Primavera Sound 2011

Relacja Przemka Guldy, dzień 2: piątek, 27 maja 2011

Drugi dzień barcelońskiego festiwalu zaczynał się bardzo spokojnie i leniwie. Wszystkich wchodzących na teren festiwalu już od samej bramy witały dźwięki dochodzące z głównej sceny. To grupa Avi Buffalo prezentowała swoje łagodne, pozbawione śladu agresji indie rockowe kompozycje, wyraźnie zabarwione folkiem. Muzyka grupy brzmiała świeżo i ciekawie, trudno było jednak nie odnieść wrażenia, że ogromna scena nieco przytłacza muzyków grupy i sprawiają wrażenie trochę na niej zagubionych. 

Dość pewnie wyglądał natomiast lider formacji Lichens, który otwierał tego dnia scenę ATP - siedział na środku sceny, otoczony sporym zestawem instrumentów elektronicznych, za pomocą których generował swoją z jednej strony nieco intrygującą, z drugiej jednak - w pewien sposób także drażniącą - muzykę, w której z folkowych korzeni jego solowego grania niewiele już zostało. 

Trochę bardziej na rockowo, trochę mocniej, ale równie sennie i leniwie zabrzmiał występ Juliana Lyncha na Pitchfork Stage. Typowany na jedno z większych objawień tego sezonu artysta nie porwał jednak za bardzo publiczności tym występem. Przedstawił wraz ze swym kilkuosobowym zespołem bardzo tradycyjne, transowe do granicy monotonii granie, w którym tylko czasami dawało się rozpoznać ślady kompozytorskiej błyskotliwości. Było tak zwłaszcza w momentach, kiedy muzycy opuszczali bezpieczny rockowy teren i dryfowali gdzieś w stronę wciągającego shoegaze'u. 

Z tego sennego klimatu pierwszych kwadransów drugiego dnia festiwalu wyłamała się tylko nieco formacja o dość infantylnej nazwie Kokoshca. Na jednej z małych scen zaprezentowała bardzo różnorodny i dość dynamiczny koncert, w którym indie mieszało się z folkiem i garścią radosnego punk rocka.

Potem rozpoczął się cykl, który miał tego dnia być jednym z motywów przewodnich Primavery - koncerty zespołów z przeszłości, które niedawno zdecydowały się na powrót na scenę. Otworzyła go brytyjska formacja The Monochrome Set, która rozpadła się przed dniem urodzin znacznej większości festiwalowej publiczności, ba, rozpadła się zanim rodzice większości widzów osiągnęli pełnoletniość.  Patrząc na scenę nie dało się tego ukryć - większość składu stanowili panowie w wieku raczej zaawansowanym, a sumiaste wąsy jednego z gitarzystów nie były bynajmniej wyrazem mody, ale wieku właśnie. Średnia nieco obniżała perkusistka i wyglądający na nastolatka, przebrany w sukienkę klawiszowiec. Muzycy przedstawili muzykę, która pod koniec lat siedemdziesiątych musiała robić wrażenie, dziś brzmiała już jednak tylko jak frapująca ciekawostka. 

Tymczasem na Pitchfork Stage gotowi do akcji byli już przedstawiciele znacznie młodszej generacji brytyjskiej alternatywy, muzycy grupy Male Bonding. Początek ich występu był momentem, kiedy festiwal wreszcie się obudził. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro czterej Anglicy swój radosny punk rock zagrali z potężna werwą i entuzjazmem. Publiczność z równą energią rzuciła się do pogowania, wyśpiewując wraz z muzykami melodyjne chórki. 

Po tej niszczącej wszystko na swej drodze petardzie pierwotnej energii, na festiwalu znów zrobiło się spokojniej i bardziej piosenkowo. Stało się to za sprawą kilku wykonawców, którzy prawie w tym samym momencie zawładnęli kilkoma festiwalowymi scenami. Na jednej z tych małych występował Jason Collett, który - zupełnie sam na scenie - prezentował utwory ze swej solowej płyty. Piosenki same w sobie były ciekawe i wszyscy, którzy znali je w wersjach studyjnych chętnie zatrzymywali się pod sceną. Na dłuższą metę jednak oglądanie mocno statycznego muzyka, akompaniującego sobie na gitarze akustycznej, porażająco ciekawe nie było - przez cały czas kołatała się też po głowie myśl, jak wiele więcej emocji mają w sobie koncerty wieloosobowego zespołu, w którym gra Collett, czyli Broken Social Scene. 

Tuż obok swój spokojny, choć daleki od nudy, koncert kończyła niemal jednocześnie formacja Tennis. Zgodnie z przewidywaniami, jej leniwy, senny indie pop w wersji studyjnej zyskał trochę energii i brzmieniowego brudu. Dużo bardziej zaskakująco było na głównej festiwalowej scenie, gdzie występował M. Ward. Muzyk i jego zespół zagrali bardzo tradycyjnie, rockowo, rock'n'rollowo, chwilami wręcz bluesowo. Zagrali tak, jakby indie rock nigdy się nie zdarzył, a sam Ward nigdy nie miał w nim żadnego udziału.

Ale w gruncie rzeczy to, jak zagrał Ward nie miało wielkiego znaczenia - w tym właśnie momencie nastąpiło bowiem coś, co przewidzieli chyba wszyscy, oprócz organizatorów: rozpoczął się koncert Jamesa Blake'a, jednego z najbardziej hype'owanych obecnie muzyków świata. Z każdego zakątku festiwalowego terenu, spod każdej ze scen, w kierunku Pitchfork Stage ruszyły tłumy, żeby zobaczyć ten występ - tłumy o wiele za duże, by mogły się spokojnie zmieścić pod ta sceną. W tym przypadku organizatorzy wykazali się wybitnym brakiem wyobraźni i wiary w potęgę mody.

Szybko okazało się jednak, że ten wykonawca na festiwal, zwłaszcza o takiej porze, nadaje się tak sobie - przecież w jego kompozycjach najważniejszą rolę odgrywają niuanse, ledwo słyszalne dźwięki, pojedyncze uderzenia w klawisze czy struny. Na wielkiej festiwalowej scenie, atakowanej ze wszech stron przez dużo głośniejsze zespoły, grające gdzie indziej, ta delikatna muzyka nie miała szansy wybrzmieć w odpowiedni sposób. I może dlatego rzeka ludzi, która wlewała się z jednej strony pod Pitchfork Stage, od razu wylewała się z drugiej, przemieszczając się pod inne festiwalowe sceny. Cześć zatrzymała się pod sceną ATP, gdzie Brytyjczycy z Wolf People ewokowali muzyczne klimaty z lat 70-tych, robiąc to tak skutecznie, że można było rzeczywiście nabrać przekonania, że czas się cofnął. Innych przyciągnął dynamiczny występ grupy Maryland, która z kolei nawiązywała w swej twórczości bardzo wyraźnie do indie rocka z lat dziewięćdziesiątych. 

Ale większość zmierzała jednak gdzie indziej - pod scenę Llevant, gdzie zaraz rozpocząć się miał występ grupy The National. Kolejny znakomity występ tej grupy, kolejny dowód na to, w jak znakomitej jest ona formie, co w trzecim sezonie koncertowania niemal bez przerwy, nie jest wcale takie oczywiste. A jednak. Nowojorczycy dali tłumnie zgromadzonej publiczności dokładnie to, czego chciała: znakomity repertuar, świetnie ułożony program i znakomite wykonania. Przebój gonił przebój, a muzycy co chwilę udowadniali, że potrafią swoje znakomite piosenki z miesiąca na miesiąc grać jeszcze lepiej, jeszcze mocniej, z jeszcze większą emocjonalną intensywnością. Najlepiej było to słychać na samym końcu koncertu, kiedy po niezwykle dynamicznym, kończącym się prawie kakofonicznym hałasem, wykonaniu piosenki „Fake Empire”, muzycy błyskawicznie zmienili tempo, brzmienie i nastrój, by zagrać poruszającą balladę „About Today”. To było naprawdę wspaniałe widowisko. 

Tymczasem na największej scenie bardzo wyciszony i spokojny koncert dawała, dziś już niemal legendarna, formacja Belle And Sebastian. I nawet mimo tego, że jej miłosne ballady są przecież z założenia spokojne i delikatne, członkowie grupy wykonywali je z energią godną ogromnej sceny, na której grali. 

Tymczasem kawałek dalej, na niewspółmiernie mniejszej arenie stanęły dziewczęta z grupy No Joy. Okazało się przy okazji, że ta - niegdyś całkowicie kobieca - formacja, jest dziś takową tylko w połowie. Publiczności pod sceną prawie nie było, a omijał ją wyśmienity koncert - bardzo mroczny i brudny w wersji studyjnej shoegaze tej grupy, na żywo zyskał ogromną dynamikę i energię, co bardzo dobrze mu zrobiło. 

Nieźle zabrzmiał też pełen emocji slow core grupy Low, która w tym czasie w najlepsze grała już na scenie ATP. Ten występ był - jak zwykle w przypadku tej grupy - bardzo statyczny: piątka ubranych na czarno muzyków przez prawie godzinę skupiała się niemal bez ruchu na swoich instrumentach. Ale zespół bez problemu bronił się samą muzyką, która momentami osiągała stan emocjonalnego wrzenia, a tłum zgromadzony pod sceną w bezruchu i całkowitej ciszy czekał na kolejne, wylewające się z głośników w bardzo wolnym tempie, dźwięki. 

Kiedy Amerykanie skończyli swój występ, na jednej z mniejszych scen o uwagę widzów walczyła brytyjska grupa Field Music. Zmiany w jej składzie przyniosły też spore zmiany w muzyce, które na tym koncercie było słychać bardzo wyraźnie - grupa odchodzi od indie rocka w stronę ryzykownych dźwiękowych eksperymentów, co nie wychodzi jej na dobre.

Nie eksperymentują za to za wiele muzycy formacji Explosions In The Sky. I dobrze, bo kompletnie nie ma takiej potrzeby - ich pomysł na emocjonujący post-rock sprawdza się znakomicie, sprawdził się i tym razem. Amerykanie przywitali się po hiszpańsku i zaczęli koncert, który okazał się niezwykle porywający, zarówno pod względem muzycznym, jak i wizualnym. Długie, rozbudowane kompozycje zabrzmiały tego wieczoru wyjątkowo mocno i ostro, na dodatek muzycy zdawali się mieć niespożytą wprost energię. Efekt był taki, że w tych bardziej dynamicznych fragmentach swoich utworów, rzucali się do dzikiego tańca ze swymi instrumentami w rękach, obijając się o siebie i głośniki czy uprawiając wściekły headbanging. 

Obrazy szalejących muzyków długo zostałyby pewnie w głowach słuchaczy, gdyby nie fakt, że zaraz po ich występie trzeba było przenieść się pod główną festiwalową scenę: rozpoczynała się tam bowiem jedna z większych atrakcji całego festiwalu - pierwszy po reaktywacji występ grupy Pulp

Warto było wcześniej zboczyć nieco z kursu i zajrzeć pod scenę ATP - odbywało się tam bowiem istne hard core'owo-noise'owe piekło. Steve Albini ze swym aktualnym składem, czyli zespołem Shellac, przypominał, jak to jest grać ostro. Trzech muzyków, w rewolucyjnym duchu, stanęło na brzegu sceny - także zestaw perkusyjny postawiony był właśnie w tym miejscu - jakby chcieli pokazać, że w tym zespole wszyscy są równi. I przez trzy kwadranse atakowali publiczność swą bardzo radykalną, zarówno pod względem muzycznym, jak i werbalnym, twórczością. 

Ale czas gonił pod główną scenę. Właściwie od pierwszych minut odbywającego się tam koncertu było wiadomo, że muzycy - nawet mimo wielu lat przerwy w funkcjonowaniu grupy - są w znakomitej formie, że w znakomitej firmie jest też wokalista grupy, Jarvis Cocker. Bo to przecież na nim zawsze skupiała się uwaga widzów, to on zawsze bawił ich swoimi dykteryjkami i wężowymi ruchami. I pod tym względem absolutnie nic się nie zmieniło - mimo upływu lat, Cocker zdaje się w ogóle nie starzeć: przez cały koncert emanował wielką energią i swym specyficznym poczuciem humoru. Śpiewał, biegał po scenie, tańczył i wił się wokół stojaka do mikrofonu. A między utworami świetnie udawanym śmiertelnie poważnym tonem zabawiał publiczność. Przypomniał m.in. widzom, że jego zespół miał już okazję wystąpić na Primaverze: na jednej z pierwszych edycji festiwalu, dziewięć lat temu. Zrobił też coś, co publiczność zawsze uwielbia: zszedł do niej i rozmawiał bezpośrednio z widzami. A jednocześnie ani przez chwilę nie można było odnieść wrażenia, żeby Cocker robił coś pod publikę - brodaty wokalista w charakterystycznych okularach w grubej oprawce był stuprocentowo naturalny. Publiczność była zaś zachwycona. 

Grupa przygotowała na swój pierwszy koncert po powrocie na scenę bardzo przekrojowy i przebojowy repertuar, w którym nie zabrakło chyba żadnego z jej kultowych utworów. A już kompletny amok pod sceną wywołała zapowiedź piosenki „Common People” - nie tylko z tego powodu, że to bez wątpienia najpopularniejsza kompozycja zespołu, ale także dlatego, że Cocker zadedykował go „zwykłym ludziom”, walczącym dziś na hiszpańskich ulicach o swoje prawa - nawiązał tym samym do fali strajków przechodzących właśnie przez cały kraj, czym jeszcze bardziej przypodobał się hiszpańskiej części publiczności. I nikt nie miał już najmniejszych wątpliwości: powrót Pulp wypadł więc znakomicie. 

A festiwal w najlepsze trwał dalej. Na jednej z małych scen można było jeszcze zobaczyć końcówkę bardzo dobrego występu grupy Del-Ray, która zaprosiła widzów na kolejną tego wieczoru wycieczkę do krainy post rocka. Tym razem była to wyprawa nieco bardziej metalową ścieżka, a w chwilach, kiedy rolę przewodników brało na siebie dwóch, grających wspólnie perkusistów, robiło się naprawdę gorąco. 

Nadszedł już zdecydowanie czas na granie dużo bardziej taneczne. Naprzeciw takiej potrzebie wyszła grupa Simian Mobile Disco, która na scenie Llevant zagrała stuprocentowo na żywo porywający koncert, uzupełniony na dodatek iście dyskotekowymi efektami świetlnymi i wizualnymi. Na Pitchfork Stage tymczasem prezentował się pupil krytyków i publiczności: Jamie XX. W przeciwieństwie do tego, co tworzy wraz z resztą muzyków ze swej macierzystej grupy, w swoim secie DJ-skim raczej unikał mrocznych, melancholijnych klimatów i bawił publiczność nader radosnymi, pobudzającymi dźwiękami. 

I kiedy wydawało się już, że drugi dzień festiwalu zakończy się właśnie takim, relaksującym w gruncie rzeczy graniem, organizatorzy zafundowali publiczności na deser coś zgoła odmiennego - był to mocno eksperymentalny i głośny koncert zespołu Battles. Nie od dziś znany jest on z absolutnie niepohamowanej muzycznej wyobraźni swych członków i ich tendencji do poszerzenia granic alternatywnego grania. Słuchając tego absolutnie dzikiego i zaskakującego w każdej niemal minucie koncertu, niemal nie sposób było uwierzyć, że to wszystko da się zagrać na żywo, a do tego tylko we trójkę. I w takim właśnie, pełnym zachwytu, niedowierzaniu, muzycy grupy pozostawili widzów na bardzo już krótką resztę tej nocy. 

Przemek Gulda (10 czerwca 2011)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: pszemcio
[13 czerwca 2011]
stwierdzenie że Field Music to indie (od którego zresztą odchodzą) wydaje mi się lekkim przegieciem

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także