Primavera Sound 2011

Relacja Przemka Guldy, dzień 1: czwartek, 26 maja 2011

Pierwszy dzień barcelońskiego festiwalu zaczął się bardzo słonecznie. I tak miało być do końca - to jedna z zalet organizowania imprezy w mieście, w którym pogoda jest z reguły dużo przyjemniejsza niż np. w okolicach Glastonbury.  

Przed wejściem nie było wielkich kolejek ani tym bardziej awantur - głównie dlatego, że dużo osób już wcześniej, podczas festiwalowych koncertów na rozgrzewkę, odebrała swoje opaski i nie musiała na nie czekać. 

Festiwal rozpoczął się bardzo późno, jak na tego typu imprezy - pierwszy zespół stanął na scenie dopiero o godz. 17. Za to rozpoczął się z wielkim hukiem - na Pitchfork Stage (dużo większej, swoją drogą, niż dwa lata wcześniej, umieszczonej za to dalej od festiwalowego centrum) stanęli muzycy z hiszpańskiej formacji Toundra. Zagrali rasowy, całkowicie instrumentalny post rock na metalowych dopalaczach: było bardzo głośno, bardzo mocno, ale jednocześnie - bardzo melancholijnie. Ta bardzo w gruncie rzeczy smutna muzyka nie była może najlepszą propozycją na tak wczesną porę i na wstęp do festiwalu, ale tak czy owak, Hiszpanie wypadli znakomicie – ostatni utwór, w którym muzyków wspomogła wiolonczelistka naprawdę mógł wywołać sporo łez wśród co wrażliwszych członków publiczności. 

Na scenie ATP zaraz po nich zainstalowali się członkowie grupy Islet, grającej muzykę raczej eksperymentalną: radosną, choć dziką jednocześnie. Muzycy bardzo skutecznie odrobili zadanie domowe na temat występów na żywo i doskonale wiedzieli, że stanie na scenie z instrumentami w ręku mało kogo jest w stanie na festiwalu zainteresować, jeśli nie jest się którąś z wielkich gwiazd. Debiutanci muszą natomiast próbować przyciągnąć publiczność sceniczną żywiołowością. I tego z pewnością nie zabrakło podczas tego występu: muzycy nie przestawali skakać, obijać się o siebie, zamieniać instrumentami i wściekle tańczyć. Efekt był zaiste przyciągający uwagę, a momenty kiedy trzy czy nawet cztery osoby grały jednocześnie na dwóch zestawach perkusyjnych były wręcz porywające. 

Na Pitchfork Stage rozpoczął się w tym czasie kolejny występ - grała tam amerykańska formacja Emeralds. Jej występ był w zasadzie dokładnym przeciwieństwem tego, co działo się na scenie ATP: z głośników sączył się ambientowy szum, trzaski i tajemnicze bulgotanie, generowane przez stojących praktycznie bez ruchu przy swych instrumentach i nie nawiązujących kontaktu ani ze sobą, ani z publicznością muzyków. To był iście kontemplacyjny występ, który bardziej pasowałby do sali koncertowej jakiejś galerii sztuki nowoczesnej niż na festiwal. Niewiele więcej działo się zresztą na mieszczącej się tuż obok scenie Jagermeister Vice, gdzie Duo Cobra prezentowało elektronikę tak wyciszoną i zminimalizowaną, że prawie w ogóle nie było jej słychać. 

Primavera rozkręcała się bardzo powoli - na scenie Adidas Originals prezentował się jednoosobowy projekt The Record Summer - młody muzyk próbował przekonać publiczność do swoich niezbyt dynamicznych, śpiewanych przy akompaniamencie akustycznej gitary, ballad, ale jako, że ograniczał się w zasadzie do ich dość statycznego odśpiewania, pod sceną tłumu zdecydowanie nie było. Znacznie więcej publiczności zdołał zgromadzić pod jedną z większych festiwalowych scen, Ray-Ban Stage, zespół Moon Duo. Grupa, w której na klawiszach gra młoda dziewczyna, a na gitarze - brodacz, który z wyglądu mógłby być jej dziadkiem, swoją dynamiczną i lekko demoniczną muzyką z pogranicza shoegaze'u i brudnego indie, opartą na transowych podkładach rytmicznych, zdołała wnieść sporo energii na wciąż jeszcze dość uśpiony festiwal. 

I wtedy nastąpiło pierwsze objawienie tegorocznej Primavery. Na jednej ze scen stanęli muzycy grupy Cults. Muzyka z ich debiutanckiej płyty, już w wersji studyjnej bardzo ciekawa, przebojowa i wciągająca, na żywo sprawdziła się znakomicie. Publiczność głośno i wyraźnie dawała sygnały, że bardzo podobają się jej wpadające w ucho piosenki grupy i z każdą kolejną bawiła się coraz lepiej. Trochę jakby mniej bawili się też muzycy. To za sprawą bardzo wyraźnie widocznej tremy. Tremy, która przecież nader przystoi debiutantom: „jesteśmy w Hiszpanii, to jest absolutnie nie do wiary” - rzucił któryś z długowłosych muzyków, próbując rozładować swe zdenerwowanie. Zdenerwowana była też wyraźnie wokalistka grupy, tańcząca skromnie przy mikrofonie jak mała dziewczynka. Ale kiedy przychodziło do śpiewania, nie było mowy o nerwach - artystka sprawnie prezentowała swoje szerokie możliwości, zachwycając widzów swym mocnym głosem. 

Kiedy skończył się ten koncert trzeba było się naprawdę pospieszyć, by na drugim końcu festiwalowego terenu zobaczyć choć końcówkę występu projektu Blank Dogs. Występu nader udanego - nawet jeśli na scenie nie działo się zbyt wiele. Mroczne, wyraźnie inspirowane dokonaniami zimnofalowych formacji granie, napędzane trochę nieludzko brzmiącym rytmem z automatu, na żywo sprawdzało się całkiem nieźle. 

W tym czasie trwał już pierwszy odcinek polskiego showcase'u na Primaverze: koncert zespołu The Car Is On Fire. Niestety, dalej posługując się telewizyjną retoryką, trzeba sobie szczerze powiedzieć, że oglądalność miał kiepską. Gorzej niż kiepską. Nawet mimo tego, że grupa brzmiała bardzo dobrze, a muzycy dawali z siebie sporo, pod sceną była tylko żałosna garstka ludzi. 

Nieporównywalnie więcej próbowało się wcisnąć w tym czasie do namiotu Ray-Ban Unplugged, gdzie do występu przygotowywali się muzycy grupy Das Racist. Występ okazał się bynajmniej nie być „unplugged” - muzycy zaprezentowali kilka ze swych utworów w taki sam sposób, jak zawsze, sprawiając, że mały namiot niemal się nie rozpadł od rytmicznych podskoków stłoczonego pod sceną tłumu. 

Tymczasem na największej festiwalowej scenie trwał już występ jednej z największych gwiazd pierwszego festiwalowego dnia, zespołu Of Montreal. Nie ma wątpliwości i wiadomo nie od dziś: muzycy tej grupy wiedzą, jak wykorzystać duża scenę, by zawładnąć uwagą widza na kilka kwadransów. Czego nie było podczas ich występu: kolorowe makijaże, przebieranki, wielobarwne, wymyślne stroje, a nawet... walka wrestlerów, którzy po zakończonym pojedynku przyłączyli się do wykonywania jednej z piosenek w charakterze chórku. I niby wszystko było pięknie, poza jednym drobiazgiem - w tym wszystkim muzyka schodziła wyraźnie na jakiś dalszy, a wręcz bardzo daleki plan. A to nigdy nie służy zespołowi. W przypadku Of Montreal granica teatralizacji występu na scenie zdawała się być mocno przekroczona. 

Takiego problemu z pewnością nie mają muzycy grupy The Fresh And Onlys, którzy zaprezentowali publiczności tylko i wyłącznie swoją muzykę i młodzieńczą energię. Tak jakby chcąc udowodnić, że ich nazwa jest jak najbardziej adekwatna. Jeśli chodzi o świeżość - tej z pewnością nie można grupie odmówić, ale o oryginalności mówić raczej nie sposób. Tak czy owak - ten energetyczny, rock'n'rollowy występ bez dwóch zdań mógł się podobać. 

Na innych mniejszych scenach też działo się w miarę ciekawie: na jednej z nich grupa Ducktails ze sporym zapałem prezentowała swoje radosne piosenki. Ubrani jak nastolatki z dobrego college'u muzycy, idealnie pasowali wyglądem do tego, co prezentowali na scenie. 

Obok występował angielski, zdominowany przez dziewczęta, zespół Bearsuit. To zdecydowanie nie mógł być ich najlepszy występ - pod względem muzycznym grupa wypadła dużo gorzej niż na płycie. Poszczególne piosenki robiły wrażenie zupełnie rozjechanych i chaotycznych. Znana z wersji studyjnych precyzją gdzieś unikała i została sama dzika radość. Ale dzięki niej ten występ się bronił. Bo aż miło było popatrzeć na piątkę angielskich dzieciaków znakomicie bawiących się ze sobą na scenie. 

Zupełnie inaczej, zarówno jeśli chodzi o kwestię generacyjną, jak i pod względem nastroju było na odległej, choć ogromnej scenie Llevant. Występował tam właśnie zespół Public Image Limited - obwoźny cyrk do robienia pieniędzy Johna Lydona i wynajętych przez niego muzyków sesyjnych. Cały pomysł reaktywacji tej niezwykle zasłużonej dla alternatywnego grania i bardzo inspirującej dla wielu pokoleń artystów grupy i organizowania koncertów na całym świecie, budzi bardzo mieszane uczucia z przewagą niesmaku, ale jedno trzeba przyznać - ten występ był znakomity. Nie mogło być inaczej, skoro zawodowi muzycy wzorowo odgrywają absolutnie genialne utwory z takimi nieśmiertelnymi klasykami jak „This Is Not A Love Song”, „Poptones” czy „Religion” na czele. Lydon wiedział co robi, reaktywując rok temu swój zespół - na sentymencie dawnych fanów można naprawdę nieźle zarobić. I na pewno dobrze musiał się czuć, kiedy tysiące zachwyconych osób pod sceną niemal wymusiło na nim i wynajętych przezeń muzykach bis. 

Zupełnie inny pomysł na muzyczną drugą młodość prezentował natomiast na największej festiwalowej scenie Nick Cave. Tym razem występował wraz ze swym najnowszym projektem - brudnobluesowym zespołem Grinderman. Zgodnie z przewidywaniami grupa wypadła ciężko i mocno, siarczyście i brutalnie, poszczególne piosenki spadały na publiczność niczym burza z gradobiciem, nie zostawiając najmniejszych wątpliwości w kwestii tego, czy Australijczyk czuje bluesa. Na dodatek Cave prezentował znakomitą formę fizyczną - szalał po scenie niczym nastolatek, udowadniając, że nie zestarzał się ani trochę. 

Zgoła inny rodzaj ekspresji prezentowali natomiast na Pitchfork Stage dawno nie widziani na scenie Amerykanie z grupy The Walkmen. Nienaganne koszule i marynarki oraz bardzo wykwintna muzyka - to od dawna były znaki rozpoznawcze tej grupy. Nie inaczej było tym razem. Względnie stateczne zachowanie się muzyków na scenie nie przeszkadzało, bo podskórna energia większości utworów wystarczyła, żeby poruszyć publiczność. I był tylko jeden wyjątek, jeden moment, kiedy atmosfera osiągnęła punkt wrzenia - była nim oczywiście chwila, gdy zabrzmiały pierwsze takty utworu „The Rat” - jednej z piosenek, która zdefiniowała indie rock XXI wieku i na dobre weszła do kanonu tego gatunku. Napięcie w głosie wokalisty grupy, śpiewającego poruszający tekst tej piosenki było niemal nie do zniesienia. Podniosły nastrój z miejsca udzielił się publiczności. I to był jeden z najmocniejszych jak do tej pory momentów pierwszego dnia Primavery.

Spacer po festiwalowym terenie pozwalał na możliwe dość rzadko spotkanie z muzyką z Argentyny - na jednej ze scen prezentowała się właśnie formacja o nieco zawrotnej nazwie El Mato A Un Policia Mobilizado. Choć zwiastowała ona moc co najmniej taką, jak ta z płyt grupy Motorhead, zamiast tego usłyszeć można było dość rozmarzony, choć jednocześnie uporządkowany i tradycyjny, bardzo rzetelny indie rock. Tuż obok odbywała się właśnie kolejna odsłona polskiej prezentacji na Primaverze. Niestety znów przy pustce pod sceną. A tym razem pustka była wyjątkowo bolesna i niesprawiedliwa, bo zespół Kyst, będący w znakomitej formie, grał światowa muzykę na iście światowym poziomie. 

Tymczasem większymi festiwalowymi scenami zawładnęli muzycy z Nowego Jorku. Na jednej z nich grupa Suicide przypominała swoją kanoniczną debiutancką płytę sprzed ponad trzech dekad. Muzycy postanowili zagrać ją dużo mocniej niż w oryginale, mając świadomość, że dziś, kiedy liczni naśladowcy, inspirując się tym albumem, prawdziwą encyklopedią muzycznego brudu, przesunęli bardzo daleko granice tego, co dozwolone, trzeba się mocno postarać, żeby jeszcze zrobić wrażenie. Ale wrażenia były mieszane. Wyostrzenie bowiem nie zawsze dobrze robiło klasycznym kompozycjom, a i sami muzycy zdawali się być nieco zmęczeni tym, co robili. 

Na odległej scenie Llevant trwał w tym czasie w najlepsze koncert zespołu Interpol. Koncert, który w odróżnieniu od występu z Coachelli, oparty był przede wszystkim na najnowszym materiale. Występ pod względem muzycznego rzemiosła absolutnie zawodowy: bezbłędny i solidny. Ale jednocześnie rzemieślniczy właśnie, a więc nawet nie zbliżający się do poziomu emocji, które ten zespół potrafił generować jeszcze kilka lat temu. Dziś zmieniło się to w stadionowe brzmienie i uporządkowane, ale niemożliwe do odróżnienia kompozycje. I to właśnie te dwa elementy zdominowały hiszpański występ nowojorczyków.  

Zaraz po nim dwa występy do wyboru mieli wielbiciele nieco ostrzejszego grania. Na jednej z małych scen festiwalowych kończył się właśnie polski showcase. Kończył się bardzo mocnym akcentem: świetnym występem Woody Alien, który zgromadził całkiem sporą publiczność, otwarcie zachwycającą się energią i pomysłowością polskich muzyków. Kilkanaście metrów dalej równie donośne dźwięki generowali muzycy amerykańskiej formacji Ty Segall - ich dziarski, garażowy rock rodem sprzed kilku dekad, na żywo nie od dziś sprawdza się znacznie lepiej niż na płycie. Tak było i tym razem. 

Na największej scenie trwało tymczasem przedstawienie przygotowane przez grupę The Flaming Lips. Kolejny, po wcześniejszym występie grupy Of Montreal, przykład tego, że kiedy za bardzo postawi się na stronę wizualną, muzyka potrafi zupełnie zginąć. Były pióra, futrzane kołnierze, barwne konfetti i różnokolorowe balony. I tylko muzyki zespołu w tym wszystkim jakby trochę nie było słychać. 

Robiło się już coraz później, a więc na wielu scenach do głosu dochodzili coraz częściej wykonawcy muzyki mniej lub bardziej tanecznej. Na Pitchfork Stage królował brytyjski DJ Gold Panda, grający dynamiczną mieszankę dubstepu i nowej fali. Sceną ATP zawładnęli natomiast niedawno koronowani królowie witch-house'u, muzycy grupy Salem - ich spóźniony o blisko pół godziny koncert okazał się niezwykle mroczny. Dosłownie i w przenośni: nieco tajemnicza muzyka tchnęła nastrojem niemal jak z horroru, a członkowie grupy wykonywali ja w całkowitej ciemności. To ostatnie spowodowało zresztą spory odwrót publiczności, której widać nie w smak było wpatrywanie się w spowitą mrokiem scenę. Jeszcze bardziej eksperymentalne podejście do tanecznego grania prezentował projekt Baths - dziwne, eksperymentalne dźwięki czasem eksplodowały kanonadą gęstych rytmów, czasem zaś pogrążały się w chaotycznej kakofonii.

Jednym z nielicznych wyjątków w kwestii grania muzyki tanecznej był zespół Luger, hiszpańscy przedstawiciele mocnego, psychodelicznego rocka, którzy grali właśnie bardzo dynamiczny koncert na scenie Jagermeister Vice, przyciągając sporą ilość ciągle jeszcze żywych widzów. Hiszpanie próbowali nie dopuścić, by zasnęli, grając swą oniryczną przecież w pewnym sensie muzykę w bardzo energetyczny sposób. 

Ostatnim koncertem zaplanowanym tego dnia na scenie Ray-Bana była prezentacja Kanadyjczyków z Suuns. Była to, podana ze sporą żarliwością i w idealnych proporcjach, mieszanka muzyki tanecznej i gitarowego indie rocka, znakomita na tą porę.

Występy na scenie ATP zamykał tymczasem, bardzo spóźniony ze względu na rozpoczęty długo po planowanej godzinie koncert grupy Salem, brytyjski zespół Factory Floor, uznawany dziś za jednego z najważniejszych spadkobierców wykonawców nagrywających ćwierć wieku temu dla wytwórni, nomen omen, Factory. Srodze zawiedli się jednak ci, którzy po występie grupy spodziewali się klimatów rodem z płyt grupy Joy Division. To była raczej zimna, odhumanizowana dyskoteka, napędzana nie tylko bardzo monotonnym rytmem, ale i charakterystycznymi, geometrycznymi i idealnie dopasowanymi do muzyki wizualizacjami, przeznaczona dla tych, którzy o świcie mieli jeszcze siłę i ochotę, żeby tańczyć. I to był już koniec pierwszego dnia barcelońskiego festiwalu. 

Przemek Gulda (10 czerwca 2011)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także