CMJ Music Marathon 2010

Dzień 5: sobota, 23 października

Ostatni dzień festiwalu zaczął się – jak i większość poprzednich – już w samo południe, wraz z rozpoczęciem wczesnych prezentacji w kilku klubach. W williamsburskim Spike Hill o tej właśnie porze ruszała prezentacja przygotowana przez popularny miejscowy miesięcznik muzyczny „Deli”, poświęcony wyłącznie lokalnej scenie. Otworzył ją występ zespołu czerpiącego pełnymi garściami z post rockowej tradycji, którego muzyka zdecydowanie nie pasowała do słonecznych i nader radosnych okoliczności, mających miejsce na zewnątrz klubu – mowa tu o Dead Leaf Echo. Zespół wypadł nadspodziewanie dobrze – przedstawił półgodzinny zestaw bardzo dojrzałych, nastrojowych kompozycji, ozdobionych dopasowanymi do niemal rzewnych gitarowych riffów liniami wokalnymi, które wykonywał gitarzysta grupy i dziewczyna grająca na instrumentach klawiszowych. Muzycy zadbali też o warstwę wizualną swojego występu – na ekranie za sceną migały fragmenty starych, czarno-białych filmów i nieco tajemnicze impresje.

W znajdującym się nieopodal Public Assembly rozpoczynała się właśnie kolejna prezentacja firmowana przez blog Brooklyn Vegan, ale skład zespołów, które miały się prezentować tego dnia był mniej ciekawy niż w piątek. Showcase otworzyły występ zespołu Morning Teleportations i grupy Evana Voytasa. Pierwsza z tych formacji przedstawiła pełen energii, mocno jazzujący rock, ubarwiony wydawałoby się absolutnie niekontrolowanymi improwizacjami sekcji dętej. Druga tymczasem zaprezentowała radosny alternatywny pop, a lider zespołu wykonywał swym dość zabawnym, udawanym falsetem dość ekwilibrystyczne partie wokalne.

Od tego momentu zaczął się czas naprawdę trudnych decyzji: dokładnie w tym samym czasie na obu scenach w klubie Public Assembly, a na dodatek w mieszczącej się w zasadzie po drugiej stronie ulicy galerii Cameo, rozpoczęły się ciekawe koncerty. Jednym z nich był występ S. Careya, członka grupy Bon Iver, który wydał niedawno swoją solową płytę. Nieodbiegający za bardzo pod względem klimatu od twórczości jego macierzystej formacji materiał, na koncercie wypadł bardzo dobrze – muzykowi, mimo że występował na scenie wspierany przez spory zespół, udało się stworzyć niemal intymny klimat, w którym jego wyciszona, akustyczna muzyka sprawdziła się znakomicie. Momenty, w których wszyscy muzycy odkładali swoje instrumenty, żeby wspólnie wyklaskiwać rytm robiły naprawdę spore wrażenie.

W drugiej sali występował natomiast ulubieniec nowojorskiej publiczności, a przy okazji także jeden z artystów mocno faworyzowanych przez redakcje Brooklyn Vegan, Ted Leo. Tym razem nie wspierał go jego zespół, The Pharmacist, zaprezentował się sam, akompaniując na elektrycznej gitarze. Jego punkowa muzyka zabrzmiała w tej surowej formule nieco ubogo, ale jednocześnie słychać w niej było determinację i gniew, a te elementy w tym gatunku muzycznym są nad wyraz na miejscu.

Prawie dokładnie w tym samym czasie w galerii Cameo prezentował się duet PS I Love You, którego wydana tuż przed festiwalem płyta zdążyła zebrać sporo dobrych recenzji. Piosenki grupy i wspólne miejsce zamieszkania muzyków (Kanada), skłaniają do porównań Japandroids. Ale sposób scenicznej ekspresji stawia te dwa zespoły na dwóch, bardzo odległych od siebie biegunach. O ile muzycy Japandroids na scenie to żywe srebro, o tyle koncert PS I Love You okazał się bardzo statyczny. Co zresztą nie może za bardzo dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę potężne gabaryty gitarzysty grupy. Przez pół godziny tego występu muzyka musiała się więc bronić sama. I były momenty, kiedy broniła się znakomicie – piosenki grupy potrafią być naprawdę porywające, chwilami jednak, zwłaszcza gdy gitarzysta wikłał się w niekończące się solówki, napięcie trochę opadało. Tak czy owak, Kanadyjczycy pokazali, że warto będzie na nich zwrócić uwagę w najbliższej przyszłości.

Tymczasem trzeba było wykonać skok na drugą stronę miasta, gdzie w najlepsze trwały popołudniowe prezentacje. W położonym w China Town klubie Fontana’s występowały zespoły poruszające się w granicach szeroko pojętego folku. Jednym z nich była grupa New Numbers, której twórczość ze względu na brzmienie, stylistykę i charakterystyczny tembr głosu wokalisty przypominała momentami pierwszą płytę Band Of Horses. Wykorzystanie nietypowych instrumentów w rodzaju bongosów i saksofonu czy zabawne żarciki, np. wplatanie do własnych piosenek cytatów z popowych przebojów, sprawiały, że ten koncert wciągał i bawił.

W leżącym kilkaset metrów dalej klubie Cake Shop do koncertu przygotowywała się tymczasem jedna z nowych lokalnych sensacji – grupa Sisters. Zespół ten śmiało idzie drogą łączenia ładnych, przebojowych melodii z brudnym, przesterowanym brzmieniem, co na żywo często wypada jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Tak było i tym razem, choć zdecydowanie daleko było temu koncertowi do choćby śladów profesjonalizmu. Pod względem wykonawczym członkowie Sisters zdecydowanie pozostają w zapoczątkowanej przez Pavement, a dziś konsekwentnie kontynuowanej przez wiele nowojorskich zespołów z My Teenage Stride na czele, konwencji scenicznej nonszalancji i dezynwoltury. Dwóch muzyków, tworzących ten duet, zachowywało sie więc jak we własnej sali prób, jakby nie patrzył na nich spory tłumek wypełniający, mimo wczesnej pory, piwnicę klubu Cake Shop: ustalali, w jakiej kolejności wykonywać utwory, rozmawiali o jakichś zupełnie niezwiązanych z koncertem sprawach, robili głupie miny i inne rzeczy całkowicie rozmijające sie ze stereotypem muzyka grającego koncert. I pewnie właśnie dlatego ten występ był tak szczery, autentyczny i wciągający. I pewnie dlatego pozostawił tak dobre wrażenie. Muzycy zagrali kilka kompozycji ze swej wydanej niedawno płyty i dwie nowe piosenki, kończąc swój występ po zaledwie dwudziestu minutach. Ale było to dwadzieścia minut, dla których zdecydowanie warto było się wybrać na Manhattan. Następne pół godziny należało do innego duetu: Reading Rainbows. To gitarzysta i grająca na stojąco, na bardzo zminimalizowanym zestawie bębnów, perkusistka. Zaprezentowali zestaw ładnych, choć surowych piosenek. Trudno właściwie powiedzieć, czy więcej w nich było punk rocka czy popu, ale jedno jest pewne: robiły świetne wrażenie i z miejsca zjednały sobie publiczność.

Wieczorem festiwalowa akcja przeniosła się na Williamsburg, gdzie były zaplanowane najciekawsze imprezy, kończące festiwal. W Music Hall Of Williamsburg swoje pięć minut na festiwalu miała publiczność lubująca się w melodyjnej, popowej odmianie punk rocka – swój showcase prezentowała tam jedna z najważniejszych wytwórni, poruszających się po tym terytorium, kultowa Fat Wreck Records. Jedną z jej gwiazd, które występowały tego wieczoru był zespół Teenage Bottlerocket, grający muzykę mało odkrywczą i oryginalną, ale z pewnością dynamiczną i przebojową. Trochę ciekawiej robiło się w tych momentach, kiedy muzycy zamiast odgrywać patenty powtarzane już od dwóch dekad przez wszystkie zespoły wydające swe płyty w oficynie Fat Wreck, odwoływali się raczej do nieco bardziej szorstkich i mniej popowych punkowych wzorców, choćby tych przypominających wczesne poczynania zespołu Misfits. Licznie zgromadzona pod sceną publiczność raczej nie zwracała jednak uwagi na takie niuanse: była zachwycona i pogowała wściekle, acz wesoło, od pierwszego do ostatniego utworu. Następny na liście wykonawców był zespół None More Black. I to była już zupełnie inna punkowa bajka – w muzyce tej grupy próżno było szukać choćby śladów lekkości i melodyjności. Dwie nisko nastrojone gitary ciągnęły ją raczej w metalowe rejony, brzmiała potężnie, ciężko, momentami wręcz nieco pompatycznie. Ale publiczności nie przeszkadzało to w żaden sposób i bawiła się równie dobrze, jak przy poprzednim zespole.

Kilka ulic dalej, w mikroskopijnym klubie Bruar Falls odbywał się koncert zespołu, który anonsowany był jako jedna z bardziej obiecujących festiwalowych propozycji – Woven Bones. I rzeczywiście, występ wypadł znakomicie, nawet mimo trudności technicznych i nie do końca zrozumiałych pretensji gitarzysty grupy: na początku przeprosił za opóźnienie i zamieszanie, tłumacząc się, że to już trzeci koncert, który zespół gra tego dnia, ale po chwili wygłosił jeszcze tyradę o tym, żeby podczas koncertu nie robić zdjęć i nie filmować, bo to za mało undergroundowe. Co gorsza w trakcie jednej z piosenek zaczął się przepychać z rejestrującym koncert kamerzystą, co tylko dzięki anielskiej cierpliwości tego ostatniego nie przerodziło się w bójkę. Na szczęście pod względem muzycznym to pół godziny, kiedy zespół był na scenie, było dużo ciekawsze. Grupa zaprezentowała się z bardzo mocnej, niemal agresywnej strony, wybierając ze swego repertuaru prawie wyłącznie te dynamiczne piosenki, a wolniejsze grając dwa razy szybciej niż na płytach. Wszechobecne porównania do The Velvet Underground miały sens może tylko ze względu na brudne brzmienie, bo wrażenie było raczej takie, jakby to jakieś wściekłe punki zabrały się za granie coverów nowojorskiej legendy.

Po drugiej stronie ulicy, w punkowym klubie o stosownej nazwie Trash panowały podobne klimaty – na scenie byli właśnie muzycy tworzący zespół, na czele którego stoi Marie Stella. Pisze dynamiczne i pełne energii utwory, w których oldschoolowy indie rock łączy się z punk rockiem. Ognia tej muzyce odmówić nie można, ale specjalną oryginalnością zdecydowanie nie grzeszyła. W międzyczasie w Bruar Falls prawie gotowi do występu byli już muzycy Air Waves. Przez kolejne dwa kwadranse zaprezentowali niezbyt oryginalną, ale zagraną z oddaniem i energią muzykę, nawiązująca do najstarszej tradycji nowej i zimnej fali z samego początku lat osiemdziesiątych. Wokalistce grupy zdecydowanie brakowało odwagi, czy może wręcz śmiałości, a jej wycofana postawa nie pomagała zespołowi przyciągnąć zainteresowanie publiczności, na czym traciła też niestety muzyka grupy. Tym występem zakończył się koncert w Bruar Falls, ale przecież nie cały festiwal. W Trash ostatnie piosenki grała formacja The Class Machine, która zaprezentowała klasyczny stoner rock z wysuwającym się na pierwszy plan dudniącym basem. W swojej kategorii zespół sprawdzał się znakomicie – wrażenie przeniesienia się w czasie gdzieś w głębokie lata siedemdziesiąte było bardzo mocne.

I był tylko jeden sposób, żeby odpowiednio zakończyć tegoroczny festiwal – w Public Assembly ostatni ze swych kilku koncertów w czasie CMJ grała grupa Crocodiles i znów był to znakomity gig – brudny, mroczny i pełen energii jednocześnie. Klasycznie skomponowane piosenki, przefiltrowane przez tradycję przybrudzania brzmienia niemal do granic możliwości, znowu się świetnie sprawdziły. Zespół pokazał po raz kolejny, że jest już w pełni gotowy do wypłynięcia na szerokie wody rynku muzycznego, a jego przejmująca muzyka była rewelacyjnym zakończeniem tegorocznego festiwalu CMJ.

Przemek Gulda (8 listopada 2010)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także