Off Festival 2011

Off Festival 2011: dzień trzeci, sobota, 6 sierpnia

Off Festival 2011 - Off Festival 2011: dzień trzeci, sobota, 6 sierpnia 1

Blonde Redhead (na zdj.)

Nie jestem w stanie pojąć, czemu członkowie Blonde Redhead są niezadowoleni z tego koncertu. Co prawda nawet spod budki akustyka Kazu Makino wyglądała jakby nie spała przez tydzień, ale całość urzekała swoją bezpretensjonalną melancholią i barokowo-popowym brzmieniem. Nawet mimo morderstwa, jakie popełnił na ich muzyce akustyk Sceny mBanku. „Dr. Strangeluv” wypadł doskonale, nawet opener nowego albumu zyskał na żywo, choć jako wierny fan „Mizerii” za absolut tego koncertu uważam „Falling Man”. Z tonu wypowiedzi dla radiowej Trojki śmiem podejrzewać, że to ich ostatnia trasa, więc doceniam, że się tak ładnie pożegnali. (ak)

Nie mam najmniejszego pomysłu, co napisać o Blonde Redhead, więc zróbcie operacje copy-paste fragmentu o rzetelności, sympatyczności Warpaint. Zamiast „Undertow” podstawcie „23”. (sn)

Mołr Drammaz

Przełożony na późne godziny nocne koncert Polvo sprowadził mnie na występ Mołr Drammaz. Niby z tych wszystkich bębnów biła wielka energia, fajne było szafowanie konwencjami, ale nawet obecność Macia Morettiego i ciągle-coś-robiącej Asi na scenie nie porwała mnie i narastało we mnie uczucie niezrozumienia i nierozkminienia tego koncertu. A że podchodziło to pod rzeczy, które się dzieją w Lado ABC, a jestem zadeklarowanym fanem tej wytwórni, tym bardziej mnie to dziwiło. To chyba coś z tą jajecznicą było nie tak. (sn)

Kury

Słuchałem „P.O.L.O.V.I.R.U.S-a” dosłownie dwa tygodnie przed OFFem i ta kultowa w pewnych środowiskach płyta zupełnie się nie zestarzała. Pozostała gorzka refleksja, że po 13 latach ten pastisz jest tak samo kurewsko aktualny. Niestety polowirus dopadł Tymona, który zabił fenomen tej płyty podając wszystkie utwory w monotonnej tymonowej muzyce, zapominając o masie szczegółów i uwydatnieniu kontrastów, które stanowiły o fajności „P.O.L.O.V.I.R.U.S-a”. Nieważne, czy było to w zamyśle discopolowe „Śmierdzi mi z ust” czy zatęchły „Szatan”. W okrojonym składzie – w trio z Piotrkiem Pawlakiem i Kubą Staruszkiewiczem chyba nie byli w stanie tego udźwignąć. Tymański stracił wyczucie, a ja nie chodziłem na roraty. (sn)

Barn Owl

W totalnie złym, kury-related humorze wparowałem do namiotu, gdzie dwójka długowłosych gentlemanów, u których uśmiech na twarzach raczej nie gości, plumkało na gitarach. Podobno później nawet się rozkręcili, ale nie było mi dane do tego dotrwać. Totalne rozkojarzenie wśród publiczności, bardzo smutne, czarno-białe animacje i pojękiwania do mikrofonu sprawiły, że poczułem totalną rezygnację, skapitulowałem i poszedłem sprawdzić, jak Neon Indian rozkręcili swoją imprezę. (sn)

Neon Indian (na zdj.)

Konflikty tragiczne Off Festivalu 2011, część 123442. Otóż w tym czasie występowali doskonali Barn Owl, dając podobno jeden z lepszych gigów w czasie tych paru upojnych dni w Dolinie Trzech Stawów. Widziałam 15 minut Neon Indian na ubiegłorocznym Berlin Festival (nie, że sama wyszłam, po prostu przez problemy techniczne nie mieli więcej czasu…), więc nie mogło mnie zabraknąć pod Sceną Leśną. Była to świetna decyzja, mimo że straciłam kolejnych reprezentantów Thrill Jockey na eksperymentalnej – Alan Palomo swoim ruchem scenicznym skojarzył mi się z Simonem LeBonem, ale to, co działo się w podkładach, to istna psychodeliczna ekstaza. Trudno wymieniać jakiekolwiek highlighty, bo przecież debiutancki album, „Psychic Chasms”, to bardzo równe wydawnictwo, a nowe piosenki („Polish Girl”) również nie pozostawiają złudzeń co do talentu Palomo. Gdy bisował „Should Have Taken Acid With You” pozostawało tylko zapytać – kto to jest Chaz Bundick?! (ak)

GaBLé

Obecność obozu francuskiego na Offie wydała mi się z początku dziwną decyzją Artura, ale okazało się, że obie trójkolorowe ekipy (GaBLé, Gangpol & Mit) były zaskakująco mocnymi punktami imprezy. Zastanawiam się nad stworzeniem osobnej kategorii „Best New Live Music”, dla zespołów, które nie wydają zjawiskowych płyt, nie nagrywają fantastycznych utworów, ale ich koncerty ociekają dobrą zabawą. Zwariowane trio rozchmurzyło mi czarne chmury gromadzące się w głowie nad sobotnim Offem. Bezpretensjonalna, szalona muzyka, z wykorzystaniem wszystkiego, co wpada im w ręce: granie na kilku fletach jednocześnie, dzwonki, plastikowe trąbki, rozrywanie tacek zębami, GaBLé indian. Radosna chemia w zespole udzieliła się wszystkim i sprawiła mi podwójną satysfakcję, gdy słuchałem opinii o niesmacznym występie Geriavit Of Four. (sn)

Gang Of Four

Mój kolega podsumował ten koncert jednym sformułowaniem: „Geriavit”. Dla mnie nie ma nic złego w tym, że starsi panowie grają z pełnym zaangażowaniem swoje hity – gdyby nie fakt, że przez większość koncertu nie słyszałam gitary, naprawdę byłoby przyzwoicie. A tak to trochę się wytańczyło przy kanonicznych dla dance punku piosenkach, typowa festiwalowa rozrywka. Szkoda tylko, że tym razem nie rozwalili żadnej mikrofalówki... (ak)

Szacunek do ludzi starszych i uwielbienie dla „Entertainment!” nie pozwalają napisać wszystkiego, co ciśnie się pod długopis. Najbardziej zaskakuje mnie to, że wiele osób próbuje bronić tego występu. Najczęściej pojawiającym się argumentem „za” Gang Of Four jest ich rzekoma „świetna forma”, czy inaczej energia bijąca ze sceny. No dajcie spokój… To prawda, że wokalista dwoi się i troi, skacze, tańczy, świruje klatą, ale za to przecież zupełnie nie radzi już sobie z wykonywaniem swoich partii. Chciałbym móc wymazać z pamięci Andy’ego Gilla w nieszczęsnych ciemnych okularach, rzucającego gitarą z werwą tolkienowskiego Drzewca i sekcję rytmiczną, która nijak ma się do wywołującego ciarki na plecach duetu Allen/Burnham. Nawet takie strzały jak „Not Great Men” czy „Damaged Goods” zabrzmiały tego wieczora ociężale, a wspominanie o eksperymentach z wykorzystaniem autotune’a czy nowych kompozycjach to już kopanie leżącego. Generalnie – to było słabe. (sw)

Destroyer

Sceptycy będą mówić, że to występ z kategorii do bólu przewidywalnych. Wiadomo było, że Destroyer przyjedzie do Katowic w dużym składzie i odegra w większości swój najnowszy album „Kaputt”. Ale przecież piękno i przewidywalność to pojęcia, które się wzajemnie nie wykluczają. Chciałbym posłużyć się zeszłorocznym występem Lenny Valentino, który był moim pierwszym i może ostatnim koncertem tego zespołu na żywo. Znałem utwory na pamięć, wykonania też nie odbiegały znacząco od oryginałów, a totalnie się wtedy rozkleiłem. Dan Bejar zaklina w swojej twórczości coś, czego miejscami nie potrafię zidentyfikować, nazwać po imieniu. Nie wiem jak długo Destroyer pozostanie w tej stylistyce i czy kiedykolwiek wyjedzie z tak dużym zespołem w trasę. Tym bardziej cieszę się, że mogłem być tam pod sceną. Pierwszą i właściwie jedyną niewiadomą był dźwięk, jaki realizatorzy będą w stanie uzyskać przy ogromnym ośmioosobowym zespole na scenie.

Początek „Chinatown” i już moje myśli cieszyły się jak dzieci, które dostały wymarzone resoraki i lalki barbie pod choinkę. Nie wyobrażałem sobie, że na Scenie Leśnej uda im się aż tak wiernie odtworzyć trudny do uchwycenia klimat płyty – absolutna czołówka pod względem wykonawczym i realizacyjnym. Jeżeli mogę usłyszeć jedną z ulubionych płyt 2011 roku (z dodatkiem z poprzednich płyt w postaci „Painter In Your Pocket”, „My Favourite Year”) zagraną w tak perfekcyjny sposób, to nie potrafię żądać więcej. Dolina Trzech Stawów została zatopiona w pastelowym płaszczu urokliwej nostalgii. Chciałbym wierzyć, że każdy został trafiony tą sophisti-popową strzałą, no ale jak się okazuje niektórzy stawiają Dezertera ponad Destroyera, a opinie wychwycone w tłumie nie podzielały choć w części mojego czołobitnego uwielbienia. Już niedługo będą gnić kasztany, będzie padać śnieg. Lata będą mijały, a „Kaputt” będzie brzmiało równie pięknie. (sn)

Niestety, nigdy nie było mi dane pojąć fenomenu tego projektu – Bejar ma ciekawy głos, może teksty dają radę, ale już np. ostatnia płyta zlewa się dla mnie w jedną niekończącą się kałużę nijakiego sophisti-popu. Dokładnie takie było moje 15 minut na Destroyerze, wybaczcie – zupełnie nie rozumiem, co tam mogło się podobać. (ak)

Xiu Xiu

Prawdopodobnie największe zaskoczenie festiwalu. Każdy, kto widział Xiu Xiu czy Jamiego Stewarta solo, ostrzegał mnie przed ich występem na żywo jak przed najgorszą chorobą weneryczną. Zwłaszcza mając na uwadze daleki od ideału dobrego album potworek „Dear God, I Hate Myself”. Jednak całe szczęście wybierając się na Offa autorzy „A Promise” zostawili swoją makabryczną retorykę w domu, skupiając się na „samym gęstym”, czyli niesamowitych podkładach pod teksty Stewarta. I po zamknięciu oczu można było usłyszeć wszystko, za co ich kiedyś szczerze pokochałam moim smutnym serduszkiem. Współczuję tylko licznym nieświadomym parom, które całowały się na „I Broke Up”… (ak)

Primal Scream

To był najlepszy z całej trójki headlinerów – idealny na dużą scenę, a nawet na pejoratywnie brzmiące stadiony. Oczywiście łatwo można było zauważyć, że zespół był już trochę zmęczony długą trasą koncertową „Screamadelica Live!”. Zabrakło pełnej sekcji dętej i chóru gospel, ale Bobby Gillespie w ciągłym ruchu i scenicznym tańcu starał się to maksymalnie zatuszować. Trochę żałuję, że zespół nie chciał pójść w stronę zeszłorocznego show The Flaming Lips, z deszczem konfetti, balonami, tysiącem ludzi tańczących na scenie, akrobacjami samolotowymi, spadochroniarzami i linoskoczkami, bo „Screamadelica” moim zdaniem aż się prosiła o taką megalomanię. Ponarzekam na niescreamadelicowe bisy, taki utwór tytułowy na koniec byłby lepszym finałem niż trzy kawałki spoza odgrywanej płyty. Niemniej jednak, przeżycie na żywo „Movin’ On Up”, „Higher Than The Sun” czy „Come Together” jest dla mnie bezcenne. Czytając opinie innych, pierwsze, jeszcze nieostygłe wrażenia – szkoda, że to był jedyny headliner grający pogodną muzykę. (sn)

Trudno napisać cokolwiek z odrobiną dystansu na temat albumu, który wyszedł prawie ze mną na ten świat i wywrócił go odrobinę do góry nogami. Prawił o tym wystarczająco dużo na naszych łamach Kuba Ambrożewski, ja mogę tylko zrelacjonować celebrację tych niezwykłych dźwięków. Bo Gillespie dobija pięćdziesiątki, a wciąż wydaje się zjawiskowy pląsając w swojej srebrnej koszuli na tle psychodelicznych animacji i narkotycznych kompozycji. Wszystkie utwory korzystają ze swojej z natury dość otwartej na improwizację formuły – miało się wrażenie, że przy każdym dostawaliśmy dwie minuty transowej wiksy gratis, tylko z korzyścią dla zgromadzonych tłumnie pod sceną. Inny plus to setlista, która wcale nie była odwzorowaniem kolejności tracków na albumie – „Damaged” zagrano przed „Loaded”, a „Come Together” na koncercie stało się ósmym utworem. Do tego była okazja usłyszeć parę hitów z późniejszych etapów kariery – takich jak „Jailbird” czy „Rocks”. Chciałabym się do czegoś przyczepić, ale serio nie da rady – teraz tylko proszę by kiedyś, będąc wciąż w takiej formie, Primal Scream pojeździli sobie po świecie grając set oparty na innym ich albumie – „XTRMNTR”. (ak)

Dan Deacon

Żałuję, że moje zmęczenie nie dało mi wystać, a raczej wyszaleć całego gigu niedaleko słynnego stolika artysty znajdującego się wśród publiczności. To, co się tam działo należy do najciekawszych sposobów na interakcję muzyka z publicznością, która razem z nim tworzy muzykę, uczestniczy w konkursie tańca i czego tam jeszcze nie było. Ale nawet będąc bierną postacią w tym evencie, jedynie słuchając faktur powstałych za pomocą paru niepozornych urządzeń, ten koncert zachwycał swoją złożonością i świetnym konceptem. Modlę się, by wrócił do Polski. (ak)

Suuns

Suuns poznałem kilka chwil przed festiwalem, a w przedbiegach pokonali Dana Deacona (swoją drogą był ostatnim artystą, na jakiego chciałbym się udać po duecie Destroyer i Primal Scream). W polskich serwisach mało kto wspominał o tym zespole, więc garść informacji – są z Kanady i zadebiutowali w poprzednim roku płytą „Zeroes QC”. Albumem tyle ciekawym, co nierównym. Podczas koncertu spodobała mi się schizofreniczna hookowość „Pie IX” i „Up Past The Nursery” i rządząca całością krautowa hałaśliwa motoryka; niezły punkt wyjścia do dalszych poszukiwań. Tu chciałbym wtrącić niezrozumienie detalu organizacyjnego. Nie wiem dlaczego występy na scenie eksperymentalnej zaczynały się w czasie trwania koncertu głównego na scenie mBank, a kończyły się zdecydowanie przed ustalonym czasem. To samo tyczy się ostatnich zespołów, które finiszowały grubo przed czwartą. Chyba lepiej uczciwie napisać, że koncert kończy się o 3:30 niż mijać w niedzielę ludzi, którzy chcieli załapać się choćby na pół godziny Hype Williams. (sn)

Polvo

Muzycy Polvo nie dolecieli na czas i ich występ wszedł w dziurę po odwołanym Bohren, kolidując z setem Kode9. Rok po dwóch niezłych polskich koncertach grupa zdążyła wydać potwornie zły singiel i istniało całkiem wysokie prawdopodobieństwo, że ten występ będzie zły. Ale wygrali z Goodmanem, który na Trójkowej scenie brzmiał płasko – co prawda można (znowu) zarzucać nowemu perkusiście skłonność do bezsensownych popisów, twardy fanbase narzeka na zbytnie popłynięcie w stronę stoner rocka, ale jak dla mnie wciąż brzmi to bardzo solidnie. (ak)

Kode9 DJ set

Przyznam szczerze, że odwołany z powodów ważnych spraw rodzinnych udział Bohren & Der Club Of Gore był informacją dla mnie co najmniej tak smutną, jak muzyka tego niemieckiego zespołu. Wybrałem się w zamian na Kode9. Nie jestem Pawłem Klimczakiem, który znakomicie rozszyfrowałby wszystkie sztuczki londyńczyka, dlatego wspomnę tylko tyle, że wyssał ostatnie zapasy sił z dość licznie zgromadzonej tańczącej publiczności. Gdzieś tam wyhaczyłem nawet Girl Unit, ha! (sn)

Andżelika Kaczorowska, Sebastian Niemczyk, Szymon Wigienka, Anna Charzyńska (fot.) (14 sierpnia 2011)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Piotr Wojdat
[18 sierpnia 2011]
To akurat bardzo pozytywne, że takie zespoły jak Mikrokoletyw stają się rozpoznawalne także w innych środowiskach.
Gość: stalpeta
[17 sierpnia 2011]
co do smutnych panów z Barn Owl mam fajną anegdotkę: po koncercie, który wywołał u mnie trans i oczyścił umysł, z braku laku zostałem, żeby pogapić się jak muzycy pakują sprzęt, obok mnie stał jakiś chłopak wołający "tu wpisz dowolne imię męskie" do kogoś z backstage'u. W tym momencie udający się tam Jon Porras odwraca się do nas machając ręką ze szczerym uśmiechem na twarzy :)
Jarmusch
[17 sierpnia 2011]
Ja widziałem wtedy Mikro po raz pierwszy na żywo, więc naprawdę mnie porwał. Tym bardziej na tle CNS i SSP - różnica poziomów widoczna bardzo. Ale dodatkowo uderzyło mnie, że tak mocno byli \"acoustic\". W kontekście \"Revisit\" (którego jakimś wielkim fanem nie jestem) było to coś, co odświeżało mi ich obraz. Na Offie zaś było \"tylko\" dobrze. Wydarzeniem byłby występ Majewskiego z Foton Quartet. No, to byłoby coś. Mikro stają się już powoli gwiazdami, hehe.
Gość: Piotr Wojdat
[17 sierpnia 2011]
Ten występ na WSJD nie był wcale taki rewelacyjny, po prostu na tle CNS i Sing Sing Penelope mógł się taki wydawać. Takie jest moje zdanie. Ale nie mam wątpliwości, że na żywo wypadają świetnie, czego przykładem może być ostatni koncert Mikrokolektywu w Powiększeniu. Dochodzę do wniosku, że Kuba Suchar jest jednym z dwóch-trzech najlepszych perkusistów w kraju. Doskonale słychać to też na płytach Slug Duo. Wracając do Mikrokolektywu - podobnie rewelacyjnie było z grudniowym ich występem w tym samym klubie. No i wciąż pamiętam ich wspólny występ z Jasonem Ajemianem - a to było już jakiś czas temu, chyba w 2009 roku...
Jarmusch
[16 sierpnia 2011]
Widziałem niedawno Mikrokolektyw na WSJD i ten koncert na Offie, mimo że oczywiście dobry, to jednak nie porwał mnie jak ten w stolicy. Tam było więcej porozumienia a la Cherry/Blackwell, więcej rzeczonej tradycji, ale było też większe porozumienie. W Katowicach było bardziej "eksperymentalnie" - Majewski raczej wkraczał w obszary, które eksplorują ostatnio Peter Evans, Nate Wooley czy Axel Dorner. Jeśli więc tradycja, to moim zdaniem bliżej Billa Dixona niż "Bitches Brew". Oczywiście, było gęsto, ale mimo wszystko "BB" mi to nie przypominało. No, może momentami.
Gość: moonwalker
[16 sierpnia 2011]
"prawie fizyczną niemożliwością jest dotrwać do godziny 4:00 rano przychodząc na teren festiwalu o godzinie 14:00"

poczułem sie wybitnie ;) Aha, potwierdzam opinie o Mikrokolektywie i Olivii Livki - dwa najlepsze sobotnie koncerty ze wszystkich, jakie widziałem; Kamp! w porzo, ale szkoda, że wokalista na żywo brzmi jak wyjący z bólu ranny łoś.
Gość: warna
[16 sierpnia 2011]
Sam dotarłem na dwa ostatnie utwory, a potem się dowiedziałem, ze z przyczyn technicznych Livki zagrała tylko cztery. Ale będą z niej ludzie, trzymam kciuki, jest potencjał. Mikrokolektyw klasa jak zwykle.

No i z tym dotrwaniem to dla chcącego nic trudnego chyba. Film mi się urwał wprawdzie trzeciego dnia i nie widziałem PiL, ale jakbym nocował w hostelu a nie na polu to bez problemu widziałbym wszystko. Smutno się czyta te wszystkie internetowe relacje, w których koncerty zaczynają się późnym popołudniem i kończą koło pierwszej w nocy.
nieseba
[16 sierpnia 2011]
koncert Livki był kompletnie nieosiągalny (z racji meczu Screenagers vs. Porcys + że prawie fizyczną niemożliwością jest dotrwać do godziny 4:00 rano przychodząc na teren festiwalu o godzinie 14:00).

Mikrokolektyw - żałuję swojej nieobecności - mogę tylko podać opinie kolegi redakcyjnego, znawcy tematu - Tomka Łuczaka, który bardzo chwalił występ duetu.
Gość: kidej
[16 sierpnia 2011]
@krzysiek

Mozna to sprawdzic na plycie "Na zywo w Pstragu".
Gość: krzysiek
[16 sierpnia 2011]
No dobrze, był 3-osobowy, ale nie grywał całego Polovirusa, tylko 3 czy 4 kawałki, uzupełnione jamami, które - mam nadzieję, bo na koncercie tamtych Kur nigdy nie byłem - były bardziej interesujące niż te pozbawione wyobraźni "popisy" z offowego koncertu.
franken bitch
[16 sierpnia 2011]
ten okrojony skład kur zawsze był 3-osobowy, tylko życie okroiło Kury z Oltera
Gość: krzysiek
[16 sierpnia 2011]
Kury - klapa, o czym też już gdzieś pisałem. Lepiej było płytę sobie puścić. Przygnębiający koncert. SW powiedział wszystko, co było do powiedzenia o Gang of Four, SN wszystko, co było do powiedzenia o Destroyerze. W ogóle dla Sebastiana Niemczyka piona za tę relację - dużo koncertów, dobrze się czyta i podobne spostrzeżenia.

Szkoda, że bardziej z rańca przegapili Państwo kamuflującą swoją opcję niemiecką angielszczyzną Olivię Livki (30-minutowy koncert skrócony do jakichś 15 minut przez rozmaite problemy techniczne, ale utalentowane to dziewczę, tylko teksty ma średnie), bardzo dobry Kamp! (czy oni czasem grywają poza Warszawą?) i najlepszy z tej trójki (no raczej) Mikrokolektyw (nienerwowo nabierający kształtów jazz "ze styku tradycji i nowoczesności", chyba jednak bliżej tego pierwszego - frazy rozmytej trąbki, z nierzadko zaaplikowanym tłumikiem przywoływały bardziej melancholijne momenty "Bitches Brew", dobra rzecz).

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także