OFF Festival 2018

OFF Festival 2018: sobota, 4 sierpnia

Sorja Morja

To był już trzeci koncert grupy z tym materiałem, jaki miałem okazję widzieć, lecz pierwszy w warunkach letnio-festiwalowych. Na szczęście zespół zasilony żeńską frakcją Enchanted Hunters bardzo dobrze sobie poradził podczas występu o wczesnej godzinie i mimo kameralnego charakteru kompozycji z debiutanckiego albumu, Sorji Morji udało się swoją nieoczywistą charyzmą skutecznie przejąć trójkowy namiot, czego efektem było bardzo ładne otwarcie najsilniejszego dnia festiwalu. Pojawił się oczywiście cover Zdechłego Osy, był też nowy utwór o tchórzach, pod sceną stali najwięksi fani, a dwie grafiki Bolesława Chromrego, które służyły za wizualizacje, nadawały dodatkowego dziwnego smaczku. Trzeba również pochwalić nagłośnienie: z tym na scenie Trójki bywa naprawdę różnie, a podczas występu Sorji wszystko brzmiało tak, jak brzmieć powinno. (Marcin Małecki)

Lonker See

Z koncertem Lonker See był jeden problem - warunki. Na statku kosmicznym lub w świątyni jakiejś sekty niezwykle przemyślana muza Gdynian brzmiałaby fenomenalnie, natomiast w temperaturze 30 stopni Celsjusza, na sporej (i wtedy jeszcze pustawej) scenie Miasta Muzyki, prezentowała się tylko bardzo dobrze. Wyłączając jednak wydumane wyobrażenia na temat idealnego środowiska, w którym ten gig mógł się odbyć, bawić się można było na Lonker See świetnie. Oprócz jakościowego materiału zagranego na żywo (jeśli nie mieliście okazji go usłyszeć, tegoroczna płyta grupy “One Eye Sees Red”, odpalona na wysokim poziomie głośności, powinna być dobrym substytutem), dużo frajdy sprawiała także obserwacja dyskretnie kontaktujących się ze sobą członków zespołu, których kooperacja poskutkowała uzyskaniem dźwięku jeszcze potężniejszego niż na studyjnym pierwowzorze. Na osobną pochwałę zasługuje również to, jak muzykom udało się utrzymać odpowiedni rytm koncertu - zaczynając i kończąc najciekawszymi progresjami. (Paweł Ćwikliński)

Legendarny Afrojax

Zacznę od tego, że dokonania Legendarnego Afrojaxa nie smagały mych bębenków zbyt często. Kolega Weiss zwykł przekonywać mnie do dzieł tegoż twórcy ale nadal, że tak powiem, do pierwszego rzędu dzieci bym nie puścił, jakby grał na Narodowym. Rozumiem, że mamy tu do czynienia z "gorzką prawdą" ukrytą za kawałkami o fekaliach i małych penisach, a pośrednim celem jest w jakimś stopniu czerpanie radości z patrzenia na oburzone lica ludzi „nie czających bazy”, niemniej choć zarówno tekstowo, jak i muzycznie dzieje się tam sporo dobrego, to jednak skrajna obrazoburczość wydaje mi się mało atrakcyjną formą sztuki. Odnosząc się jednak do samego koncertu, to był on naprawdę dobry! Michał Hoffmann zaserwował nam wszystkie swoje największe szlagiery w wykonaniu pełnoprawnego zespołu, a wstęp w stroju małpy, zlizywanie Cisowianki ze sceny w ramach "żalu za grzechy" czy też wizualizacje z koprofagią w tle czyniły to show zapamiętywalnym. Faktycznie udzielała się pewna grzeszna radość, kiedy patrzyłem chociażby na ochroniarza w podeszłym wieku pod sceną tkwiącego pomiędzy silnie powstrzymywanym rozbawieniem, ciekawością i niesmakiem. Obcowanie z mieszanymi uczuciami jest przyjemne, więc cieszę się, że miałem okazję zobaczyć ten występ, a chęć doświadczenia jeszcze wyższego „poziomu deprawacji” w bardziej kameralnej atmosferze kusi, by zobaczyć naszego wesołego (de)moralizatora ponownie.(Jakub Nowosielski)

Rolling Blackouts Coastal Fever

To był jeden z najbardziej bezpretensjonalnych występów soboty: nad główną sceną latały samoloty, zespół grał słoneczne melodyjki, a publika kiwała sobie głowami do rytmu. Jasne, takich gitarowych zespołów w historii muzyki mieliśmy już dziesiątki, jeśli nie setki, ale nie wszystkie festiwalowe występy muszą zmieniać muzyczny krajobraz: czasem dobrze jest posłuchać przyjemnej muzyczki tworzonej przez kolesi bez kija w dupie. Jeśli chodzi o sensowne wykorzystanie slotu o 17:40 i zagranie koncertu, który będzie stanowił dawkę dobrych kawałków, a jednocześnie idealnie sprawdzi się jako ścieżka dźwiękowa pod piwko, to Rollercoaster Coś-tam-never poradzili sobie znakomicie - ja byłem ukontentowany. (Marcin Małecki)

Derya Yıldırım & Grup Şimşek

Offowa publiczność ma niezwykłą słabość do bliskowschodnich brzmień, co udowodniły poprzednie edycje. W tym roku w kategorii brzmień niezachodnich dostaliśmy jednak nie za wiele. Derya ze swoim zespołem stanowiła więc gratkę dla fanów innych brzmień. Można jednak powiedzieć, że muzyka kolektywu brzmiała odrobinę jak gdyby członkowie 13th Floor Elevators wychowali się na przedmieściach Stambułu, a gdy weźmiemy pod uwagę, że duża część członków zespołu pochodzi ze kontynentu europejskiego, to spostrzeżenie wydaje się nie być wcale daleko od prawdy. Swoista mieszanka tradycyjnego folkowego brzmienia z estetyką psychodelicznego rocka z pewnością mogła jednak oczarować publiczność. Usłyszeliśmy bowiem piękne wokalizy bezbłędnie frazowane przez Deryę, wpisane w estetykę po prostu fajnego, luzackiego psych-popu. Niektóre utwory być może zbyt długo pastwiły się nad konkretnymi hookami, ale były to wystarczająco zgrabne motywy, że nie szkodziło się im przysłuchiwać w kółko i z powrotem. (Patryk Weiss)

Unsane

W sobotę na Scenie Leśnej Legendarny AFROJACEK został zmieniony przez trio niemniej legendarne i niemniej brutalne, choć na jakże odmienne sposoby. Agresywny post-hardcore permanentnie podkurwionych nowojorczyków rozpętał pod sceną regularne pogo i jakoś wcale mnie to nie dziwi. Potężna jest energia tych soczystych riffów w połączeniu ze spiętym darciem mordy wywołującym pękające żyłki na czole. Prosta matematyka struktur, a chwilami i zagrywki pod Panterę z najbardziej vulgarnego okresu. Perkusista w antytrumpowskim t-shircie skandujący swoje bity z wprawą Tomasza Zeliszewskiego też nie brał jeńców, jak to lubią zaznaczać metalowe periodyki. Z uwagi na nieskomplikowane konstrukcje, taki układ potrafi jednak być w większej dawce dosyć męczący. Nie żałowałem więc jakoś ogromnie, gdy pod koniec gigu deszczyk wygnał mnie pod znajdujący się nieopodal namiot Trójki w oczekiwaniu na przeciwne zgoła doznania. (Jędrzej Szymanowski)

Moses Sumney

Koncert Sumneya z pewnością zostanie na długo w pamięci jego uczestników. Nie chodzi tylko o fakt, że na scenie mogliśmy zobaczyć jednego z największych wrażliwców współczesnej sceny pop, który nawet z najbardziej gruboskórnych, z kamieniem zamiast serca, typów, wyciśnie odrobinę Artura Rojka z „Rozmyślań Przy Śniadaniu”. Pod względem wykonawczym był to występ bliski ideału. Choć mogłoby się wydawać, że ten „chłop jak dąb” powinien dysponować wrażliwością level: drwal, to ilość odcieni emocji, jakie potrafił zbudować zniuansowaną pracą wokalu, powściągliwą konferansjerką czy zaangażowaniem publiczności w wykonanie jednego z utworów, zamieniła na moment namiot trójki w miejsce niezwykle urokliwe. Na dodatek, owego czaru dodawał padający w trakcie koncertu deszcz. Przez tę niespełna godzinę, można było pomyśleć, że nie ma nic bardziej męskiego niż miękkie serduszko. (Patryk Weiss)

...And You Will Know Us by the Trail of Dead grają „Source Tags & Codes”

Podobno było fatalnie. Podobno, bo gdy opuszczałem teren Sceny Leśnej wymęczony ciągłym moshowaniem, z oczami napływającymi potem i z butami upapranymi przez brudne podeszwy innych słuchaczy, pomyślałem: “Fajowsko było!”. I pomimo tego, że rozumiem zawód większości osób, które widziały Conrada Keely i spółkę na żywo, będę tego wykonania “Source Tags & Codes” bronił. Spodziewałem się chałupniczego występu, takiego, w którym wiele rzeczy nie gra, i koncert ...And You Will… takim się okazał. Dźwięki produkowane przez zespół często mijały się z tym, co znamy z albumu, muzycy łoili wódę co kilka kawałków, całość przypominała raczej próbę, niż starania o uzyskanie dokładnie tej samej atmosfery, co na wydanym szesnaście lat temu longpleju. Trochę tak, jakby Teksańczycy mieli głęboko w dupie, czy sposób ich grania będzie się ludziom podobać czy nie, i skupili się na tym, by wyrzucić z siebie głęboko skrywaną agresję. Czyż nie o taką postawę właśnie chodziło w trakcie nagrywania “Source Tags & Codes”? Szanuję i nie ukrywam, że gdybym miał okazję grać tę płytę przed dowolną widownią, postąpiłbym dokładnie w taki sam (no, tylko może bez przesadnego jajcowania, bo zespołowi zdarzało się w tej kategorii czasami przegiąć strunę) sposób. (Paweł Ćwikliński)

Występ teksańczyków, tak jak wspomina Paweł, daje podstawy to bardzo ambiwalentnych odczuć. Z jednej strony bowiem, jeden z twoich ulubionych zespołów wykonuje płytę, którą wybudzony w środku nocy potrafisz wynucić od fortepianowej inwokacji, aż po ostatni na trackliście kawałek tytułowy. I sam fakt usłyszenia, zaśpiewania, poskakania do niego na żywo jest na tyle przytłaczającym doznaniem, że pazur krytycyzmu nie tyle zostaje przytępiony, co zwyczajnie znika. Mimo to, spróbuję dokonać generalnej próby. Na scenie zobaczyliśmy paczkę wyluzowanych kumpli, popijających sobie wódeczkę, prawdopodobnie nie mających do końca świadomości o tym, jak nabożny stosunek część publiczności ma do ich twórczości. Co oczywiście, samo w sobie nie jest niczym złym. Mamy festiwal, LUZIK. Ale to co zaprezentowali, gdyby nie jakość samego materiału i fakt, że moja pamięć sama odtwarzała sobie niezagrane w ogóle bądź źle zagrane dźwięki, pod względem czysto technicznego wykonu, było zwyczajnie kiepskie. Gitarzyście kilkukrotnie odpinał się pasek od gitary, co skutkowało chwilowym zgrzytem w strukturze utworu. Poza paskiem, równie duże problemy sprawiało mu odegranie melodii (jakby palce odmawiały posłuszeństwa), które pomimo swej szlachetności nie są raczej gitarową wirtuozerią. Pod względem brzmieniowym występ również był daleki od przyjemnego. Momentami gałka z napisem „przester” była rozkręcona zbyt dalece, przez co z melodii powstawał kakofoniczny szum. Innym razem, gitary były zwyczajnie za cicho w stosunku do perkusji, czego owocem był kompletny brak melodii. Jednak gwoździem do trumny była prezentacja utworu otwierającego nowy album grupy: tworu na tyle kuriozalnego, że przekracza on granicę językowych form opisu. Serce pękło z rozczarowania podczas tej edycji OFFa po raz pierwszy. I na szczęście ostatni. (Patryk Weiss)

Bo Ningen

Japończycy stanęli na Scenie Leśnej przed nie lada wyzwaniem, bowiem musieli wypełnić lukę po odwołaniu trasy koncertowej przez Johna Mausa z powodu tragicznej śmierci brata. Przyznam, że o ich zastępstwie dowiedziałem się dopiero w drodze na festiwal, ale mając w pamięci ich żywiołowy występ w Katowicach sprzed czterech lat, nie miałem żadnych wątpliwości, że wyjdą z tego zadania obronną ręką. Jak pisał wtedy w naszej festiwalowej relacji Miłosz Cirocki „są zespoły albumowe i zespoły koncertowe (...) ich [Bo Ningen] żywe wcielenie jest zwyczajnie jebnięte”. Nie inaczej było tym razem – japońskie trio zagrało, do spółki z Sierścią, najlepszy gitarowy gig festiwalu. Oba zespoły stanowią dwie strony tej samej monety – tam, gdzie Sierść wybuchała niczym wulkan energii i ogłuszała ścianą dźwięku, Bo Ningen osiągali podobne efekty za pomocą odrobinę teatralnej ekspresji i technicznej wirtuozerii. Trzeba też zauważyć, że na tegorocznym Offie delegacja japońska odwaliła kawał dobrej roboty. (Krzysztof Krześnicki)

Wednesday Campanella

Istniały obawy, że wokalistka KOM_I, która pojawiła się w Katowicach bez wsparcia pozostałych członków zespołu może dać koncert raczej skromny. Jednak nic bardziej mylnego. Widowisko, jakie udało się jej w pojedynkę stworzyć przeszło najśmielsze oczekiwania. Już od pierwszych dźwięków tego bezpretensjonalnie energetycznego melanżu j-popu z EDMem i tropikalnym housem, publiczność wpadła w sidła jej uroku i wesoło podrygując pozostała pod jego wpływem aż do samego końca koncertu. KOM_I zaś – wręcz dosłownie – dwoiła się i troiła, co rusz pojawiając się a to na scenie, a to wśród publiki, by znów w magiczny sposób ewaporować. Magię można było poczuć również w momencie, gdy w publice wylądowały wielkie, szare balony, przypominające jakąś niezidentyfikowaną materię rodem z Lemowskich powieści, pożerającą na chwilę publiczność, która się pod nią znalazła. Niczego tak zjawiskowego na OFFowych scenach jeszcze nie uświadczyłem, wgapiając się w to spektakularne show z dziecięcą ciekawością i fascynacją - jednocześnie nie przestając hipnotycznie podrygiwać w rytm dynamicznej muzyki Japończyków. (Patryk Weiss)

Całe szczęście, że Patryk napisał o koncercie Wednesday Campanella pierwszy, bo mnie pewnie byłoby stać te kilka dni temu tylko na jakiś mało zrozumiały fanbojski bełkot. Do tej pory zresztą się nie otrząsnąłem, tak pyszna to była impreza, więc może lepiej nie będę próbować dopisywać niczego do powyższego opisu, a grzecznie przytaknę. I napomknę tylko, że życzę każdemu z was, byście mieli okazję do zobaczenia “Uranium-chan” w wersji live. Potęga nad potęgami. (Paweł Ćwikliński)

DJ Paypal & DJ Taye

Chciałoby się rzec, że występ młodego duetu reprezentującego Teklife na Scenie Trójki był absolutnym przeciwieństwem koncertu, który odbywał się w tym samym czasie na scenie głównej. To prawda, ale kiedy akurat opuszczałem Scenę Miasta Muzyki, Charlotte zagrała taneczne „Sylvia Says”, a to, co usłyszałem w namiocie po drugiej stronie festiwalowego miasteczka, nie było znowu tak radykalne (żadnej afrykańskiej polirytmii czy nagłych zwrotów akcji), jak się spodziewałem. Po prostu swobodnie przełączyłem się na inny rodzaj tańca: set dwójki DJ-ów z Berlina i Chicago okazał się tak obłędny, że ciężko było przestać przeskakiwać z nogi na nogę aż do zakończenia gigu. Paypal i Taye zwyczajnie wyszli z footworkiem do ludzi, częstując ich ciepłymi samplami i podkręconym tempem, miejscami przerywanym nawijką Taye i oczywiście charakterystycznym tańcem. Świetny klimat, elektryzujące brzmienia. Jak dla mnie – jeden z najlepszych występów tego dnia. (Rafał Krause)

Polska zdecydowanie footworkiem jeszcze nie stoi, więc secik Chicagowskich dj-ów był wydarzeniem przeze mnie pożądanym - i w zasadzie dostaliśmy dokładnie to, czego można było oczekiwać. Sam raczej sceptycznie podchodziłem do tego gatunku, bo mam wrażenie, że wielu twórców trochę za dużo próbuje tutaj wydziwiać, tracąc clue całego wątku. Niemniej to wydarzenie z pewnością pozytywniej nastawiło mnie do zjawiska. 160BPM przeplatane hip-hopowymi zwolnieniami pozostawały w dobrej relacji, dzięki czemu set ten utrzymywał ZALEDWIE mega dynamiczne, a nie zabójcze tempo. Zaś cięte sample ze względnie nieoczywistych utworów typu "Again & Again" The Bird and The Bee pozwalały muzycznym autystom doszukiwać się nieoczywistych odniesień, co jest ważne. Chyba. W każdym razie po występie tylko żałowałem, że tak rasowych imprez nie uświadczę zbyt często. (Jakub Nowosielski)

Screenagers.pl (14 sierpnia 2018)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także