Off Festival 2013

OFF Festival 2013: sobota, 3 sierpnia

Semantik Punk

Mój znajomy wyszedł z koncertu mówiąc, że są to pokłady pretensjonalności, których on nie może strawić. Mi natomiast podobało się połączenie mathcore’u z melodyjnością końcówki setu, która mogłaby znaleźć się na płycie któregoś zespołu z Louisville. Prawda, zapewne, leży gdzieś pośrodku. (Miłosz Cirocki)

Piotr Kurek

Widywałem Kurka z Piętnastką i asystującego Kapacitronowi, niemniej jego solowy koncert na OFFie podobał mi się najbardziej. Analogowa materia, delikatna i baśniowa, zderzyła się w pewnym momencie z niepokojącym piskiem. Cokolwiek od tego momentu mogło się wydarzyć, brzmiało dramatycznie i niepokojąco. Kurek nerwowymi ruchami majstrował przy swoim sprzęcie z poważną miną, a ja pierwszy raz pomyślałem, że Piętnastka i inne jego projekty też mają w sobie jednak pewną dawkę mroku. Świetny koncert, dwuznaczny i piękny. Piotr zasługuje na bycie popularnym nie tylko w granicach naszego kraju. Przy okazji: a) występ jednego z najświeższych polskich artystów o 15:35 = jebać to vol. 2, b) czy padł pomysł zaproszenia zdolnego znajomego Kurka z Sangoplasmo, Lutto Lento? (Miłosz Cirocki)

Ten pan jest obecnie jednym z najciekawszych muzyków na polskiej scenie. Dlatego jak mantra powtarzane są zarzuty o zbyt wczesną porę. Piotr Kurek poradził sobie mimo wszystko, będąc jakby uzupełnieniem świetnego występu Shackletona zeszłej nocy. Jednak tam gdzie Anglik stawiał na taneczne uniesienia, Kurek skupiał się bardziej na eksplorowaniu wątków etnicznych i medytacyjnych (mantra przyjemniejsza). Dźwięki, które generował były hipnotyczne i dość niepokojące, jednak można było w nich dostrzec wiele inklinacji ku ciekawym melodiom.(Krzysztof Krześnicki)

Metz

Obawiałem się, że chłopcy (te okularki frontmena, wyglądał jak informatyczny geniusz zła) z Metz nie dadzą rady rozruszać offowej publiczności - główna scena skąpana w słońcu to miejsce mało sprzyjające ponurej nawalance o nienawiściach i chorobach wieku młodzieńczego. Mimo wszystko repetywny charakter całości wprawił zebranych w szał - strach pomyśleć, co by się działo, gdyby zespół zagrał na Eksperymentalnej. Wykonawczo super, wściekła precyzja i trochę swobodnego hałasu. Materiałowo - mało zapamiętywalnych melodii, za to pełno okazji do skandowania. (Tu wstawmy okropny żarcik o tym, że „Get Off” powinno być hymnem imprezy). W listopadzie Hydrozagadka, widzimy się. Na deser zachwycony przyjęciem zespół - serce rośnie, patrząc, jak spełniają się marzenia dzieciaków zakładających rockowy skład. (Miłosz Cirocki)

KTL

Jak być może zorientowali się już nasi drodzy Czytelnicy, red. Cirocki do tej pory miał zastrzeżenia jedynie do The Smashing Pumpkins. Dla muzyki stricte gitarowej był to fenomenalny festiwal - przeważała i była prezentowana w bardzo dobry sposób. Na KTL z odrobiną snobistycznego przerażenia zanotowałem, że to pierwszy występ, do którego mam zastrzeżenia, powiedzmy, FORMALNE. Był to ostry i duszny koncert. Niewygodne warunki były idealne dla odbioru muzyki. Ale podobało mi się połowicznie: Rehberg i O’Malley hałasowali co prawda mocno zróżnicowanie, dbając o fakturę i intensywność, ale w nagłośnieniu (obawiam się, że nie za sprawą pana akustyka) gubiły się detale i tony pełnych akordów granych przez O’Malleya. Co prawda, można było się ich dosłuchać, zatykając uszy, ale czy powinno się tak robić na koncercie około-hałasowym? Mam wątpliwości. I tak oto spędziłem koncert na okołomuzycznych rozkminach, a nie na słuchaniu [/problemy pierwszego świata]. (Miłosz Cirocki)

Jens Lekman

Nigdy nie byłem znawcą, ba – nigdy nawet specjalnie nie słuchałem Lekmana. Tym milsze było moje zaskoczenie w trakcie koncertu, z podążeniem na który trochę się nawet ociągałem siedząc przy Grolszu. Jens Lekman to bowiem przesympatyczny, niezmiernie ciepły człowiek, który zaczarował świat dookoła swoimi ślicznymi, wrażliwymi piosenkami, do tego stopnia, że aż sam siebie zadziwiłem swoim wzruszeniem. Przy czym udało mu się również porwać publiczność do tańca w co bardziej pulsujących po afrykańsku kawałkach, zaś za sprawą swojej charyzmatycznej konferansjerki namówić do posłuchania w skupieniu historii kryjącej się za „A Postcard To Nina” na so-called bis. Było pięknie, nieważne co sądzicie o rzyganiu tęczą i słodkich zdjęciach kotków na wallach. (Jędrzej Szymanowski)

Było dokładnie tak, jak mówi Jędrzej. Nasunęła mi się uwaga natury ogólnej. W ciągłym poszukiwaniu nowych brzmień, okresowymi podjarkami nad rozbłyskującymi mikrogatunkami, czasem zapominamy o tych, którzy spokojnie tworzą tradycyjne ładne piosenki, które choć wcale nie mają zamiaru podważać status quo, potrafią czasem zdziałać więcej niż ci, którzy za wszelką cenę starają się być na czasie. (Sebastian Niemczyk)

Mark Fell

Mój koncert festiwalu. Fell uświadomił nas na podstawie swojej dekonstrukcji rave’u, że wszystko składa się z części składowych, i sztuką nie jest rozrzucenie ich wszystkich, tylko obserwowanie, jak wyglądają w różnych sekwencjach. W jego arytmii nie było chaosu, a w jego rytmie nie było bezpieczeństwa. Piękne było to, że poszczególne freaki zaczęły tańczyć, szukając widmowego rytmu, poczucia stałości. Możecie się śmiać, ale to było dla mnie naprawdę poruszające. Na poziomie czysto dźwiękowym była to radość obserwacji kilku podstawowych elementów. Wszystkie zmiany widoczne jak na dłoni, mało basu (co mi odpowiadało), MNOGOŚĆ (i to OGROMNA MNOGOŚĆ) pomysłów Fella w tym wąskim przecież zakresie instrumentalnym. Odlot. Po koncercie zapytałem znajomej, która nie słucha tak zwanej „muzyki eksperymentalnej” zbyt często, jak jej się podobało. Odpowiedziała, że bardzo, bo ta muzyka mogła obrazować bardzo wiele rzeczy i ona je sobie wyobrażała. I o tym, z grubsza, jest ta cała historia. (Miłosz Cirocki)

Czy bas być powinien, czy nie, to pytanie otwarte. Ja po dłuższym namyśle zgodzę się z Miłoszem, że nie był niezbędny, ale też Fell pokazywał (m.in. na legendarnym koncercie SND przed Autechre w Szybie Wilsona, znanym z perfekcyjnego nagłośnienia – niestety znam tylko z podań), że umie nim działać cuda. 40 minut skondensowanego setu to nie jakiś festiwalowy wymysł - podobną ilość czasu grał ostatnio z Matem Steelem w Boiler Roomie. Do tego z początkowo „przypadkowych” dźwięków wyłonił się sensualny, choć wciąż abstrakcyjny soundtrack do konwulsyjnego tańca. Jedno z najbardziej intensywnych muzycznych przeżyć w Dolinie Trzech Stawów, jeśli nie w ogóle. (Andżelika Kaczorowska)

Podzielam zachwyty nad koncertem Fella, w moim osobistym rankingu tuż za Shackleonem. Ogólnie w tym roku najwięcej radości dostarczali właśnie wykonawcy elektroniczni i taneczni. Na upartego można by podciągnąć Marka Fella nawet pod tę drugą kategorię, ponieważ po glitchowym wstępie, zaserwował selekcję dyskotekową (dla dziwaków co prawda, ale zawsze coś). Występ pozostawił uczucie lekkiego niedosytu, ale nie ma co narzekać, tak właśnie powinno być po dobrym posiłku. (Krzysztof Krześnicki)

Julia Holter

Mój osobisty faworyt na festiwalu - Julia Holter z zespołem. W muzyce nie chodzi o wiele ponad wypełnienie dźwiękami czasu. Kompozycje, melodie, faktury, harmonie, brzmienie, rytm, emocje, energia, charyzma, głos. Od zawsze obracamy się przecież wokół kilku podstawowych pojęć. Julia grała na klawiszach z towarzyszeniem skrzypiec, wiolonczeli, saksofonu i perkusji; wzięła na warsztat utwory z „Ekstasis” i zaprezentowała zupełnie nowe, które znajdą się na jej nadchodzącym albumie - „Loud City Song”. I były to tak zniewalająco piękne wykonania, że nie mam serca pisać więcej. To była po prostu M U Z Y K A. Jędrzej na własne oczy widział w jakim stanie opuszczałem namiot Trójki. (Sebastian Niemczyk)

Pamiętam, pamiętam. Dodam, że miałem zupełnie inną wizję tej muzyki na żywo. Zresztą – o ile się nie mylę – trend na taki, a nie inny skład zespołu wziął się dopiero z prac nad nową płytą artystki, która ma być utrzymana właśnie w klimacie tego koncertu. Tak czy inaczej, aranż się sprawdził. Wiolonczelista pokazał, że jego instrument nadaje się do generowania niskich tonów nie gorzej niż jego potężniejszy brat, o ile nawet nie wypada to wręcz ciekawiej. Szczególnie w atmosferycznym sztafażu zapewnianym przez kameralne, amorficzne kompozycje Holter. I jeszcze jedno: ten głos, cholera. Kiedy słyszysz tę wyjątkową, tak dobrze znaną z płyt barwę na żywo, kiedy widzisz, że ona wydobywa się z ust żywej osoby – jakaś transcendencja się wkrada. Fajnie też, że pojawił się znany z „Ekstasis” vocoder. (Jędrzej Szymanowski)

Już na długo przed festiwalem wiedziałam, czego się spodziewać po koncercie Julii Holter: profesjonalizmu, powściągliwego kontaktu z publicznością, skupienia na treści muzycznej. I to właśnie dostałam: świetnie nagłośnione, bardziej organiczne niż elektroniczne rekonstrukcje utworów z zeszłorocznej płyty. W skład zespołu weszli skrzypek, wiolonczelista, saksofonista, perkusista i Julia na klawiszach. Piosenki z „Ekstasis” w nowych aranżacjach przypominały utwory zapowiadające „Loud City Song”. Najbardziej wierne pierwowzorowi okazało się chyba „Four Gardens”, za to migrujące od gatunku do gatunku „Marienbad” w zwolnionym tempie wzruszyło mnie jeszcze bardziej niż piękna wersja płytowa. Najcieplej będę jednak wspominać wykonanie „In The Green Wild” – nowego singla, wychodzącego od gwałtownej, szarpanej linii wiolonczeli, a zmierzającego do melancholijnego, nawet łzawego punktu kulminacyjnego. Zgadzam się z Sebastianem, że to był najlepszy wykonawczo i najbardziej poruszający koncert festiwalu - na tę godzinę rzeczywiście udało mi się wyciszyć wszystkie myśli. (Ania Szudek)

Bohren & Der Club Of Gore

W sobotni wieczór zmierzałam ku Scenie Eksperymentalnej niemalże biegiem, podczas gdy do namiotu przywoływały mnie uwodzicielskie, choć nieponaglające dźwięki „Prowler”. Dym, którym spowito scenę był tak nieprzejrzysty, że zespół zniknął w nim całkowicie. Początkowo, z odległej perspektywy, miałam nawet wrażenie, że Bohreni jeszcze nie zaczęli grać, a publiczność w oczekiwaniu słucha od początku „Sunset Mission” („Prowler” to bowiem pierwszy utwór na tej płycie). Gdy zbliżyłam się na odległość jakichś pięciu metrów od sceny, dostrzegłam w mgle instrumenty i czubki nosów muzyków. Wykonanie miało zachować ten klimat i tę odtwórczą jakość aż do końca – nie mam zatem wątpliwości, że aby docenić nastrojowy koncert Niemców, trzeba było się zbliżyć aż do samej sceny. W innym wypadku występ Bohren & der Club of Gore musiał wzbudzać wyłącznie przebłyski deja vu. (Ania Szudek)

„Opowieści z krypty”, „Z archiwum X” i „Twin Peaks”. Cienkie strumienie światła padające na czaszki muzyków i poruszane w ich rękach instrumenty, to było jedyne, co można było dostrzec przez ciemność i mgłę. Było wolno, hipnotycznie, zupełne odrealnienie. Ultra-hiper-mega depresyjna muzyka grupy sprawiła, że każdy mógł się poczuć, jakby był przysypany półmetrową warstwą wilgotnej ziemi. Albo co najmniej jakby przesiedział całą noc w lesie, nasłuchując wycia wilków (btw. świetna konferansjerka z opowiastką o wilku z piosenki). (Michał Weicher)

Szkoda jedynie, że robili pauzy między utworami. Gdyby z tego zrezygnowali, znaleźlibyśmy się zdecydowanie głębiej niż sześć stóp pod ziemią. (Sebastian Niemczyk)

Godspeed You! Black Emperor

Danie ich na główną po koncercie niemieckich depresji, to był strzał w dziesiątkę. Znów ciemno na scenie. Tylko czarno-białe kadry przelatujące na ekranach. Zaczynali długo, powoli rozkręcającym się dronem, ale potem, jak już się „Mladic” zaczął na poważnie wyrywać z klatki, to wiadomo było, że to będzie niezapomniany występ. W zasadzie „Moya” był jeszcze lepszy. Wszystko mroczne, monumentalne, iskrzące. I potem tylko jakby napięcie spadało w trakcie długaśnego „Behemotha”, który nie miał już takiej dramaturgii, jak dwa poprzednie kawałki i jechał na dość przewidywalnych patentach. (Michał Weicher)

W GY!BE dużo było strachu przed przyszłością. Slajdy, romantyczne obrazy pociągów i zachodzącego słońca, patos, nieskazitelna miłość - nie mając serca z kamienia czujemy to w tej muzyce prawie wszyscy. W tej muzyce wolno nienawidzić świata, o ile mamy przyzwolenie organizmu na takie jego dawki. Ja mam, zdecydowanie: „Mladic” i „Moya”, choć zagrane cichutko, to moja drużyna filmowej apokalipsy i młodzieńczego pseudopojmowania pojęcia „eskapizm”. Oba te utwory to wciąż stare GY!BE (jeśli ktoś nie wie - „Mladic” jest w repertuarze zespołu od dawna). Natomiast nowy „Behemoth” to już inna bajka. To Emperor 2.0, dwa razy dłuższy, dwa razy bardziej masywny, z odpowiednimi składnikami (magmowy drone w środku utworu, podniosła konkluzja). Ale brakuje mu, poza przyzwoitością, smutku chrakateryzującego poprzednie wcielenie. Okazuje się, że liczył się właśnie ten przygnębiony smęt, że cała magia tkwiła właśnie w nim, a nie w rozbuchanych aranżach, nawet nie w charakterystycznych taśmowych eksperymentach. „Behemoth” to utwór zespołu grającego na scenie mBank. Ogromny zawód. (Miłosz Cirocki)

Sobotnia gwiazda wieczoru była dla mnie największym rozczarowaniem festiwalu. Liczyłem na rytuał: potężny, groźny, przytłaczający, niebezpieczny (o sile rażenia Swans?), a zobaczyłem kiepsko nagłośniony koncert początkującego zespołu post-rockowego, grającego pretensjonalną muzykę filmową. (Sebastian Niemczyk)

Austra

Muszę chyba bardzo lubić Austrę, gdyż jak się okazało na koncercie, znałem każdą ich piosenkę na pamięć. Dziwne. Obie płyty zespołu nie były jakoś specjalnie wybitne i ten koncert również wybitny nie był. Jest jednak coś niesamowicie urokliwego, zarówno w głosie Katie Stelmanis, jak i w poczynaniach towarzyszących jej muzyków, co sprawia, że ta średnia na papierze rzecz mnie rusza. Ich muzyka jest ultra-przebojowa. W zasadzie cały występ to był festiwal hitów. Jedyne czego mi tu brakowało, to bardziej tanecznego przytupu i jakiegoś większego urozmaicenia tych poprawnie wykonywanych utworów. Scena Leśna po pierwszej w nocy, to było świetne miejsce i czas dla Austry. (Michał Weicher)

Holy Other

Jeden z niewielu artystów, któremu udało się oderwać od łatki witch-house’u, która już parę momentów po powstaniu trąciła myszką. Holy Other świetnie wykorzystał tę estetykę jako trampolinę do poważniejszej i bardziej poważanej twórczości. Nagromadzenie kontemplacyjnych występów tego dnia było ogromne (KTL, Bohren, GY!BE), a Brytyjczyk świetnie wpisał się w ten klimat ze swoją wizją stonowanego future garage’u podlanego ambientową melancholią. Dla każdego coś miłego - było kilka momentów, w których można było się pobujać, jeśli jednak kogoś sen zmorzył, równie dobrze mógł się zdrzemnąć pod ścianą namiotu trójkowego. (Krzysztof Krześnicki)

Circle

Na osobne pochwały zasługuje scena eksperymentalna pod kuratelą Stephena O'Malleya. Praktycznie każdy występ pozostawił świetne wrażenie, dostarczając różnorodnych wrażeń, od apokaliptycznego jazzu Bohren und Der Club of Gore po wariackie popisy Finów z Circle. O ile od Niemców dostaliśmy to, czego można było się spodziewać, czyli profesjonalnie odegranych tematów znanych z płyt (co nie znaczy, że był to nudny występ, wręcz przeciwnie, Bohreni potrafią po mistrzowsku kreować atmosferę), o tyle koncertowe wcielenie Circle pozostawało dla mnie totalną zagadką. Decyzja, żeby udać się na ich koncert, po skończonym przed czasem występie Holy Other, była jedną z lepszych na tym festiwalu. Fińska załoga wyglądała jak ekipa kierowców ciężarówek, która postanowiła grać rocka. Ich koncert to był prawdziwy, stylistyczny galimatias. Potrafili zacząć utwór hardrockowo, w stylu AC/DC, by przejść w psychodeliczny jam a’la Grateful Dead i zakończyć noise’ową improwizacją oraz dziwactwami w stylu Captaina Beefhearta. Warto było czekać do wpół do piątej, by zobaczyć koncówkę, w której wszyscy muzycy stworzyli coś w rodzaju akrobatycznej figury (klawiszowiec podnoszący nogę i trzymający w ręku okulary – WTF?) i przez kilka minut atakowali ścianą gitar. Całość wypadła dość kuriozalnie, lecz było widać, że muzycy świetnie bawią się żonglowaniem rockowymi konwencjami, a wraz z nimi nieliczna, lecz wierna publiczność pod sceną eksperymentalną. (Krzysztof Krześnicki)

Screenagers.pl (9 sierpnia 2013)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: pszemcio
[12 sierpnia 2013]
Julia Holter i Jens - zgadzam się, oba występy rewelacyjne
Gość: mariakul
[10 sierpnia 2013]
@jaa koniecznie zgłęb potężne, wizjonerskie i przepiękne Multistability oraz wyrachowane, dzikie i chore Periodic Orbits Of A Dynamic System Related To A Knot. pozdrawiam
Gość: jaa
[10 sierpnia 2013]
zgadzam się, że Mark Fell zagrał świetny koncert, osobiście u mnie na drugim miejscu, po Fire!.
czy moglibyście polecić jakieś jego płyty, zbliżone do tego, co zaprezentował na koncercie? mam ul8 i Sentielle Objectif Actualité, ale to jednak nie do końca to...
Gość: kidej
[10 sierpnia 2013]
A jeszcze Lekman - w 100% podpisuje sie pod slowami Sebastiana. Takie koncerty totalnie moga zmienic odbior wykonawcy. Troche casus Banharta na tegorocznym Offie.
Gość: kidej
[10 sierpnia 2013]
Julia Holter = <3 <3

Bohren - nawet nie pchajac sie pod scene (a nawet pol koncertu spedzajac poza namiotem), dalo sie ulec klimatowi. Tak, ze po jakims czasie przestalem sie zastanawiac nad 'nutowa' prostota tych utworow, i zamienilem sie w MUZYCZNEGO JANUSZA doceniajacego KLIMAT.

GAY!BE - ten "Behemoth" jest jednak problemem i bede to powtarzac do znudzenia. Takze dlatego, ze w jego miejsce spokojnie moglo pojsc "Gathering storm" czy "World police and friendly fire". Gdyby nie to, ze to bylo moje drugie spotkanie z nimi, to bym sie wnerwil. "Mladic" i "Moya" super.
Gość: K.
[10 sierpnia 2013]
Miłosz, nie wiem czy przeczytasz ten komentarz ale: jak Ty dobrze piszesz! Świetne są te Twoje relacje, szczególnie ta z koncertu Metz: "Na deser zachwycony przyjęciem zespół - serce rośnie, patrząc, jak spełniają się marzenia dzieciaków zakładających rockowy skład." Like! :))

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także