Tauron Nowa Muzyka 2014

Sobota, 23 sierpnia

Years & Years

Do muzyki młodych wyspiarzy w pełni przekonać się nie potrafię, ale wymyśliłem sobie inną motywację, by wybrać się na ich koncert. Mianowicie, chciałem zweryfikować, czy Olly Alexander równie dobrym, okołoblake’owskim wokalem dysponuje w realu. Gdy tylko upewniłem się, że tak, pognaliśmy wraz z redaktorem Weicherem w stronę Carbon Atlantis, mijając podążającą w przeciwnym kierunku i spoglądającą na nas spod byka grupkę (ewidentnie) fanów. Fanów spóźnionych najwyraźniej jeszcze bardziej od ulubionego zespołu. (Wojciech Michalski)

Tauron Nowa Muzyka 2014 - Sobota, 23 sierpnia 1

We Will Fail

Industrialne techno Aleksandry Grunholz wydawało się wręcz stworzone, by wybrzmieć z pełną mocą właśnie w Carbon Atlantis. I choć leżąc w okolicach sceny nie udało mi się zidentyfikować żadnego z granych utworów (nie zdążyłem jeszcze zapoznać się z tegorocznym „Verstorung” warszawianki), ta niejednoznaczność i lekkie zagubienie tylko dodawały przestrzennemu występowi uroku. Leniwej recepcji towarzyszyły też dziwne światełka, archeologiczne filmiki i grafiki traktujące o prehistorii. Czego chcieć więcej? Przy okazji, artystka angażuje się też silnie w Kwartalnik Muzyczny, więc w podzięce za dobry koncert przypominam – wciąż można dokonywać wpłat, by to zacne pismo rozruszać. (Wojciech Michalski)

Tauron Nowa Muzyka 2014 - Sobota, 23 sierpnia 2

Mooryc

Maurycy Zimmermann zaserwował jeden z najprzyjemniejszych koncertów festiwalu, na co zresztą po cichu liczyłem. Już rozpoczynające występ „Open It” pozwalało rozpłynąć się w subtelnych konszachtach błogich, repetytywnych melodii i somnambulicznego rytmu, które, ku mej uciesze, trwały („Jupiter”!) aż do końca występu. Wszystko to ubarwiały poznaniaka wtręty wokalne i koliste wizualizacje. Mój entuzjazm bierze się też być może stąd, że po prostu brakowało mi na tegorocznej edycji klasycznego, ostentacyjnego rozbudowywania kompozycji o kolejne, wyraźnie sygnalizowane ścieżki. Podobało mi się na tyle, że dobiegłem już tylko na końcówkę grającej równolegle Addy Kaleh. (Wojciech Michalski)

Mitch & Mitch i Felix Kubin

O tym, że Mitche to koncertowe zwierzaki, które potrafią zagrać naprawdę wszystko, wiadomo nie od dziś. Współpraca z ekscentrycznym twórcą elektronicznym, jakim jest Feliks Kubin świadczy o tym, że szukają oni też katalizatora do kolejnych szaleńczych wojaży po stylach. Mitch & Mitch w wydaniu futurystyczno-campowym czuli się na Tauronie bardzo dobrze, akompaniując kosmicznym syntezatorowym świergotom Kubina. W zasadzie najlepiej ta muzyka sprawdzała się wtedy, kiedy wszyscy tworzyli jednolitą ścianę dźwięku, jak to miało miejsce np. w „Narcismuss & Musik”. Próby grania bardziej eklektycznego, czy indywidualne popisy kończyły się raczej oddzielaniem się tych koncertowych wyjadaczy od skupionego na swoim koncepcie Kubina.(Michał Weicher)

Laurel Halo

Autorka jednej z lepszych płyt zeszłego roku (do tej pory nie wiem, jak to się stało, że tekst o „Chance Of Rain” nie pojawił się na Screenagers i uważam to za swoją osobistą porażkę) była moją faworytką drugiego dnia. Jedynie scena showcase'owa, na której miała występować budziła moje wątpliwości, bo bardziej klimatycznie byłoby na pewno pod namiotem. Ostatecznie wątpię, żeby to warunki miały wpływ na mój odbiór tego koncertu, który był dość przeciętny. Na pewno w zeszłym roku na OFFie było więcej energii i intensywności. Koncert na Tauronie był krótki i pozostawiał niedosyt. Oczywiście wszystko było bardzo poprawnie wykonane i Laurel wyróżniała się na tle innych wykonawców grających przed nią i po niej, ale to było wiadome, bo to artystka mierząca wysoko. I tak oto występ ten był bardzo miłą odmianą po monotonnej łupance, którą prezentowali inni. Metaliczne, przestrzenne stukoty i hipnotyczna pulsacja, które Laurel sobie upodobała były dużo ciekawsze od stricte basowych i granych w rytmie 4/4 koncertów. Gdyby tylko był to występ więcej niż przeciętny...(Michał Weicher)

Tauron Nowa Muzyka 2014 - Sobota, 23 sierpnia 3

Elekfantz

Spodziewałem się, że występ Brazylijczyków będzie zaledwie interludium do późniejszej świetnej zabawy na scenie RBMA, tymczasem… okazał się głównym punktem wieczoru, a jednocześnie chyba najlepiej nagłośnionym koncertem tegorocznej edycji. Przeboje grupy („Diggin’ On You”, „Wish”, „She Knows” czy „Teasing Me”) tylko rozkwitły w wersji live, stając się prawdziwymi parkietowymi killerami, a panowie zorganizowali jedną wielką futurystyczną dyskotekę podszytą jeszcze fajnymi wizualizacjami. Brazylijski Kamp!. (Wojciech Michalski)

Terranova

No i zaczęła się łupanka. Pierwszy z serii trzech koncertów na Red Bull Music Academy (z Dixona musiałem się już ewakuować, ale ponoć z niechlubnego ciągu trochę się wyłamał), w trakcie których właściwie od początku do końca królowało jałowe 4/4. Na Terranovie ta powtarzalność raziła chyba najmniej, ale wystarczająco, bym po trzech utworach uznał, że mi wystarczy, a że Laurel Halo miałem już kiedyś okazję obejrzeć, z przyjemnością ponownie pognałem na scenę Carbon Atlantis.

Tauron Nowa Muzyka 2014 - Sobota, 23 sierpnia 4

Marcin Masecki (Polonezy)

Kolejna chwila wytchnienia w najciekawszej estetycznie festiwalowej przestrzeni, tym razem przy dźwiękach komplementowanych u nas „Polonezów”. Występ był dokładnie tym, o czym wspominał w recenzji Michał Pudło, tylko że… bardziej. Masecki, z instrumentalnego wirtuoza, którego ostatnim razem miałem przyjemność oglądać przy okazji szalonego koncertu Profesjonalizmu, przekształcił się w tym wcieleniu w dyrygenta zarządzającego muzycznym kolektywem, a symetrycznie rozstawieni na scenie instrumentaliści (8 dęciaków i perkusja) zaprezentowali występ, który kompletnie odstawał od wszystkiego, z czym można było się zetknąć na festiwalowych scenach. Przeskok na Elliphant (raczej chwaloną) wydawał mi się po tym surrealistycznym wyciszeniu wręcz niegodny, więc uznałem, że to najlepszy czas by trochę podładować akumulatory. (Wojciech Michalski)

W sobotni wieczór pojawiłem się nieco później niż planowałem, około godziny 22:00 i od razu postanowiłem udać się do Carbon Atlantis (ta medytacyjna przestrzeń przyciągała mnie jak magnes, mimo że paradoksalnie powinienem chcieć się tam udać po kilku godzinach tańczenia, dla odpoczynku), gdzie obejrzałem występ ansamblu Masecki Polonezy. Warszawski kompozytor Marcin Masecki wraz ze swoim zespołem (którym dyrygował) bierze na warsztat tradycyjne polonezy, jednak dekonstruuje je i poddaje najróżniejszym eksperymentom, bawiąc się strukturą, rozciągając w czasie i zmieniając rytmy. Czasami polonezy w wykonaniu muzyków przypominały bardziej math rock rozpisany na instrumenty dęte, pełny nagłych zatrzymań i wznowień, które brzmiały zadziwiająco groźnie i energicznie, zważywszy, że był to projekt akustyczny. (Jakub Adamek)

Tauron Nowa Muzyka 2014 - Sobota, 23 sierpnia 5

Gui Boratto

Nastawiałem się na najlepszy występ dnia, a tu, parafrazując znakomitą scenkę z „Dnia Świra”, aż by się chciało krzyknąć: „Hańba!”. Koncert Brazylijczyka okazał się bowiem obelgą dla melodyjnej finezji znanej ze studyjnych wersji tych kawałków. Najmniej jestem zaś w stanie zrozumieć euforię publiki, najwyraźniej zachwyconej tą, ekhm, dość prymitywną rąbanką. Szkoda. Uwięziony przez padający deszcz, co jakiś wzdychałem sobie w myślach jak dobry mógłby to być koncert, wpatrując się jednocześnie w grupkę osób machających rozdawanymi za darmo i mrugającymi na niebiesko zabawkowymi mieczami świetlnymi, czy czym też to ustrojstwo było. Po jakichś czterdziestu pięciu minutach dałem za wygraną. Ale przynajmniej rozmyte wizualizacje były ok. (Wojciech Michalski)

Pink Freud plays Autechre

Dość karkołomna wydawałoby się próba przełożenia skomplikowanego IDM-u Autechre na język jazzu (no z rege to by się już na pewno nie dało) była wystarczającym powodem, żeby odwiedzić Wigwam Stage sobotniej nocy. Ascetyczne, białe oświetlenie i takież wizualizacje wprowadzały w skupione i kontemplacyjne granie. Mazolewski wyglądał świetnie, kucając na scenie ze swoją gitarą basową i odtwarzając te delikatne napięcia, jakie towarzyszą muzyce Autechre. Te bardziej ambientowe fragmenty ich twórczości dawały Pink Freud więcej pola do popisu, ale i techno da się zagrać, będąc w zgranym i świetnie się rozumiejącym zespole jazzowym. To wyczucie słychać było najwyraźniej w utworach, gdzie pocięte, chłodne bity zalewane są przez kojące synthy. W tych momentach trąbka, saksofon, bas i perkusja oddawały najlepiej piękno muzyki Autechre.(Michał Weicher)

Jakoś te avant-polonezy Maseckiego i spółki musiały mnie wybitnie patriotycznie nastroić, ponieważ najciekawsze chwile sobotniego zespołu spędziłem z polskimi artystami, zapominając nawet całkowicie o występie przedstawicieli wytwórni Hyperdub, czego potem nieco żałowałem. Ogromne wrażenie zrobił na mnie występ zespołu Pink Freud, w którym grali covery Autechre - przetłumaczenie labiryntowych IDM-owych struktur na żywe instrumenty, a następnie zagranie ich w idealnym zgraniu na żywo, przed ogromnym tłumem ludzi wymagało miesięcy, a może nawet lat żmudnych ćwiczeń - co widać. Chłopaki dopracowali materiał do perfekcji, a włosy stawały dęba, gdy połamana melodia grana np. na trąbce okazywała się przerażająco wierna oryginałowi. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że Pink Freud zagrali Autechre lepiej niż samo Autechre. Jednak o tym, jak dają obecnie radę ci oryginalni, elektroniczni członkowie Autechre przekonamy się już za niecały miesiąc, w Krakowie. Przy okazji pokazali, że jazz wcale nie leży tak daleko od IDM-u, a nawet są w wielu aspektach bardzo podobne. (Jakub Adamek)

Tauron Nowa Muzyka 2014 - Sobota, 23 sierpnia 6

Kelis

Śmiało można ją zestawić z występującą w piątek Neneh Cherry. Raz, że forma wokalna obu pań wydała mi się zbliżona, dwa: nie będzie chyba nadużyciem świetnego trębacza Kelis uznać za swoisty odpowiednik perkusistów z Rocketnumbernine. Zaskakująco energicznie zabrzmiały na żywo utwory z najnowszej płyty Amerykanki – „Food”, szczególnie „Friday Fish Fry” i „Runnin’”. Nie zabrakło też staroci, z highlightem w postaci „Trick Me”. I choć swój złoty okres artystka przeżywała dobre piętnaście lat temu, upływ czasu starała się kontrować takimi detalami jak pomarszczona spódniczka, trybalne wygibasy czy wirtuozeria wokalna (popisowy sopran). Warto też wspomnieć o bijącej od piosenkarki wesołkowatości, sprawiającej momentami wrażenie, że przed występem może nawet coś sobie dziabnęła. Nie no, żartuję, zawodowy, nawet jeśli odrobinę rutynowy występ. (Wojciech Michalski)

Podczas koncertu zdałem sobie sprawę, że znam wszystkie piosenki, jakie Kelis zapodawała. I wszystkie w zasadzie lubiłem - poznałem je dzięki radiu i telewizji na przestrzeni lat. Kelis to już niewątpliwie artystka o ugruntowanej pozycji. To również artystka kameleon, poszukująca za każdym razem nieco innych rozwiązań. Na Tauronie promowała wydany dla Ninja Tune album „Food”, więc można było przewidzieć, że to właśnie po ten soulowy materiał będzie najczęściej sięgać. Przez to niestety usłyszałem mało z mojego ulubionego (swoją drogą najbardziej adekwatnego dla tanecznego festiwalu) „Flesh Tone”. Również zespół na scenie był zorientowany na granie zbliżone do jej najnowszego wcielenia, dzięki czemu starsze hity takie jak „Trick Me”, „Milkshake” czy „Millionaire” można było poznać w nieco innych aranżacjach. Tak było chociażby w nagranym z Calvinem Harrisem przeboju „Bounce”, gdzie motyw w refrenie został zagrany przez trąbki. Forma wokalna i urok osobisty samej Kelis to oczywiście wisienka na torcie.(Michał Weicher)

Skalpel

Skapel pojawił się na scenie wspomagany przez syntezatorowo-perkusyjny duet J=J oraz VJ-a, który na bieżąco tworzył świetne wizualizacje, łączące ze sobą klasyczne polskie czarno-białe filmy (m.in. ze Zbyszkiem Cybulskim) oraz animacje z futurystycznymi, generatywnymi animacjami. Choć Skalpel zasłynął ze swojego eleganckiego downtemo z mnóstwem sampli z jazzu, ich występ na Tauronie wraz z J=J był znacznie bardziej futurystyczny niż ich „zwyczajna” twórczość, a momentami było nawet dość tanecznie. Na szczególną uwagę zasługuję perkusista Jan Młynarski, którego praca podczas koncertu naprawdę budowała klimat i zmuszała ciało (a przynajmniej głowę tudzież nóżkę) do miarowego podrygiwania.(Jakub Adamek)

Kölsch

Redbullowego łomotu akt III. Pretekstem do tego, by zostać w okolicach sceny nieco dłużej była wisząca nad Katowicami ulewa, ale po jakimś kwadransie, gdy przez głowę przelatywały mi już raczej wyłącznie apokaliptyczne obrazki ludzi w białych rękawiczkach, uznałem że: „Dosyć!”, oddalając się pospiesznie w stronę Showcase Stage, gdzie swój show w najlepsze zdążył już rozkręcić… (Wojciech Michalski)

Kode9

W scenerii padającego deszczu jeden z protoplastów dubstepu prezentował się dość groteskowo, trochę jak Ariel Pink’s Haunted Graffiti grający niegdyś w ulewie na OFFie. Mimo wszystko grupa śmiałków zdecydowała się trwać twardo pod sceną, obierając sobie jednocześnie ambitne zadanie nadążania za serwowanymi z niej bitami. Ja postawiłem tym razem na wygodę i usadowiony pod dużym, grolschowym parasolem, próbowałem wychwytywać w kompozycjach znajome momenty. Niestety, patenty w stylu rytmicznego zestawiania ze sobą samogłosek brzmiały trochę anachronicznie i po pewnym czasie złapałem się na tym, że więcej frajdy niż sama muzyka daje mi obserwacja wykończonych trudami imprezy, przemoczonych festiwalowiczów, walczących w przeciekawy często sposób o choćby odrobinę ciepła i komfortu. (Wojciech Michalski)

Patten

Po Skalpelu swój występ zaczął jeden z najnowszych nabytków labelu Warp - Patten. W swoim momentami dość abstrakcyjnym, eksperymentalnym występie Patten zaprezentował prawdopodobnie najbardziej futurystyczne brzmienie ze wszystkich arystów, tworząc klimatyczna mieszankę ambientu, musique concreto, future garage i techno, do której może trudno było się gibać jak np. do Pauli Temple poprzedniego dnia, jednak na którą również nie można było pozostać obojętnym. Widać było jednak, że Patten faworytem publiczności nie był, ponieważ nawet pod samą sceną można było spokojnie znaleźć wiele wolnego miejsca. (Jakub Adamek)

Zamilska

Pomimo dość długiej obsuwy spowodowanej deszczem i zamoczeniem elektronicznych obwodów (którą fani wykorzystywali na przemian na krzyczenie raz po raz “Zamilska!”, gdy ta tylko przemykała z jednego końca sceny na drugi lub rysowanie na swoich ciałach wzorów seledynowym zakreślaczem, który wyjątkowo wyróżniał się w świetle ultrafioletowych lamp), występ Zamilskiej był świetnym zamknięciem drugiego dnia festiwalu. Nie sądziłem, że będę w stanie jeszcze się poruszyć, jednak wobec twardego jak diament, niezłomnego techno Zamilskiej moje ciało uległo, zignorowało bolące mięśnie i ruszyło w tan. Musiało w tym pomóc bardzo pozytywne nastawienie samej Natalii, która pomimo problemów technicznych i nieludzkiej pory (od czwartej do piątej rano) zachowywała świetny humor i dała porywający występ wśród strug deszczu. (Jakub Adamek)

Screenagers.pl (28 sierpnia 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: kidej
[2 września 2014]
W opisie Skalpela:

"Na szczególną uwagę zasługuję perkusista Jan Michalski"

No chyba jednak Mlynarski.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także