Relacja z festiwalu Roskilde 2004

Dzień czwarty

Simple Kid, Pavillion

Ostatni dzień festiwalu zapowiadał się równie dobrze jak poprzedni. Zaczynał się dla nas od występu Simple Kida w Pavillionie. Przed występem na scenę został wtoczony specjalny podest z trzema krzesłami, kupą sprzętu i kabli. O godzinie 15:00 na podest weszło trzech panów. Ciaran McFeely (Simple Kid) ubrany trochę po kowbojsku, z kapeluszem na głowie, usiadł z gitarą w środku i zaczął podłączać swojego notebooka. Jego dwaj koledzy (nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem, ale jeden z nich był chyba jego bratem) usiedli po bokach - ten z lewej miał gitarę, a ten z prawej banjo. Po chwili majstrowania Irlandczyk ładnie przedstawił siebie i swój "zespół" i bez ociągania się włączył z automatu znajomy elektroniczny wstęp do "Hello". Chyba nikt, kto słyszał płytę tego chłopaka nie spodziewał się innego rozpoczęcia. Cała trójka dzielnie wybijała nogami rytm i grała na swoich instrumentach. Zrobiła się bardzo fajna, luźna, trochę jakby knajpiana atmosfera. Ciaran grał na gitarze i śpiewał, czasami korzystał ze specjalnie zamontowanej harmonijki ustnej. I wszystko było dobrze, dopóki Kid nie musiał zmienić gitary, aby zagrać kolejną piosenkę. Podłączył ją do poplątanych kabli i okazało się, że nie gra. Na scenę wpadł ktoś z obsługi i zaczął majstrować kablem, w tym czasie muzyk próbował zagadać publiczność. Po chwili wydawało się, że już wszystko w porządku, jednak gitara przestała być słyszalna w trakcie pierwszego utworu, i po jego zakończeniu pan z obsługi znów pojawił się na scenie. Tym razem ciszę wypełnił kolega siedzący po prawej stronie Ciarana, wygrywając solówkę na banjo. Kiedy zabiegi nic nie przyniosły, umiejętnościami muzycznymi popisał się siedzący po lewej gitarzysta. Później jednak i jemu zaczęła szwankować gitara. Wielka szkoda, bo koncert dużo stracił przez to na jakości. Simple Kid musiał między innymi zrezygnować z kilku utworów, a "Average Man", na który sporo osób czekało przerwał po kilkudziesięciu sekundach. Jakoś na szczęście udało mu się wypełnić przewidziany na występ czas. Zagrał na przykład cover Nine Inch Nails, a właściwie Johnny'ego Casha, "Hurt". Ogólnie, pomimo kłopotów technicznych, muszę przyznać, że bawiłem się naprawdę nieźle. Simple Kid okazał się bardzo pogodnym i sympatycznym młodym człowiekiem. W końcu to nie była jego winna - każdemu zdarza się zły dzień. Zresztą jak sam w pewnym momencie powiedział: "Jeszcze nigdy nie było tak, żebyśmy podczas występu nie mieli problemów, dlatego wcale nas ta sytuacja nie tremuje". I bardzo słusznie.

Niezapomniane momenty:

- Trzej gitarzyści bardzo energicznie wybijają nogami rytm granego utworu. Robią to tak silnie, że trzęsie się cały podest na którym ustawione są ich krzesła.

The Von Bondies, Odeon

Po spokojnym występie Simple Kida przyszedł czas na dawkę szybkiego, garażowego rocka. The Von Bondies przyciągnęli sporo ciekawskich do Areny, ale jakoś udało nam się zająć miejsca z boku pod barierką. Nie oczekiwałem żadnej rewelacji po ich występie, liczyłem na sporo energii i żywiołowości oraz, oczywiście, spektakularne wykonanie "C'mon C'mon". Czwórka muzyków z Detroit wyszła na scenę i ustawiła się na swoich miejscach. Zaczęli ostro, perkusista uderzył z impetem w bębny i zaczął się koncert. Właściwie czegoś takiego można było się po Von Bondies spodziewać - szybkie i głośne piosenki przelatywały kolejno jedna za drugą. Były to głównie numery z ich ostatniej płyty - "Pawn Shoppe Heart". Zabrakło jednak w tym wszystkim polotu i charyzmy. Wokalista Jason po prostu stał przy mikrofonie, śpiewał i grał na gitarze, basistka Carrie i gitarzystka Marcie też były tego dnia jakieś nieruchawe. Tylko perkusista Don przez cały czas dawał z siebie wszystko. Swoją drogą jego zestaw był chyba bardziej skąpy niż zespołu, który grał u mnie na studniówce. Aranżacja na żywo ich muzyki nie robiła, niestety, na mnie większego wrażenia. Coraz częściej zaczynałem spoglądać na zegarek. Mój entuzjazm powoli opadał, aż stwierdziłem w myślach, że czekam właściwie już tylko na wspomniany wcześniej singiel. Doczekałem się go mniej więcej po pół godzinie ostrej łupanki. Ni z tego, ni z owego Jason podszedł do mikrofonu i beznamiętnie powiedział "This song is called 'C'mon C'mon'". Publiczność oszalała a ja po raz ostatni przy Von Bondies poderwałem się do skakania. I to właściwie tyle. Sam utwór był zagrany raptem poprawnie, ale to w końcu "C'mon C'mon" i przy nim nie można się źle bawić. Pozostała część koncertu już tylko mnie znudziła. Wielkie rozczarowanie. Naprawdę.

Relacja z festiwalu Roskilde 2004 - Dzień czwarty 1

Broken Social Scene, Pavillion

Broken Social Scene to zespół, do którego studyjnych nagrań długo dojrzewałem. W końcu się do nich przekonałem, i to do tego stopnia, że ich występ na Roskilde był jednym z moich punktów obowiązkowych. O godzinie 17:00 na scenę weszło... hmm.. żeby teraz nie skłamać - ośmiu muzyków? Ciężko było policzyć, bowiem od samego początku krążyli i zmieniali się miejscami. Zaczęli swoją epicką opowieść długim intro, a potem rozpoczęli zabawę z dźwiękami. Dokładnie tak jak na płytach. Nie wiem ile osób wchodzi w skład zespołu, ale bywały momenty, że na scenie było ich ponad dziesięcioro! W ogóle cały koncert nosił znamiona jakiegoś przedstawienia. Muzycy pojawiali się, znikali, chwytali za instrumenty i na nich grali. Czasami odnosiłem wrażenie, że robili to bez ładu i składu. A jednak przez cały czas prowadzili główny motyw utworu i potrafili doprowadzić go do finału. Niekiedy większą uwagę skupiałem na tym co robią, niż na muzyce. Tak było na przykład, gdy troje spośród nich pojawiało się z tyłu sceny, by w odpowiednim momencie zagrać partię na trąbkach. Albo kiedy wolnym krokiem do mikrofonu zbliżała się kobieta, aby później przez chwilę pośpiewać i ponownie zniknąć za kurtyną. Niestety trochę rozczarowałem się samym poziomem artystycznym. Bowiem natłok ludzi zaangażowanych w tworzenie muzyki nie odpowiadał jej jakości. Cały czas odnosiłem wrażenie, że przynajmniej połowa spośród tych ludzi nic do melodii ani brzmienia nie wnosi. W tym przekonaniu utwierdził mnie moment, kiedy przy krawędzi sceny stanęło nagle pięciu gitarzystów i każdy z nich ewidentnie coś grał, tyle że słychać było najwyżej dwa instrumenty. Generalnie w całym występie było raptem kilka chwil, kiedy naprawdę Broken Social Scene zrobili na mnie duże wrażenie. Ale i tak warto było na żywo ujrzeć tę kapelę.

Franz Ferdinand, Arena

Powoli zbliżaliśmy się do wielkiego finału. Festiwal kończyły, przynajmniej dla nas, dwa wielkie koncerty, obydwa w Arenie. Pierwszy z nich był udziałem grupy, którą już chyba wszyscy dobrze znają, choć jest stosunkowo młoda. Chodzi o Franz Ferdinand. Nastawienie przed ich występem było jedno - musimy się porządnie wytańczyć. Bez taryfy ulgowej. Na koncert zeszły się prawdziwe tłumy, ale chyba nie ma się co dziwić. To jest jeden z tych zespołów, co do których można być pewnym, że będzie potrafił rozruszać publiczność. Właściwie ten koncert skazany był na powodzenie. Kiedy tylko młodzi Szkoci wyszli zza kulis, zrobiła się taka wrzawa, że naprawdę musieliby się postarać, żeby zepsuć klimat. Potwierdziło się to, co do tej pory o nich słyszałem - na scenie czują się jak ryby w wodzie. Na mniej więcej godzinę potrafili zamienić Arenę w ogromny parkiet, na którym tańczyły tysiące ludzi. Atmosfera była radosna i gorąca a każdy utwór był zagrany po prostu kapitalnie. Ludzie się bawili, ludzie skakali i śpiewali. Po każdym utworze zespół zbierał zasłużone brawa i, co staje się powoli tradycją, piski od nastoletnich fanek. Nie ma wątpliwości, że w chwili obecnej jest to kapela grająca najbardziej taneczną odmianę muzyki rockowej. I jeżeli ktokolwiek jeszcze ma wątpliwości, czy młode pokolenie w ogóle potrzebuje takich brzmień, to polecam obejrzeć jakikolwiek zarejestrowany koncert "Franciszka". Ten zespół już przeszedł do historii, a przecież jeszcze długa, miejmy nadzieję, droga przed nimi.

Relacja z festiwalu Roskilde 2004 - Dzień czwarty 2

Franz Ferdinand zagrał wszystkie utwory ze swojej debiutanckiej płyty. Do tego doszły jeszcze "Van Tango" z wcześniejszej EPki i premierowy numer "Love and Destruction". W sumie prawie godzina tańczenia. Całkiem niezły wynik...

Niezapomniane momenty:

- Wokalista unosi do góry kulę błota mówiąc: "To są nowe buty Paula, kupione tuż przed festiwalem".

- Cała publiczność, czyli kilkanaście tysięcy ludzi, śpiewa, tańczy i skacze podczas gdy zespół wykonuje swój największy przebój - "Take Me Out".

Muse, Arena

Muse byli ostatnimi wielkimi tegorocznego Roskilde. I jak przystało na wielkich, dali niezapomniany koncert. Zresztą od początku wszystko wskazywało na to, że będziemy świadkami czegoś niezwykłego. Oczekiwanie na zespół trochę się przedłużało i napięcie na widowni przekraczało masę krytyczną. Kiedy trio wbiegło na scenę nastąpiła eksplozja - hałas, porównywalny chyba tylko z tym, jaki można usłyszeć na stadionach. A chłopacy zaczęli od trzęsienia ziemi. "Hysteria". I właściwie więcej nie trzeba nic mówić. To było jak dolanie oliwy do ognia. Pierwsza część koncertu to był, moim zdaniem, najbardziej czadowy set całego festiwalu. Kawałki takie jak "Stockholm Syndrome" uderzyły na żywo z jeszcze większą mocą niż w wersjach studyjnych. Po trzech utworach nie miałem już siły skakać ani krzyczeć. Oczywiście największy popis dawał przez cały czas Matt Bellamy. Jego gra na gitarze, a w szczególności solówki, udowadniały niesamowity kunszt muzyczny. Muse w końcu dali mi wytchnienie i zaczęła się część melancholijna. Matt i basista Chris ustawili się na specjalnych podestach po bokach sceny. Na projektorze za plecami zespołu zaczęły przewijać się budujące nastrój obrazy, dopasowane do dźwięków, jakie wydobywały się z głośników. Matt rozpoczął swój charakterystyczny taniec pomiędzy gitarą i keyboardem. W utworze "Butterflies and Hurricanes" dał popis gry na tym drugim - partie Rachmaninova, które wygrywał to było mistrzostwo świata. A potem jeszcze "Ruled by Secrecy", podczas którego na projektorze pojawiał się tekst piosenki. Stałem jak wmurowany. Bez dwóch zdań - Matt Bellamy to geniusz. Można go lubić lub nie, ale to mu trzeba przyznać. Potrafi zrobić z głosem, gitarą i pianinem takie rzeczy, że człowiek po prostu zamiera z wrażenia. Po dawce nieco spokojniejszej muzyki Muse uderzyło znowu, i już do końca występu było ostro i cudownie. Jeśli chodzi o set, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dla fana tego zespołu był niemalże wymarzony. Dominowały oczywiście kawałki z ostatniej płyty "Absolution", ale z poprzednich pojawiły się wszystkie największe hity. "Sunburn", "Muscle Museum", "New Born", "Bliss" i oczywiście "Plug in Baby". Dla mnie to był koncert marzeń. Jeden z tych momentów w życiu, w których pragnie się, aby czas się zatrzymał. Pod koniec występu na publiczność spadły podwieszone pod sufitem, ogromne balony. Ludzie zaczęli je odbijać i przebijać, a one wyrzucały z siebie confetti. Efekt był niesamowity, tym bardziej że Muse nie przestawali w tym czasie grać. Ostatni utwór przerodził się w kilkuminutową, improwizowaną wariację, po czym zespół na moment zniknął ze sceny. Nikt nie miał wątpliwości, że jeszcze wróci. Wrócili. A kiedy grali na bis ze specjalnych armatek na scenie wystrzeliły miliony papierowych skrawków, które zaczęły się mienić w świetle reflektorów. Wyglądało to, jakby padał srebrny śnieg. Na koniec jeszcze Matt, skończywszy już grać, zaczął demontować zestaw perkusyjny Dominica. A potem ostatecznie zniknęli ze sceny. Po tym czego doświadczyłem nie mam wątpliwości, że Muse to jeden z najlepiej wypadających na żywo zespołów na świecie. To było piękne zwieńczenie festiwalu...

Relacja z festiwalu Roskilde 2004 - Dzień czwarty 3

Niezapomniane momenty:

- Potężny wrzask tysięcy gardeł kiedy zespół wchodzi na scenę przeradza się w histerię, kiedy wybrzmiewają pierwsze dźwięki utworu "Hysteria".

- Projektor z tyłu sceny pokazuje zbliżenie na dłonie Matta, wygrywającego na keybordzie partie Rachmaninova podczas "Butterflies and Hurricanes".

- Pod koniec koncertu na publiczność spadają podwieszone pod sufitem ogromne balony. Ludzie podbijają je do góry, a te, przypadkowo przebite, wyrzucają z siebie confetti.

- Na zakończenie występu ze specjalnych armatek na scenie wystrzeliwują w górę miliony papierowych wycinków, które błyszczą w stroboskopowym świetle jupiterów.

I to już był ostatni dla nas występ na tegorocznym festiwalu. Koncert Scissor Sisters o północy sobie odpuściliśmy. Nawet nie wiecie, jak zmęczony czuje się człowiek po tygodniu chodzenia w błocie, kiedy każdy krok trzeba stawiać ostrożnie, aby przypadkiem nie upaść albo nie wyciągnąć nogi z buta. Zresztą po zobaczeniu Muse czuliśmy się w pełni usatysfakcjonowani i nasyceni wrażeniami. Nadszedł czas, aby odpocząć i zebrać siły na jutrzejszy powrót...

Screenagers.pl (31 sierpnia 2004)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także