[phpBB Debug] PHP Warning: in file /home/screenag/domains/screenag.linuxpl.info/public_html/content/dom/DomContent.php on line 97: htmlentities() [function.htmlentities]: Invalid multibyte sequence in argument
screenagers.pl - specjalne: Polskie Piosenki Wszech Czasów: 50–46

Polskie Piosenki Wszech Czasów

50–46

Obrazek pozycja 50. Lenny Valentino – Dom nauki wrażeń

50. Lenny Valentino – Dom nauki wrażeń

[muz i sł: A. Rojek, M. Waluś; 2001]

Górną pięćdziesiątkę otwiera pierwszy singiel z krążka „Uwaga! Jedzie tramwaj”, o którym powiedziano już naprawdę dużo. Czasem wydaje mi się, że nawet za dużo, bo przecież siła albumu tkwi w nieopisywalnym, w tych naszych tytułowych wrażeniach. I ja sam z chęcią bym zamilkł i głos oddał muzyce. Bo o czym tu pisać? O tych pięciu akordach? O skromniutkim aranżu? Może o niesamowicie plastycznym brzmieniu? Czyż nie jest banałem rozgadywanie się na temat retrospekcyjnej tematyki dzieła, jego introwertycznego charakteru, czy też bezprecedensowego fenomenu jednopłytowego projektu? Wszak to wszystko jest nieistotne w obliczu zindywidualizowanego piękna, które każdy wrażliwy słuchacz jest w stanie w tej muzyce odnaleźć.

Pamiętam, że występ Lenny Valentino na Off Festivalu 2010 w strugach deszczu lekko mnie rozczarował, ale bynajmniej nie z powodu warunków atmosferycznych, które bardzo sprzyjały klimatowi koncertu. Stwierdziłem wówczas, że wolę LV słuchać w domu, samemu. Dla odmiany, sporej grupie widowni, w tym niektórym moim znajomym, ciężko było ukryć wzruszenie. I tu jawi się potęga artystyczna grupy. Każdy z nas ma swoje własne i niepowtarzalne Lenny Valentino, „Uwaga! Jedzie tramwaj” i „Dom nauki wrażeń”. A wszystkim, którzy jeszcze jakimś cudem nie mieli okazji się zapoznać z tą muzyką, obiecuję, że też będą mieli. (Paweł Szygendowski)

Posłuchaj>>

Podobało się? Posłuchaj również:
Homosapiens – Elephant
Kings Of Caramel – Dolphins In Wales

Obrazek pozycja 49. Kayah – Fleciki

49. Kayah – Fleciki

[muz: F. Sojka; sł: Kayah; 1995]

Wannę szampana obiecała Edycie Bartosiewicz Kayah, nie wierząc w jej zapewnienia, że późniejsza autorka „Supermenki” dostanie Fryderyka dla Najlepszej Wokalistki 1995 roku. Po latach Kayah śmiała się, że musiała szukać miniaturowej plastikowej wanienki i taniego rosyjskiego szampana, którego piły przez słomkę w małym, wynajmowanym mieszkaniu. – Czekałam na tę chwilę 10 lat – mówiła wokalistka na pamiętnej ceremonii rozdania nagród. I doskonale wiedziała co mówi, bo na tamten sukces pracowała nieprzerwanie od 1985 roku, kiedy nagrała z zespołem Tilt świetną piosenkę „Mówię ci, że”. Potem był debiutancki falstart-album wydany w dwóch wersjach językowych, a napisany w rzeczywistości dla innej wokalistki, przez Kayah wyśpiewany niejako w zastępstwie. Był też epizod modelki w Austrii, lata chórków i drugoplanowych wokali u De Mono, Stanisława Soyki, ale i Grzegorza Ciechowskiego – zarówno przy projekcie Obywatel G.C., jak i w Republice. I to ta ostatnia kolaboracja była początkiem rozkwitu kariery wokalistki. Wydane na akustycznej płycie Republiki „Mówili o mnie” po dwóch latach przeistoczyło się w „Jak liść” i jako pierwsze reprezentowało w stacjach radiowych „prawdziwy” debiut Kayah, płytę „Kamień”. To z tego albumu pochodzą „Fleciki”, które Kayah wypuściła dopiero jako trzeci singiel, za to z potężną pompą – kalifornijskie plenery, reżyseria Janusza Kamińskiego i popowy sznyt idealnie zaspokajały zapotrzebowanie w połowie lat 90. na antyrockowy i gładziutki pop. Tytułowe brzmienie flecików, liryczna historia miłosna, Kayah w stroju anioła i uciekająca z walizką pieniędzy, słońce oraz bezkres pejzaży stworzyły koktajl wybuchowy, wciąż rozpoznawalny na mapie polskiej muzyki. (Kamil J. Bałuk)

Posłuchaj >>

Podobało się? Posłuchaj również:
Kayah – Jak liść

Obrazek pozycja 48. Czerwone Gitary – Historia jednej znajomości

48. Czerwone Gitary – Historia jednej znajomości

[muz: K. Klenczon; sł: J. Kossela; 1966]

Nie ma co się tutaj rozpisywać o kontekście i kulisach powstania, bo po pierwsze – jakby to powiedział Władysław Frasyniuk – nie było mnie tam, a po drugie – dobrze zostało to opisane choćby tu. Czerwone Gitary podobno były polskimi Bitelsami, ale nie będziemy tu się zastanawiać czy „To właśnie my” było polskim „Please Please Me”, ani tym bardziej czym była „Historia...”. Zaryzykuję za to stwierdzenie, że to jeden z tych utworów, który każdy z nas zna (niechby i nawet jako „Morza szum”) i z którym chyba każdy ma jakieś skojarzenia, niezależnie od wieku, upodobań muzycznych.

Można zatem stwierdzić, że wieńcząca debiutancki album Czerwonych Gitar, niespełna trzyminutowa kompozycja nieodżałowanego Klenczona z tekstem Kosseli na trwałe zapisała się w polskiej kulturze. „Głos Wybrzeża” już dawno padł, a „Historia...” funkcjonuje w świadomości Polaków – począwszy od coverów, po wszelkiego rodzaju cytaty w rozmaitych kontekstach (przykład z ostatnich tygodni – pierwsza linijka wykorzystana jako tytuł artykułu reklamującego wycieczkę samolotem nad morze). Utwór miał ku temu wszelkie predyspozycje – chwytliwa melodia, romantyczny tekst z plażą w tle, w sam raz dla masowego odbiorcy. Niby łzawy, ale jednak nie do końca, bo z jakimś specyficznym zacięciem. Banalna, nostalgiczna, wczesno-bitelsowska piosenka sprzed pół wieku o dziewczynie z psem, czy raczej jedna z najpiękniejszych ballad kiedykolwiek napisanych w Polsce? (Dariusz Hanusiak)

Posłuchaj >>

Podobało się? Posłuchaj również:
Skaldowie i Łucja Prus – W żółtych płomieniach liści
Blackout – Anna

Obrazek pozycja 47. Kombi – Słodkiego, miłego życia

47. Kombi – Słodkiego, miłego życia

[muz: S. Łosowski; sł: M.Dutkiewicz; 1984]

„Muzyka Młodej Generacji” to jeden z najciekawszych chwytów marketingowych w historii polskiej fonografii. Kilku menedżerów z Jackiem Sylwinem na czele na przełomie lat 70. i 80. przebiegle wykorzystało moment odwilży w muzycznym biznesie – kontrola grajków była ostatnią rzeczą, jaką zajmowała się partia, mająca na głowie „Solidarność” i pękający w szwach ustrój. Jak na ironię, młoda rockowa generacja, która miała obalić rządy piosenki estradowej, to było pokolenie trzydziestolatków, zasiedziałych raczej w bluesie i rocku progresywnym, aniżeli śledzących muzyczną rewolucję końca lat 70. – punk rock i nową falę. Exodus, Krzak, Kasa Chorych miały stanowić o obliczu nowej sceny. To oczywiście zażarło, bo wciąż było wyraźną kontrpropozycją dla opolskiego i sopockiego wodewilu tamtych czasów. Pośród tych estetycznie rozmijających zespołów, które łączyło jedynie to, że gromadnie przegapiły zachodnią zmianę warty, znalazło się Kombi. Kto wie, czy nie była to grupa najlepiej pasująca do tej wielkiej hucpy. Wszak wewnętrznie formacja była jeszcze bardziej zróżnicowana niż Muzyka Młodej Generacji. Kombi to starcie miłośnika muzyki elektronicznej i zatwardziałego hardrockowca: Łosowskiego i Skawińskiego. A przecież i Tkaczyk, i Pluta też nie byli czystymi kartami.

Ten układ zaowocował później przebogatą gatunkowo dyskografią: Kombi przeszczepili na rodzimy grunt zarówno pop-rockową elegancję Steely Dan, jak i nowoczesny syntezatorowy rock w duchu Ultravox. W sukcesie noworomantycznego wcielenia z albumu „Nowy rozdział” nie przeszkodził nawet fakt, że z winy cyklu wydawniczego w Polsce płyta była spóźniona o dobre dwa lata. Gdy Kombi mieli już gotowy singiel „Inwazja z Plutona/Nie ma jak szpan”, na półkach wciąż zalegały albumy „Królowie życia”. „Nowy rozdział” z jego reprezentacyjnym singlem „Słodkiego miłego życia” wykorzystywał najnowsze zdobycze technologiczne: syntezatory, samplery, automaty perkusyjne, Commodore 64, a Sławomir Łosowski czuwał nad nimi niczym elektroniczny demiurg, Brian Eno w równoległym wymiarze. „Słodkiego, miłego życia” niesione melancholią new romantic i tajemniczym futuryzmem stanowiło nową jakość w polskim rocku zdominowanym przez brzmienie żywego instrumentarium. To jedna z najbardziej fascynujących zmian wizerunku w historii polskiej fonografii. Może to kwestia niespokojnych głów, może pogoni za kolejnymi modami – dziś to naprawdę wydaje się mało istotne. (Marta Słomka)

Posłuchaj >>

Podobało się? Posłuchaj również:
Kombi – Nie ma jak szpan
ZOO – Więcej sexu

Obrazek pozycja 46. Wojciech Młynarski – Bynajmniej

46. Wojciech Młynarski – Bynajmniej

[muz: J. Sent; sł: W. Młynarski; 1968]

Wojciech Młynarski jest, absolutnie, mistrzem krótkiej formy. W samych jeszcze latach sześćdziesiątych, ten świeży absolwent polonistyki szybko przebił się z pozycji beniaminka polskiej piosenki na sam szczyt tejże, wymieniany jednym tchem z Koftą i Osiecką. Jako bezpośredni spadkobierca idei Tuwima, Hemara i Przybory, pisał kunsztowne, przepełnione bon motami teksty, czasem zabawne, innym razem lyryczne, zawsze z wielką klasą i elegancją. Bez krakowskiego baraniego zadęcia, bardzo po warszawsku, nowocześnie, acz z pewną dozą przedwojennej gracji. Gęsto follow-upował na długo przed powstaniem hip-hopu (vide „Niedziela na Głównym” a „Dimanche a Orly” Gilberta Bécaud; „Żorżyk” a „Szkolny bal” Czerwono-czarnych). Pisał dla siebie, ale i dla innych wykonawców (w tej roli, jedynie autora tekstów, pojawia się zresztą nieraz w niniejszym topie). Formuła autorskiej piosenki, jaką kultywował Wojtek niespecjalnie wprawdzie odpowiada lansowanej przez Screenagers metodzie percepcji muzyki. To często utwory bliższe kabaretowi lub aktorstwu niż tradycyjnie (dziś) pojmowanym piosenkom pop. Mimo że tekstom Młynarskiego zawsze towarzyszyły solidne kompozycje tworzone przez wielkich artystów (np. Wasowski, Małecki, Derfel), to ich warstwa liryczna oraz interpretacja pełnią w tym przypadku rolę jednak sztandarową. Motywowane było to zapewne charakterystyczną śpiewomową Wojtka, jawnie inspirowaną Fredem Buscaglione, ale cóż, przeprowadzoną na sposób tak wykwintny, że łatwo mu wybaczyć choćby niemal bliźniacze wejścia wokalu w „Moim ulubionym drzewie”, „Przyjdzie walec i wyrówna” i „Róbmy swoje”. Tym bardziej, że wymóg wzajemnej adekwatności tych dwóch żywiołów (muzyki i tekstu), potrafił zaowocować u niego całościami nierzadko karkołomnymi i bardzo erudycyjnymi, jak w przypadku „Daj des”. Nie zapominajmy jednak, że człowiek ten napisał jakieś dwa tysiące piosenek! Wobec tego w jego repertuarze nie zabrakło też miejsca dla tych bardziej tradycyjnych, bo mniej kupletowych, powiedzmy: wyraźnie melodyjnych wypowiedzi. Jedną z najpiękniejszych jest właśnie „Bynajmniej”.

To chyba zatem najdoskonalsza reprezentacja twórczości Wojciecha Młynarskiego, jaką mogła mieć ta lista. Nie tylko jest piękną piosenką pod względem czysto kompozycyjnym, ale i zawiera w sobie pewne powracające w pisarstwie autora wątki. Pojawia się więc postać młodego prostodusznego peerelowskiego żulika, który głosowo zadebiutował już anonsując przyjazdy w „Niedzieli na Głównym”, by później pojawić się choćby w roli bigbitowego basisty Żorżyka czy dansingowego podrywacza ze skargi „Podchodzą mnie wolne numery”. Także tutaj rzecz się dzieje w scenerii dworcowo-pociągowej, gdzie ulubiony obiekt podsłuchów Młynarskiego językowymi lapsusami kompromituje się przed swą wybranką, kolejnym – jak się domyślamy – przedmiotem intuicyjnego zakochania (utwór należy do cyklu „Polska miłość”). Myślałby kto, że to po prostu drwina z szerzącej się lingwistycznej niechlujności, ale już drugi obieg zwrotko-refrenowy uświadamia, jak mocno w tekstach autora, obok całego tego olbrzymiego ładunku ironii, funkcjonowała niezwykła czułość dla tych bohaterów codzienności. Jednowymiarowość odczytania to powszechny problem z recepcją tekstów Młynarskiego, co gorsza również tych zabarwionych politycznie. Polecam uważną lekturę, a bynajmniej chwilę zadumy. (Jędrzej Szymanowski)

Posłuchaj >>

Podobało się? Posłuchaj również:
Kalina Jędrusik – Do ciebie szłam
Alibabki – Zagrajmy w kości jeszcze raz

Screenagers.pl (30 maja 2012)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Sajmon
[31 maja 2012]
Z tego, co czytałem w książce Gaszyńskiego, to Czerwone Gitary odpowiadały Beatlesom głównie na koncertach - na płytach musieli prezentować bardziej ugrzeczniony, masowy repertuar.
Nie uważacie, że Fleciki ma jeden z najlepszych refrenów w historii Polski? To "a mimo to/jestem z nim"...

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także