Unsound 2012

Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  1

Sebastian: Jak czujecie się tydzień po festiwalu? U mnie syndrom pounsoundowy przybrał niespotykane dotąd rozmiary. W poprzednim roku miałem totalny zjazd w środę, teraz już we wtorek dopadło mnie jakieś paskudne przeziębienie. Kolekcjonowanie wrażeń ma swoją cenę.

Michał: Mój organizm jak na tygodniowy maraton, codzienne powroty o nieprzyzwoitych godzinach i wypijanie momentami zupełnie dziwnych trunków (coca-coffee anyone?) wybronił się całkiem nieźle. To kwestia trybu, w jaki się wrzuciłem: świąteczność, liminalność i karnawalizacja gdzieś tam z tyłu głowy cały czas skłaniały do poświęceń.

Darek: Choć nie był to mój pierwszy Unsound, i tak czuję się jak debiutant - po raz pierwszy doświadczyłem go we właściwej formie, tj. 8 intensywnych dni i momentami zarywanych nocy. Kondycyjnie zacząłem wymiękać gdzieś w okolicy sobotniego wieczoru, ale morale pozostało wysokie do samego końca. Pytanie czy było warto? jest oczywiście bezsensowne.

S: Czy rzeczywiście odczuliście temat przewodni festiwalu? Co myślicie o „The End”? Czy to faktycznie koniec „muzyki, stylów, szufladek, festiwali, historii, końca historii, przestrzeni publicznej i prywatnej, końca świata i końca czasów”?

M: Zupełnie nie. Ja mam uczulenie na tego typu bajania o końcach. Nic się nie kończy a jedynie zmienia, próbujmy więc dostosować naszą optykę, a Fukuyamę wyślijmy do okulisty. Temat festiwalu gdzieś się moim zdaniem pogubił. Być może został zbyt szeroko zakreślony? „Future Shock” rok temu został dużo fajniej obudowany motywami - przede wszystkim filmy i panele bardzo spójnie do futuryzmu nawiązywały, czuło się w powietrzu tego Tofflera. W tym roku coś nie zagrało.

D: Ja również niespecjalnie, z powodów tych samych co Michał; jestem człowiekiem małej wiary i również nie wierzę w końce, czy to świata, czy choćby muzyki. Ale dodam, że równie niespecjalnie przeszkadzało mi to w odbiorze wydarzeń festiwalowych.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  2

S: Uderzył we mnie panel dyskusyjny „Music Industry Circa Now: Flatline or New Horizon?”, gdzie Philip Sherburne – dziennikarz Resident Advisor, opowiadał, jak z czasem coraz bardziej traci zainteresowanie swoją pracą w dobie wszechobecnej informacji, że w pogoni za nowościami i próbą bycia na bieżąco płaci bardzo wysoką cenę – przestaje pasjonować się muzyką. Mimo minimalnego stażu jaki posiadam, czułem się podobnie pod koniec poprzedniego roku. Czy odczuwałem już wtedy nadchodzący „The End”?

M: W tym kontekście faktycznie tematyka „The End” jakoś tam rezonowała. Ja z kolei jestem zafascynowany tą szybkością przepływu informacji i ciągłą fluktuacją w obrębie mikrolabeli i nowych gatunków. Trudno mi się wczuć w tak nakreślony pesymizm i proroctwa o końcu internetowego dziennikarstwa.

D: W to ostatnie oczywiście nie wierzymy.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  3

S: Leyland Kirby, aka The Caretaker lub V/VM, powiedział też ciekawą rzecz, z perspektywy artysty. Cztery-pięć lat temu obowiązujący system pozwalał na błyskawiczne zaistnienie w sieci, teraz chyba łatwiej jest przepaść w chmurze. Być może współcześnie Kirby również by w niej przepadł. Gdyby brać pod uwagę jego występ w Kinie Kijów – zasłużył sobie na to. Przejrzałem jego dotychczasową historię jako V/Vm i niestety, ale mogliśmy spodziewać się takiego obrotu spraw. Do tej pory bardzo ciepło wspominam jego ubiegłoroczny występ jako The Caretaker. Wtedy specyficzne poczucie humoru było jedynie małą częścią pięknej autodestrukcyjnej, nostalgicznej, schizofrenicznej podróży wstecz i wgłąb. W tym roku pozostał niestety tylko żenujący akt. No bo co można innego powiedzieć o facecie, który lata po scenie bez większego celu ze swoimi kumplami i udaje, że śpiewa do podniszczonych popularnych piosenek?

D: Mimo wszystko może jednak szkoda, że nie dotarliśmy na niedzielny set, bo wtedy zatarłoby się trochę to negatywne wrażenie na temat V/Vm? Nie mam nic przeciwko happeningom tego typu jeśli za fasadą robienia sobie jaj ze wszystkiego naokoło cokolwiek się kryje. Niestety, to było puste jak pisanka, kompletnie zabrakło polotu, o muzyce już nie wspomnę.

S: Ale może to właśnie była wizja zapowiadanego końca? Może taka błazenada ma sens w kontekście „The End”, bo i tak wszystko skończy się żenuą?

M: Ja z kolei naprawdę nie mam siły wypowiadać się o występie tego piekielnego błazna. Pozostawił mnie w stanie skrajnego wyczerpania, ze smutnym spojrzeniem i kamienną twarzą, bez względu na to, ile pokładów sensu załadował w swój występ. Skip.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  4

S: Organizatorzy Unsoundu mają ostatnio kłopot ze specjalnymi projektami, które przygotowują na piątkowe wieczory w kinie Kijów. W poprzednim roku nie wypaliło „La Jetee”, w tym „Trinity” – opowieść o testach broni jądrowej na pustyni w Nowym Meksyku.

M: Okej, być może trochę mi się przysnęło na „Trinity”, z powodu wspomnianego wyczerpania, paradoksalnie jednak będę koncertu bronił. Biosphere i Lustmord są łatwymi celami do hejtingu, z mojej strony obędzie się jednak bez wieszania zbyt wielu psów. Wyratowało ich sprzężenie wizji i fonii, sprawnie oddające klimat dokonania się czegoś, co na zdjęciach prezentowało się jako potencjalność – nuklearne testy, w domyśle katastrofa, i potem już tylko samotne dźwięki błąkające się po świecie i absolutna pustka ogołoconych pejzaży. Mało się w takich realiach dzieje, więc mało się działo w teksturach muzyki. Emeryci dark ambientu wybrnęli nieźle, choć do dziś fantazjuję o zastąpieniu ścieżki audio materiałem z tegorocznej płyty Liz Harris.

S: Kadry były pięknie spreparowane – doskonały punkt wyjścia do wstrząsającego widowiska. Bo tego właśnie chciałbym oczekiwać po tematyce broni nuklearnej, poczuć pustkę wyjałowionej przestrzeni po katastrofie, z przerażeniem i fascynacją zastanawiać się nad tym potężnym wynalazkiem w rękach człowieka. Wkurzał mnie totalny brak dbałości o szczegóły jeżeli chodzi o barwę dźwięku. Jestem skłonny uważać, że Lustmord wykorzystywał totalnie losowy zestaw standardowych ciemnych ambientowych teł. A w przypadku takiej tematyki – koncepcja i precyzja to bardzo cenne przywary. I tego najbardziej mi zabrakło. Chyba wrócę do „Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę”.

D: Drugi raz widziałem Lustmorda na Unsoundzie i drugi raz wynudziłem się niemiłosiernie. Przyznaję, nie czuję tej muzyki kompletnie.

M: Z let-downów festiwalu wymieniłbym jeszcze występ Ducktails’a w Manggha. Znany z Real Estate i marzycielsko-gitarowych nagrań (najbardziej chyba z surf-popowego kawałka „Killin’ The Vibe” nagranego z Pandą Bear), Mondanile pojechał z nudnym elektronicznym setem, w którym jego sygnaturowa, zamplifikowana gitara poszła w odstawkę na niemal 3/4 koncertu. Być może chciał wpasować się w elektroniczny kontekst pozostałych wykonawców tego dnia, trudno stwierdzić.

S: Gdy wplatał gitarę od razu zaczynało robić się ciekawej, początek koncertu przypominał zeszłoroczny występ Marka McGuire’a. Skoro zaczynamy od marudzenia, niestety musimy ponarzekać na gwiazdę niedzieli – Demdike Stare w synagodze Tempel w towarzystwie Cracovia Sinfonietta. Trudno mi do tej pory uwierzyć w to, że taki projekt mógł się nie udać.

D: Nie udać to może zbyt wiele powiedziane; mimo wszystko wspominam ten występ dość pozytywnie, pewnie dlatego, że patrząc w ekran decydowałem się jednak przymykać oczy. Może na wielki finał wielkiego festiwalu to trochę za mało, ale krzywdy Demdike Stare chyba nikomu nie wyrządzili?

M: Demdike Stare. No właśnie, osobiście byłem przekonany, że panowie zagrają coś absolutnie nowego, podczas gdy gdzieniegdzie zasłyszał mi się materiał z „Elementalów”. Współpraca z Sinfoniettą, wiolonczelista Danny Norbury (gość od płytkiej poważki) jako mastermind aranży? Brzmi karkołomnie. I rzeczywiście wyszło dosyć niemrawo, łącznie z pretensjonalnymi wizualizacjami (co było do przewidzenia). W konsternację wpadłem zresztą słysząc potężne brawa, jakie otrzymali na sam koniec, w sensie, co to ma znaczyć że występ Sza/Za/Ze fetowano trzy razy ciszej?! Sprzeciw.

S: Przecierałem uszy ze zdumienia, że tacy ogarnięci kolesie zaakceptowali taką formę współpracy ze smykami. Brzmiało to momentami jak kiepska muzyka filmowa. Liczyłem, że projekt zaczerpnie trochę awangardy – może tej zakorzenionej we współczesnej muzyce partyturowej albo atonalności?

M: Tak, to było całkowicie tonalne i przy okazji całkiem słabe. Ach ta bieda pomysłów na instrumentalizację, przecież nikt się z nią nie rodzi – aranże były neoklasycystyczne aż do przesady, lub groteskowe (te wysokie zawieszone tony...). To pokazuje, że inwencja i wrażliwość u zdolnych muzyków nie rozprowadza się równo ponad podziałami muzycznych gatunków. I czyż koncert Julii Holter nie udowodnił, że można niewielkimi środkami poradzić sobie ze smyczkowym upiększaniem ciekawiej?

S: Tu znaczenie mogło mieć wykształcenie Holter, które pozwoliło jej nie wyłożyć się na zaaranżowaniu utworów na kwartet smyczkowy. Mury kościoła św. Katarzyny sprzyjały kameralnym odsłonom piosenek Julii. Wszystkie elementy zostały odpowiednio wyważone: klawisze, kwartet i głos. Chciałoby się słuchać i słuchać. Szkoda, że przygotowała tylko cztery utwory na ten koncert.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  5

M: Julia Holter, co za głos, ale dlaczego zaśpiewała tylko 4 piosenki? W głowie się nie mieści jak wiele splendoru spłynęłoby na słuchaczy po, przypuśćmy, 8-10 piosenkach.

D: Muzyki Julii nie znałem, teraz zdecydowanie chcę poznać. Anielski głos. Ona rzeczywiście bawi się jakimiś efektami w studio? Po co?

S: W konwencji zastosowanej na „Ekstasis” te efekty brzmią bardzo urokliwie.

M: Swoją drogą te cztery utwory na kwartet podobały mi się bardziej niż przykładowo druga połowa „Ekstasis”. Może powinna pójść w tę stronę.

S: Bez przesady, tam też się dzieją bardzo ciekawe rzeczy, choćby „Four Gardens”.

D: Wracając do samego występu, dostała zdecydowanie za mało czasu, zresztą wydaje mi się, że to odczucie było powszechne.

S: Myślę, że tak krótki czas koncertu to była bardziej jej decyzja niż organizatorów. Tim Hecker i Daniel Lopatin zagrali natomiast oczekiwaną liczbę minut. Kościół opuszczałem zadowolony, ale jednak nie zachwycony. Zastanawiam się teraz czy jest to rzeczywiście dobry pomysł na duet. Obaj wykorzystują inne techniki do tworzenia muzyki leżącej stosunkowo blisko siebie, jednak mają inne spojrzenia na kwestie budowy kompozycji, brzmienia i melodyki. Choć momenty były, np. typowy heckerowski monument poszatkowany cyfrowymi nożyczkami, albo potężna ścieżka zrytmizowanego sub-bass’u, kiedy poczułem pył sypiący się na mnie z sufitu.

M: Lopatin walczył o pozycję, indywidualny głos w całości tej wspólnie z Heckerem ułożonej muzyki, gdzieniegdzie się przebijał (zabawne: tam, gdzie całość brzmiała „nieheckerowsko"). Nie było obiecanych lub wspomnianych na panelu sampli sitaru czy orientalnych dźwięków, nie szkodzi, ja tam zapadłem w tryb wzmożonego nasłuchu i bardzo żałowałem zakończenia. Wielkim fanem Heckera nie jestem, ale doceniam dobry live act.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  6

D: Całościowo wypadło jak zawsze – kapitalnie. Ale ja jestem fanem Heckera, więc ciężko było mi na to spojrzeć na chłodno, zwłaszcza przy Augustiańskiej. Lopatin rzeczywiście został zdominowany przez Kanadyjczyka, ale musiało mu się udać przemycić coś od siebie, bo bez problemu dało się usłyszeć jakieś patenty brzmieniowe, których Hecker dotychczas przynajmniej nie stosował. Pozostaje tylko czekać na wychodzącą na dniach płytę.

M: Twórczość Heckera rzadko zawodzi, z drugiej strony zastanawia mnie sytuacja tak słabego wpływu inspiracji płynących ze współpracy z innymi artystami, choćby Oneohtrix Point Never’em. Być może Tim jest bohaterem jednego (obezwładniajaco dobrego) brzmienia i musimy zacząć się z tym godzić?

S: Może jednak nie bez przyczyny twórcy muzyki ambient często tworzą solo? Może mają oni wypracowane pewne schematy według których tworzą i ciężko jest im współtworzyć z osobą posiadającą inne podejście? Nie uważam tego wcale za wadę artysty.

M: Jeśli założymy że jest tak, jak mówisz, że mają wypracowane schematy, to według mnie świadczy to tylko na niekorzyść takich artystów. Po co współpracować, skoro z góry wiem, że nie mam zamiaru odchodzić od schematu?

S: W każdym razie na pewno nie można zarzucić tego Innercity Ensemble – supergrupie złożonej ze starych dobrych znajomych ze sceny eksperymentalno-jazzowej. Zespół jest jednym z najciekawszych projektów, jakie wystartowały w Polsce w tym roku. Lubię gdy takie składy znajdują swoje miejsce między ułożoną strukturą, a swobodną improwizacją. Im dłużej patrzę na Innercity Ensemble, tym bardziej zaczyna mi przypominać Contemporary Noise Quintet/Sextet – przede wszystkim w łatwości w poruszaniu się na pograniczu post-rocka, muzyki improwizowanej. Siedząc w Kasynie Oficerskim, kolejnym fantastycznym miejscu na koncerty wymyślonym przez organizatorów Unsound, poczułem się po raz kolejny szczerze zadowolony z polskich wykonawców. Tak jak w poprzednim roku, ich koncerty ciągną festiwal w górę.

M: Według mnie Contemporary Noise to trochę inna szufladka muzyczna.

S: Oczywiście, ale kontekst polskiej supergrupy wywodzącej się ze sceny eksperymentalnej wydaje mi się trochę podobny. No i Wojtek Jachna.

D: Odniosłem podobne wrażenie, ta formacja również przypomina mi CNQ/S. Mimo braków personalnych bardzo sensownie to zabrzmiało, widać spore indywidualne umiejętności. Mimo, że czasem można było odnieść wrażenie, że każdy sobie rzepkę skrobie, to udało się z tego wszystkiego stworzyć coś spójnego. Uciąłbym tylko ten dość nadęty post-rockowy finał.

M: Panowie z Innercity Ensemble mnie osobiście zawiedli. Niewiele z występu nie brzmiało wystarczająco dobrze, by bez przeszkód dać się porwać muzyce. Transy były podszyte smutkiem lub znużeniem, nadal nie mogę się zdecydować czym, czymś alienującym. Jak na skład inspirujący się magick’ą czy jakąś tam okołofrancuską mistyką pod szyldem Acefala – było zaskakująco infantylnie. A to ciekawe, bo na płycie brzmią dużo lepiej. Spójniej. No nic, ale hasło „mistyka” pojawiło się również w kontekście innego koncertu – T’ien Lai, czyli nowego projektu Kuby Ziołka. Niestety, „nic z tych rzeczy, głupcze” – zdawała się drwić festiwalowa książeczka z programem w temacie mistycyzmu. Ale jedno jest pewne: w kontekście ciasnoty, półmroku i zaduchu betonowej piwnicy (zwanej w uproszczeniu salą koncertową krakowskiego klubu Re) elektryzowała prezencja wykonawców: czarne kaptury, białe maski na twarzach, w połączeniu z solidną dawką wintydżowych loopów filtrowanych na bieżąco, generowanych przy pomocy starych odbiorników radiowych (że też łapały fale pod ziemią).

S: Te czarne kaptury i białe maski to nic w porównaniu do duetu BNNT, których występ można podsumować dwoma określeniami: gitara-rakieta i ostrosłupy mocy.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  7

M: Zdecydowanie BNNT rozbiło bank w temacie prezencji. Konrad Smoleński i Dawid Szwed w kominiarkach próbowali chyba za pomocą fal dźwiękowych wytłuc całe szkło w kawiarnianym barze. Było głośno i prymitywnie, ale w takim dobrym anarcho-punkowym sensie, bo BNNT to bardzo dobry muzycznie skład – grają z ogromnym wyczuciem – trochę taki polski odpowiednik Butthole Surfers. W bombowej gitarze nie ma nawet progów, mimo to różnorodność zagrywek wzbudziła uznanie. Zresztą, prawie rozlałem wino po tym, jak trzymając kieliszek dostałem od Smoleńskiego grzechotką w dłoń.

S: Grający po nich The Haxan Cloak, podopieczny Trój Kąta, zaczął zbyt apatycznie, ale absolutnie zrehabilitował się wciągającą, zagęszczającą się, niepokojącą atmosferą w drugiej części swojego koncertu. O dziwo, podobny problem miał weteran Pole – jego otwieracz leżał niebezpiecznie blisko piekielnego downtempo, ale jego późniejszy rozwiązania były momentami zjawiskowe.

M: Podobał mi się zmysł architektoniczny w budowie całego tego występu The Haxan Cloak. Co do wizualizacji, kwestia sporna – „Stalker” to tak oczywisty first-pick, że aż zęby bolą. Natomiast Pole’a oglądało się przyjemniej ze względu na zglitchowany las, który (jak wszyscy wiemy) jest zawsze spoko.

D: Tu się trochę różnimy, bo ja z występu The Haxan Cloak nie pamiętam już kompletnie niczego, niby fajnie, ale jednym uchem wpadło, a drugim wypadło. Za to Pole – świetnie. Okej, może ten początek trochę przynudzał, ale potem Betke pokazał, dlaczego ma taką a nie inną pozycję w środowisku – struk-tu-ra. Zapętlał te swoje różnorodne brzmieniowo motywy bardzo stylowo i na wielu płaszczyznach, jednocześnie cały czas podtrzymując płynne dubopochodne bujanie; coś takiego było potrzebne jako odmiana od jazdy bez trzymanki, jaką przy Konopnickiej zafundowano nam w poniedziałek. Osobny temat to kapitalne wizualizacje.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  8

S: O tak, choć z wizualizacjami nie było zawsze tak różowo. Weźmy na przykład inauguracyjny koncert festiwalu.

M: Jedziem ze wszystkimi dotychczasowymi edycjami w 20 minut? Wolne żarty. Sienkiewicz nawet w Trylogii czy w „Panu Wołodyjowskim" nie zmieściłby tak obszernej dawki informacji. Mimo to Jacek Sienkiewicz spróbował, wyszło niestety słabo jak na bezpośredni start festiwalu. Główny zarzut? Monotonia na kilku (nawet nierozróżnialnych) płaszczyznach kompozycji. Sporadycznie wyłaniało się z głuchego pogłosu coś znaczącego – fragment, sampel – mający przywoływać momenty z poprzednich edycji. Trochę to konsternowało.

S: Czy ktoś powie mi o co chodziło Jackowi z jego wizualkami? Co wspólnego miał na przykład „stary człowiek i śnieg” z dziesięcioleciem Unsoundu?

D: Ewidentnie widać, że największą krzywdę zrobił Sienkiewiczowi opis, ludzie spodziewali się nie wiadomo czego, a wyszło ledwie przyzwoicie.

M: Dokładnie, mam wrażenie, że Sienkiewiczowi źle przydzielono miejsce. Występ spoko zabrzmiałby w Re lub w Manggha na rozpoczęcie wieczoru. Ale tylko spoko, nic ponadto, bo muzyka trąciła stereotypami klasycznych ambientohałasów. A jak oceniacie KTL?

D: Film kapitalny, warstwa muzyczna nieźle brzmiąca i klimatycznie pasująca do lejtmotivu festiwalu, ale do samego filmu już niekoniecznie. O ile na początku warstwy wizualna i dźwiękowa w miarę współgrały ze sobą i tworzyły nastrój grozy, to potem już nie do końca tak było (pamiętacie motyw w spokojnym momencie w zakładzie fryzjerskim, gdy zupełnie randomowo O’Malley i Rehberg puścili serię dźwięków jeżących włosy na głowie?), a pod sam koniec rozlazło się zupełnie.

M: Czy tam u fryzjera aby nie było jakiejś mocnej (jak na ówczesną mentalność) sceny flirtu i wybuchu zazdrości? Według mnie wszystko zaczynało się rozjeżdżać gdzieś od połowy filmu.

D: Wydaje mi się że nie, ostra scena z kozikiem była, ale potem. Tak czy inaczej w pewnym momencie wszystko zaczęło się sypać.

S: Tu chyba jesteśmy wszyscy zgodni – „Wschód słońca” to cudowny film, a KTL był zdecydowanie obok filmu, niestety nie chciał w niego wejść. Do momentu kiedy akcja zmierzała do, wydawałoby się, nieuchronnej tragedii, gitarowy drone KTL świetnie współgrał z obrazem. Lecz kiedy przyszły lepsze czasy, okazało się, że O'Malley z Rehbergiem niewzruszenie kontynuują, z czasem coraz bardziej irytujący, montonny patent, i nie mają ochoty reagować na wydarzenia w filmie. Przez to nawet potężna kulminacja spłynęła po mnie jak po kaczce. Nie mniej jednak, do tej pory zastanawiam się dlaczego w polskich superprodukcjach są gorsze efekty specjalne niż w filmie sprzed 85 lat. Totalnie inaczej czułem się po występie Andy’ego Votela i jego „Kleksploitation”. Dla mnie jedno z odkryć tego festiwalu.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  9

M: Warto na marginesie wspomnieć, że Votel (niczym Zemler) również zaliczył festiwalowego hattricka (panel, DJ set i koncert). „Kleksploitation” to zdecydowanie dobra plądrofoniczna produkcja, mimo że zaskakująco mało miała wspólnego z muzyką z Kleksa (tak jak ją pamiętam). Co świadczy oczywiście na korzyść Votela – przepracował Korzyńskiego i stworzył własną całość, dużo bardziej psychodeliczną i wymagającą nieco więcej kompetencji od współczesnych słuchaczy niezanurzonych w konwencji filmu. Swoją drogą zastanawiam się jaką chemią wspomagali wyobraźnię twórcy filmowego Kleksa, przychylam się do opinii Votela: gdyby osadzić Akademię w realiach horroru – byłby to najbardziej igrający z psychiką towar w dziejach światowej kinematografii.

S: Ciekawe jak odebrali to wydarzenie obcokrajowcy, którzy nie znają „Akademii Pana Kleksa”. Czy bez znajomości fabuły można było się tak wkręcić w to wydarzenie? Być może podobna sytuacja towarzyszyła występowi aTelecine. Znakomity strzał organizatorów, jeśli wziąć pod uwagę rozgłos uzyskany dzięki zaproszeniu ex-aktorki filmów dla dorosłych.

M: Suma summarum był to niejako spektakularny strzał w stopę, biorąc pod uwagę jakość muzyki granej przez Sashę i jej kolegę.

D: Teraz już mamy jasność, że przecież nie o muzykę chodziło, czego się z resztą można było spodziewać. Za to marketingowo kapitalny pomysł, przecież o tym pisało sporo mainstreamowych mediów, że na jakimś tam techno festiwalu gwiazda porno będzie siała zgorszenie. Niestety nie zasiała niczego, za to marka Unsound pojawiała się w miejscach, w których niekoniecznie można by się jej spodziewać.

S: Ale mimo wszystko, wszyscy czekali na koncert aTelecine, choć nikt nie chciał się do tego się przyznać. Powstały z tego wydarzenia bardzo epickie relacje, mi najbardziej spodobał się tekst Marcina Świerczka z Onetu: „Śmiało można więc powiedzieć, że uwielbiana na polskiej ziemi gwiazdka filmów XXX przeżyła tutaj swój pierwszy raz”. Ekhm.

M: Litości.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  10

S: A występ, cóż, zniósłbym pretensjonalne wizualizacje, gdyby muzycznie Sasha miała coś do przekazania. Niestety nie miała. Totalnie nudna muzyka tła. Miałem poza tym wrażenie, że niektóre ścieżki się rozjeżdżały i nie tworzyły w całości większego sensu.

D: Sens może jakiś ukryty w tym się krył, ale było miałkie kompozycyjnie i najzwyczajniej w świecie nudne. Jeszcze jedna kwestia, to miał być industrial podobno. Czy brzmiał jak industrial?

M: Choćby słabego sortu – nie.

S: Przez tę całą GORĄCZKĘ związaną z oczekiwaniami na Sashę, nie wyniosłem nic z występu Raime, pamiętam jedynie, że było mroczno, ale wolałem patrzeć na wizualki w slow motion.

M: Raime niczym filler lub słaby skit na albumie, aTelecine zresztą też. To może przejdźmy do Bena Frosta – pupila organizatorów Unsound. Ben otarł się o skandal i długą odsiadkę w więzieniu - wystarczyło aby podkręcił nieco siłę dźwięku, by cały budynek Muzeum Inżynierii legł w gruzach, zasypując publiczność (i przy okazji Sashę Grey).

S: Już widzę nagłówek poniedziałkowego Faktu: „Gwiazda porno zniszczyła muzeum!!! Za pieniądze z Ministerstwa Kultury!!!”. Nie, to jednak brzmi za mądrze.

M: Ale serio: jeden z fajniejszych koncertów festiwalu. Pomysł: dwójka perkusistów i elektronika. Wykonanie: ogłuszające bębny i angażujące elektro-fluktuacje. Po jego ostatnim długograju („By The Throat”) i projekcie „Solaris” spodziewałem się raczej warkotu kosmicznego kombajnu przekładanego lekkimi orientalnymi cymbałkami.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  11

D: Tak, zgodnie z oczekiwaniami był to jeden z najlepszych momentów Unsoundu. Koniecznie trzeba podkreślić jakość kompozycji, zwłaszcza pierwszy utwór zagrany przez Frosta był po prostu fenomenalny. Całość bardzo przemyślana, niecodziennie zaaranżowana i nieprzytłaczająca.

S: Moim zdaniem było to właśnie dość przytłaczające. Podobał wam się pewien rodzaj podniosłości, patosu, a nawet apokaliptyczności w występie Frosta?

D: Właśnie ja tam w ogóle niczego takiego nie odczułem; okej, to było bardzo intensywne, rozbudowane, momentami monumentalne, ale nie patetyczne.

M: Trudno mi doszukać się tych cech w jego występie – powiedziałbym raczej, że było electro-noise-rockowo i wcale nie tak dojmująco jeśli chodzi o ewokowaną atmosferę. Ciekawe czy Frost nagra coś wykorzystując ten patent – modulowanie barwy perkusji na bieżąco.

S: Skoro jesteśmy w temacie perkusistów - Hubert Zemler.

M: I Tomek Chołoniewski w Re. Po medytacyjnych kółkach dźwiękowych chłopaków z T'ien Lai perkusja solo na deser. Chołoniewski jest mistrzem rytmu, prawie maszyną. Do tego świetnie bawił się przestrzenią – pogłosy i metaliczne alikwoty pocieranych talerzy zrobiły koncert (który jednak dość szybko uleciał z głowy). Okej, a Hubert Zemler? Dla mnie król pozorów. Dał na wstępie totalnie niewyróżniający się z tłumu koncert. Było nieco zabawy z barwami: tu cymbałek, tam hi-haty, przelotny flirt z brzmieniem awangardy, wszystko jednak sprawiało wrażenie easy-listeningowej muzyki relaksacyjnej.

S: Czy granie na perkusji solo mieści się w ramach muzyki łatwosłuchalnej?

M: Czemu nie? Zemler oczywiście koił nas do czasu gdy nie podbił sennej atmosfery solidnym pierdolnięciem, stanowiącym ostatni etap występu. Król pozorów, bo uśpił naszą czujność. Wchodząc na Kevina Drumma na mej twarzy błąkał się jeszcze cień błogiego, naiwnego uśmiechu…

D: ...który parę chwil później zniknął, oczywiście nie ze względu na poziom artystyczny muzyki Drumma. Oceniając ten występ z punktu widzenia osoby obcującej z brzmieniami okołonoise’owymi praktycznie wyłącznie w kontekście koncertowym, odniosłem satysfakcję. Muzyka na pierwszy rzut oka nieprzystępna okazała się przystępna – to nie była płaska ściana dźwięku, tylko różnorodne, przebijające się nawzajem warstwy. Dało się odczuć (przez drgania nawet dosłownie) apokaliptyczny klimat. Bardzo przyjemne przeżycie, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

M: W tym właśnie sensie koncert nie zawiódł, mieliśmy z Kevina maksimum Kevina, ani mniej, ani więcej.

D: Muszę jeszcze wspomnieć o grającym zaraz po Drummie Vatican Shadow, dla mnie jedno z odkryć tegorocznego festiwalu. Wariat za konsoletą + ostre, szybkie i często zmiany bitu = wspaniała bomba imprezowa.

S: Nie przesadzałbym z chwaleniem Vatican Shadow. Nie był on takim zwierzęciem scenicznym jak The Gaslamp Killer na tegorocznym Tauronie, a pod względem muzycznym sprawdzał się tylko wtedy, gdy grał agresywnie. Kiedy próbował zwalniać, niestety, brzmiało to trochę jałowo.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  12

D: Fakt, że w wolniejszych momentach pod koniec lekko zamulał, ale całościowo była to doskonała zabawa przed japońskimi ekscentrykami (których ostatecznie niestety nie zrozumiałem).

M: No właśnie, Fushitsusha. Ja tam się naprawdę wkręciłem w strumień nieartykułowanych emocji Keiji’ego. Być może werbalnie niezrozumiałych, ale taki właśnie jest zamysł – obcowanie z czystym ego i nieopisanie brutalną muzyką. Gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się oczywiście pytanie, na ile koncerty Haino wywołują u słuchaczy syndrom sztokholmski... Mimo to przeżycie niezapomniane i wielkie wydarzenie w kontekście całego festiwalu. Wolę bardziej bardowskie wcielenia Haino, ale noise na klasyczne rockowe trio to rzecz warta wysłuchania na żywo.

S: Przez długi czas próbowałem sobie wmówić, że to właśnie ich pochodzenie jest przyczyną mojego niezrozumienia tego koncertu. Że pokonała mnie japońska skłonność do ekstremy. Jednak, tak naprawdę, najzwyczajniej w świecie czerpię bardzo niewielką przyjemność z obcowaniem z takim typem gitarowego noise’u. Nieważne czy na scenie będzie właśnie Fushitsusha czy nie.

M: To było japońskie, fakt, ale wcale nie tak skrajne, jak mogłoby być (gdyby na Unsound zawitał np. The Gerogerigegege).

S: Wracając do Zemlera - to w ogóle był festiwal Zemlera jeżeli wziąć pod uwagę liczbę występów na Unsoundowych scenach. Najpierw solo, później z Piętnastką, na koniec z Sza/Za/Ze. Im dalej tym lepiej?

D: Zdecydowanie. O ile solowy występ w Manggha był zaledwie przyjemny, a Piętnastki nie widziałem, bo leciałem wtedy na piłkę wodną, to i tak uważam Zemlera za wielkiego zwycięzcę imprezy. Jego występ w ramach Sza/Za/Ze był fenomenalny, zarówno jeśli chodzi o bogactwo brzmienia jak i kompozycji; całość występu doskonale pasowała do wizualizacji (co nie zawsze miało miejsce), tj. polskich filmów z lat 30. i 40., i kompletnie przyćmiła późniejsze Demdike Stare. Wspaniałe zakończenie festiwalu, warte wydania na DVD.

S: Nareszcie ktoś patrzył się na film do którego podkłada dźwięk.

M: Sza/Za/Ze to absolutna perła na koncertowe zakończenie festiwalu, na przysłowiowe otarcie łez. Nawet bez kontekstu fascynujących filmów Stefana i Franciszki Themersonów muzyka była doskonale zróżnicowana, świeża i bogata w emocje. Dobry nadwiślański akustyczny free improv, gdzieś tam fajnie korespondujący z dokonaniami Zakrockiego i bezpośrednia kontynuacja działań duetu pod szyldem Sza/Za, wzbogacona o umiejętności Zemlera.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  13

S: Zaznaczyłbym jeszcze, że szczególnie urokliwie zabrzmiała Piętnastka, autorska odmiana folkotroniki Piotra Kurka bazuje na nieco ludycznych mikromelodyjkach puszczonych w wiry repetycji i dynamicznej pracy Zemlera. Nazwałbym to przedsięwzięcie charyzmatycznym – oryginalne, przyciągające, natychmiast zapamiętywalne.

M: Skoro jesteśmy przy Polakach: charyzmy nie brakowało również Marcinowi Dymiterowi (aka Niski Szum). „Niski szum jest pośród nas" – ogłosił pod koniec swego solowego występu, i trudno się nie zgodzić – od niedzieli niskie szumy i basy towarzyszyły nam codziennie powodując fantastyczny tinnitus w uszach. Nie jaraliście się jego występem, ale w mojej opinii gość zagrał spójny, podobający się zestaw urokliwych i nieco tajemniczych utworów. Przychodziły mi do głowy gitarowe wstępy do wielu kompozycji GY!BE, gdzieś w tle coś z klimatów, jakimi jara się aktualnie Elverum. Chyba najintymniejszy koncert Unsoundu.

D: Dla mnie bardzo ciężki do wytrzymania, acz w sporej części nie z winy muzyka.

S: Może kłopot z naszą recepcją Dymitera wynikał z nieprzyjaznego klimatu panującego w klubie Re. Nie pamiętam takiej duchoty w tym miejscu, a bawię w Re na koncertach od 5 lat. Z jednej strony podkręcało to atmosferę tego minimalistycznego występu, ale z drugiej skutecznie zniechęciło mój organizm do pozostania na dłużej.

M: A wracając do folkotroniki: bardzo żałowałem ominięcia koncertu Gathaspara w czwartek w Manggha, na szczęście załapałem się na jego set w Hotelu Forum. Materał, który wydał w tym roku nakładem Freunde am Tanzen, wydaje się zapowiedzią fajnych rzeczy. Dobry minimalizm z pomysłem, nieco odmiennym niż zajawki Kurka (sample z polskim folklorem dosłowniejsze niż praca syntezatorowych mikromelodyjek). Set bardzo dobry, można się było upić spacesynthowymi płaszczyznami, czego zabrakło mi przykładowo na Fatimie Al Quadiri.

S: Hotel Forum – doskonałe miejsce na koncerty. Byłem chyba dwa lata temu na sylwestrze organizowanym w tym miejscu i wtedy sobie pomyślałem, że to byłoby doskonałe miejsce dla Unsoundu, doskonale adaptującego lokacje w przestrzeni miejskiej. No i doczekaliśmy się w tym roku. Zamiast Łaźni Nowej, nocne imprezy odbywały się w Hotelu Forum. Pamiętacie tę sobotnią mgłę, która zawisła nad całym Krakowem? Wychodząc z Hotelu Forum o trzeciej w nocy faktycznie wyglądało to na zapowiadany „The End”.

M: Na szczęście nie była to niesławna już Open’erowa mgła. Ruskich z maszynami do przerabiania betonu na parę wodną również nie uświadczyłem.

D: Sam fakt, że po wielu próbach udało się w końcu zaadaptować Forum na potrzeby festiwalu jest wielkim sukcesem. Jeśli już miałbym doszukiwać się tej atmosfery pt. „The End”, to najprędzej dało się ją wyczuć w tym opustoszałym relikcie minionej epoki; nawet skoczne piątkowe bounce’y w Room 2 traciły tam swoje ciepło. Sobotnia mgła była wisienką na torcie. Wspaniałe miejsce na taki festiwal, pytanie czy miasto da mu przetrwać, ale to temat na inną dyskusję.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  14

M: Jakie highlighty w Forum?

S: Voices From The Lake, Shackleton, Kuedo – moi faworyci z weekendowych dancingów. Mało zaskakujące zestawienie, wiem. Ale cieszę się, że moi faworyci nie roztrwonili przewagi jaką posiadali nad resztą stawki. Voices From The Lake – nieprawdopodobnie cierpliwi Włosi, kompletnie pozbawieni południowego temperamentu. Nie wiem jak mogli to odebrać ludzie spragnieni wrażeń, ale akurat ja dostałem dokładnie to co chciałem. Porządne ambientowe techno, które płynnie płynęło, podtapiało, obmywało.Bliss.

D: Fragmenty występu Voices, które słyszałem, były OK, ale nie na tyle, by powstrzymać mnie przed ruszeniem w stronę wspomnianego wyżej pokoju 2. W piątkowy wieczór działy się tam bardzo ciekawe rzeczy – grający po gospodarsku Eltron John przyzwyczaił do dobrego poziomu; bardzo warty podhajpowania okazał się przejmujący po Eltronie decki Max Dunbar. Świetna odfunkowa muzyka taneczna, patrząc na reakcje całkiem sporej widowni nie byłem w tym poglądzie odosobniony. Wracając do sali głównej, Sebastian, rozwiń wątek Shackletona, bo tutaj obaj jesteśmy zgodni, że był to wyborny występ.

S: Jakby to powiedział prezes LZS Chrząstawa: „Shackleton, lewy obrońca, wielki talent”. Patenty, które zadziałały na „Music For The Quiet Hour”, totalnie się sprawdziły w Hotelu Forum. Marimbopodobne sample plus basowe beaty to totalna rytmiczna, kaloryczna bomba. Super że zachował spójne, charakterystyczne, natychmiast rozpoznawalne brzmienie przez cały set, uwypuklając swoje najmocniejsze strony. Czasem wydaje mi się, że niektórzy wykonawcy specjalnie maskują się sztuczną mgłą i niepotrzebnymi zgrzytami, żeby ukryć brak pomysłu na rozwinięcie rozpoczętego tematu.

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  15

M: Jasne, to jak z graniem Bacha na fortepianie: im szybciej i efektowniej grasz, tym łatwiej maskujesz niedociągnięcia i braki warsztatu.

S: Masecki ma braki warsztatu?

M: W jego przypadku tym kamuflażem miał być lo-fi creed... Tymczasem gdy w Hotelu Forum wybiła północ, skierowaliśmy się wszyscy na salę główną, by przekonać się na własnej skórze, czym w 2012 roku dubstep stoi – Mala in Cuba. Spotkałem się już z opinią, że na tegorocznym LP Mali wiele jest „Havana cultura”, a za mało dubstepu. Czy nie jest tak, że po festiwalowym secie pozostaje impresja raczej przeciwna – za mało Kuby a zbyt dużo dubstepu?

D: Zdecydowanie za mało tej Kuby było niestety.

S: Koncepcja bardzo prosta – wziąć muzykę świata i nadać jej nowe znacznie przez wplecenie w nową muzyczną kulturę. Wydaje mi się jednak, że można na tym patencie ugrać znacznie więcej. Wątki kubańskie były potraktowane w sposób bardzo oczywisty. Oczekiwałem kubańskiej radości, słońca podanej w zmodernizowanej formie. Usłyszałem prostą wypadkową dwóch składowych, nic ponad to.

M: Coś w tym jest. Skoro więc osobiście nie poczułem się porwany do tańca, spróbowałem szczęścia w innej lokacji i tak trafiłem na Nguzunguzu. Absolutnie mój taneczny gig całego festiwalu. Co tam się działo w tym pokoju C jak Cecylia. Nie wypada mówić, ale cała sala wpadła w gorączkę. Jak duet na scenie gospodarował kapitałem emocjonalnym, to jest niesamowite – na porządku dziennym szybkie cięcia i sample wprawiające w ekstazę. Ich ostatnia EP'ka przeszła zresztą w Polsce (moim zdaniem) bez należytego echa. Nigdzie nie bawiłem się lepiej, mało tego, dzięki temu szaleństwu rozdzieliłem sobie taneczne eventy festiwalu na dwie szuflady: ekstatyczną i nihilistyczną. W tej pierwszej króluje Nguzu, w drugiej oczywiście Emptyset, którzy, skoro już przy nich jesteśmy, zwyczajnie ROZKURWILI. Nawet Kuedo stwierdził na sobotnim panelu w Bunkrze Sztuki, że Emptyset to wydarzenie festiwalu. O Kuedo jeszcze kilka ciepłych słów będziemy mówić, co do Emptyset natomiast – wszelkie figury retoryczne mi się sypią, i to nawet nie z rękawa, lecz totalnie całościowo się składają w konfrontacji z czwartkowym występem i tym, jak bezpardonowo nas potraktowano. „Koniec”, motyw Unsoundu ucieleśniony w post-tanecznym minimalu.

S: Trochę z przymrużeniem oka traktowaliście moje jaranie się Emptyset przed wejściem do Manggha. Nie spodziewałem się jednak, że zostanę kolejno: przemielony przez wyciskarkę do czosnku, rozłupany przez dziadka do orzechów i przewalcowany przez... walec, i będzie mi z tym dobrze. Doskonały przykład bezwzględnej i bezlitosnej realizacji bezwzględnej i bezlitosnej muzyki.

D: Sebastian i Kuedo mieli rację. To było doskonałe. Przyćmili chyba nawet grających zaraz potem Factory Floor, bardzo dobry koncert przecież. Całościowo czwartek chyba najlepszym dniem festiwalu.

S: Założę się, że gdyby Factory Floor grało w dowolnym innym terminie, to bez zająknięcia mówilibyście o nim w samych superlatywach. Esencjonalny TRANSTAN.

M: No i był jeszcze Traxman, o którym też warto kilka słów powiedzieć. Widziałem już Davida Bowiego przytulającego się do Warholowskiego banana z okładki debiutu The Velvet Underground, ale nie widziałem jeszcze banana wykonanego w tak bardzo 90's estetyce tanich gier komputerowych, obracającego się wokół własnej osi na tle wirtualnych światów. W towarzystwie takiej wizualizacji nie trudno o wciągający występ. Traxman dostarczył, choć trudno powiedzieć dlaczego. Być może solidne footworki czuje się ciałem i nie sposób o tym pisać? Sobota była silnym punktem festiwalu.

S: Sobota była dla mnie dniem małych odkryć. Heatsick i Metasplice na najmniejszej scenie przyćmili bardziej utytułowanych kolegów, bazując na naprawdę prostych środkach. Opierali się na bardzo długich spokojnie budowanych wałkach, których urokom nie potrafiłem się oprzeć.

D: O tak, świetne zwieńczenie dnia i kolejne odkrycie imprezy. Bardzo transowy set, niezwykle wkręcający, niby proste patenty, a był tam swoisty kunszt, bo to nie było walcowanie tego samego w kółko. Pewnie takich niespodzianek było więcej, ale człowiek się nie roztroi, zwłaszcza pod koniec wyczerpującego tygodnia. Za dobrze było!

S: A zastanawialiście się co by było, gdyby Sasha Grey miała swój DJ set w Hotelu Forum, na którym aktualnie wisi gigantyczny billboard z prezerwatywami z hasłem „kocham seks”?

D: Nic by to nie zmieniło; już wspomnieliśmy, że tam nie było muzyki.

M: Celna uwaga.

S: Wracając do soboty - Kuedo, czyli projekt Jamie Teasdale, którego muzyka wyglądała na stosunkowo złożoną materię jak na warunki koncertowe. Te cudownie brzmiące syntezatory. Muszę wrócić do „Severant”, bo nie doceniłem go należycie, kiedy był na to odpowiedni czas.

M: Tańce tańcami, ale co z Holly Herndon? Jakoś nam zginęła pośród wszystkich pozytywnych wrażeń. Szczerze mówiąc mam mieszane uczucia. Z jednej strony jej autorska wersja elektroniki na oddech to przecież sensacja (oczywiście nie na miarę Henri’ego Chopina) i zdecydowanie z niecierpliwością będę wyczekiwał listopadowej premiery jej debianckiego LP. Z drugiej strony świadomość, że właśnie tańczysz do modulowanych elektroniką wykrztuszeń i pokasływań może nie do końca jest uczuciem, którego zawsze pragnąłem doznać.

D: Sam sposób zabawy własnym głosem i opieranie na nim występu był interesujący, ale odnoszę wrażenie, że czegoś tu jednak zabrakło. Niby miał to być highlight, reklamowany nawet przez The Wire, ale nie porwało (mnie przynajmniej).

M: W tym kontekście świetnie sprawdził się drugi panel dyskusyjny organizowany przez Glissando, na którym zresztą sama Holly się pojawiła. Głos jako instrument i rozważania o transhuman music, ekstensjach ludzkiego ciała, muzyce na komputer i dla komputera – z tym wszystkim skonfrontowana, Herndon zupełnie odcięła się od jakichkolwiek przesadzonych opinii na temat swojej techniki wokalnej. Po raz kolejny temat „The End” został gdzieś z boku, bo tak naprawdę elektroniczne przetwarzanie głosu żadnego etapu w wokalistyce nie kończy, tak jakby może tego chcieli co poniektórzy paneliści.

S: Nie chciałbym na siłę doszukiwać się tematu festiwalu w poszczególnych koncertach, bo popadniemy w przeintelektualizowanie. Pamiętacie wtorkowy film „Point Of No Return: She”, który z miejsca awansował do grona tych najlepszych filmów klasy „na którą nie starcza literek w alfabecie”. Tam w środku filmu, gdzieś pomiędzy najazdem futbolistów amerykańskich ze swastykami, a zakonem, w którym rządził ludzki bóg świecący oczami na zielono, została wypowiedziana cudowna kwestia:

- O co w tym wszystkim chodzi?

- Nie próbuj doszukiwać się żadnego sensu.

D: Nie wiem skąd oni biorą te filmy, ale chcę, aby wzięli skądś do nich prawa autorskie i udostępnili, forma dowolna. „Bez dopingu nie wyjdzie nic” – jak zebrać siły na parę godzin koncertów + film w nocy + ekspercki panel następnego dnia ledwo po południu i tak przez tydzień w kółko?

Unsound 2012 - Unsound 2012: The End, 13-21 października 2012, Kraków  16

S: Ten mini dialog podsumowuje w pewnym aspekcie Unsound. Taki był ten „The End” – bardzo chaotyczny i kontrastujący w obrębie pojedynczych eventów (V/VM vs Lustmord).

M: Jedna słaba jaskółka wiosny nie czyni. Sety tematyczne w Manggha, Feniksie (ach, Ben Vida elektroniką w stylu młodego Stockhausena nieźle zabawił się percepcją słuchacza, dosłownie zaprojektował mi aglomerację wewnątrz czaszki) czy taneczne paczki w Forum były dobrze zgrane moim zdaniem.

S: Jako edycja jubileuszowa, trudno narzekać na znanych, którzy pojawili się na festiwalu. Wystąpili albo z nowym materiałem albo ze specjalnymi projektami. Czy zauważyliście taki trend w Polsce, że oczekuje się zaproszenia artystów którzy jeszcze nie byli w naszym kraju? Nieważne, że od czasu ostatniego pobytu na nadwiślańskiej ziemi nagrał trzy nowe płyty i przyjedzie z zupełnie nowym materiałem.

M: Szczerze mówiąc nie spotkałem się w terenie z takim nastawieniem, może jedynie gdzieniegdzie w pofestiwalowych marudzeniach, ale daleko mi do tego sposobu myślenia. Przyjeżdża Haino, Demdike Stare czy Shackleton, widzę ich na żywo, doświadczam, sytuacja komfortowa, ale… może ponarzekajmy jeszcze, bo za mało atrakcji nam zaoferowano? Man, like, seriously?

D: To są detale, naprawdę.

S: Jeżeli przechodzimy powoli do La Grande Finale, to muszę powiedzieć, że jestem tak samo zadowolony z festiwalu jak i trochę nienasycony.

M: Trzeba przyznać, że również wiele festiwalowych występów ominęliśmy w tym roku, z przyczyn oczywistych, m.in. ponoć zacny set Hieroglyphic Being w Pauzie, pierwszą i ostatnią imprezę również w Pauzie. No ale oczywiście, oczekujemy od Unsound olśnień i odkryć – paliwa do kontynuowania rodzimego dyskursu o najnowszej muzyce. Na tym polu festiwal mógł w pewnym stopniu nie spełnić oczekiwań.

S: Widziałem część Hieroglyphic Being, nie wyglądało to na wydarzenie, które mogło odmienić festiwal. Moje mieszane uczucia wynikają może z tego, że zbyt dużo nowości zaproponowanych przez Unsound plasowało się w podobnych rejonach stylistycznych, te wszechobecne Macbooki...

M:...Co chcesz? Ben Frost dzielnie zakleił świecące jabłuszko.

S: Zastanawiam się co by było, gdyby jeden z projektów oddać w ręce jazzmanów. Peter Brötzmann, który gości w mieście w ramach Krakowskiej Jesieni Jazzowej, mógłby sprokurować prawdziwy koniec.

M: Podoba mi się ten pomysł (nawiązując, Brötzmann ma już na koncie kapitalny utwór zatytułowany “The End”). Tak, przydałoby się coś obok elektroniki.

S: Albo partytury z prawdziwego zdarzenia? Podsunąć środowisku bliższemu Sacrum Profanum?

M: Tu bym nie szedł zbyt daleko, klasyka to odrębny świat i niech takim pozostanie. Ja widziałbym ekspansję Unsoundu w rejony nieoczywistej gry z elementami muzyki eksperymentalnej i swobodnie improwizowanej, może właśnie bez obowiązkowych syntezatorów czy laptopów.

S: Wiem, że kombinuję trochę na siłę.

D: W tej sprawie wstrzymuję się od głosu, bo nie znam się ani na jednym, ani na drugim. Jestem konsumentem, póki co zadowolonym.

M: Spoko Sebastian, widać, że zależy Ci na tym, by Unsound pozostał w kraju fenomenem jedynym w swoim rodzaju, bo wciąż zaskakującym.

S: Kiedy wracałem do domu niedzielnego wieczoru z synagogi Tempel, w tramwaju numer 8 rozległ się głos lektora: „to już koniec trasy, prosimy opuścić pojazd”. Wtedy taki pan, który ewidentnie od kilku dni żywił się wódką, zawołał: „jak to koniec trasy, skoro ja mam bilet?!”. Wtedy popatrzyłem na swoją rękę z opaską i szczerze się uśmiechnąłem. To kiedy idziemy na middla?

zdjęcia: Joanna Kurkowska

Michał Pudło, Dariusz Hanusiak, Sebastian Niemczyk (30 października 2012)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: ghy
[8 listopada 2012]
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/miasto/20121107/widmo-modernizmu-krazy-po-krakowie - w tekście wzmianka o Hotelu Forum i festiwalowych atrakcjach, m.in. o koncercie Nguzunguzu.
Gość: jjsz nzlg
[4 listopada 2012]
@nieseba - takie zafiksowania są niepokonane. zawsze byłem przekonany, że wojak Szwejk nacierał sobie kolana opodedlokiem, a miesiąc temu odkryłem, że to opodeldok. No kaman, przecież jak to brzmi?
Gość: Warna
[3 listopada 2012]
Nie podoba mi się ta relacja, zamykamy stronkę.
Gość: kidej
[2 listopada 2012]
@nieseba:

Ja mam! Redaktor jest niechybnie rowniez fanem siatkowki meskiej. ;)
nieseba
[2 listopada 2012]
@kidej - jak byłem mały i "interesowałem się" samochodami to wymyśliłem sobie, że Mitsubishi Carisma jest Carsimą i ten samochód funkcjonował w mojej głowie pod taką nazwą. Jakiś czas temu popatrzyłem się na klapę tego samochodu, przeczytałem dokładnie napis i doznałem wstrząsającego odkrycia. Taka sama sytuacja jest teraz z Shackletonem (imo. brzmi lepiej niż Shackleton ;) )
pozdrawiamy Piotrka i Bartka Kurka (tu nie mam wytłumaczenia!)
Gość: kidej
[1 listopada 2012]
Shackleton jeszcze w dwoch miejscach zle ;)
Gość: Michał Pudło nzlg
[1 listopada 2012]
panowie niżej, dzięki za korektę obywatelską, już poprawione. @iki spoko wiadomość, materiał zasługuje na płytę, zwłaszcza, że Ben nie nagrał nic konkretnego od 2009 roku
Gość: Michał Pudło nzlg
[1 listopada 2012]
@pętak to jest taki stan wyłączenia z codziennego biegu życia na pewien czas.
Gość: pętak
[1 listopada 2012]
co to jest liminalność? serio pytam.
(tak, sprawdzałem na pwn, nie piszą)
Gość: kidej
[1 listopada 2012]
Piotra Kurka, nie Bartka!
Gość: t~.
[1 listopada 2012]
ShackLEton*
Gość: iki
[30 października 2012]
Frost mówił, że to co zagrali na Unsound to był w całości materiał z albumu, który ma się niedługo ukazać.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także