtka Michalskiego z „Cherry-Coloured Funk”), niż do pozostałych grup z shoegaze’owej czołówki: w dorobku Slowdive znacznie częściej znajdziemy fascynację ambientem (zespół niejednokrotnie wychodził na scenę przy fragmentach “Apollo: Atmospheres and Soundtracks” Eno) czy ciężkie slowcore’owe pochody basu, jak w obydwu częściach “Avalyn” z ich pierwszego wydawnictwa.

Eklektyczny początek lat dziewięćdziesiątych przyniósł nie tylko rozwój istniejącej alternatywy (patrz: amerykańskie indie spod znaku Dinosaur Jr.), ale też był zalążkiem dalszych zmian na scenie muzycznej: rok po wydaniu „Souvlaki” światło dzienne ujrzały „Grace” Jeffa Buckleya i „I Could Live in Hope” Low, dwa zupełnie różne krążki, które jednak pod względem znajdujących się na nich emocji, można uznać za bardzo bliskich pobratymców Slowdive. AllMusic podpowiada podobne tekstowe tropy u tych artystów – blue mood, deszcz, melancholia, noc, refleksyjny nastrój. Stąd już – przynajmniej uczuciowo – bardzo blisko do midwest emo, w końcu za chwilę ukaże się „Diary” Sunny Day Real Estate. Spokojnie, nie chcę tutaj sugerować, że bez „Souvlaki” nie byłoby debiutu SDRE, chodzi mi raczej o fakt, że to szczytowe osiągnięcie shoegaze'u (przynajmniej tego piosenkowego) wpisuje się w pewien szerszy kontekst epoki.

I wprawdzie mógłbym sypać banałami o znajdujących się tu piosenkach – że „Dagger” to tęskna i rozpaczliwa ballada idealna na zamknięcie płyty, że „Alison” oraz „Souvlaki Space Station” stoją do siebie w zupełnej opozycji, że jest tu miejsce nawet na niesamowicie hitowe „40 Days” czy „When The Sun Hits”, że Halstead i Goswell dekonstruują swoją relację, by skonstruować z niej utwory – ale sam kontekst powstawania albumu, jego ówczesna i obecna percepcja, jak i dalszy wpływ na muzykę alternatywną jest znacznie bardziej istotny. Oczywiście, emocjonalny impuls, który przyczynił się do kształtu „Souvlaki” jest warty uwagi, lecz jest on pewnym czynnikiem wewnętrznym, który jednocześnie idealnie wpasował się w moment powstawania albumu.

Albumu, którym ćwierć wieku po jego premierze w dalszym ciągu się zachwycamy, o którym rozmawiamy i który wspominamy. Muzycy Slowdive uchwycili ducha swoich czasów, wiele rzeczy wyprzedzając i zapowiadając, mimo że nie wpłynęli w szczególny sposób na krajobraz muzyczny tamtego okresu: moda na wpatrywanie się we własne buty i celebrowanie własnej sceny właśnie dobiegała końca. Znacznie więcej zawdzięcza im druga połowa lat dziewięćdziesiątych i początek lat dwutysięcznych – bez „Souvlaki” nie powstałby debiut Mogwai i cała rzesza ichniejszych epigonów, końcówka „Karma Police” brzmiałaby zupełnie inaczej, a najsłynniejsza płyta Spiritualized nie unosiłaby się w kosmosie. I to chyba najlepiej świadczy o tym, jak wielką rolę kulturotwórczą odegrał przez 25 lat ten album.

Marcin Małecki (17 maja 2018)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Dead Cat
[21 maja 2018]
Souvlaki i Grace jako pobratymcy ? Gdzie Rzym, a gdzie Krym, Panie Redaktorze !!!
Gość: voi tekku
[18 maja 2018]
Juz dawno tak dobrze nie czytało mi się jakiegos tekstu o muzyce! Propsy!
Co do Souvlaki, kiedy tylko uslyszalem ten album wiedzialem ze mam do czynienia z czyms wyjatkowym i z miejsca stal sie dla mnie jednym z tych najukochanszych. Na OFFie zas w 2014 z jednej strony stalem wgapiony w Rachel i szeptałem "kocham cie" (mimo ze milf af), a z drugiej doznawalem eargazmu.
Gość: Wow
[18 maja 2018]
Wrócił dział klasyka to może i przegląd wróci.
W ogóle może coś się tu wreszcie odrodzi

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także