Primavera Sound 2011

Relacja Przemka Guldy, dzień 3: sobota, 28 maja 2011

Ostatni dzień festiwalu rozpoczął się od bardzo eksperymentalnych dźwięków: na scenie Ray-Ban występował zespół Za!, reprezentujący w pewien sposób gospodarzy festiwalu, bo wywodzący się z Barcelony. Choć w jego składzie jest tylko dwóch muzyków: perkusista i gitarzysta, każdy z nich robił zamieszania co najmniej za trzech. I to zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i zachowanie na scenie. Gitarzysta ani przez chwilę nie stał w miejscu, tańczył, unosząc w niemal karykaturalny sposób prawą nogę, perkusista siłą rzeczy miał trochę mniejsze pole do popisu, ale trudno o nim powiedzieć, że po prostu siedział za swoim zestawem. Poza tym to właśnie on, co rzadko się przecież zdarza, był głównym wokalistą grupy. Prezentowane przez kataloński duet połamane rytmy i muzyka śmiało przekraczająca granice między jazz core'm a math rockiem wyraźnie bardzo przypadła do gustu zbierającej się powoli publiczności. 

Dużo więcej widzów zgromadził, rozpoczynający swój występ nieco później „hiszpański król”, czyli idealnie naśladujący Amerykanina Szwed, występujący pod absolutnie nieadekwatnym do swego wzrostu pseudonimem The Tallest Man On Earth. Muzyk, nawet mimo potężnego nagłośnienia na największej scenie, nie do końca mógł się przebić ze swoją wyciszoną i delikatną muzyką przez hałas generowany przez grupę Za!, ale nadrabiał to bez żadnego problemu swoją sceniczna energią i umiejętnością bezwarunkowego czarowania publiczności. Przez pierwszą cześć koncertu muzyk udowadniał, że nie ma sobie równych w kategorii: jak sprawić, żeby oglądanie na scenie samotnego faceta z akustyczną gitarą nie było nudne: tańczył, robił miny, zagadywał żartobliwie do publiczności, nawet ze zmieniania i strojenia gitar potrafił zrobić zajmujące widowisko. W drugiej połowie tego występu zdarzyło się jednak coś niezwykłego - do wokalisty dołączyła dwuosobowa sekcja rytmiczna, żeby wspomóc go w kilku utworach. Muzyk najpierw ucałował siarczyście basistę, a potem stwierdził, puszczając oko do widzów: „tych dwóch gości poznałem wczoraj”. I na ten, i na wszystkie inne żarty publiczność reagowała bardzo ciepło. Ciepło przyjęła też nowe oblicze wokalisty, które zaprezentował, grając w pełnym składzie. A najgłośniej oklaskiwała rzecz jasna utwór o byciu królem Hiszpanii. 

Zaraz potem organizatorzy zgotowali wielbicielom świeżego, dynamicznego indie rocka bardzo trudny wybór: dokładnie w tym samym czasie na dość odległych od siebie scenach występowały zespoły: Cloud Nothings i Yuck. Ten pierwszy, przed dość niedużą publicznością, zaprezentował radosne, pełne iście młodzieńczej energii, punkowe granie. I nic dziwnego - członkowie tej grupy to przecież nastolatki, które znakomicie wykorzystują na scenie pokłady swej niespożytej energii. Ubrany w bardzo adekwatną do prezentowanej muzyki koszulkę zespołu Wipers wokalista, próbował miedzy utworami zagadywać do widzów, choć wyraźnie czuć było, jak bardzo jest speszony i stremowany. Nie przeszkadzało mu to jednak wystrzeliwać w publiczność jedna po drugiej swe znakomite, przebojowe i nie pozwalające ustać spokojnie piosenki. 

Zupełnie niewiarygodne rzeczy działy się w tym czasie pod ATP Stage - zgromadziły się tam tłumy, których ta scena podczas tej edycji festiwalu jeszcze nie widziała. A przecież grał tam zespół, któremu - jeśli chodzi o skalę popularności - bardzo daleko do największych festiwalowych gwiazd. Muzycy Yuck nie zawiedli jednak ani na trochę zaufania, jakim obdarzyli ich widzowie i zagrali rewelacyjny koncert. Na żywo, podana ze sporym dodatkiem głośnych sprzężeń i niekończących się gitarowych solówek, ich muzyka jeszcze bardziej upodabniała się do twórczości amerykańskich mistrzów z lat 90-tych z zespołem Dinosaur Jr., co bardzo dobrze jej zrobiło. A ostatni, rozedrgany, rozwichrzony, zalany gęstym sosem gitarowych szumów utwór, zostawał w głowie na długo po tym, kiedy muzycy zeszli ze sceny. 

Chwilę później, na Llevant Stage stanęły Amerykanki z Warpaint. Choć nie mogły zacząć przez kilka minut, wyraźnie nie radząc sobie ze sprzętem, kiedy wreszcie zabrzmiały pierwsze dźwięki, okazało się, że ich oniryczna, narkotyczna muzyka na tej wielkiej arenie zabrzmi naprawdę potężnie i mocno. Dziewczęta co prawda przez cały czas zdawały się być nieco zagubione na wielkiej scenie, ale ich muzyce na szczęście specjalnie to nie przeszkadzało. Przetaczała się leniwie, trochę może nawet ospale przez spory i w dużej mierze napełniony widzami teren przed Llevant Stage. 

Tymczasem na scenie ATP już zainstalował się Phosphorescent ze swoim zespołem, składającym się z trzech potężnych brodaczy i dzikiego deathmetalowca siedzącego za klawiszami (tym razem - jak powiedział lider grupy między piosenkami: kontuzjowanego w nadgarstek, ale i tak radzącego sobie bardzo dzielnie). Muzycy zagrali znakomity koncert, łącząc z powodzeniem dawne, niemal zimnofalowe i te nowsze, radosne i bardzo tradycyjne country autorstwa lidera swego zespołu. On sam znakomicie sterował nastrojem, dobierając kolejne kompozycje i zagadując do widzów. Widać było z miejsca jego pewność i swobodę na scenie, wynikającą bez wątpienia z wieloletniego doświadczenia. Ten koncert był dowodem na to, że wszystkie poprzednie lata występów w nowojorskich piwnicach, wreszcie zaprocentowały, a Phosphorescent jest dziś artystą rozpoznawalnym nawet daleko od swej ojczyzny. Muzycy zakończyli koncert w znakomity sposób, grając ostatni utwór tak, żeby coraz bardziej narastało napięcie, doprowadzając wreszcie do pełnego energii, głośnego finału. 

Tymczasem na Pitchfork Stage kończył się też występ grupy Tune-Yards, znakomitego dowodu na to, że pop może mieć dziś bardzo rożne, choćby właśnie tak nietypowe, oblicza. Liderka grupy, ubrana w sukienkę ozdobioną wielobarwnym sztucznym futrem, sprawnie kierowała swoją nietypową orkiestrą, w której na pierwszym planie były instrumenty perkusyjne, elektronika i sekcja dęta. Odchodząca coraz bardziej od folku w stronę muzyki tanecznej twórczość grupy spotkała się z ciepłym przyjęciem widzów. 

Ale tak naprawdę festiwal żył w tym momencie zupełnie czymś innym: na największej scenie prezentowała się jedna z najważniejszych tegorocznych gwiazd - grupa Fleet Foxes. Amerykanie przyciągnęli pod scenę przeogromny tłum, a potem zauroczyli go swoją bardzo relaksującą i idealnie dopasowaną do leniwych sobotniego wieczoru muzyką. Słynne wokalne harmonie, z których znany jest ten zespół, wypadły w wersji koncertowej równie przekonująco jak na płycie. Tym bardziej, że wraz z muzykami śpiewały je tysiące widzów. 

Po zakończeniu tego koncertu na rożnych scenach festiwalu znaleźć można było bardzo różnorodną muzykę. Na jednej z mniejszych prezentował się rzadki gość na europejskich festiwalach - zespół z Finlandii. Formacja Rubik rozpoczęła swój koncert w bardzo wdzięczny sposób: wszyscy członkowie stanęli w rzędzie na scenie i zaczęli wspólnie klaskać i śpiewać a capella. Wrażenie było spore i pod sceną z miejsca stworzyła się znakomita atmosfera: ładny, łagodny indie pop tej grupy po prostu nie mógł się nie spodobać w tej sytuacji. I rzeczywiście - publiczność przyjmowała kolejne utwory bardzo ciepło, a ubrani w ostentacyjnie niemodne marynarki muzycy dawali z siebie wszystko. 

Dużo spokojniejsze dźwięki dobiegały z ATP Stage, gdzie prezentowała się formacja The Album Leaf. Na scenie liderowi zespołu, siedzącemu przy instrumentach klawiszowych towarzyszyła spora sekcja smyczkowa, a połączenie elektroniki z muzyką niemal klasyczną na żywo sprawdzało się znakomicie. Świetne nagłośnienie sprawiało, że słychać było nawet największe dźwiękowe niuanse tej wyciszonej muzyki. Muzyki, na która o tej porze było jeszcze chyba trochę za wcześnie. 

Na Ray-Ban Stage tymczasem trwało już w najlepsze znakomite widowisko przygotowane przez Niemców z grupy Einstürzende Neubauten. Nie dbając o mody i tendencje, nie dbając o upływający czas, ci muzycy od ponad trzydziestu lat robią swoje: grają mroczny i nastrojowy industrial. Na dodatek robią to znakomicie: ilość narzędzi i urządzeń, którą muzycy wykorzystali podczas swojego koncertu starczyłaby by pewnie do wyposażenia niezłego warsztatu samochodowego: rury, metalowe pręty, mniejsze i większe turbiny i wiatraki i mnóstwo podobnych sprzętów. Co więcej, dla Niemców nie są to tylko zabawki, które wnoszą na scenę, bo to dziwne i nietypowe. Nic z tych rzeczy, oni naprawdę na tym wszystkim grają, a w niektórych piosenkach było to wręcz podstawowe instrumentarium. Mistrzem ceremonii był oczywiście Blixa Bargeld, okraszający kolejne kompozycje swoim mocno brzmiącym głosem, a miedzy utworami opowiadający anegdoty o ich powstawaniu. Choć wszystko to oczywiście - łącznie z eleganckimi garniturami muzyków - było absolutnie niemodne i niedzisiejsze, robiło spore wrażenie. 

Dość ciekawie z koncertem Niemców „rozmawiał” odbywający się w tym samym momencie na Pitchfork Stage występ grupy Gang Gang Dance. Amerykańska młodzież także na pierwszy plan wysuwa rytm, ale generuje go w zupełnie inny sposób niż Bargeld i spółka. Tu nie było mowy o żadnym waleniu młotem w kowadło, tu na pierwszym planie była elektronika i spory zestaw tradycyjnych instrumentów perkusyjnych, na którym w porywach grało kilka osób. Zgodnie z nazwą grupy na scenie przez cały koncert był rzeczywiście cały gang muzyków i - co nie jest przecież do końca typowe w przypadku takiej muzyki - tancerzy. 

Jeśli komuś po tym zestawie elektroniczno-industrialno-rytmicznych eksperymentów brakowało bardziej tradycyjnego, rockowego podejścia, mógł się wybrać na koncert Kurta Vile'a i jego zespołu The Violators - długowłosi muzycy z głowami spuszczonymi w dół, niczym jakieś zapomniane dzieci shoegaze'u, grali twardego, szorstkiego rocka z rozbudowanymi gitarowymi solówkami, nad którymi górował mocny, zdecydowany głos lidera. I tylko na koniec koncertu Vile przypomniał publiczności swoje singer/songwriterskie korzenie, biorąc do ręki gitarę akustyczną i wykonując kilka wyciszonych, łagodnych ballad.

Znakomicie wprowadził w ten sposób publiczność w nastrój bardzo odpowiedni do rozpoczynającego się właśnie koncertu PJ Harvey. Wypadł on znakomicie. Organizatorzy nie skrzywdzili brytyjskiej wokalistki tak jak autorzy programu tegorocznej Coachelli, skazujący ją na występ na mniejszej scenie w cieniu przyciągającego ogromną publiczność występu Kanye Westa. W Barcelonie PJ Harvey była traktowana jak gwiazda pierwszej wielkości: występowała na największej arenie bez żadnej właściwie liczącej się konkurencji. Artystka wyszła na scenę w niezwykłej, białej sukni i rozpoczęła trwające ponad godzinę misterium kobiecej wrażliwości, oparte przede wszystkim na jej refleksjach o współczesnym świecie, czyli piosenkach z najnowszej płyty, przetykanych od czasu do czasu starszymi kompozycjami. Artystka wypadła tego wieczoru znakomicie - była w świetnej formie wokalnej, brała do ręki rożne instrumenty i tylko do jej kontaktu z publicznością można mieć spore zastrzeżenia: nie odezwała się do niej w zasadzie ani razu. 

W obliczu jej bardzo obleganego przez publiczność występu zadziwiająca była bardzo liczna frekwencja na koncercie Deana Warehama, który w towarzystwie swych dzisiejszych współpracowników przypominał klasyczne już dziś dla alternatywnej sceny kompozycje swego dawnego zespołu: Galaxie 500. Publiczność przyjmowała je bardzo ciepło, nawet jeśli wykonanie było bardzo surowe, a widowisko - raczej mizerne: muzycy bardzo przez cały koncert praktycznie nie ruszyli się z miejsca. Ci, którzy chociaż mniej więcej znają dorobek tego zespołu wiedzieli, że koniec występu nie może być inny: musi zabrzmieć jeszcze cover legendarnego „Ceremony”. I rzeczywiście - muzycy zagrali go na koniec w nieco chaotycznej, ale bardzo emocjonalnej wersji. 

Kiedy tylko wybrzmiały ostatnie takty tego nagrania rzeka ludzi ruszyła pod Llevant Stage, gdzie już za chwilę miał się według planu zacząć występ Szkotów z Mogwai. I zaczął się. Od bardzo mocnego akcentu, jednego z utworów z najnowszej, znakomitej płyty, w którym gitary idealnie współgrały ze skrzypcami. Muzycy przywitali się tylko krótko i zaraz wrócili do swoich instrumentów. Przez kolejną godzinę zgotowali słuchaczom prawdziwą muzyczno-emocjonalną łaźnię, prezentując bardzo mocny zestaw swych najnowszych i nieco starszych utworów, podanych w najlepszej możliwej formie. Było głośno i mocno, a żywiołowe zachowanie się muzyków i świetnie dopasowane do charakteru poszczególnych utworów wizualizacje jeszcze bardziej przyczyniły się do tworzenia poruszającego klimatu. Zdawało się momentami, że muzycy grupy chcieli jakby od niego uciec, a to prezentując znany z nowej płyty utwór z zupełnie jakby niedopasowanym do reszty ich twórczości skocznym, klubowym rytmem, a to z kolei uciekając w tematy piłkarskie: jeden z utworów zadedykowali... drużynie piłkarskiej z Barcelony, z gratulacjami za wygranie ważnego meczu, który odbywał się w tym samym dniu, co zakończenie festiwalu. Ale oczywiście te sposoby to było zdecydowanie za mało, żeby uciec od charakterystycznego dla zespołu nieco podniosłego i mocno melancholijnego klimatu. I to właśnie on królował pod Llevant Stage do końca tego występu. 

Na zakończenie festiwalu na większości scen zaplanowane były występy DJ-skie albo okołotaneczne live acty. Choć było kilka wyjątków. Choćby ten, o który można się było otrzeć wracając po koncercie grupy Mogwai - oto bowiem na leżącej po drodze do festiwalowego centrum scenie ATP kończył właśnie swój koncert zespół The Jon Spencer Blues Explosion, prezentujący swój diabelski blues z iście szatańską elegancją. Zaraz po tym koncercie zabrzmiały dźwięki jeszcze mocniejsze - na scenie stanęli muzycy hard core'owej formacji Pissed Jeans. Wokalista zespołu jak zawsze rzucił się w swój nieco samobójczy taniec, obijając się o głośniki i kolegów z zespołu. Jego ekspresja była idealnie dopasowana do mocy muzyki grupy. Zupełnie inaczej zamykała tegoroczne koncerty na największej festiwalowej scenie jedna z największych gwiazd Primavery - zespół Animal Collective: tym razem grupa zaprezentowała się w swej najbardziej chyba eksperymentalnej odsłonie. Jednak najlepszym pożegnaniem z festiwalem okazał się występ nowo mianowanego objawienia sceny elektronicznej, grupy Darkstar. Zgodnie ze swą nazwą, formacja zaprezentowała muzykę mroczną jak smoła, brudną i ciężką, brzmiącą tak, jakby po niej nic więcej nie miało ochoty ani prawa się wydarzyć. I rzeczywiście – na festiwalu nie wydarzyło się już potem w zasadzie nic równie poruszającego.

Przemek Gulda (10 czerwca 2011)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: tele morele
[10 czerwca 2011]
"najbardziej eksperymentalna odsłona animal collective", hm, jakbym nie znał nowych kawałków, zajarałbym się. ale to nie jest "danse manatae" ani tym bardziej "here comes the indian". więc może spokojnie z takimi określeniami jednak.

oraz, jak zobaczę kiedyś dziewuszkę w koszulce ende neu, to prawdopodobnie bedzie sto razy bardziej cool niz byle hipsterka z londynu w ciuszkach z urban outfitters ;)

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także