Relacja z Off Festival 2006

Off Festival 2006 - dzień drugi

Gutierez

Końcówka występu kolejnej z młodych mysłowickich formacji o dziwo wypadła całkiem sympatycznie. Na pewno Gutierez pokazali się z ciekawszej strony niż otwierający pierwszy dzień Motyw, choć czeka ich jeszcze sporo pracy nad własnym stylem. Cień Myslovitz był słyszalny szczególnie w kompozycji zamykającej ich set, ale jeśli jakimś cudem uda im się z niego wyjść, Gutierez ma zadatki na przyzwoitą kapelę w skali kraju. (ka)

Renton

Warszawski kwintet dość sensacyjnie wysforował się na prowadzenie w internetowym plebiscycie zostawiając w pokonanym polu tak znane grupy jak Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach i Los Trabantos. Zresztą po koncercie nawet sam zespół nie ukrywał, że zaproszenie na Off to dla nich sympatyczna niespodzianka. Natomiast zupełnie nie było tego po nich widać na scenie – bardzo przytomny to był występ. Renton stylistycznie idzie śladami The Car Is On Fire, trzymając się jednak bardziej rygorystycznie terytoriów rasowego indie-rocka zza Oceanu. Dodawszy do konkretnych inspiracji dobrą angielszczyznę wokalisty i talent do melodii rysuje się obraz kapeli, która razem z TCIOF, Muchami i paroma innymi zaczyna tworzyć zalążek całkiem sensownej „sceny”. (ka)

Psychocukier

„Przyjechaliśmy z Łodzi i nazywamy się PLACEBO”. Prawdą jest, że sporo polskich zespołów zagrało na Offie dobre lub bardzo dobre koncerty, jednak faktycznie większość z nich zupełnie położyła sprawy wizerunkowe. Tu bardzo zapunktował Psychocukier, o którego koncertowym obliczu słyszałem najróżniejsze opinie. Potwierdziły się te pozytywne. Muzycznie łodzianie to wypadkowa Queens Of The Stone Age, amerykańskiej alternatywy gitarowej spod znaku Sonic Youth i Husker Du (a może to tylko sugestia w postaci wąsów?), a nawet, zdaniem niektórych, rodzimej Siekiery. Między utworami sprzedali nielicznej jeszcze publiczność parę fajnych tekstów, z których bił duży luz. Ich debiut jest ponoć gotowy, jego rzucony ze sceny tytuł wydał się nieco przaśny, ale poza tym powinno być dobrze i to nie tylko „jak na polskie warunki”. (ka)

Delons

Marek Jałowiecki sprawia wrażenie, jakby został muzykiem głównie po to, żeby móc dać upust swoim inspiracjom. A nie wiem czy jest polski zespół, którego inspiracje byłyby mi bliższe – The Smiths, The Go-Betweens, Lloyd Cole, Wilco. Dlatego choć ani przez chwilę poziom nie przekroczył standardowego OK, podobało mi się. Słychać u Delons sporo melodii spod znaku Granta McLennana, zresztą sam wokalista przypomina go nieco głosem, zachowaniem zaś jakby chwilami nawiązywał do pretensjonalnej pozy Roberta Forstera. Jałowiecki nie ukrywał zadowolenia z powodu występu na Off Festivalu, dziękował publiczności i żałował, że występ nie może trwać dłużej – pewnie dlatego nie usłyszeliśmy żadnego z coverów, z których między innymi znany jest zespół. Niemniej jednak sympatyczne wrażenie pozostało i tak jak lider Delons chciałby spotkać się w muzeum techniki z Peterem Falkiem, tak ja chętnie spotkałbym się z nim żeby pogadać o muzyce. (ka)

Apteka

Po mysłowickich Delonsach przyszedł czas na legendę, trójmiejską Aptekę, jedną z najbardziej ekscentrycznych i najciekawszych grup w niezależnym polskim rocku. Przed sceną, w upalnym skwarze, tłum zagorzałych fanów przygotowanych na psychodeliczną nawalankę. Naprzeciw nich słynny Kodym, ciągle świeży, dynamiczny, choć widać, że czas zrobił swoje. Był to pierwszy koncert na festiwalu z regularnym pogo, zakotłowało się niemiłosiernie, małe jarocińskie misterium, ale nikt do nikogo nie miał pretensji, na Aptece to normalka. A muzycznie? Cóż, występ miał raczej charakter nostalgiczny i wspomnieniowy, aczkolwiek miło jest posłuchać, że „starcy” wciąż brzmią lepiej niż niejeden polski nowy band wzorowany na nu-metalu. Charakterystyczna poza tekstowa Kodymowskiego ciągle jest nie do podrobienia, komiczny efekt wynikający z pozornej nielogiczności, absurdalnego skojarzenia pojęć to jego specyficzny styl, i rzadko która kapela próbuje zdobyć się na podobne „krasomówstwo”, a szkoda. Apteka pozostaje więc sobą, Kodym rządzi, a „Diabły”, „Przypowieść”, „Menda” czy „Wiesz” długo jeszcze budzić będą sarkastyczny uśmiech na naszych mordach. (tł)

Relacja z Off Festival 2006 - Off Festival 2006 - dzień drugi 1

Lachowicz

Występ Jacka Lachowicza był jedną wielką niewiadomą. Klubowe, klimatyczne występy z wiodącym akustyczno - elektronicznym podkładem w jego wydaniu nie przekładają się chyba na plener. I tutaj na szczęście nastąpiło zaskoczenie, Jacek zagrał wszystkim na nosie i dał świetny, bardzo energetyczny koncert, z licznymi momentami gitarowej improwizacji, ze znakomitymi, jazzującymi partiami perkusji (bębniarz ma dużego plusa za koszulkę z „Discipline” King Crimson), no i z nieodłącznymi organami. Trio Lachowicza zdaje się być świetnie zgrane, chwilami wydawało się, że to nowa, lepsza wersja Ścianki, i jeśli z tego urodzi się jakaś płyta (najprawdopodobniej tak właśnie będzie), to możemy być świadkami czegoś wielkiego. Koncert miał charakter iście poznawczy, muzycy ze znanych kawałów zagrali bodaj tylko stonowane, ale i tak brzmiące zupełnie inaczej niż na płycie „My Friend”, oraz „Robotik”. Reszta to zaskakująco elektryczne nowe kawałki, i jeśli po którymś z polskich wykonawców występujących na festiwalu miałbym spodziewać się czegoś szczególnie interesującego w niedalekiej przyszłości, to właśnie po Jacku. (tł)

Relacja z Off Festival 2006 - Off Festival 2006 - dzień drugi 2

John Porter i Nieprzyzwoity Zespół

Propozycja Lachowicza utwierdziła nas w przekonaniu, że generalnie drugi dzień festiwalu jest zdecydowanie ciekawszy od poprzedniego (zostawmy na razie kontekst Lenny Valentino). Nie inaczej było na koncercie kolejnego z gwardii zasłużonych, polskiego Brytyjczyka Johna Portera. Niewielu o tym pamięta, ale zawdzięczamy mu powstanie jednej z pierwszych legendarnych pozycji lat osiemdziesiątych, łączącą nową falę z tradycyjnym rockowym brzmieniem – płytę „Helicopters”. Poza tym to John stworzył podwaliny pierwotnego składu Maanamu. Porter przyjechał do Mysłowic ze swoim świeżym składem, Nieprzyzwoitym Zespołem (ech, ta nasza językowa swojskość), bez wybranki życia, z którą ostatnio święci sukcesy, Anity Lipnickiej. Usłyszeliśmy zestaw nowości (niedługo solowa płyta „Psychodelikatesy”) z klasykami z „Helicopters” (m.in. „Ain’t Got My Music). Grupa dała zaskakująco równy pokaz blues-rocka, zabrzmiała przede wszystkim mocno i klarownie (świetna sekcja rytmiczna), a lider pokazał, że ma świetne warunki wokalne. Słychać było, jak na grę zespołu wpłynęła znajomość z Chrisem Eckmanem z The Walkabouts (produkował ostatnią płytę Portera), to prawie ten sam feeling. Występu nie powstydziłby się sam mistrz Neil Young. Jeśli o mnie chodzi, panie Porter, pełen szacunek. (tł)

Relacja z Off Festival 2006 - Off Festival 2006 - dzień drugi 3

Mitch & Mitch

Dla wielu najważniejszym występem mysłowickiej imprezy miał być koncert Lenny Valentino. W istocie, panowie stanęli na wysokości zadania i wszystko było jak należy – cała magia wydarzenia, specyficzna, depresyjna aura, w końcu zaangażowanie samych muzyków w grę musiało spotkać się z niesamowicie ciepłym przyjęciem fanów. Jednym z tworzących tę jedyną w swoim rodzaju atmosferę był perkusista Macio Moretti, który zastąpił w grupie chorego Arka Kowalczyka. Celowo nawiązuję do niego akurat teraz, bo (oprócz gry w Starych Singers) jest przecież liderem najbardziej prześmiewczej formacji w kraju, Mitch&Mitch, która wystąpiła na małej scenie zaraz po Porterze.

Moretti miał jeden kapitalny moment dzień wcześniej – perkusyjna końcówka z „Uwaga Jedzie Tramwaj” w jego wykonaniu ścisnęła wszystkich za gardła. Mitch&Mitch to zupełnie przeciwny biegun, tutaj nie ma miejsca na jakikolwiek czynnik duchowy. A może jest, tyle że wywrócony do góry nogami. Mówi się, że to słowiańscy nu-country’owcy. Nie szukajmy jednak odniesień do klimatu grup pokroju Wilco, Giant Sand czy Lambchop. Ich brzmienie charakteryzuje bowiem zupełne odwrócenie zwyczajowej konwencji, swoista redefinicja, oparta na koślawych, powykrzywianych, ironicznych przytoczeniach amerykańskiej tradycji. Idealny czas i miejsce muzyka Mitchów znajduje właśnie na koncertach, gdzie wszystko opiera się na bezpośredniej interakcji z widzami – my wam, wy nam. Konferansjer Moretti (tym razem na basie, za perkusją zasiadł inny prześmiewca – Jacek Kozłowski z Pogodno) podjął trudy zbliżenia estetyki formacji poprzez wyjście poza obowiązujący kanon. Mówił łamaną angielszczyzną, podjudzał, prowokował („Hey, fuckin’ German people, make some noise!!!”, „We are first time in Germany, it’s great to play here”), słowem – stosował luzacką, quasi-psychologiczną żonglerkę. A my patrzyliśmy w niego jak w bożka, przyjmując wszystko jak leci. Z jednej strony ciągle się bawiąc, jak przy początkowym coverze Blacka „Wonderful Life” (ze sztubackim, naznaczonym ironicznym smutkiem jednoakordowym fałszem w refrenie i solem na organach Casio), czy w hicie z debiutu „Oh Yeah !!!”. Z drugiej jednak, podziwiając instrumentalny kunszt (np. kakofoniczna, gitarowa końcówka czy różnorodne przejścia między utworami), dzięki któremu wiemy, że muzykom nie obce jest granie spod znaku Pavement czy Built To Spill. Tak więc na pewno pastisz, karykaturalna zabawa, ale przestrzegam przed jednowymiarowym potraktowaniem Mitchów jako pretensjonalnych, kiczowatych Stańczyków. Pamiętacie „POLOVIRUS”? Tam też można było sięgać głębiej. Ważne, by chcieć. (tł)

Strachy Na Lachy

Z brzuchem pełnym śmiechu można było spokojnie odsapnąć na Strachach Na Lachy. Idealny czas na kiełbaskę z grilla popijaną zimnym Tyskim. Bo zrobiło się naprawdę swojsko – coraz więcej zakochanych par, rodzin z dziećmi i psami, wszędobylskich szesnastolatek (bez urazy) w koszulkach z napisem „Pidżama Porno”. Grabaż, czyli polski Manu Chao, subtelnie zamienia na koncertach Strachów punk na folk. No i dobrze, też ma swoją publikę, a teksty, które pisze i wykrzykuje, to ciągle czołówka w kraju. Tak więc mieliśmy przekrój przez obie płyty kapeli – od melodyjnego „BTW (mamy tylko siebie)”, poprzez reggae’owe „Dzień Dobry, Kocham Cię”, aż do klasyka „Paint It Black”. Szybkie 45 minut i pora na Pustki. (tł)

Relacja z Off Festival 2006 - Off Festival 2006 - dzień drugi 4

Pustki

Okrzyknięta w niektórych kręgach najlepszym polskim zespołem grupa w mojej klasyfikacji należy do najmocniej przereklamowanych. Biorąc pod uwagę oczekiwania i status Pustek, koncert był rozczarowaniem. Publiczność bawiła się dobrze, bo to jest nienajgorszy zespół na festiwal, repertuar sprzyja do klaskania, skakania i ogólnej beztroski. Natomiast – i będzie to polemika z opinią części redakcji – kompozycjom brakuje większego wyrafinowania, rzadko pojawia się w nich coś naprawdę pierwszoligowego. Dobrze zagrane przeciętne piosenki – ot co. (ka)

T.Love

T.Love to była dłuższa powtórka ze Strachów. Odpoczynek po energetycznym występie Pustek i zamyślenie przed Janerką. Muniek z ekipą zainstalowali się dość szybko i ruszyli z kopyta, prezentując początkowo przede wszystkim materiał z nowej płyty. Mocno zabrzmiało „Love And Hate”, „Gnijący Świat”, prowokował przekazem „Mr. President”. Chłopaki postawili na sprawdzony patent, grając tradycyjnie, bez eksperymentów z „Ala Capone” czy „Antyidola”. Oczywiście wszyscy czekali na klasyki, które – rzecz jasna – pojawić się musiały. Tak więc dostaliśmy „Warszawę”, „Kinga”, „I Love You”, „Boga”, a nawet dawno niesłyszanego „Outsidera”. (tł)

Relacja z Off Festival 2006 - Off Festival 2006 - dzień drugi 5

Lech Janerka

Od czasu wydania „Fiu Fiu” Lech Janerka zdaje się przeżywać artystyczny renesans połączony z bardzo dobrym (w odniesieniu do całej kariery) odbiorem medialnym. Kilka razy miałem okazję przekonać się, jakie przełożenie ma to na występy na żywo. Wydawać by się mogło, że chłop powinien się już spokojnie zestarzeć w cieniu legendy Klausa Mitffocha, odwiesić bas na kołek, a nie podejmować prób definiowania alternatywy na nowo. Skoro jednak jest uparty i zdeterminowany, by działać dalej, jednocześnie nie odstając od najpopularniejszych, a nawet ich przewyższając, to chyba powinniśmy się cieszyć, prawda? Koncert na Offie to zdecydowanie powrót do korzeni. W otoczeniu młodych (gitara i perkusja), z pomocą żony (wiolonczela) odgrywał swoje nieśmiertelne klasyki. Królował „Klaus” i „Historia Podwodna”. Znakomicie przyjęty, energetyczny „Klus Mitroh” na nowo smakuje jak zrzynka z Franza Ferdinanda (kto był pierwszy – Leszek czy Franciszek?), potwornie basowy „Strzeż Się Tych Miejsc” ciągle ostrzega taką samą intensywnością, z jaką podmiot liryczny nasycił ją w 1984, „Ewolucja, Rewolucja i Ja” również dziś brzmi jak manifest pokoleniowy, a „Śmielej” zaraża melodyjnością jak nigdy. Nie mieliśmy nic z „Plagiatów”, a „Fiu Fiu” reprezentowały tylko „Wirnik” i „Wieje”, zresztą również kapitalnie zagrane. Do tego wszystkiego chóralnie odśpiewaliśmy „Konstytucje” i zrobiło się nieco rodzinnie. Ta sentymentalna wiwisekcja mogłaby tak trwać w nieskończoność, no, na pewno jeszcze kilkanaście minut dłużej, tym bardziej, że wszyscy czuli już w powietrzu dźwięki „Jezu, Jak Się Cieszę”. Niestety, grafik czasowy był nieubłagany – Sofa Surfers kończyli przygotowywać się na scenie głównej, trzeba więc było kończyć. Jeszcze tylko ostatnie oklaski od Piotra Stelmacha, który przyglądał się z boku, jeszcze gratulacje od Johna Portera, który z szacunkiem poklepał Lecha po plecach, i koncert odszedł w zapomnienie. (tł)

Relacja z Off Festival 2006 - Off Festival 2006 - dzień drugi 7

Sofa Surfers

Jeżeli mam być szczery (a od dzisiaj chcę być szczery, zwłaszcza że Austriacy zaczęli grać chwilę po koncercie Lecha Janerki), wymieniłbym cały zestaw zagraniczny festiwalu na jedno The Fall, o którym plotkowało się dobre dwa miesiące. Podobnie jak inni goście, również i Sofa Surfers odstawali na tle co lepszych polskich koncertów weekendu. Trzecia liga po prostu. Kilka dni przed Offem próbowałem zmierzyć się z ich ostatnim albumem, usypiając mniej więcej w połowie. Austriacy łączą wyeksploatowane brzmienia trip-hopowe z czarnym, przypominającym nieco Seala wokalem, co w okolicach trzeciej prawie takiej samej piosenki zachęca raczej do pójścia na tanie piwo niż przepychania się pod scenę. (ka)

Relacja z Off Festival 2006 - Off Festival 2006 - dzień drugi 6

The White Birch

Jeśli poprzedniego dnia Islandczycy z Bang Gang zaciemnili nieco obraz skandynawskiej melancholii (patrz: Mum i Sigur Ros), to norweski The White Birch zawrócił wszystkich na właściwy kurs. Z perspektywy zupełnego laika ze sceny wiało nudą. Ani to skoczne, chwytliwe, niezbyt melodyjne. Pozornie więc klapa. Hola, nic bardziej błędnego. Zresztą ci, którym się nie spodobało, szybko zamienili zmysł słuchu na smaku, racząc się kolejnym piwem. Pozostali najwytrwalsi, którzy zanurzeni w ciche, zmysłowe, niemal transowe dźwięki, podjęli trudną próbę zgłębiania tajemnicy Białej Brzozy. Było dla mnie miłym zaskoczeniem, jak dobrze publika przyjęła ten rodzaj przekazu. Być może zabrzmi to pretensjonalnie, ale miało się wrażenie, że każdy z słuchających próbuje znaleźć w sobie pewien element wrażliwości, byleby tylko skrawek tej muzyki w nich pozostał, a może nawet coś zmienił. Zresztą coś na rzeczy być musi, skoro jako jedyny zespół na całym festiwalu wyszli na bis. Koncert był dużym wyzwaniem i dał młodym Polakom szersze spojrzenie na to, czym może być alternatywa. Oby nauka nie poszła w las. (tł)

Relacja z Off Festival 2006 - Off Festival 2006 - dzień drugi 8

I Am X

Wyjdzie na to, że ze screenagersowej dwójki to ja jestem tym złośliwym dziadem, ale to nie tak – to po prostu Tomek zrzucił na mnie obowiązek napisania o koncertach, które nie podobały się żadnemu z nas. Projekt znanego z grupy Sneaker Pimps Chrisa Cornera nawet przy dokonaniach jego macierzystego zespołu wydaje się produktem niskiej jakości, a przecież Sneaker Pimps, jakkolwiek solidni, to nigdy nie była pierwsza liga. I Am X mają w Polsce zaskakująco dużo fanów, lecz chyba mało kto z nich traktuje tę muzykę na zasadzie guilty pleasure. Ja niestety występu, gdzie kobieta w białej sukni wije się na scenie, a z głośników dobiega kiczowate połączenie Depeche Mode, Placebo i Marilyna Mansona, inaczej traktować bym nie nie potrafił. (ka)

Kuba Ambrożewski, Tomasz Łuczak (3 września 2006)

Relacja z Off Festival 2006:

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także