OFF Festival 2018

OFF Festival 2018: niedziela, 5 sierpnia

OFF Festival 2018 - OFF Festival 2018: niedziela, 5 sierpnia 1

(Sierść, fot. Karolina Wojciechowska)

Sierść

Spodziewałem się, że to będzie głośny koncert i nie przeliczyłem się. Sierściuchy dały radę i przez pół godziny scena Eksperymentalna była miejscem, gdzie noise spotykał punk przetykany black metalem: najbardziej widowiskowym momentem występu był chyba gościnny featuring Maćka Sławskiego (Skinny Girls, Złota Jesień), który w ułamku sekundy wskoczył z publiczności na scenę, aby przez parę minut ekspresyjnie miotać się i wrzeszczeć do mikrofonu. Wbrew moim obawom, o 15:35 pod sceną zameldowali się nie tylko krewni i znajomi królika, dzięki czemu wybuch dźwiękowej bomby, jaką był koncert Sierści, można zaliczyć do udanych. (Marcin Małecki)

OFF Festival 2018 - OFF Festival 2018: niedziela, 5 sierpnia 2

(Wojciech Bąkowski, fot. Karolina Wojciechowska)

Wojciech Bąkowski

Bąkowski w polskich środowiskach niezalowych najczęściej identyfikowany jest z projektem Niwea. Dziś ze zdumieniem przecieram oczy, jakie kontrowersje wywołała współpraca Dawida Szczęsnego z pochodzącym z Poznania artystą. Przecież minimalistyczny glitch-hop tej dwójki – abstrahując od wartości artystycznej – był powiewem świeżości na polskiej scenie rapowej. Czego pokłosiem jest powstanie choćby takiego kolektywu jak Syny. Bąkowski występował jednak solo, a nie ze Szczęsnym – i nie powiem, że pod scenę sprowadził mnie sentyment za Niweą. Natomiast po relatywnie głośnej premierze filmu „Serce Miłości” (reż. Łukasz Ronduda), opowiadającego fabularyzowaną historię związku poetki Zuzanny Bartoszek z wyżej wymienionym, w którym znalazło się kilka jego utworów – byłem zwyczajnie zaintrygowany. W Katowicach zaprezentował część tych piosenek, w których na plan pierwszy wychodzi, o dziwo, poczucie humoru. Słychać również pracę włożoną w doskonalenie storytellingu, co daje przyjemny efekt, lakonicznych historyjek, które w dość groteskowy sposób odnoszą się do otaczającej nas rzeczywistości. Sam występ miał charakter, można rzec, klasyczny. Bąkowski chodził, siadał, pił browary, palił papierosy, wszystko w bardzo flegmatycznej manierze. Teksty zaś wypluwał z siebie – nie jakby, a całkiem serio – od niechcenia. Niektórzy zirytowani tą pretensjonalną pozą wychodzili rozczarowani z namiotu eksperymentalnej, mnie cieszy jednak, że na OFFie znajduje się jeszcze odrobinę miejsca dla artystów, których częściej można obejrzeć w galeriach, niż w dusznych knajpach. (Patryk Weiss)

No Age

Jest mnóstwo dobrych składów, które opierają się instrumentalnie wyłącznie na perkusji i gitarze, ale koncert No Age dobitnie udowodnił, że w kategorii duetów gitarowo-perkusyjnych grupa z Los Angeles nie ma sobie równych. Wprawdzie pojawiło się parę drobnych potknięć oraz falstartów, a gitarzysta Randy Randall mierzył się z problemami z nadgarstkiem, ale spora dawka noisepopowo-garażowych riffów, festiwalowe wspominki, jak to dobrze wrócić na Offa po latach, przekrojowy set pokazujący wszystkie oblicza zespołu oraz wyczuwalny brak spiny sprawiły, że koncert No Age będę wspominać wyłącznie pozytywnie. Trochę tylko żałuję, że takiego amerykańskiego gitarowego indie było w tym roku tak niewiele. (Marcin Małecki)

Marlon Williams

Koncert Williamsa z powodu korków na drogach został opóźniony o jakieś 15 minut. Początkowo na scenie pojawił się sam Nowozelandczyk, odgrywając tylko na gitarę i głos jeden z utworów, pozwalając w tym czasie reszcie zespołu na rozłożenie sprzętu i przygotowanie się do występu – całkiem heroiczne i godne uznania. I to w zasadzie tyle dobrego; cytując występującego poprzedniego dnia Afrojaxa fakty krzyczą, że cienki pozostajesz jak wentyl, wypada powiedzieć, że obdarzanemu (nie do końca niesłusznie) przez krytyków porównaniami z Jeffem Buckleyem czy Royem Orbison wokaliście, brakuje po prostu dobrych piosenek. Większość kompozycji Marlona to nic więcej jak proste, pozbawione charakteru songi z folkowego śpiewnika, które dzięki charakterystycznemu, głębokiemu wokalowi mogą się jednak podobać. Co do scenicznej prezencji zaś, to nonszalancja nowozelandczyka oraz imidż rozpięty pomiędzy młodym Brando, a Bruce’em Springsteenem z pewnością skradły kilka niewieścich serc, natomiast ja się sowicie wynudziłem. Po części też dlatego, że – prawdopodobnie z powodu opóźnionego przyjazdu – utworom zabrakło dopracowanego albumowego brzmienia, które mnie pod scenę trójki ściągnęło. Czarę goryczy przelało guitar battle, w jakie wdał się Williams z gitarzystą zespołu, wywołując w moim przypadku chyba największe podczas tej edycji CIARY WSTYDU. (Patryk Weiss)

Senations’ Fix

Dla wszystkich, którzy odrobili zadanie domowe z line-upu w toku przygotowań do festiwalu, ostateczna forma koncertu zapomnianych weteranów giallo-progrocka mogła być nie lada zaskoczeniem. Koncertowy repertuar daleki był bowiem od brzmień znanych z kultowych w niektórych kręgach płyt Sensations’ Fix z lat siedemdziesiątych (skądinąd świetnych): czy byłby to nasuwający dziś skojarzenia z okolicami Tame Impala nośny psychodeliczny rock czy snujące się rozmyte ambientowe pasaże w barwach lo-fi. Podwójne pudło, bo oto starszy pan o stylówce Roberta Brylewskiego w towarzystwie starszej pani usadowionej przed laptopem poczęstował publiczność mało przytomnym kręceniem gałkami i przypadkowym przygrywaniem na gitarze do bardzo niemodnych techno bitów. Decyzję o kurateli Ariela Pinka, jaką została tej niedzieli obdarzona Scena Eksperymentalna, należałoby w ogóle w ostatecznym rozrachunku uznać za próbę raczej nieudaną, choć – i to nie ma co mówić – w swoim wielopoziomowym ekscentryzmie całkiem intrygującą. (Jędrzej Szymanowski)

OFF Festival 2018 - OFF Festival 2018: niedziela, 5 sierpnia 3

(Ariel Pink, fot. Karolina Wojciechowska)

Ariel Pink

Kiedy ja zachwycony zatapiałem się w magmie dźwięków kunsztownego lo-fi tuż obok mnie padały komentarze innych widzów na temat „fatalnego nagłośnienia” i „koszmarnego brzmienia”. Ilość krytycznych głosów na temat występu Ariela nie tyle dziwi, co nawet daje satysfakcję. Okazuje się, że swoisty, pozytywny obskurantyzm Rosenberga wciąż potrafi rodzić kontrowersje. Z drugiej strony, pochmurny nastrój bijący w niedzielę z jego scenicznego wcielenia - jak mówią plotki mający swe źródło w poważnych problemach osobistych - mógł odrzucać postronnego widza, jako gwiazdorskie rozkapryszenie. Mnie jednak fascynowała pieczołowitość z jaką Ariel i spółka starali się odtworzyć brzmienie nagrywanych jeszcze na taśmach magnetofonowych wczesnych przebojów kalifornijczyka. Podziwianie jak misterną sztuką jest odtworzenie na żywo duchologicznej atmosfery tych nagrywek. Jeszcze większą gratką było też odsłuchanie nowych, wypolerowanych brzmieniowo utworów w tejże nadpsutej stylistyce. Trzeba jednak przyznać, że utwory, które na poziomie samej kompozycji potrafią być wybornymi żartami, traciły nieco na swej sowizdrzalskiej aurze z powodu ekscentrycznie zachowującego się Rosenberga. Osobiście zachodziłem w głowę czy to aby na pewno nie poza? Niestety nie, ale i tak bawiłem się świetnie. (Patryk Weiss)

Big Freedia

Po kilku odcinkach netfliksowego dokumentu „Big Freedia: Queen of Bounce” byłem bardzo ciekawy, jak OFFowa publiczność zareaguje na występ tej artystki. Pomimo niezwykłej otwartości charakteryzującej ludzi gromadzących się co roku w Dolinie Trzech Stawów, ekstremalne – jeżeli chodzi o energię i repetytywność – koncerty Freddie Ross, których nieodłącznym elementem jest twerking, wydawały mi się w tych warunkach nie lada wyzwaniem. Reakcje były jednak znakomite i dowiodły, że OFFowicze to niesamowicie wdzięczne audytorium, na co zwrócił już uwagę w swojej relacji m.in. Bartek Chaciński. Ostatecznym tego potwierdzeniem był moment, w którym Big Freedia poprosiła 10 osób z widowni o wejście na scenę, aby wesprzeć ją w twerku. Choć wielu pewnie to zaskoczy, chętni zjawili się momentalnie i – niezależnie od płci – dziarsko wierzgali pośladkami do kaskadowych uderzeń clapów.

Co tu więcej pisać – to był gig nastawiony na czystą rozrywkę, mający na celu zaprezentowanie, czym jest bounce z Nowego Orleanu. Ciężko było więc złapać oddech, a pod koniec otrzymaliśmy dodatkowo jeszcze parę niespodzianek od DJ-a – m.in. „In My Feelings” Drake’a i... „I Will Always Love You” Whitney Houston. I choć niejednego mógł rozbawić ten show, Big Freedia była dla tegorocznego OFFa jak porządny zastrzyk adrenaliny. (Rafał Krause)

Harry Merry

Zdecydowanie najweselszy punkt festiwalu. Wiele osób widziało tutaj przede wszystkim freak-show w wykonaniu gościa o Gracjanowej stylówce i jest to oczywiście dość koherentne z tym, co działo się na scenie. Natomiast Harry dał nam także możliwość obcować z utworami, które nie tylko miały za nic brzmienie (w dużym stopniu to jednak Casiocore), ale i większość zasad kompozycji. Mimo pewnych schematów w jego energicznym skakaniu po akordach oraz powykrzywianych pochodach linii basowych nie można było wyczuć, w którą stronę pójdzie melodia lub co się będzie działo dalej, ani nawet kiedy dany utwór się skończy. Obcowanie z tymi strumieniami myśli było dla mnie jednako męczące, co satysfakcjonujące, ostatecznie jednak wpływając pozytywnie na zapamiętywalność tego występu. (Jakub Nowosielski)

Pojebana biesiada - tak można byłoby streścić ten występ w dwóch słowach. Weselny klawisz, niekończące się repetycje zwrotek i refrenów, nieoczywiste akordy - Harry Merry wychodząc od elementów, które z pozoru zupełnie się nie kleją, był w stanie zaczarować tych, którzy byli na tyle odważni, aby wybrać się pod scenę Eksperymentalną. I nawet jeśli smutnym widokiem była garstka osób, które wytrzymały do końca występu, to radość muzyka wywołanego na spontaniczny bis będzie jednym z tych obrazów Offa 2018, który zostanie ze mną na długo. (Marcin Małecki)

Or:la

Występ headlinera ostatniego dnia festiwalu nie był czymś, na co szczególnie czekałem podczas tegorocznego Offa. Zamiast na siłę przekonywać się do twórczości Grizzly Bear uznałem, że dam szansę Or:li i nie żałuję ani sekundy, którą spędziłem pod sceną Trójki. Wspomniana producentka przez niemal półtorej godziny serwowała publiczności bardzo dobry set poruszający się między typowym techno i rasowym house’em, nie zwalniając ani trochę tempa, dzięki czemu większość osób zgromadzonych wokół trójkowego namiotu nie mogła się powstrzymać od tańca. Sam do tej grupy się zaliczam i jestem zdania, że spośród wszystkich elektronicznych występów tej edycji, Or:la zaprezentowała się najlepiej. (Marcin Małecki)

OFF Festival 2018 - OFF Festival 2018: niedziela, 5 sierpnia 4

(Grizzly Bear, fot. Karolina Wojciechowska)

Grizzly Bear

Chyba nie było lepszego kandydata na ostatni koncert dla zmęczonego festiwalowymi trudami słuchacza. Jest to bowiem muzyka, która z jednej strony idealnie akompaniuje beztroskiemu chillowaniu leżąc na trawce, a jednocześnie posiada niekłamaną piosenkową elegancję i urok. Część koncertu, którą spędziłem już w pozycji stojącej ukazała zupełnie inne oblicze tej zdawałoby się lekkiej muzyki. Nowojorczycy bowiem wyciskali z siebie na scenie siódme poty, wkładając w swój pierwszy koncert w Polsce całe serducha. Przy tym, prezentowali się jak MONOLIT, ujawniając zgranie o jakim wiele składów mogłoby tylko pomarzyć. Cudownie zharmonizowane partie wokalne jeżyły włos na głowie swoim konstrukcyjnym kunsztem, zaś przesterowany bas i gitarowa ekwilibrystyka przyprawiały o przyspieszone bicie serca. Wszystko to razem złożyło się zaś na pełen wdzięku i elegancji, godny swojej marki występ. (Patryk Weiss)

Jacques Greene

Moje wygórowane oczekiwania, które urosły po Jonie Hopkinsie widzianym w piątek, ponownie nie zostały spełnione. Jacques Greene zaprezentował nieskomplikowany set, w którym próżno było szukać tego, co najlepsze w jego dorobku. Oczywiście, szło się do tego pobujać i potupać nóżką, zresztą ludzie pod sceną Leśną raczej dobrze się bawili, jednak w porównaniu z występującą parę chwil wcześniej Or:lą występ Kanadyjczyka był nazbyt homogeniczny. Odniosłem bowiem wrażenie, że Greene postawił na najmniej kontrowersyjne z rozwiązań w postaci nadmiernej przystępności swojego setu, przez co wypadł on raczej miałko. Jako jeden z tanecznych momentów festiwalu było przyzwoicie, jako zamknięcie tej edycji - raczej nudnawo. Wielka szkoda, że artysta zmarnował swoją szansę: przy tym slocie godzinowym można było w znacznie lepszy sposób rozruszać wszystkich, którzy jeszcze zostali w Dolinie Trzech Stawów. (Marcin Małecki)

Screenagers.pl (14 sierpnia 2018)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także