Primavera Sound 2012

Relacja Piotra Wojdata

Primavera Sound 2012 - Relacja Piotra Wojdata 1

DZIEŃ I

Jadąc trzy lata temu do Barcelony na swoją pierwszą Primaverę, nie zdawałem sobie sprawy, że oprócz fantastycznej muzyki, będzie mnie czekać piłkarska fiesta w związku z triumfem FC Barcelona w finale Ligi Mistrzów. Tym razem, kolejna edycja jednego z najpopularniejszych alternatywnych festiwali odbyła się w przededniu innego futbolowego święta – rozgrywanego w Polsce i na Ukrainie, Euro 2012. Autentyczne napięcie i wyczekiwanie związane z koncertami, nie było już tak wyczuwalne jak wcześniej. Wiązało się to ze słabszym, choć wyrównanym programem artystycznym, w którym ostatecznie nie pojawiła się jedna z dwóch największych gwiazd, islandzka ekscentryczka – Bjork.

Tradycyjnie główną część festiwalu poprzedziły darmowe koncerty, rozproszone po różnych zakątkach miasta Gaudiego. Szczególnie rzucił się w oczy festiwalowy before z udziałem Black Lips, The Wedding Present, Jeremy’ego Jaya oraz The Walkmen. Ci ostatni, na chwilę przed wydaniem swojej najnowszej płyty, dali statyczny muzycznie koncert przy pokaźnej, ale też rozkojarzonej rozmowami publice. I utwierdzili mnie w przekonaniu, że pochwały spływające na ten zespół zewsząd są mocno na wyrost.

Primavera Sound 2012 - Relacja Piotra Wojdata 2

Na szczęście ta niezbyt udana zapowiedź głównych wydarzeń, które miały mieć miejsce w Parc del Forum dzień później, nie zamieniła się w samospełniającą się przepowiednię. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro pierwszym zespołem, który znalazł się na rozkładzie jazdy, był Archers Of Loaf. Legenda amerykańskiego indie rocka, grająca w tej samej jakościowej lidze, co Built To Spill czy Guided By Voices, pokazała się od naprawdę dobrej strony. Najlepiej zabrzmiały gitarowe petardy z debiutu oraz epickie wymiatacze z EP-ki „Archers Of Loaf vs. The Greatest Of All Time”. Spokojniejsze utwory z późniejszych wydawnictw nieco wyhamowywały narastającą dramaturgię występu, ale reaktywacja w wydaniu koncertowym okazała się w sumie słuszną decyzją.

W dalszej kolejności należało się udać w kierunku głównej sceny, gdzie o sobie mieli przypomnieć The Afghan Whigs, ikona alternatywnego rocka z lat 90. Osobiście ciekawiło mnie, jak sprawdzą się żarliwe szlagiery z dwóch najlepszych ich płyt: „Gentlemen” oraz „1965”. Można było w ciemno zgadywać, że od strony wykonawczej będzie to pełna profeska – i nikt w tym przypadku się nie pomylił. Greg Dulli zdzierał gardło śpiewając mniej lub bardziej perwersyjne teksty, a i pewnie pobił przy okazji rekord na całym festiwalu w wypowiadaniu ze sceny słowa „baby”. Pomimo to występ popularnych Afganów nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia – okazało się, że emocjonalny charakter piosenek autorów „Congregation”, nie do końca trafia już w mój gust.

Kolejny powrót do przeszłości zafundowało Mudhoney. Brudne, garażowe riffy, psychodeliczne solówki oraz nonszalancka maniera wokalna Marka Arma zadziałały po raz kolejny. „Sweet Young Thing Ain’t Sweet No More”, „Touch Me I’m Sick” czy “In’n’Out Of Grace” i kilka innych klasyków z repertuaru kapeli z Seattle utwierdziło mnie w przekonaniu, że to w prostocie i zwyczajności tkwi siła, a herosi od gitarowej ekwilibrystyki do słuchania raczej się nie nadają. Z zastępu muzyków we flanelowych koszulach to właśnie Mudhoney wydają się dzisiaj najmniej pretensjonalni i najbardziej wciągający.

Primavera Sound 2012 - Relacja Piotra Wojdata 3

Wiele ciepłych słów można także powiedzieć o o grupie Jeffa Tweedy’ego. Koncert Wilco miał podsumować dotychczasową barwną karierę autorów „Yankee Hotel Foxtrot” i niewątpliwie to się w dużej mierze udało. Zaskoczył jednak tak duży stylistyczny i aranżacyjny rozstrzał. Obok „At Least That’s What You Said” z „A Ghost Is Born”, które kojarzy się elektrycznym Neilem Youngiem, nie zabrakło miejsca na „Jesus Etc.” oraz starsze utwory z „Summerteeth”. Jeff Tweedy wystąpił w charakterystycznym kapeluszu, razem z zespołem wymieszał najlepsze składniki, ale choćby takiego efektu, jak na koncertowym wydawnictwie zatytułowanym „Kicking Television”, nie osiągnął.

Duże nadzieje wiązałem z występem Bombino. Muzyka Tuaregów z Nigru na płytach robi duże wrażenie, ale to, co się wydarzyło na scenie, przeszło wszelkie oczekiwania. Gitarowy trans wytwarzany przez muzyków zespołu okazał się tak mocny i wyrazisty, a zarazem taneczny, że trudno było choćby na moment odetchnąć. Do tego czasu było to niewątpliwie najciekawsze wydarzenie tegorocznej Primavery.

Pierwszy dzień festiwalu, podobnie jak kolejne, musiał się jednak zakończyć dobrymi setami elektronicznych artystów z najwyższej półki. Wybór padł na The Field oraz Rustie. Axel Willner, na którego koncercie miałem przyjemność już wcześniej być, razem z perkusistą i basistą wywołali polirytmiczną gorączkę, która udzieliła się niemal wszystkim obecnym. Rustie nie był już tak przekonujący, musiał się zmagać z awarią prądu, ale gdy już opanował problemy natury technicznej, to jego mieszanka dubstepu, wonky i purple sound okazała się ciekawym zwieńczeniem pierwszego dnia barcelońskiego festiwalu.

DZIEŃ II

Primavera Sound 2012 stała pod znakiem reaktywacji. Nie inaczej było z początkiem drugiego dnia koncertowego maratonu. Chavez, a więc kolejna ważna grupa dla amerykańskiego, niezależnego, gitarowego grania rozpoczęła swój koncert tuż po 19 na najbardziej oddalonej od centrum wydarzeń scenie. Matt Sweeney, którego znamy także ze wspólnych nagrań z Bonnie „Prince” Billym oraz Zwan (dla tych, którzy zdążyli zapomnieć – niezbyt ciekawego projektu Billy’ego Corgana), wraz z kolegami zagrał większość materiału z „Ride The Fader” i potwierdził renomę jednej z najbardziej interesujących indie rockowych grup po tamtej stronie oceanu.

Primavera Sound 2012 - Relacja Piotra Wojdata 4

Zdecydowanie mniej gitar, a więcej karaibskich i afrykańskich rytmów można było usłyszeć na koncercie bombastycznego projektu, AfroCubism. Muzycy malijscy spotkali się na scenie z częścią ekipy Buena Vista Social Club i dali dużo powodów do uśmiechu. Nogi same rwały się do tańca i mimo, że występ supergrupy nie okazał się wielkim przeżyciem, to natchnął pozytywną energią przed prawie 3-godzinnym show największej gwiazdy tej edycji Primavera Sound, czyli The Cure. Robert Smith z ekipą wykazali się nieprawdopodobną kondycją, bijąc na głowę młodziaków. Przede wszystkim jednak zaprezentowali większość upragnionych hitów z różnych okresów działalności, w tym moje ulubione „Pictures Of You”. Godzinna dawka muzyki The Cure, a więc zespołu, do którego mam raczej ambiwalentny stosunek, zupełnie wystarczyła.

Primavera Sound 2012 - Relacja Piotra Wojdata 5

Na liście artystów do zobaczenia pojawiło się australijskie trio Dirty Three.

Trudno było się spodziewać takiego obrotu spraw. Warren Ellis (skrzypce), Mick Turner (gitara) i Jim White (perkusja) od dłuższego czasu nie porywają jakoś specjalnie na swoich płytach. Nie przeszkodziło im to jednak w zagraniu jednego z najlepszych koncertów tej edycji festiwalu. Punkowa energia, zgiełk, a także nieuchwytna dzikość serca w połączeniu z melancholijnym charakterem ich kompozycji, wywarły naprawdę duże wrażenie. Warren Ellis szalał na scenie, wygadywał głupoty, ale muzyka w wydaniu Dirty Three okazała się niepowtarzalna i można było sobie dzięki temu występowi przypomnieć o najlepszych okresie australijskiej ekipy.

Po tak mocnych wrażeniach przyszła pora na elektroniczną część Primavery. Wybór padł na modnego i chwalonego przez krytyków producenta o pseudonimie SBTRKT, który zaprezentował ciekawy set, potwierdzając przy okazji, że należy do ścisłej czołówki brytyjskiego dubstepu.

DZIEŃ III

Ostatnia część festiwalu rozpoczęła się dla mnie od koncertu hiszpańskich lokalsów. Grupa Lisabö, bo o niej mowa, pojawiła się na scenie Ray-Ban chwilę przed 19:30. W pełnym słońcu, przy wysokiej temperaturze, dodatkowo dołożyli do pieca – prezentując eklektyczną mieszankę inspiracji noise rockiem i post hardcorem. Poza wiernym i stojącym na przeciętnym poziomie odtwarzaniem patentów, nie mieli jednak zbyt wiele do powiedzenia od siebie. Trochę szkoda, ale nowe nadzieje można było wiązać z następnym występem, czyli koncertem Forest Swords.

„Dagger Paths”, które wyszło spod ręki Matthew Barnesa w 2010 roku było jedną z najbardziej oryginalnych płyt tamtego okresu. Psychodeliczne mgiełki, dubowe rytmy oraz spójna narracja nadały temu albumowi wyjątkowego charakteru. Niestety, jak się później okazało, w wydaniu koncertowym to wszystko nie zadziałało tak, jak powinno. Uboższe wersje „Hoylake Misst” i innych nagrań rozpłynęły w nijakich dronach.

W kolejce do zobaczenia, na tej samej scenie, co Forest Swords, czekał Shellac. Grupa Steve’a Albiniego pojawia się na Primaverze rokrocznie, i choć powoli staje się to nudne, to wciąż trudno odmówić im klasy. Każdy kolejny występ legendy amerykańskiego undergroundu nie robi co prawda takiego wrażenia, jak pierwszy z nią kontakt (w moim przypadku był to wrocławski występ autorów „At Action Park”), ale zawsze można być pewnym, że wysoki poziom zostanie utrzymany. Tak też było i tym razem. Obok klasyków znanych z debiutu czy „1000 Hurts”, a także ostatniej regularnej płyty, czyli „Excellent Italian Greyhound”, pojawiła się silna reprezentacja nowych utworów. Dużą atrakcją było również, rozimprowizowane jak nigdy, „The End Of Radio”, w którym Albini wspiął się na wyżyny kreatywności.

Podobnie jak w przypadku Shellac, koncert Yo La Tengo, który miał się rozpocząć tuż przed 1 w nocy, był trzecim, jaki miałem okazję doświadczyć. Wspólne dla obu grup było także to, że obie formacje najlepiej sprawdzają się w warunkach klubowych. Pamiętny koncert Iry Kaplana i reszty w katowickiej Hipnozie zmiótł mnie z powierzchni ziemi, a primaverowy występ, podobnie jak poprzedni, okazał się nierówny. Jak to zwykle bywa w przypadku Yo La Tengo, ich koncert stał pod znakiem kontrastów. Gitarowe, hałaśliwe jamy przeplatały się z najbardziej przystępnymi utworami (m.in. „Autumn Sweater”). Wrażenie było jak najbardziej pozytywne, ale pozostał pewien niedosyt.

Primavera Sound 2012 - Relacja Piotra Wojdata 6

Od bardzo dobrej strony pokazali się także legendarni post punkowcy z The Pop Group. Od czasu ich najlepszej płyty minęło już ponad 30 lat, a okazało się, że na żywo ta muzyka nadal robi wrażenie. Hałaśliwe gitary, funkowy groove i opętańcze wokalizy wyglądającego jak urzędnik miasta stołecznego Warszawa, Marka Stewarta wciągały nie mniej niż zawartość kultowego „Y” z 1979 roku.

Festiwal Primavera Sound 2012 kończył jeden z najważniejszych obecnie twórców basowego brzmienia. Scuba, czyli Paul Rose, po 4 rano zaserwował naprawdę mocarną techniawkę, do tego na najwyższym poziomie. Nie kombinował z brzmieniem, zamiast tego wyszedł naprzeciw wszystkich tych, którzy oczekiwali od niego imprezowej petardy.

Naprawdę mocnym akcentem zakończyła się tegoroczna odsłona festiwalu Primavera Sound. Program nie prezentował się co prawda tak okazale jak w zeszłych latach, wydaje się też, że przyjechało mniej Polaków. Od strony organizacyjnej trudno było jednak cokolwiek zarzucić. Ochrona, w przeciwieństwie do tej na polskich festiwalach (mówię to ze smutkiem, wolałbym żeby było odwrotnie), zachowała umiar w uprzykrzaniu życia festiwalowiczom. Za pozytywny akcent należy uznać także rozszerzanie formuły imprezy. W tym roku pojawiły się akcenty afrykańskie (Bombino, AfroCubism) oraz liczni reprezentanci ciężkich brzmień (Mayhem, Wolves In The Throne Room czy Napalm Death). Miejmy nadzieję, że organizatorzy Primavery pójdą w tym kierunku, a masowo reaktywowane zespoły będą stanowiły mniejszość.

Piotr Wojdat (5 lipca 2012)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także