Najlepsze płyty lat 80-tych

Miejsca 1 - 10

Obrazek pozycja 10. The Jesus & Mary Chain - Psychocandy (1985)

10. The Jesus & Mary Chain - Psychocandy (1985)

Podkreślając skalę znaczenia The Jesus & Mary Chain mówi się, że są protoplastami shoegaze’u i punktem odniesienia dla dużego odsetka gitarowych kapel powstałych po 1985. Rzeczywiście, trójka Szkotów w połowie dekady zdrapała z niej cały lukier, obnażając tę brudną, niepokorną twarz lat osiemdziesiątych. To właśnie Mary Chain odważyli się połączyć heavy-metalowy łomot ze stricte popową melodyką. Można zarzucić braciom Reid, że ich warsztat songwriterski kończył się na dwóch trzyminutowych schematach; Gillespiemu, że był perkusistą prymitywnym; całemu zespołowi, że braki muzyczne maskował rozrośniętym attitude. „Psychocandy” trafiło jednak idealnie w odpowiedni czas i nastroje na Wyspach, wykorzystując przesyt syntezatorami i vacat na pozycji przywódców bezkompromisowego rock’n’rolla po przesunięciu się Killing Joke – zresztą być może największych nieobecnych naszego zestawienia – w stronę bardziej radiowych brzmień. Glasgowczycy mieli swój pomysł na granie, polegający na zderzeniu dwóch biegunowo przeciwnych czynników: implementacji narkotycznym głosem śpiewnych melodii Beach Boys w ramy ekstremalnie hałaśliwego, garażowego rzężenia. Paradoksalnie, ta dzika i skrajnie uproszczona estetyka stała się punktem wyjścia dla nierzadko wyraźnie różnych artystów – zarówno pastwiącego się nad każdym studyjnym szczegółem Kevina Shieldsa, jak i przenoszących brzmienie The Jesus & Mary Chain z zadymionego klubu na futbolowe stadiony Oasis. A jeśli chodzi o nich samych, to po „Psychocandy” stało się dokładnie to, czego można się było spodziewać – im bardziej rosły umiejętności i poprawiał się songwriting, tym mniej emocjonująca stawała się muzyka. (ka)

Obrazek pozycja 9. XTC - Skylarking (1986)

9. XTC - Skylarking (1986)

Żadna inna płyta XTC nie rodziła się w takich bólach, jak „Skylarking”. Cierpliwość decydentów z wytwórni Virgin skończyła się w momencie, kiedy od dwóch albumów zespół nie istniał w mediach, nie chciał słyszeć o koncertach i zajmował się eksperymentami z psychodelią lat sześćdziesiątych pod szyldem The Dukes Of Stratosphear. Ktoś uderzył pięścią w stół, powiedział „zamknij się Andy” i zadzwonił po Todda Rundgrena. I rozpoczęło się piekło. Jeden dyktator w studiu to wszystko, co XTC mogli znieść. Teraz mieli ich dwóch i, co gorsza, każdy miał zupełnie odmienną wizję płyty. Partridge ścierał się z Rundgrenem praktycznie codziennie. Napięcia w pewnym momencie nie wytrzymał Moulding, który ogłosił odejście z zespołu. Andy był wściekły z powodu brzmienia, jakie nadał albumowi Rundgren. Tymczasem „Skylarking” spotkało się z najlepszym przyjęciem, jakie otrzymała płyta XTC od „English Settlement” (choć paradoksalnie ogólnoświatowy rozgłos przyniosła im strona B singla „Grass”, nielubiany przez Partridge’a, kontrowersyjny „Dear God”). Nic dziwnego. Każdy utwór z osobna jest małym aranżacyjnym arcydziełem – po latach Partridge właśnie ten element uznał za największy wkład Todda. Łącząc art-rockowe bogactwo dźwięków i szlachetność kompozycji najlepszego brytyjskiego duetu autorów piosenek od czasu Lennona i McCartneya, powstał album będący w tej dekadzie kwintesencją wyrafinowanego, tradycyjnego popu. Kluczem do ponadczasowości zaś okazała się doszlifowana przez Rundgrena koncepcja płyty – zilustrowanie cyklu ludzkiego życia od narodzin po śmierć, na przykładzie jednego, spędzonego pod słonecznym niebem dnia, który wraz z upływem odmierzanego przez zegar czasu nabiera coraz bardziej egzystencjalnego wymiaru. (ka)

Obrazek pozycja 8. The Stone Roses - The Stone Roses (1989)

8. The Stone Roses - The Stone Roses (1989)

Brytyjska muzyka kilkakrotnie dawała światu sygnał do zmiany kierunku: w 1966, kiedy ukazał się bitelsowski „Revolver”, czy w 1977, po debiucie Sex Pistols, Wyspiarzom udało się zarazić resztę cywilizowanej ludzkości swoimi ideami. Inaczej jest z pierwszą płytą The Stone Roses, która wielu wiernym poddanym Jej Królewskiej Mości wyznacza początek nowożytnej ery w muzyce rozrywkowej, zaś dla Amerykanina, Niemca czy Polaka pozostaje w sferze cudzych mitów. Badacze historii zespołu tłumaczą to zwykle pechowym zbiegiem okoliczności – kiedy po błyskawicznym podbiciu rodzimego rynku świat czekał na The Stone Roses z otwartymi ramionami, ci nagle popadli w liczne tarapaty i ich marzenia o zamorskiej potędze prysnęły w mig. Niewiele później pojawili się nowi idole, zarówno ci we flanelowych koszulach, jak i bezpośrednio wypełniający niszę autorach „cytrynowej” płyty. The Stone Roses są czymś na wzór redefinicji pojęcia Zeitgeist w muzyce naszych czasów. Choć nazwać ich królami madchesteru to zbyt mało. Łącząc konserwatywne poszanowanie dla psychodelicznego popu lat sześćdziesiątych z nowoczesnym potraktowaniem sfery rytmicznej, zespół czterech niezwykłych indywidualności na przestrzeni trzech kwadransów urósł do miana niedoścignionego wzoru niemal każdej brytyjskiej kapeli popowej powstałej po 1989. Kształtu ich pomysłom nadał doświadczony producent John Leckie – wiedział jak zrobić piosenkowy użytek z wirtuozerii Squire’a i Reniego i jak pokierować aroganckim usposobieniem Browna (kim byłby bez niego Liam Gallagher?). Tak powstały hymny pokolenia – „I Wanna Be Adored”, „Made Of Stone”, „I Am The Resurrection” – i kiedy piszę „hymny pokolenia”, dokładnie to mam na myśli. (ka)

Obrazek pozycja 7. R.E.M. - Murmur (1983)

7. R.E.M. - Murmur (1983)

Dzisiaj trudno uwierzyć, że R.E.M. to grupa niegdyś definiująca nurt college rocka z początku lat osiemdziesiątych – muzyki wyrastającej z nowofalowych i post-punkowych brzmień, ale bardziej przystępnej i wpadającej w ucho, mimo niespecjalnie pieczołowitej produkcji, promowanej przede wszystkim przez uniwersyteckie rozgłośnie radiowe. Akademicki rodowód i kreatywność zespołu Michaela Stipe’a przypadły do gustu niewielkiej wytwórni I.R.S., która wydała „Murmur” – krążek z fenomenalnym singlem „Radio Free Europe”. Album chyba dość niespodziewanie okrzyknięty został przez magazyn Rolling Stone płytą roku 1983. Być może to prawda, że debiut R.E.M. ma spore braki związane z produkcją i aranżacją, ale co z tego. Bronią się utwory. Melancholijny wokal Stipe’a w „Talk About The Passion” zapowiada jego wielkie umiejętności na polu emocjonalnej interpretacji, a prosta melodia „Perfect Circle” zdradza potencjał zespołu w tworzeniu pięknych, chwytających za serce piosenek, który apogeum osiągnęło chyba przy „Nightswimming”. Zapewne także prawdą jest, że w dyskografii R.E.M. odnaleźć można płyty co najmniej tak dobre jak „Murmur”, ale żadne z kolejnych dwunastu wydawnictw nie ma w sobie tej iskierki magii nagrań z roku 1983. I pamiętajcie, że totalną nieprawdą jest to, co niektórzy „znawcy” starają się nam wmówić. R.E.M. nie zaczęło się od „Losing My Religion” i „Everybody Hurts”. Wspaniała historia tego zespołu zaczęła się dużo, dużo wcześniej. (kw)

Obrazek pozycja 6. Pixies - Doolittle (1989)

6. Pixies - Doolittle (1989)

O tym, że grupa Blacka Francisa, znanego lepiej jako Frank Black, do zwykłych college-rockowych formacji nie należy, może świadczyć pewien istotny fakt. Najważniejszy utwór lat dziewięćdziesiatych, czyli „Smells Like Teen Spirit” do złudzenia przypomina stylizację na Pixies. Może bardziej agresywną, ale niezwykła zadziorność, charczący wokal i bezczelnie popowa melodyjność zrobiły swoje. A w zasadzie porwały tłumy. Przy odrobinie szczęścia tego typu zachowania mogły mieć miejsce już w 1989 roku, kiedy to Pixies nagrali swoje „Doolittle”. To właśnie Kurt Cobain próbował przemycać do twórczości Nirvany ten charakterystyczny, zachrypnięty wrzask Blacka i niebywałą wręcz przebojowość („Gouge Away”, „Here Comes Your Man”). Problemy z bębenkami mogły nastąpić już przy okazji „Tame” z brutalnej serii nie-ma-przebacz-dla-słuchacza. „Monkey Gone To Heaven” wywoływało poważne w skutkach ciarki po plecach, a „Hey” kołysało ze względu na prosty, choć charakterystyczny motyw gitarowy. I choć ani przez moment nie słychać na „Doolittle” żadnego nadęcia czy prób tworzenia artystycznego arcydzieła to i tak nie ma co narzekać. Dominuje prostota, odrobina szaleństwa i prawdziwy dar do tworzenia genialnych melodii. Wszystkie te elementy współgrają na każdej z płyt Amerykanów, również na „Surfer Rosa”, ale to na „Doolittle” tworzą niedościgniony ideał melodyjnego hałasowania dla umiarkowanie sfrustrowanych. (pw)

Obrazek pozycja 5. Talking Heads - Remain In Light (1980)

5. Talking Heads - Remain In Light (1980)

Rzadko zdarza się, by muzyka łączyła dopracowane w najdrobniejszych detalach dźwiękowe bogactwo z powalającą wręcz przebojowością; by odwoływała się z jednej strony do intelektu, zapraszając do wielokrotnej analizy i odkrywania na nowo swych niezliczonych zawiłości, a z drugiej strony porywała ciało do niepohamowanej tanecznej ekspresji; by sprowadzała do wspólnego mianownika nowatorstwo z lekkostrawnością; by demonstrowała wyrafinowanie pozbawione jakiegokolwiek śladu pretensjonalności. To wszystko i jeszcze wiele, wiele więcej powiedzieć można o „Remain In Light”. Polirytmiczne struktury, funkujące linie basowe, szaleńcze gitarowe ornamenty, ekspresyjny śpiew i surrealistyczne teksty Davida Byrne’a, chóralne refreny i megatony aranżacyjnego trotylu zaaplikowane przez producenta, współkompozytora i de facto dodatkowego członka zespołu Briana Eno, wciśnięte zostały w stosunkowo konwencjonalną, piosenkową formułę, przypominającą wstrząśniętą i znajdującą się na granicy eksplozji butelkę z gazowanym napojem. Efekt końcowy był nie tylko punktem odniesienia i drogowskazem dla innych wykonawców, nie tylko zasługiwałby spokojnie na cztery miejsca wyżej w niniejszym rankingu, ale może być z czystym sumieniem określony mianem jednego z najbardziej fascynujących albumów wszechczasów. Absolutnie obowiązkowa lektura. (mm)

Obrazek pozycja 4. Sonic Youth - Daydream Nation (1988)

4. Sonic Youth - Daydream Nation (1988)

Sonic Youth są logicznymi i jedynymi godnymi następcami The Velvet Underground i nie chodzi tylko o przynależność do zawsze artystycznie niespokojnej nowojorskiej sceny czy o status, jakim cieszą się obie grupy wśród krytyków. Sonic Youth rozpięci pomiędzy milionami zainteresowań: od malarstwa, literatury, filmu, aż po wszystkie rodzaje muzyki (Thurston potrafi w wywiadach rzucać setkami nazw nowojorskich kapel czy nazwiskami undergroundowych jazzmanów), potrafili znaleźć w sobie tyle dyscypliny, by każdej płycie wydanej pod szyldem grupy nadać jakieś konkretne kształty, nawet jeszcze tak nieoszlifowanym formom jak „Confusion Is Sex”. Gdyby Lou Reed i John Cale poszli w stronę happeningu czy jakichś prób free improvisation, wpisaliby się tylko w narrację muzyki eksperymentalnej. Komunikatywność ich płyt wpisuje zespół w narrację muzyki rockowej. Obie wielkie historie składają się na pierwotną ideę rocka alternatywnego: zawsze poszukiwać i zawsze mówić do kogoś. „Daydream Nation” jest efektem takiego myślenia o muzyce, a jednocześnie należy do estetyki muzyki niezależnej, odczytywanej jako szufladka, do której należą pokrewne stylistycznie zespoły wywodzące się z hardcore’u i punka. Album mieści się wśród najwybitniejszych płyt college-rockowych (kultowy „Teen Age Riot”), noise’owych (choćby masakryczne „Silver Rocket”), awangardowych (cała właściwie „Trilogy”) czy gitarowych (wirtuozeria Ranaldo i Moore’a). Albo po prostu wśród rockowych, bo trudno o lepszy niż „Daydream Nation” dowód na to, jak głęboką wiarę może żywić człowiek w rock jako najbardziej twórczą ze wszystkich radykalnych form wyrazu. (jr)

Obrazek pozycja 3. The Cure - Disintegration (1989)

3. The Cure - Disintegration (1989)

Przez wielu uznawany za największe dzieło The Cure. Jak wynika z naszego podsumowania, „Disintegration” to także najbardziej ceniona płyta tego zespołu przez redaktorów screenagers.pl. Miejsce poza podium należałoby uznać za niespodziankę. Dziś już legendarny a dla fanów kultowy album świadczy o nieschematycznym rozwoju artystycznym grupy. Po pokazaniu bardziej przystępnego dla zwykłego słuchacza oblicza w drugiej połowie lat osiemdziesiątych na albumach „The Head On The Door” i „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me”, na „Disintegration” mamy do czynienia z kolejnym zwrotem w twórczości Smitha. W pewnym stopniu powrotem do tercetu „Seventeen Seconds” - „Faith” - „Pornography”, wzbogaconego szczególnie doświadczeniami i pomysłami z „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me”. Kluczem do docenienia tej płyty jest zrozumienie i wczucie się w tylko pozornie jednostajny i monotonny nastrój. Wniknięcie w przestrzenność i wielowarstwowość kompozycji, ich rozmytych, cieknących linii melodycznych i tego co w „Dezintegracji” najpiękniejsze: przepełnionych melancholią, nostalgią tekstów Roberta. Odszukanie prawdziwej głębi tego dzieła nie może odbyć się bez szczegółowej analizy tła każdego utworu, które bez przesady można określić aranżacyjnym mistrzostwa świata. „Disintegration” to czołówka dekady nie tylko jeśli chodzi o muzyczną jakość, ale także album, którego produkcja zasługuje na najwyższe laury. Ponura aura tej płyty tłumaczy dlaczego The Cure odnieśli nią sukces w Europie, nie notując wysokiego zainteresowania w krainie za oceanem, w której „keep smiling” to zasada nadrzędna. Przygnębienie, smutek i rozpacz to tematy przewodnie lirycznej strony brązowego medalisty naszego zestawienia. (ww)

Obrazek pozycja 2. Joy Division - Closer (1980)

2. Joy Division - Closer (1980)

W porównaniu z „Unknown Pleasures”, na drugiej płycie Joy Division zrobili ogromny krok naprzód, zmieniając niemal każdą składową swojej muzyki. Monotonna, imitująca automat perkusja wprowadza transowy nastrój, gitara nie pełni już roli dominującej w kształtowaniu melodii, lecz przejmuje bardziej chaotyczną funkcję w budowaniu nastroju, zostawiając więcej wolnego pola klawiszom. Właściwie jeden tylko element pozostał niezmieniony – głos Iana Curtisa. Zimny i przeszywający. Brzmiący jakby (o ironio) dobywał się z zaświatów. Nawet momenty, w których zespół przypomina sobie o punkowych korzeniach (“Twenty Four Hours”) są błyskawicznie studzone przez wokalistę. Doskonałą pracę przy produkcji płyty wykonał legendarny Martin Hannett, którego pomysł na surowe i zimnofalowe brzmienie płyty był strzałem w dziesiątkę. Nigdy wcześniej i nigdy później manifestacja smutku i beznadziei nie miała takiego nasilenia. Tyczy się to zarówno warstwy muzycznej jak i tekstowej. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z bardziej dynamicznymi utworami („Isolation”) czy z rozleniwionymi, przygnębiającymi kompozycjami („Decades”), towarzyszy nam ten sam, nostalgiczny, nierealny klimat. Potęgowany sterylnością zakładu psychiatrycznego, unikający patetyzmu i egzaltacji, skupiający się na prostym przekazie. Permanentna depresja Iana znalazła swoje ujście w twórczości zespołu, a jego talent i charyzma uczyniły Joy Division jednym z najważniejszych brytyjskich zespołów przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. I choć samobójstwo Curtisa było jedynym możliwym rozwiązaniem jego problemów z samym sobą, z egoistycznego punktu widzenia pewnie wolelibyśmy, aby pozostał z nami dłużej i uraczył nas jeszcze kilkoma płytami. Biorąc pod uwagę rozwój artystyczny zespołu oraz to, co po jego rozpadzie tworzyli pozostali muzycy jako New Order, można podejrzewać, że straciliśmy szansę na coś jeszcze większego niż „Closer”. (pn)

Obrazek pozycja 1. The Smiths - The Queen Is Dead (1986)

1. The Smiths - The Queen Is Dead (1986)

Jednym z często popełnianych błędów przez brytyjskich dziennikarzy muzycznych jest przylepianie każdemu nowopowstałemu, popowemu zespołowi etykietki nowych The Smiths. Wystarczy zmieścić się w trzech minutach, grając ani akustycznie, ani na punkowym podbiciu i już jest się następcą. Choć oddaje to wpływowość formacji, nie odzwierciedla jej unikatowego charakteru. Nawet gdybyśmy mieli najbardziej charyzmatycznego lidera, którego młodzieńczym neurozom historia nadała miano poezji, który pisałby wersy w stylu And if a double decker bus/ crashes into us/ to die by your side/ is such a heavenly way to die, które przez następne dwadzieścia lat nucone będą przez czujących dokładnie to samo młodych ludzi, skopiowanie The Smiths nie będzie możliwe. Trzeba by jeszcze znaleźć gitarzystę, takiego co lubuje się w skrupulatnym zagęszczaniu swoich partii, mistrza melodycznej dwuznaczności i zestawić jego perfekcjonizm z grzeszno-romantycznym roztargnieniem frontmana. I nawet wtedy skonfrontowanie tych dwóch żywiołów nie zaowocuje w pełni bez kontekstu socjo-kulturowego. „The Queen Is Dead” nie musi być waszym ulubionym albumem The Smiths, możecie nie wielbić każdej jego kompozycji, nie kupować momentów, gdy Morrissey stara się zdystansować od samego siebie, nie zachwycać się każdą partią Marra. Jego ikonicznego statusu nie da się jednak podważyć. Myśląc o Wielkiej Brytanii administracji Margaret Thatcher, trzeba pomyśleć o „The Queen Is Dead”, bardziej diagnozie niż panaceum, bardziej nieśmiałym manifeście niż świadectwie buntu, najlepiej rozpoznawalnej płycie lat osiemdziesiątych. Królowa jeszcze nie umarła, ale po jej śmierci przyjdzie nowa. Nowych The Smiths nie będzie już nigdy. (tt)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: pw
[19 listopada 2015]
"Nie rozumiem, dlaczego autorzy Screenagers kwalifikują płyty z roku 1980 do lat 80-tych. Ten rok należy do lat 70-tych!"

ahahaha, na głos
Gość: luc mantz
[19 listopada 2015]
Nie rozumiem, dlaczego autorzy Screenagers kwalifikują płyty z roku 1980 do lat 80-tych. Ten rok należy do lat 70-tych! Płyta z miejsca 70-tego należy przecież do płyt z siódmej, a nie ósmej dziesiątki zaczynającej się 61, 62 itd. Analogicznie - lata. Dziwna maniera.
Treściowo - jak zawsze - trzymacie poziom!
Gość: w tak pięknych okolicznościa
[10 września 2015]
No ja rozumiem, że kłócenie się o miejsca jest bez sensu, ale Thriller i Purple Rain tak daleko? "It Takes a Nation..." i "Sign o' the Times" by się przy okazji przydało
kuba a
[10 września 2009]
No ale jest przecież, miejsce 48.
Gość: sykowny
[9 września 2009]
Brakuje mi troszkę Jane's Addiction...
kuba a
[10 sierpnia 2009]
No, należy. Dowiedziałeś się czegoś.
Gość: luksusowy jacht
[8 sierpnia 2009]
Nie wiedziałem, że rok 1980 należy do lat 80. a nie 70. Brawo.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także