Hurricane Festival 2011

Hurricane Festival, dzień drugi, sobota, 18 czerwca

Ten dzień zaczął się fatalnie pod względem pogody – nad festiwalem przeszła potężna burza, która mocno popsuła nastroje i frekwencję na pierwszych sobotnich koncertach. Udało mi się dotrzeć na teren festiwalu, kiedy wokalista zespołu Wakey! Wakey! kończył właśnie swój występ jedną z lirycznych i melodyjnych ballad, królujących w jego repertuarze. W tym samym czasie trójka młodych muzyków z dalekiej Australii, czyli grupa Sick Puppies, czarowała publiczność swoim prostym i dynamicznym rockowym graniem – prawdziwy amok wybuchł pod sceną, gdy muzycy zaprezentowali bardzo wierny cover legendarnego utworu „Killing In The Name Of...” grupy Rage Against The Machine. 

Pierwszy występ, który zatrzymał mnie tego dnia na dłużej to Warpaint. Był to już trzeci w tym festiwalowym sezonie ich koncert, który miałem okazje oglądać i chyba najlepszy – wygląda na to, że dziewczęta się rozkręcają i coraz lepiej wychodzi im granie na dużych scenach. Choć sam początek tego występu do imponujących z pewnością nie należał: najpierw próba przedłużała się niemiłosiernie, potem dziewczęta zaczęły grać, ale zdecydowanie im to nie szło – brakowało spójności i energii, wszystko brzmiało jak z winylowej płyty, którą ktoś przytrzymywał palcem, by nie mogła sie równo obracać na talerzu gramofonu. Na szczęście z każdym kolejnym utworem ubrane w takie same, niebieskie bluzy z kapturami, dziewczęta oswajały się z hurricane’ową sceną i publicznością. Pod koniec występu wydarzenia na scenie były już całkiem interesujące, szkoda tylko, że ta sztuka udała się członkiniom zespołu przez tak krótki czas. 

Na głównej scenie trwał w tym czasie napompowany młodzieńczą dawką hormonów i energii koncert grupy All Time Low. Z głośników można było usłyszeć na przemian prosty, melodyjny rock z dalekimi echami punkowych korzeni i bardzo niewybredne żarty, obracające się niemal wyłącznie wokół tematu seksu. 

Brytyjczycy z British Sea Power wypadli poprawnie, choć nie wywołali wielkich emocji. Niby wszystko było jak należy: spora energia i żarliwość, kontakt z publicznością i radość z grania, a jednak nie był to występ szczególnie porywający. Może dlatego, że muzycy skupili się na piosenkach z najnowszej płyty, a te mocno ustępują pod względem przebojowości ich wcześniejszym dokonaniom. 

Na scenie pod namiotem miał właśnie zaczynać swój występ zespół The Vaccines. Najpierw jednak jego rozpoczęcie opóźniało się z nieznanego powodu, potem zaś organizatorzy ogłosili, że grupa w ogóle nie wystąpi. Hurricane okazał się więc kolejnym festiwalem po barcelońskiej Primaverze, na którym widzom nie było dane przekonać się, co prezentują na scenie młodzi brytyjscy muzycy. 

W związku z tą luką w programie nie miałem za bardzo co ze sobą zrobić – wizyta pod sceną, gdzie grał właśnie zespół Monster Magnet okazała się bowiem sporą pomyłką: członkowie grupy byli bowiem wyraźnie znudzeni tym, co muszą robić na scenie, a ich muzyka była niedzisiejsza w absolutnie niemożliwym do zaakceptowania stopniu. 

Na szczęście obok rozpoczął się występ grupy Friendly Fires, który wniósł trochę świeżej energii na festiwal. Choć szybko okazało się, że z tą grupą jest podobny problem jak z British Sea Power – jej muzycy także prezentowali głównie materiał z najnowszej płyty, mniej przebojowy i interesujący niż starsze kompozycje. Gorąco zrobiło sie więc tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy po ponad pół godzinie koncertu muzycy zagrali utwory „Jump In The Pool” i „Paris” – wszystkie elementy show nagle zaskoczyły i stworzyły dość porywającą całość: biegający wściekle po scenie wokalista grupy, ubrany w kiczowatą do łez hawajską koszulę, miotający się ze swoimi instrumentami muzycy, wspólne wybijanie rytmu na poustawianych wszędzie dookoła bębnach i trzymanych w ręku cowbellach. Szkoda, że grupie udało się wspiąć na tak wysoki poziom emocji i energii tylko przez kilka chwil, a przez resztę koncertu brzmieli trochę jak popsuta pozytywka. Niby melodia ładna jak zawsze, niby baletnica na wieczku obraca się jak zwykle, a jednak w dźwięki co i rusz wkrada się fałszywy ton, a figurka zacina się co trzeci obrót. 

Dużo lepiej naoliwionym mechanizmem okazała się formacja The Sounds. Gdy tylko jej wokalistka, ubrana w czarną ramoneskę i tak krótkie, że niemal niewidoczne szorty, dynamicznym krokiem wkroczyła na scenę, było wiadomo, że energii na najbliższe trzy kwadranse z pewnością jej nie zabraknie. I rzeczywiście, to ona była siłą napędową zespołu: śpiewała, biegała po scenie, skakała, a na dodatek cały czas utrzymywała kontakt z publicznością. Grupa przedstawiła materiał oparty przede wszystkim na piosenkach z nowej płyty, ale przetykała je starszymi utworami. Publiczność była zachwycona, a przeboje, jak choćby „Living In America”, odśpiewała z zespołem od początku do końca. 

Zupełnie inna, ale równie dobra, zabawa rozpoczynała się w tym momencie pod główną sceną, na której zainstalował sie już wieloosobowy, mulietniczny kolektyw Gogol Bordello. Grupa zaprezentowała godzinę szaleństwa, wykonując starsze i nowsze piosenki w wersjach wzbogaconych o dawkę koncertowej energii. Zespół słynie zresztą z koncertowych uniesień, więc tylko potwierdził swą reputację. Coraz ważniejszą rolę w tym często zmieniającym skład kolektywie zaczyna odgrywać ekwadorski wokalista, który śpiewa niemal tyle samo, co lider grupy, Eugene Hutz. Ekwadorczyk ma także ważną rolę w tworzeniu rytmicznej warstwy poszczególnych piosenek, wspomagając perkusistę grupy za pomocą najróżniejszych instrumentów. 

Szczególnie porywająco wypadł najmocniejszy utwór z nowej płyty grupy, „Immigraniada”, który niemal z miejsca stał się jednym z gogolowych klasyków. Nie zabrakło też wszystkich pozostałych ze „Start Wearing Purple” na czele. Publiczność była absolutnie zachwycona. I nic dziwnego – ten koncert rzeczywiście był zachwycający. 

Do zupełnie innej zabawy zachęcali w tym czasie publiczność eleganccy i szarmanccy chłopcy z Irlandii – grupa Two Door Cinema Club. Ci muzycy zdążyli przez ostatni rok nie raz udowodnić, że nie grają złych a nawet słabszych koncertów, zawsze są w formie i zawsze wypadają znakomicie. Nie inaczej było tym razem – zespół zabrzmiał niemal jak z płyty, muzycy wyrzucali z siebie kolejne piosenki bez chwili wahania i przerwy, bawiąc się przy tym doskonale. Ten zespół sprawia czasem wrażenie jakiegoś automatu do grania koncertów; wystarczy wystawić chłopaków na scenę, nacisnąć „start”, a oni zaczynają w perfekcyjny sposób wykonywać kolejne kawałki. Na szczęście w tym automacie jest życie – to nie są bezduszni muzycy sesyjni, którzy wykonują napisane dla nich partie, ale żywi ludzie, którzy bardzo ekspresywnie okazują, jak dobrze im się ze sobą gra. I to jest ważny element, który sprawia, że ten zespół jest tak dobry. 

Na scenie w namiocie zaczynała natomiast swój koncert Lykke Li. I był to koncert znakomity – artystka udowadniała na każdym kroku, że jest dziś jedną z większych osobowości na scenie muzycznej. Nie tylko ma znakomity repertuar – przecież jej najnowsze utwory z drugiej płyty zadziwiają oryginalnością i emocjonalną rozpiętością – ale na dodatek potrafi go zaprezentować w znakomity sposób. Weszła na scenę z zasłoniętą twarzą, w stroju, który przypominał habit albo burkę. Zaraz zdjęła jego górną część, żeby przywitać się z publicznością i rozpocząć swój porywający taniec: raz była niemal nieruchoma, skupiona, ale czujnie reagująca na każdą zmianę tempa i nastroju. Innym razem natomiast zatracała się w niemal hipnotycznym zaślepieniu, tak jakby rytm poszczególnych piosenek miotał nią w zupełnie niekontrolowany sposób. Artystka i towarzyszący jej muzycy w idealnych proporcjach łączyli starsze i nowsze utwory, brzmienia akustyczne z elektroniką, emocje najróżniejszego typu. Efekt był znakomity i aż szkoda, że organizatorzy umieścili ten koncert w namiocie – limit miejsc został osiągnięty błyskawicznie i mnóstwo chętnych musiało oglądać gig z zewnątrz. 

Po tym występie na festiwalu zrobiło sie bardzo rockowo. Na jednej ze scen My Chemical Romance zmusili tłumy do zabawy, obok zaskakująco dynamiczny występ, rozpoczęty kultowym utworem „Club Foot” dawali Kasabian, jeszcze ostrzej brzmiała na głównej scenie grupa Incubus

Przemek Gulda (27 czerwca 2011)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także