Najlepsze single 2018

Miejsca 20-11

Obrazek pozycja 20. Pusha T – If You Know You Know

20. Pusha T – If You Know You Know

How do you do, fellow kids? zdaje się tak naprawdę rapować, cytując słynnego mema ze Stevem Buscemi, 41-letni Pusha T na pierwszym singlu powszechnie chwalonej „DAYTONY”. Z tą różnicą, że – w przeciwieństwie do bohatera viralowego zdjęcia – w ogóle się nie zbłaźnia, bo ani nie stroi się w młodzieżowe szaty, ani nie wychodzi z niego rapowy dziad. Wręcz przeciwnie – przez pierwsze pół minuty, do akompaniamentu wyłącznie hi-hatu i kilku samplowanych efektów, kładzie łobuzerskie wersy z taką przebojowością i pewnością siebie, że przytoczone na wstępie pytanie niewypowiedziane zostaje przez niego z uśmiechem i szyderczą kpiną. To moment, w którym myślimy: „Nie ma sobie równych”. I gdyby Pusha tym trackiem promował hasło „Prawdziwy rap zaczyna się po 40-tce”, bylibyśmy w stanie mu uwierzyć.

„The wrist on that boy rockstar like Pink Floyd” – wypluwa z siebie były członek Clipse z polotem. I choć – jak sam przyznał we własnej adnotacji do tego wersu na Geniusie – w ogóle nie słucha Floydów i nie ma zielonego pojęcia o ich muzyce, takie gry słów dodają mu skrzydeł. Przywodzą wręcz na myśl pewną – dla wielu z pewnością bluźnierczą – analogię. Weteran rapu – gatunku, który już dawno pod względem popularności zdetronizował rocka – powrócił niczym stara, zasłużona gwiazda. Wszedł na przykurzone sample od Kanye i pokazał młodzianom, jak to się robi. I wprawił w zachwyt hip-hopową scenę. Scenę, która – dodajmy – mogła już zdążyć zapomnieć, jak brzmi tradycyjna, niesynkopowana nawijka. (Rafał Krause)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 19. Kids See Ghosts – Reborn

19. Kids See Ghosts – Reborn

Kto wie, gdyby nie naczelny, który poprosił mnie o napisanie notki na temat „Reborn” pomimo małej ilości oddanych przeze mnie na ten kawałek punktów, być może nie doceniłbym jedynego singla z debiutu Kids See Ghosts. Byłaby to zaś niepowetowana strata, bo najpopularniejsza z piosenek stworzonych w ramach tego projektu jak żaden inny ubiegłoroczny track chwyta za serce oszczędnością formy, w tym przypadku: prostym beatem, częstą repetycją refrenu i nieskomplikowanym, lecz rozsądnie wykorzystanym lirycznym „jądrem” utworu, którym jest afirmacja wiary w siebie. W zrozumieniu jak bardzo ważnym jest tutaj ona motywem pomaga kontekst biograficzny obu artystów, którzy w ostatnich latach zmagali się z poważnymi stanami depresyjnymi. „Reborn” jest więc kolektywną deklaracją, manifestem nowo obranej drogi, którą podążanie może zaprowadzić Kanye i Cudiego w miejsca cudowne. (Paweł Ćwikliński)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 18. Calvin Harris, Dua Lipa – One Kiss

18. Calvin Harris, Dua Lipa – One Kiss

Cesarz wysokobudżetowego popu znowu porozstawiał konkurencję po kątach, umacniając swoją pozycję na tronie. Co tu dużo mówić, elastyczność z jaką Harris porusza się pośród rozmaitych popowych konwencji zasługuje na uznanie. Na tle zeszłorocznego, świetnego „Feels”, w którym udało mu się pożenić ze sobą disco-funkowy feeling z dancehallową rytmiką, „One Kiss” z pozoru wydaje się nad wyraz prostym hołdem dla klubowego house’u lat dziewięćdziesiątych. Jest jednak coś uzależniającego w tym reanimowanym parkietowcu. Z każdym kolejnym odsłuchem ma się ochotę powracać na początek. Może to naprawdę zaraźliwa progresja, na której zostaje oparty cały numer? Może fantastyczny mix refrenu, w którym dzieją się rzeczy (cudaśne trąbeczki, pociachana aż miło wokalne fraza „one”)? Nie zapominajmy też o niezwykłej urodzie wizualnej teledysku. Jednak w ostateczności największe zasługi należy przypisać bezbłędnej w roli zblazowanej femme fatale Dua (serdecznie przepraszam, ale nie potrafię tego odmienić) Lipie. Obezwładniający tembr i zmysłowe frazowanie odbierają mi resztki sceptycyzmu, dając bezgraniczną wiarę, że gdy śpiewa One kiss is all it takes / falling in love with me, nie ma w tym cienia przesady. (Patryk Weiss)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 17. Syny - Z białasami

17. Syny - Z białasami

Jakie Syny są, nie każdy widzi. Beka, ironia, postironia... Mówcie, co chcecie i spierajcie się po raz setny. Dla mnie synowskie gówno przede wszystkim pachnie miłością. Bez tej miłości cała ta stylizacja, opowieść czy saga byłaby tylko pokracznym grepsem. Jan Jakub (a może raczej Emil) Piernikowski, od czasu gdy postanowił zostać dobrym dzikusem polskiego rapu przede wszystkim wzrusza. Wchodzi w rolę naiwnego obserwatora i komentatora, opisuje codzienność, która w swojej nudzie, przyziemności, przewidywalności bywa piękna. „Z białasami” to przede wszystkim hymn na cześć kumplostwa, a może szerzej – międzyludzkich relacji, hymn który może się bardzo kojarzyć z atmosferą „Intra” do „Skandalu” Molesty. To tam właśnie znajdziemy wyliczenie prekursorów białosowskiej historii. Rzecz jasna jest Klima, Sokół, WWA, Chada, ale i „Chady mama”, „najmłodszy brat Konrad”, „babcia, cała rodzina”, „Starszy” „Gruby” są wreszcie „wszyscy ludzie”, a nawet i Janusz. Ponoć żyją jeszcze najstarsze białasy, które są w stanie rozpoznać i opisać każdą osobę wymienioną w tym intensywnym wprowadzeniu do legendarnej płyty polskiego rapu... Wydaje mi się, że Piernikowski i 88 swoim zeszłorocznym singlem oddają hołd takim właśnie ekipom. (Piotr Szwed)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 16. Diplo feat. Lil Yachty & Santigold – Worry No More

16. Diplo feat. Lil Yachty & Santigold – Worry No More

Ze wszystkich piosenek, na które głosowałem w naszym wewnątrzredakcyjnym plebiscycie, „Worry No More” jest dla mnie pozycją najważniejszą. I to ze względów osobistych – od 2016, czyli roku wydania tej piosenki, czekałem aż Lil Yachty zaprezentuje się jako wokalista popowy równie dobrze jak wtedy. Po dwóch latach wypełnionych nagrywanymi przez rapera średniej jakości trap-numerami zaczynałem coraz mocniej wątpić w wypatrywany comeback jego umiejętności, ale w końcu moja (cóż, wątpliwa) cierpliwość została szczodrze wynagrodzona. „Worry No More” nie brak absolutnie niczego: Diplo zapewnił fantastyczny instrumental, Santigold dostarczyła dwie zwrotki, które już pierwszymi dźwiękami przypominają o plażowym wypoczynku, a Lil Yachty dopełnił formułę refrenem, którego słuchanie zaliczam do moich największych przyjemności ubiegłego roku. Już nie muszę się dłużej martwić. (Paweł Ćwikliński)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 15. Drake – Nice For What

15. Drake – Nice For What

Kolejny album i kolejne hity. Właściwie „God’s Plan” i „In My Feelings” też mogłyby się tu znaleźć. Ale to „Nice For What” jednak wygrywa. Ten kawałek to właściwie instrukcja, jak zapętlić wokalnego sampla, tak żeby właściwie odwalił całą robotę i zachęcał do ciągłego ripitowania. „Ex-Factor” to był swoją drogą całkiem znany utwór Lauryn Hill, zajumanie całego finału tej piosenki jest więc ze strony Murda Beats aktem niezłej bezczelności, ale wybaczamy, bo przecież dobrych hooków nigdy za wiele, a tu mamy go przez ponad trzy minuty, dostając jeszcze dodatkowo zajebistą wariację na ten temat w breakdownie. A Drake? Jak to Drake, frunie na tym beacie z wrodzonym urokiem, tym razem stawiając na rapowe szpanowanie i afirmację hedonizmu, co okazało się tak potrzebne w urozmaiceniu raczej smutaśnej tracklisty „Scorpiona”. No ale mówimy tu o singlu – jako osobne dziełko ląduje w całkiem już ciasnym topie Kanadyjczyka. (Michał Weicher)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 14. MGMT – Hand It Over

14. MGMT – Hand It Over

Istnieje zapewne dość spora grupa słuchaczy, którzy nie odnotowali, iż MGMT po wydaniu "Oracular Spectacular” (trudno uwierzyć, że minęło 11 lat) byli dalej aktywni. Kolejne dwa albumy nie były wprawdzie „mistrzostwem świata”, ale miały swoje momenty (na „MGMT” trwały one maksymalnie kilkanaście sekund). W 2018 roku przyszedł idealny czas, by o duecie przypomniała sobie większa rzesza osób. Panowie zrobili przynajmniej wiele, aby tak właśnie było. Na czwartej płycie "Litle Dark Age" MGMT udowodniają, że nie stracili daru do pisania ładnych i prostych piosenek, a dodatkowo robią to bardziej dojrzale. "Hand It Over" zamyka najnowszy album i to zamyka w sposób najlepszy z możliwych, przy okazji niszcząc nieco spójność, ale równocześnie pozwalając przymknąć oko na wcześniejsze wpadki (zwłaszcza te z drugiej połowy płyty). Wszystko jest tu takie jak powinno być - prosta melodia, bez pajacowania i silenia się na przebojowość, lekkość nadawana przez wokale w stylu Beach Boys, urzekające chórki, potwierdzające, że producencki wpływ Dave'a Fridmanna (The Flaming Lips, Tame Impala) był niezaprzeczalny. Konsekwencją staje się, niekoniecznie po duecie oczekiwana, melancholijna, psychodeliczna przyjemność. (Michał Stępniak)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 13. Hop Along – Prior Things

13. Hop Along – Prior Things

Cieszy mnie uznanie redakcji wyrażone przynajmniej dla tego jednego fragmentu „Bark Your Head Off, Dog”, choć sam uznaję się za szalikowca nie tylko zamykającego płytę „Prior Things”, ale też dosłownych prior things, tj. wcześniejszych rzeczy z tracklisty. Album wielostrzałowo wypełnia bowiem znakomity melodyjny prog-indie-folk dynamizowany niebywale wyrazistym wokalem. Brawurowe (i wzmacniane charakterystyczną chrypką) skoki interwałowe wykonywane przez maksymalnie wyzewnętrzniającą się Frances Quinlan pozostawiają bardzo intensywne wrażenie, do którego biegiem minionego roku wracałem wielokrotnie. Wieńczące ten pochód potencjalnych niezal-przebojów „Prior Things” świetnie radzi sobie jako przygotowane z rozmachem podsumowanie wcześniejszych wątków. Nie tylko pod względem lirycznym, jako przeprowadzana w głowie po zażyciu halucynów rekapitulacja popadającej w marazm relacji. Również czysto dźwiękowo – jako niełatwa struktura, w której specyficznie przegadana linia wokalna uzupełnia się z mocno pokombinowaną dramaturgią aranżu, a jednocześnie jakimś cudem okazuje się całkiem chwytliwą i miłą w odbiorze piosenką. (Jędrzej Szymanowski)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 12. Afrojax – W końcu piosenka o miłości

12. Afrojax – W końcu piosenka o miłości

Cholera, ten chłopak naprawdę umie śpiewać! I to w jakim repertuarze – miłosnym! Chociaż kilka rzeczy wymaga tutaj sprostowania. Ktoś dawno temu krzyknął o „śmierci autora”, więc pozwolę sobie popolemizować w tonie „wiem lepiej niż on”. Czy to aby na pewno „w końcu” ten temat się pojawił w twórczości Afro. Wszak nawet na tak skatologicznej, pełnej frustracji pozycji jak „Nagrałem to, bo nie miałem kasy”, mamy – myślę, że bardzo przeoczoną – perełkę w postaci „Dziewczyny, która nic nie zrozumiała”. W utworze tym, oprócz autodeskrypcji męskich ułomności oraz peanu na cześć kobiecej doskonałości i samowystarczalności, lwią część zwrotek poświęca on na miłosne wyznanie, pełne grubiańskich, ale i subtelnych zwrotów. Na ostatniej płycie Afro Kolektywu zaś, pod indeksem numer pięć, kryje się „Półskończona” rozpoczynająca się słowami kochałem Cię przez cały ten czas.

Dobra, owe „kłamstewko” może ujść na sucho, ale idąc dalej pojawiają się następne nieścisłości. Bowiem czy mamy tutaj do czynienia z piosenką o miłości? Trochę tak, a trochę nie. Raczej mowa tu o nieopisywalności tego uczucia, niemożności uchwycenia go, zamknięcia w banalnej formie słów. Podmiot liryczny podejmuje jednak walkę. I choć z początku zmaga się z tematem, tłumaczy, kryguje, udaje, że nie umie, to w ostateczności triumfalnie wyznaje zobacz, zobacz jak potrafię. „Co to ma być, portal o literaturze czy o MUZYCE?!”. Spokojnie, już zagajam temat. Wszystko to, nie byłoby tak super, gdyby Hoffmann nie przyodział tego w najpiękniejszą w karierze kompozycję. Od jakiegoś czasu migocze mi w głowie taka myśl, że 3/4, to najbardziej romantyczne metrum, automatycznie wprowadzające pewną podniosłą aurę adekwatną do tematu. Nadając utworowi dżentelmeńską dozę krystalicznej, szlachetnej elegancji. Paradoksalnie, jest to też niezwykle intymny kawałek. Dzięki „W końcu piosenka o miłości” możemy poczuć się trochę jak na wytwornym balu, podczas którego wykonuje się taki właśnie utwór: ozdobiony jazzująco muskanymi klawiszami pianina, subtelnie zapraszającymi do zainteresowania, przybliżenia się do parkietu/pianisty, przygotowując jednocześnie grunt pod atrakcję wieczoru. Wzrok wszystkich kieruje się w tę samą stronę, wtem cały na biało wchodzi on: refren. Zaaranżowany z gracją, oparty na smyczkowych pasażach z anielskim, spacerującym w tle damskim głosem, płynie niczym wytrawny żeglarz po wodach barokowego popu i dokuje niedaleko najpiękniejszych fragmentów twórczości Scotta Walkera albo Grzegorza Turnaua. Trudno się zdecydować. W każdym razie, brzmi jak Afrojax. I byłbym więcej niż rad, gdyby jakaś inkarnacja Hoffmana poszła właśnie w tę stronę (Trio Defe to były jednak raczej jajca, pamiętamy [*]). (Patryk Weiss)

Posłuchaj >>

Obrazek pozycja 11. Muchy - Obok ulic i miejsc

11. Muchy - Obok ulic i miejsc

Niech was nie zmyli, iż riff gitarowy niosący „Obok ulic i miejsc” jest łudząco podobny do „Let Down” Radiohead. Tym razem ekipa z Poznania nie rozczarowała. Muchowy revival to chyba najbardziej zaskakująca rzecz, która wydarzyła się na naszym polskim alternatywnym podwórku w zeszłym roku. Wszystko, co się składało na to, czyli reedycja „Terroromansu” i trasa koncertowa, przerosły nasze oczekiwania. Jednak to właśnie singiel „Obok ulic i miejsc” sprawił, iż moje serce zabiło mocniej.

Ten utwór działa na dwa sposoby. Po pierwsze jest trzyminutowym przypomnieniem, iż styl Much z „Terroromansu” nadal działa i wywołuje emocje. Nostalgiczny ton utworu cofa nas o dekadę i pozwala nam sobie przypomnieć ekipę Wiraszki z czasów, kiedy – nie ukrywajmy – byli w najlepszej formie. Z drugiej strony wyraźnie słychać, że dużo czasu upłynęło od „Najważniejszego dnia”. Dużo czasu zarówno dla zespołu, jak i słuchaczy. Wraz z zachrypniętym frontmanem na tle delikatnej kompozycji Maciejewskiego niczym Robert De Niro w „Dawno temu w Ameryce” wracamy do starych ulic i miejsc i wspominamy co było, a co mogło być. Najlepsze jest jednak to, że ten utwór to dopiero początek powrotu Much do życia. Czekamy na płytę, która potwierdzi, iż poznaniacy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. (Tomasz Ciesiółka)

Posłuchaj >>

Screenagers.pl (19 stycznia 2019)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: mweicher
[21 stycznia 2019]
dzisiaj wieczorem będzie całość na stronie
Gość: Marcin
[21 stycznia 2019]
Kiedy kontynuacja?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także