OFF Festival 2016

OFF Festival 2016: sobota, 6 sierpnia

JAAA!

Jak na zespół ulepiony z członków Napszykłat, Contemporary Noise Quintet i Daktari – czym nie omieszkano się pochwalić w festiwalowej notce promocyjnej – to niewiele się wydarzyło na scenie. Uprzedzam pytanie: oczywiście, że spodziewałem się improwizacji. Staje się więc jasne: był to mój pierwszy kontakt z zespołem i słowo daję, w trakcie koncertu sprawdzałem specjalnie w festiwalowej „książeczce”, czy nie wylądowałem przypadkiem na Rysach. Bo jednak, nie ukrywajmy, elektronika utrzymana w popowej lekkości, w tym hi-fi rozmarzonym wydaniu, bardzo często podobna jest do wszystkiego i jednocześnie do niczego szczególnego, takie też miałem wrażenie, gdy słuchałem utworów JAAA!, które – z drugiej strony – wcale nie były aż tak proste i lekkie. Zabrakło jednak czegoś odrębnego. Snujący się męski wokal i sieć syntezatorowych stacatt to najwyraźniej zbyt mało. (Michał Pudło)

Goat

Czy pamiętacie może zespół Nisennenmondai? Ja również. Połączenie kraut i techno z improwizacją na instrumentach sprawdza się doskonale w praktyce, a dodatkowo – najwyraźniej taką stylistykę umiłowały sobie w ostatnich latach eksperymentujące zespoły z Japonii, czego idealnym przykładem w trakcie tegorocznej edycji OFF-a okazał się Goat (nie mylić ze szwedzkim Goat).

Nie pamiętam równie precyzyjnego, matematycznego i logicznego występu, który jednocześnie wzbudzałby tak silne emocje. Niby porządek, a jednak rozpierdol nieco, choć na samej scenie nie działo się dosłownie nic. Kwartet młodych chłopaków w białych t-shirtach, wszyscy usadowieni na swych krzesłach, na stanowiskach pracy, statycznie, monochromatycznie. Równie dobrze mogliśmy obserwować woskowe figury (nieznacznie poruszające się, machające rękami). Kilka szczegółów – jak butelka coca-coli wetknięta w saksofon – nie robiło tu różnicy. Równie spokojnie, miarowo rozpoczynały się kawałki. I wtedy zaczynała się prawdziwa matematyka, bo krzywą pobudzenia emocjonalnego słuchacza można by precyzyjnie wyliczyć z jakiegoś wzoru na przyśpieszenie stałe. Najlepsze efekty robiły akcenty, jak pojedyncze piski saksofonu (stalowe zgrzyty) czy basista, generujący flażolety a’la Jaco Pastorius – prawdę mówiąc to były jedyne „zdarzenia” w tej muzyce. Nie było opcji na solówki, popisy, groove (jak czasem w utworach Nisennenmondai); członkowie Goat wspólnymi siłami budują na scenie osobny byt, maszynę termo-dynamo-rytmiczną, która przejmuje kontrolę nad ciałami słuchaczy… Ha, by posłużyć się tak kiczowatym, a jednak sympatycznym i ciepłym przecież porównaniem. (Michał Pudło)

Fidlar

Nie zdążyłem się wprawdzie załapać na wczesnopiątkowy występ porównywanych do Beastie Boys wariatów z Show My The Body, tymczasem to inne młodzieniaszki, zgodnie z przewidywaniami oficjalnego fanpejdża OFF Festivalu, rozpoczęły swój gig od odegrania coveru „Sabotage”. Ten gest, na tyle zuchwały, co bezpretensjonalny, na starcie powiedział nam na temat Fidlar praktycznie wszystko. Te szczuny ledwo co wyszły z garażu, mentalnie chyba nawet jeszcze w nim pozostając. Zdecydowanie świetnie się bawią grzejąc tego swojego gówniarskiego skate punka, a jeśli ta zabawa udzieli się i paru osobom pod sceną, to czemu by nie spróbować? Może i sam zapomniałem o tym koncercie zaraz po jego zakończeniu, ale hej – życzę im jak najlepiej. Spełnienia kariery na soundtracku do kolejnego „Tonego Hołka”, chłopaki. (Jędrzej Szymanowski)

OFF Festival 2016 - OFF Festival 2016: sobota, 6 sierpnia 1

(TaxiWars, fot. Karolina Wojciechowska)

TaxiWars

TaxiWars to jazz rockowa grupa założona przez wokalistę dEUS Toma Barmana i saksofonistę Robina Verheyena. Na żywo brzmi odrobinę jak Morphine – w obu tych zespołach bowiem saksofon przejmuje rolę gitary prowadzącej, rozjaśniając matowe brzmienie sekcji rytmicznej i kierując w utworach melodią. TaxiWars starają się połączyć tę rockową formułę z żywiołowością i nieprzewidywalnością jazzowej improwizacji. W Katowicach wyszło im to całkiem nieźle: zachrypnięty wokal Barmana pozostawał bliższy mowie niż śpiewowi, stanowiąc przeciwwagę dla partii Verheyena. Poza tym każdy z instrumentalistów miał podczas występu okazję, by wykazać się swoimi umiejętnościami w krótkim fragmencie wykonanym solo. Te improwizowane popisy wyszły TaxiWars całkiem na luzie, dzięki czemu złapali kontakt z publicznością. Rzecz jasna fajniej byłoby usłyszeć ich wieczorem w niewielkim klubie niż za dnia w namiocie Trójki, jednak i tak udało im się stworzyć odpowiedni nastrój. (Ania Szudek)

Islam Chipsy

Egipskie trio okazało się jedną z rewelacji OFF-a, nie tylko dając niesamowicie energetyczny koncert, ale też ratując cały festiwal grając po raz drugi (w zastępstwie Wiley’a, który miał zastąpić GZA). Mimo dającej się wyczuć na początku lekkiej konsternacji publiczności, ostatecznie dała się ona porwać elektronicznej wersji egipskiej muzyki chaabi. Zresztą, można było w ciemno stawiać, że zestaw keyboard plus dwie perkusje świetnie wypadnie na żywo. Mimo ciepłego przyjęcia, słyszałem też głosy krytyczne w stosunku do występu Islam Chipsy. Podobnie jak w przypadku Omara Souleymana, pojawiają się zarzuty o prostactwo oraz schlebianie gustom zachodniej publiczności. Temu pierwszemu przeczą wirtuozerskie umiejętności lidera zespołu, jak i perkusistów, a także skomplikowane struktury utworów. Zazwyczaj nie przepadam za epickimi build-upami, ale jeśli pojawiają się w takim tempie i bez najmniejszego zauważalnego potknięcia, to jestem kupiony. Trudno przejść obojętnie nad zarzutem o brak autentyczności – za Islam Chipsy nie stoi gigantyczny label, a muzycy wybili się dzięki własnym umiejętnościom i temu, że ktoś w końcu zarejestrował ich sceniczne popisy i wypuścił do sieci. Pomijając fakt, że nie jesteśmy w ogóle predestynowani do oceniania czy muzyka egipska jest wystarczająco egipska. Trzeba też wspomnieć o czystym brzmieniu tria, któremu bliżej jest do debiutanckiego albumu „Kahraba”, niż do wydanej wcześniej pełnej przesteru koncertówki. Można żałować tylko, że koncerty odbywały się na otwartej przestrzeni, bowiem pod namiotem wrażenia mogłyby być spotęgowane. (Krzysztof Krześnicki)

Nie ufałbym oskarżeniom wymierzonym w Chipsy’ego i jego zespół, jakoby ci muzycy mieli stanowić egzotyczną atrakcję sformatowaną na potrzeby zachodniego odbiorcy. Jako przedstawiciele ruchu Electro Chaabi – inicjatywy powstałej na fali rewolucji w Kairze – Islam Chipsy i EEK to trio, które od początku tkwiło na uboczu egipskiego mainstreamu. Bazowali (owszem) na tradycyjnej muzyce swojego regionu (co jest także oczywiste choćby z tego względu, że nawet keyboard Chipsy’ego, z racji kraju pochodzenia, był dostosowany do wyższej skali), ale rozwijali ją jednocześnie do formy eksperymentalnej, która nam przywodzi na myśl 8-bitową elektronikę. Przeczuwałem, że to może być naprawdę mocny gig, ale nie sądziłem, że aż tak – hipnotyzujące perkusyjne kaskady w połączeniu z ciosami (tak, to były ciosy) w klawisze zapewniły uczestnikom zabawę na miarę rave’owej wiksy i przy okazji przypomniały, że repetycje (przynajmniej z perspektywy XX-wiecznych przemian w muzyce) to kulturowe dziedzictwo szeroko pojętego Wschodu i Afryki. Zarówno występ Islam Chipsy, jak i show Ata Kak świadczą o tym, że to właśnie „niezach” (termin ukuty przez Bartka Chacińskiego) jest przyszłością takich festiwali jak OFF, nie tylko w charakterze ciekawej odskoczni od kolejnego nic niewnoszącego gitarowego grania zespołów pokroju Fidlar, ale i pełnoprawnego uczestnika całej zabawy. Tylko powtórkę występu tej trójki przyjąłem ze sceptycyzmem. W końcu pewnych wyjątkowych rzeczy – podobnie jak żartów – nie powinno się powtarzać w tak krótkim odstępie czasu. (Rafał Krause)

OFF Festival 2016 - OFF Festival 2016: sobota, 6 sierpnia 2

(Lush, fot. Karolina Wojciechowska)

Lush

Z perspektywy przeciętnego offowicza to był najmniej spektakularny i najmniej istotny z wszystkich dotychczasowych shoegaze’owych powrotów. Być może właśnie dlatego występ brytyjskiej grupy wyznaczono na godzinę, która dla Slowdive czy też Ride byłaby wręcz obraźliwie wczesna. Na szczęście grupa pod przewodnictwem Miki Berenyi, nie zważając na te okoliczności, zagrała bardzo solidny koncert. Nie było w nim miejsca na zbędną konferansjerkę – Miki wspomniała o tym, że przeprasza za Brexit oraz że nie zna polskiego (poza jednym niecenzuralnym wyrazem) – za to złożyły się na niego kawałki pochodzące zarówno z początków działalności zespołu („Sweetness and Light”), jak i z ostatniej EP-ki („Out of Control”). Wprawdzie nie był to tak spektakularny występ, jak ten w wykonaniu MBV trzy lata temu, ani równie zapadający w pamięć jak Slowdive, ale i tak pierwszy koncert Lush na polskiej ziemi można uznać za udany. (Marcin Małecki)

Ata Kak

Historia Ata Kak brzmi niczym gotowy scenariusz na film, który zdobywa główną nagrodę na festiwalu Sundance. Jej radosny finał rozgrywał się podczas wielu koncertów europejskiego tournée artysty. Nikomu nieznany obieżyświat i muzyczny samouk z Ghany nagrał ponad 20 lat temu album, którego brzmienia nie da się jednoznacznie zaklasyfikować, mimo usilnych starań wielu krytyków. Doceniony po latach muzyk doczekał się uwagi na jaką zasłużył, z małą pomocą ze strony Briana Shimkovitza z Awesome Tapes From Africa.

Wiem, brzmi to niczym laurka na benefis zapomnianego artysty, lecz myślę, że każdy kto był wtedy w namiocie Sceny Eksperymentalnej może przyznać, że Ata Kak nie zdobył publiczności za „zasługi”, tylko swoją witalnością, naturalnym luzem i radosnym usposobieniem, którym wprost zarażał. Po cichu liczyłem, że koncert Ata Kak okaże się strzałem w dziesiątkę, jednak przyjęcie zgotowane w Katowicach przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Yaw Atta-Owusu okazał się przy tym świetnym wodzirejem i raperem, a podkłady będące niecodziennym połączeniem house’u, electro, hip-hopu i afrykańskiego highlife’u były idealne do stworzenia radosnej potańcówki. Wybaczcie znowu podniosły ton, ale serio była to dla mnie jedna z rzadkich chwil muzycznego spełnienia. (Krzysztof Krześnicki)

Warto także wspomnieć o roli zespołu, który profesjonalnie wspierał Yawa Atta-Owusu. Płyta „Obaa Sima”, choć bardzo dynamiczna i chwytliwa, swój urok zawdzięcza także jakości nagrania (brzmi jak obskurne lo-fi). Miałem pewne obawy co do tego występu, które zostały błyskawicznie rozwiane, gdy tylko przekroczyłem progi namiotu. Niesamowity vibe, jaki zespół nadał kompozycjom Ata Kak, nosił publiką niemiłosiernie. Z kolei sam zainteresowany – wyraźnie ukontentowany atmosferą – odgrywał rolę wesołego konferansjera i wyluzowanego wokalisty jednocześnie. Bawiłem się chyba nawet lepiej niż na Islam Chipsy. (Rafał Krause)

„Najlepsza wiksa OFF Festival 2016” (it’s official) rozkręciła się w mgnieniu oka. Ledwo skończyła się pierwsza kompozycja, „Obaa Sima”, wszyscy wokół tańczyli. Wystarczyło tylko oswoić się z dziwnymi, lekko przaśnymi rapsami, ogromnym entuzjazmem zespołu i miłą w gruncie rzeczy, czysto rozrywkową muzyczką. A potem? Działo się wszystko. Skandowanie tekstów w nigero-kongijskim języku twi? Checked. Parkiet falujący jak wściekły Bałtyk? Checked. Zaraźliwa wrzawa? Checked. Domaganie się bisów o niespotykanym poziomie (życzliwej) agresji? Checked. Ujmujący call & response „Ata?” – „KAK”? Checked. Zupełnie nie przeszkadzał brak znajomości świetnej historii tego wykonawcy, ani też nieznajomość oryginalnej kasety z ’94 roku, wznowionej na szczęście przez nieocenione ATFA. W tym koncercie chodziło o autentyczną radość wykonawców, bezpretensjonalność i całkowity luz – ale nie taki wymuszony, gdy wciąż z tyłu głowy myśli się o tym, by nie potknąć się o kabel, nie sknocić epickiej solówki, a przy okazji zebrać dobre recenzje w renomowanej prasie muzycznej. Atta-Owusu jest ponad tym. Gość przeżywa najgenialniejsze momenty swojego życia, a my cieszymy się jego szczęściem. Ale nawet pomijając powyższe, można było autentycznie docenić cały soundsystem i same kompozycje. Bogate rytmicznie, dopracowane i pełne kapitalnych momentów, jak choćby unikalny i zapadający w pamięć refren „Daa Nyinaa” czy podział wersów na głosy w „Yemmpa Aba”. Było pięknie, było pięknie. (Michał Pudło)

OFF Festival 2016 - OFF Festival 2016: sobota, 6 sierpnia 3

(Jaga Jazzist, fot. Karolina Wojciechowska)

Jaga Jazzist

Wnioskując po relacjach oczywiście poniekąd żałuję, że nie byłem na Ata Kak, ale podkreślam, że wybór grających w tym samym czasie Norwegów był po mojej stronie w pełni świadomy. Inna sprawa, że to już ich piąty występ w naszym kraju, a więc też zapewne nie ostatni. Trudno jednak oceniać to przeoczenie w skali ludzie, którzy w 2010 poszli na Kucz/Kulka zamiast na Flaming Lips, bo Jaga Jazzist dali po prostu znakomity koncert. Zgrabnie jak nikt pokazali „od kuchni” maksymalizację form. Śledzenie, jak współczesny minimalizm stopniowo przekształca się w szczytową postać rozbuchanego soundtracku do wyimaginowanych helikopterkowych pościgów, potrafi bowiem dostarczyć naprawdę sporo frajdy. Nawet jeśli za cały ten kram odpowiadają chłodni skandynawscy „dżobowicze”. Tak, Jaga to muzycy pełną gębą. Weźmy fakt, że perkusista jest jedynym członkiem grupy obsługującym na żywo wyłącznie jeden instrument. Przeciwległy rekord dzierży lokalizowana na tyłach sceny para od dętych, chórków i perkusjonalii, zmieniająca sprzęt średnio co dwa takty, bez żadnego patrzenia w partyturę. Może zatem nie byłem na najlepszym koncercie Offa z kategorii klaskanie i skakanie, ale nie narzekam. W zamian dostałem ten najlepszy z kategorii oglądanie i analizowanie. (Jędrzej Szymanowski)

Orlando Julius & The Heliocentrics

He, he, Heliocentrics. Wraz z ojcem chrzestnym afrobeatu na scenie, czyli granie albumu „Jaiyede Afro” na żywo. Dokładnie tak było: zespół zaproponował materiał nagrany z Orlando Juliusem, a więc najbardziej „afrykański”, beatowy i konserwatywny w całym ich katalogu – na ile potrafię stwierdzić. Miałem z początku nieśmiałe nadzieje – płonne, o czym za chwilę – że być może Heliocentrics pokuszą się o jakieś torpedowanie występu, czyli na przykład wmieszają elementy psychodeliczne, trudniejsze, bardziej, no jakby, zaskakujące, czyli stylistykę z „13 Degrees Of Reality” czy ze współpracy z Melvinem Van Peeblesem, Lloydem Millerem. Że nie usłyszymy jedynie reanimacji afrobeatu, a sytuacja live postawi Juliusa przed trudnym zadaniem wysunięcia się na moment z bezpiecznej kieszonki własnej legendy.

Niestety (dla mnie), koncert okazał się modelowo afrobeatowy. Była radość, taniec, entuzjazm i cała masa dętych riffów. Więc przyjemnie, wrzawa publiki sugerowała udany występ. Aczkolwiek nie wiem, jak wy, ale ja sukcesywnie traciłem zainteresowanie. Nie do końca uświadamiam sobie tego przyczynę. Być może straciłem odporność na klisze afrobeatu, może nuży mnie podobieństwo tych wszystkich kompozycji? Nie zamierzam jednak nikomu psuć miłych wspomnień, skoro było zgodnie z oczekiwaniami, a spocony koleś w kaszkiecie, stojący w tłumie przede mną, o mało nie znokautował mnie łokciem, należącym do jego ręki, którą wywijał *jak zwariowany* w rytm wesołych brzmień. Fajnie. Ale do poziomu Ata Kak ta oto konkretna afro-wiksa nie dosięgała. (Michał Pudło)

OFF Festival 2016 - OFF Festival 2016: sobota, 6 sierpnia 4

(Mgła, fot. Karolina Wojciechowska)

Mgła

Czekałam na ten koncert i się nie zawiodłam, choć Mgła na żywo brzmi całkiem inaczej niż w studiu. Przy czym muszę dodać, że jeden z najbardziej znanych obecnie na świecie polskich składów black metalowych poznałam dopiero po ukazaniu się „Exercises In Futility”. Już od pierwszego odtworzenia byłam jednak pod wrażeniem brzmienia tej płyty: przejrzystego i melodyjnego, z wybrzmiewającym z pełną mocą wokalem Mikołaja Żentary, którego głos ani na chwilę nie skrywa się za ścianą dźwięku.

Na żywo muzyka Mgły nie wydała mi się aż tak wyrazista. Gitary – zwłaszcza na początku – grały zbyt cicho w porównaniu z sekcją rytmiczną (na co publiczność zresztą dość wcześnie zwróciła uwagę). W rezultacie nad melodyjnością górę wzięło brzmienie surowe, co stało się jednak z korzyścią dla panującej nad ranem w namiocie atmosfery (choć wydaje mi się, że zdominowana w tym roku przez elektronikę Scena Leśna byłaby dla tego koncertu lepszą scenerią). Serio, gdybym usłyszała tę muzykę w środku nocy gdzieś w głębi Puszczy Solskiej, byłabym gotowa uwierzyć w jakąś lokalną wersję Blair Witch i kwiliłabym marnie. I tak byle do świtu. (Ania Szudek)

Derrick May

„The Innovator” lub „Miles Davis techno”, jak kto woli, kończył pełen komplikacji drugi dzień OFF-a. Pionierzy gatunku z Detroit znani są z surowości brzmienia - taki też był występ Maya, skupiony na jednostajnym, monotonnym rytmie. Słuchacze liczący na bardziej urozmaicony set mogli się poczuć lekko zawiedzeni, jednak przy odrobinie skupienia dało się bez problemu odnaleźć podskórny groove płynący z głośników. Dźwięki wprawiały w spokojny, kontemplacyjny trans, bez nastawiania się na wiksę czy industrialny łomot. Można by set Maya opisać w dwóch słowach jako klasyczne minimale, w dobrym tych słów znaczeniu. Ktoś mi powiedział, że czuł się przez chwilę jak na Audioriver. Mam nadzieję, że również w dobrym tych słów znaczeniu. (Krzysztof Krześnicki)

Okej, być może 3/4 ostatniego OFF-owego slotu spędziłem na Fumaça Preta, ale jednak, mimo to, załapałem się na spory fragment występu Derricka Maya, po części stojąc w jakiejś tam znowu kolejce za czymś tam znowu do picia, ech, po części natomiast: będąc już pod sceną. Z dużej odległości bit wydawał się łomotać w stary, dobry i sprawdzony sposób. Ginęły oczywiście wszelkie ozdobniki, co jest zrozumiałe i w zgodzie z prawami akustyki, dlatego należało koniecznie przemieścić się pod scenę, co też skrzętnie uczyniłem, bo dopiero wtedy docierały poboczne i genialnie ulokowane w miksie niuanse, tylko że... nie było ich jednak wiele. May zaproponował mocny i ascetyczny set. Ta skromna część występu, o której piszę, nie była wydelikacona na miarę „Dreams Of Dreamers” czy „Kaotic Harmony” – z drugiej strony nie był to również pocisk o intensywności z legendarnego Liquid Room – na moje ucho introdukcja przypominała raczej Mayowe „Sinister”, „Nude Photo” czy „The Beginning”, ale naprawdę trudno mi powiedzieć. (Michał Pudło)

Fumaça Preta

Tropikalne dreszczowce, gitarowa psychodelia klasy B? O 2:00 AM w namiocie eksperymentalnym? Dios mio, man! Proszę mnie wpisać na listę gości, pomyślałem.

Żartuję. Nie pomyślałem tak, bo zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Zresztą planowałem być na całym secie Derricka Maya, na szczęście zmieniłem plany. Jak się okazuje: Fumaça Preta to niemyte dusze. Grają średnio lekką napierdalankę w granicach tropicalii, stoner rocka i syntezatorów z domieszką bałaganiarskiego punku. Można powiedzieć, że brzmią jak Oblivians w zwolnionym tempie lub niczym wczesne Tame Impala w bardziej nieokrzesanym, kudłatym, chaotycznym stadium rozwoju. (Albo jak inne obskurne psych-gitarowe składy, które w tym momencie przychodzą wam do głowy.)

To było kapitalne zamknięcie festiwalowej soboty. A przecież skład cudem załapał się na OFF-a, promuje właśnie swój nowy album, mimo to gdy przybyłem, przywitały mnie dźwięki starego wałka „Pupilas Dilatadas” – zahukane syntezatory, spaghetti-horror i skandujący perkusista. W porządku – świetne miałem wejście. Jeżeli ciekawi was atmosfera występu, to powiem jedynie, że była *gęsta*. Na tyle, że jestem w stanie uwierzyć w relację zespołu, jak wyłożyli to później w social mediach: „Sweat was pouring from the roof and falling onto our instruments”. Jest to całkiem możliwe. Z drugiej strony były też pustki na „widowni”… zwłaszcza w tylnych „rzędach” namiotu… ale cóż, taka godzina; zupełnie nie psuło to atmosfery. Człowiek zarażał się niełatwym muzycznym malaise, groza udzielała się na tyle, że na myśl przychodziły fobie bohatera „Berberian Sound Studio” czy tropikalne horrory Heroin In Tahiti. No i ekstra. Takiego występu brakowało w sobotę na Eksperymentalnej. (Michał Pudło)

Screenagers.pl (15 sierpnia 2016)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także