Primavera Sound '09

Relacja Heleny Marzec

Primavera Sound '09 - Relacja Heleny Marzec 1

Od Primavery wszystko się zaczyna. Całe letnie festiwalowe szaleństwo próbuje potem przebić to, co się tam dzieje, wymyślić jeszcze lepszy i zarazem bardziej ryzykowny zestaw artystów, zaprosić jeszcze większe legendy. To jest festiwal ludzi, którzy naprawdę wiedzą, na co jadą. Poczęstowanie laików koncertem Sunn O))) albo Lightning Bolt sprawiłoby, że w następnych latach festiwal świeciłby pustkami. Dzięki takiej publice, organizatorom Primavery udaje się, i to z powodzeniem, umieszczać na jednej scenie artystów bardzo od siebie różnych.

Jeśli przyjrzeć się czterem głównym scenom festiwalu, patronowały im atrybuty prawdziwego fana: takowy powinien czytać Pitchforka, Rockdelux i Vice, chadzać na All Tomorrow’s Parties, w Ray Banach na nosie, popijając Estrellę Damm. Oprócz dużych scen, do dyspozycji widzów było Auditorium, wielka aula, mieszcząca bardziej kameralne koncerty, jak drugą odsłonę My Bloody Valentine, występy Aleli Diane czy Damiena Jurado. Co ważne, komunikacja między scenami nie jest trudna, przejście z jednego końca Parc del Forùm na drugi nie zajmuje wiele czasu i pozwala zobaczyć jeszcze więcej. Obejrzenie około 130 artystów, z czego większość w czwartek, piątek i sobotę, jest naprawdę ambitnym zadaniem i bardzo przepraszam, ale nie udało mi się zobaczyć wszystkiego. Jak podaje „El Periódico”, cały festiwal zgromadził ponad 74 tysiące widzów, to nie przelewki

Pierwszym koncertem czwartku było Magik Makers na scenie ATP. Cieszący się kuratelą samych Thurstona Moore’a i Lee Ranaldo Amerykanie, z chodzącą, a nawet skaczącą na niebotycznych szpilkach neurotyczną wokalistką Elisą Ambrogio na czele, zaczęli bardzo zaskakująco od smętnych melodii na organach. Po między nimi, Ambrogio nawijała kompletnie bez sensu i było tak nudno, że rozważałam zdradę na rzecz utalentowanej Hiszpanki La Bien Querida. Na szczęście, potem Markers zwiększyli tempo, przechodząc do utworów z płyty „Boss”. Wtedy Elisa weszła w swój żywioł, gitarowe piosenki wyśpiewane drżącym od emocji głosem, bardzo przypominającym Patti Smith.

Potem koncert The Vaselines na scenie Rockdelux, położonej, tak samo jak scena Pitchfork, w kamiennym amfiteatrze z widokiem na morze. The Vaselines, zmartwychwstali po dwudziestu latach, dali naprawdę dobry koncert. Oprócz Frances McKee i Eugene’a Kelly, na scenie znajdowało się jeszcze dwóch gitarzystów, co przy minimalistycznym repertuarze grupy było lekką przesadą. Vaselines zaprezentowali prawie cały repertuar z wydanej wspominkowej płyty „Enter The Vaselines”. Stare utwory, które od zapomnienia ocalił Kurt Cobain, zostały przyjęte z wielkim entuzjazmem. Mimo siwych włosów, Vaselines dali radę, i pokazali (zresztą nie tylko oni), że główną atrakcją festiwalu będą artyści z epoki kaset, a nie Myspace’a.

Kolejnym punktem programu był koncert Yo La Tengo. Amerykański zespół rozpoczął długą gitarową improwizacją, przechodząc potem do łagodnych „Stockholm Syndrome” i „Autumn Sweater”. W tym niezwykłym zespole, wszyscy jego członkowie są jednakowo utalentowani wokalnie. To był jeden z bardziej urokliwych, choć też momentami głośnych, punktów festiwalu.

Grzechem byłoby nie zobaczyć niejakich My Bloody Valentine. I do tej pory nie wiem, czy maniacy czystego brzmienia pokazali kolejny ze swoich artystycznych eksperymentów, czy też wina leży po stronie dźwiękowców. Przez cały koncert krążyłam rozpaczliwie pod sceną. Niestety, z boku, z tyłu czy koło miejsca akustyków, wszystko brzmiało jak „Loveless” na starej kasecie, odpalone na maksa, z włączoną do tego sokowirówką. Wokalu nie było słychać za grosz. Tylko dobra pamięć pozwoliła mi rozpoznać otwierające koncert „I Only Said”, „When You Sleep” i inne utwory. Koncert, który mógł być mistycznym przeżyciem, okazał się mordęgą dla uszu.

Miłym wytchnieniem był koncert Andrew Birda, młodzieńca, który, jak napisali organizatorzy festiwalu, uczynił z gwizdania osobny instrument. Łagodny folk, z wokalem przypominającym trochę Zacha Condona, ale bardziej przyziemny, został zagrany na skrzypcach, gitarze, dziwnych, kręcących się tubach gramofonów, i rzeczywiście zagwizdany (ale nie wygwizdany). W międzyczasie podsłuchiwałam koncert Jesus Lizard, którego nieobejrzenie było moim drugim, po Marnie Stern, wielkim grzechem. Dla wielu pytanych osób to właśnie Jesus Lizard był najlepszym punktem festiwalu.

Na scenie Pitchforka miałam okazję obejrzeć za to koncert najbardziej zwariowany. Ponytail słynie z tego, że teksty piosenek ograniczają się do pisków i wrzasków, którym towarzyszą galopujące gitary. Jednak to, co zobaczyłam na żywo, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zagrali kilka hymnów z „Ice Cream Spiritual”, jak „Late For School”, „Beg Waves”. Wokalistka (chyba można ją tak nazwać?) Molly Siegel, w czerwonym dresie i koszykarskiej koszulce, biegała po scenie, skakała jak szalona, wydzierając się do mikrofonu i pocąc się jak, rzeczywiście, podczas ostrego treningu. Sport to zdrowie, ze sceny emanowała pozytywna energia, a Molly między utworami wykrzykiwała z wielkim uśmiechem, jaką jesteśmy fantastyczną publicznością.

Z Ponytail przetransportowałam się na kawałek The Horrors na scenie Ray Ban Vice. Młodzi, mroczni Brytyjczycy, dopiero co po wydaniu nowej płyty „Primary Colours”, zagrali naprawdę dobry koncert. Mieli tylko problemy z dźwiękiem, co wyraźnie złościło wokalistę Farisa Badwana. W międzyczasie podsłuchałam trochę Aphex Twina, który grał pierwszy koncert od jakichś siedmiu lat. Było transowo i hipnotycznie, a na wizualizacjach – sekcja zwłok. Co za odmiana na scenie, na której grali The Vaselines.

Po The Horrors udałam się na nielubianych przez nikogo Wavves. Rzeczywiście, nie dają zbyt wielu powodów, żeby ich lubić: Nathan Williams pluje ze sceny, dużo przeklina i beka do mikrofonu. Rock’n’roll. Na perkusji towarzyszył mu Ryan Ush, który wyglądał jak kolega Williamsa ze skate parku. Gitarzysta nieźle radził sobie z chórkami, łapał oddech i w ten sposób przegalopował w ciągu pół godziny przez jakieś dwadzieścia utworów. Publiczność była młodsza, niż na innych koncertach, całkiem zachwycona tym, co się dzieje na scenie. Cóż, jaka generacja, takie Sex Pistols albo Nirvana.

Ostatnim dla koncertem dnia była Ebony Bones. Diwa tribal popu, zanim dała swoje przedstawienie w stylu kamp, kazała na siebie długo czekać. Na scenie pojawiali się kolejni członkowie zespołu, klawiszowiec w przebraniu Zorro, drugi w boa, gitarzysta w indiańskim pióropuszu, w końcu chórzystka w stroju à la błękitnowłosa gejsza z parasolką. W końcu wybiegła sama panna Bones, w ekscentrycznej, niebieskiej sukience, pomarańczowych rajtkach i swoich grubych, materiałowych bransoletach we wszystkich kolorach tęczy. Zaprezentowali wybuchowy koktajl elektroniczno-dyskotykowo-etnicznych dźwięków, z „Warrior” i „We Know All About You” na czele. Ani na chwilę nie było spoczynku, poziom energii był cały czas maksymalny, żeby przeżyć, trzeba było tańczyć. W środku i na końcu Ebony zagrała ten sam utwór, w którym kazała publiczności biec w lewo, potem w prawo, do przodu, do tyłu, co pewnie skończyło się wieloma połamanymi kośćmi. Przy tej pani, M.I.A. czy inna Santigold wymiękają, to Ebony jest klasą samą w sobie.

Po kilku godzinach snu, trzeba było stawić się na Crystal Stilts, których byłam bardzo ciekawa przed niedługim występem w Polsce. Brzmieli trochę staroświecko, a trochę shoegaze’owo przez swoje rozmyte wokale. Zagrali monotonny, ale sympatyczny koncert. Wokalista pozował na Lou Reeda w swoich czarnych ciuchach i czarnych Ray Banach. Laik mógłby pomyśleć, że był to dzień festiwalu, poświęcony zespołom z perkusistkami, oprócz eks-Vivian Girl Frankie Rose mieliśmy jeszcze jej eks-koleżanki, a poza tym Yo La Tengo i Bat For Lashes.

Właśnie wtedy zdradziłam głośny, low-fi rock na rzecz ambitnego popu tej ostatniej. Choć pozornie kłócący się z profilem festiwalu, koncert Brytyjki był naprawdę rewelacyjny. Scena była przyozdobiona gipsowym jelonkiem, amorkami i równie kiczowatym abażurem w kształcie gorsetu. Khan, ubrana w pasiasty kombinezon, z turkusową kreską pod oczami, wystąpiła z towarzyszeniem trzyosobowego zespołu, perkusistki, klawiszowca i rudej multiinstrumentalistki, która równie biegle grała na gitarze, basie i syntezatorze, a w dodatku prześlicznie śpiewała chórki. Natasha Khan także zaśpiewała bez jednej fałszywej nuty. Lista piosenek pozwoliła umiejętnie dawkować napięcie. Khan zagrała same najlepsze utwory z „Fur And Gold”: „Horse And I”, w którym sama usiadła do syntezatora, grając na cztery ręce z drugą dziewczyną; „What’s A Girl To Do”, które roztańczyło publiczność; „Tahiti”, „Sarah” i „Prescillę”. Przeplatała je z najbardziej udanymi momentami nowego albumu, „Sleep Alone”, „Glass” i ogromnie wzruszającym „Siren Song”. Na koniec, zaprezentowała singlową wersję „Daniela”, dynamiczną i dyskotekową. Ze sceny emanował sam urok, brzmienie było gładkie i czyste, ale wytrawne, wcale nie cukierkowe. Dla mnie, to był najlepszy koncert festiwalu.

Tuż po Bat For Lashes pobiegłam na Vivian Girls. Pomimo, że ich płyta trwa jakieś 20 minut, zagrały ponad godzinny koncert. Zaprezentowały chyba wszystko, co umiały zagrać, fałszując przy tym, ile się da. Na koniec zamieniły się instrumentami, Kickball Katy okazała się nieźle radzić sobie z gitarą, a Ali z perkusją. Po tym koncercie, nadal nie rozumiem fenomenu tego zespołu.

Spiritualized na scenie Rockdelux nudzili. Wybrałam bramkę numer dwa, The Pains Of Being Pure At Heart. To był koncert naprawdę ekspresowy. Trwał zaledwie pół godziny, ale potrafił zmienić całą moją pracowicie wypracowaną negatywną opinię o tym zespole. Był niesamowicie energetyczny, tryskała z niego sama radość. Tak graliby My Bloody Valentine, gdyby byli na wesoło, albo The Cure, gdyby nagrywali same takie kawałki, jak „Friday I’m In Love”.

Po The Pains... dałam szansę Art Brut. Niewątpliwą rekomendacją dla nerwowych, jajcarskich Brytyjczyków był fakt, że ich nowy album „Art Brut Vs. Satan” wyprodukował nie kto inny, a sam Frank Black. Art Brut nie zawalili, było śmiesznie i jak w tytule ich drugiej płyty „Bang Bang Rock & Roll”, bo też ile można wciskać widzom tych wykrętów i przesterowanych gitar?

Następnym występem był ten Throwing Muses, na który czekałam od wielu lat. Po wielu roszadach personalnych i przerwie wokalistki i gitarzystki Kristin Hersh na karierę solową, świetny, a nigdy w pełni nie doceniony zespół wreszcie się reaktywował. Plotki głosiły powrót do niego drugiej gitarzystki Tanyi Donelly, znanej z Belly i The Breeders. Niestety, na plotkach się skończyło. Hersh wystąpiła jedynie z perkusistą oryginalnego składu Davidem Narcizo i basistą Bernardem Georgesem, z którym gra w projekcie 50 Foot Wave. W różowej marynarce i spódnicy w kwiaty wyglądała, jakby szła na zebranie komitetu rodzicielskiego, a nie na koncert. To wrażenie minęło jednak z pierwszymi dźwiękami jej żółtego Les Paula. Zagrała set naprawdę przebojowy, jak na Muzy, z „Bright Yellow Gun” i „Shimmer” z „University”, „Shark” z „Limbo” nawet bardzo popowym, ale mrocznym w tekście „Bea” z dwudziestoletniej płyty „Hunkpapa”. Brak Donelly dawał się we znaki w chórkach, ale poza tym rozedrganemu, niepowtarzalnemu głosowi Hersh niczego nie brakowało.

Potem przyszedł czas na koncert Jarvisa Cockera. Dawny wokalista Pulp od poprzedniej płyty „Jarvis” sprzed trzech lat przybiera pozę szansonisty, w garniturze i okularach w grubych oprawkach. Tym niemniej, pod największą scenę Estrella Damm przyszło go posłuchać bardzo dużo ludzi. Przebojowe utwory z nowego albumu „Further Complications”, tytułowy i „Angela”, wywołały reakcję godną Rolling Stonesów. Przy „Big Julie” z pierwszej płyty miałam dreszcze. Jarvis był dobrym producentem dla tych wszystkich Marianne Faithful i Charlotte Gainsburg. Tym niemniej, dobrze, że wrócił na scenę ze swoimi wodewilowymi piosenkami, nikt nie potrafił godnie go zastąpić.

Po Jarvisie spóźniłam się na Fucked Up, a potem już tylko Bloc Party. Brytyjczycy wiedzieli, z czym wystąpić przed barcelońską publicznością. Choć wydali od tamtej pory dwie płyty, w tym jedną niedawno, przyjechali z tą, która kiedyś zapewne będzie grana w cyklu Don’t Look Back jako absolutna klasyka. Oprócz piosenek z – no, zdradźmy to – „Silent Alarm”, zaprezentowali także same single z „A Weekend In The City” i „Intimacy”. Ponieważ najbardziej lubimy to, co już znamy, publiczność szalała. Wokalista Kele Okereke, w bejsbolówce, i koszuli w kratkę, wyglądał jak zagorzały wyborca Baracka Obamy. Koncert był jak zwykle pełen emocji, z jednej i drugiej strony.

Trzeci dzień festiwalu rozpoczął się występem Ariela Pinka na scenie ATP, znad której pięknie było widać oświetlone popołudniowym słońcem morze. Ariel wystąpił z towarzyszeniem czteroosobowego zespołu. Ponieważ nosił sukienkę i duże beżowe półbuty, z początku wzięłam go za dziwną dziewczynę o bladych nogach. Zanim jednak zdążył się porządnie rozkręcić, pół godziny minęło i postanowiłam iść na Jeremy’ego Jaya.

Jay grał na scenie Ray Ban Vice, i jak przystało na to właśnie miejsce, on i jego basista (a może basistka?) Derek James wystąpili w Ray Banach (fałszywych). Basista nosił korale, ewidentnie damską bluzkę i paznokcie pomalowane na turkusowo. Chłopaki zamieniali się gitarą i basem, a Derek grał również na klawiszach. Mimo image’u jak się patrzy, mieli jednak pecha. Po trzech piosenkach, w tym otwierającym drugi album dryblasa z Kalifornii „We Were There” , na dobry kwadrans wysiadł prąd. Nie wiadomo było, co robić. Hiszpańscy technicy naprawiali, Jeremy najpierw pobawił się perkusją, potem pogawędził z operatorem kamery, zszedł do pierwszego rzędu publiczności, a potem trochę zawstydzony schował się za kulisy. Pierwsza próba podjęcia koncertu zakończyła się klęską, ale po kolejnych pięciu minutach wszystko wróciło do normy. Muzyka Jeremy’ego jest minimalistyczna i też zalatuje wodewilem. Na początku głównie akustyczno-gitarowa, na nowej płycie została wzbogacona o syntezatory, które brzmiały też dobrze na żywo. Ze starej płyty, zaprezentowali jedynie „Beautiful Rebel” i „Hold Me In Your Arms Tonite”. Potem, miałam jeszcze przyjemność obejrzeć kawałek tej ostatniej piosenki w wersji akustycznej, w namiocie Ray Ban Acoustic.

Zostałam na scenie Ray Ban, by zobaczyć Kitty, Daisy and Lewis. Brzmiący bardzo staroświecko rockabillowo-surfowy zespół trochę mnie znudził swoją płytą i byłam ciekawa, czy potrafią zatrzeć to wrażenie występem. Okazało się, że już początek był piorunujący: dwie brunetki wystylizowane na lata 50., jedna w szortach, druga w sukience z marynarskim kołnierzem, z kocimi oczami obrysowanymi eyelinerem, podeszły do mikrofonu i znakomicie zaśpiewały a capella. Potem, na scenie dołączył do nich średni brat Lewis, oraz tata Graeme Durham na gitarze i mama Ingrid Weiss (w dawnych czasach perkusistka Raincoats) na kontrabasie, wszyscy poubierani w równie staroświeckie stroje. Trójka rodzeństwa, z których tylko Daisy ma skończone 20 lat, ma zupełnie niezwykłe umiejętności gry na instrumentach. W czasie jednego występu po scenie przewinęły się gitary, banjo, akordeony, organy Hammonda, ukulele, harmonijka... Do tego, zespół brzmi amerykańsko jak diabli, a pochodzi z Londynu. Większość występu, który zobaczyłam, porywał, rodzinie Durhamów całkowicie zwracam honor.

Po tym występie na wszystkich scenach zapanowała cisza. Na wszytkich, oprócz jednej. Tam za kilka minut miał zacząć grać Neil Young. Artysta, którego nie wypada porzucać na rzecz jakiegokolwiek innego, i który pewnie, gdyby powiedział takim Sonic Youth „Nie wchodzicie na scenę!”, sprawiłby, że nie śmieliby się ruszyć. Kazał też na siebie czekać jak prawdziwy headliner. Choć trudno powiedzieć, czy przeciętny widz Primavery słucha go w domu, został przyjęty z należytymi honorami. Z tysięcy ludzi, którzy przyszli tu bądź z wyboru, bądź z braku alternatywy, nie było chyba takiego, któryby nie znał „Heart Of Gold”, „The Needle And The Damage Done”, i który nie śpiewałby przy „Rocking In The Free World”. Na bis, prawie sześćdziesięcioczteroletni Young zagrał „A Day In The Life” The Beatles. Legenda zmierzyła się z legendą. Koncert zostawił mnie z opadniętą szczęką, z przekonaniem, że istnieją ludzie, których znaczenia nie da się zakwestionować, nawet w alternatywnym rocku. Szacun.

Potem oglądałam Liars na zmianę z Deerhunter. Najbardziej czekałam jednak na godzinę pierwszą w nocy, kiedy na scenie Estrelli Damm Sonic Youth mieli rozwiać pozostałości legendy Neila Younga. Ci byli punktualni, a swój koncert rozpoczęli „Brother James”. Był to jeden z chyba pięciu starych utworów tego wieczoru. Zespół skupił się na zaprezentowaniu swojej nowej płyty „The Eternal”, która wychodzi w tym tygodniu. Spośród nich, wyróżniał się utwór Lee Ranaldo „What We Know”. Reszta setlisty brzmiała, jakby przed trzema laty, po trasie reedycji „Daydream Nation” i wydaniu „Rather Ripped”, Sonic Youth zawiesili gitary na kołku. Reszta starych utworów („Hey Joni”, „The Sprawl”, „’Cross The Breeze”), pochodziła w końcu z tej pierwszej płyty, jeden nowszy („Pink Steam”) z tej drugiej. A przecież ten zespół nie powstał wczoraj i ma bardzo dużo repertuaru do pokazania na żywo! Byłoby lepiej, gdyby wybrali taką opcję, jak Bloc Party i zaprezentowali najbardziej kultowe kawałki. Do tego dochodzi moja ogromna frustracja, związana z koniecznością oglądania ulubionego zespołu z odległości pół kilometra, no cóż, uroki festiwalu. Przez moje poświęcenie, ominęłam koncert Gang Gang Dance, kolejna wielka skucha festiwalu.

Przedostatnim momentem wieczoru był rozkosznie taneczny set Simian Mobile Disco, którzy grali zwróceni do siebie twarzami, jak przy biurku na przesłuchaniu, na tle naprawdę imponujących wizualizacji. Potem nie mogłam sobie odmówić występu Black Lips, którzy zostali mi zareklamowani jako zespół sikający sobie do ust, czy coś podobnego. Rzeczywiście, atmosfera koncertu była totalnie taka, jaką ją sobie wyobrażam na Sex Pistols w roku ’77. Może nie było sikania, ale w obie strony leciało wszystko: plastikowe szklanki, piwne prysznice, w pewnym momencie gruchnęła nawet wielka butla whisky. Między utworami, Black Lips przekomarzali się po pijacku. Wszystkie kawałki zostały zagrane ze dwa razy szybciej, niż na płytach, kończyły się też niespodziewanie. Publiczność pogowała i wrzeszczała. W tym chaosie, koło godziny czwartej, skończyła się moja Primavera.

Nie było mi dane zobaczyć koncertów środowych, ani nic ze sceny Primavera In Parc w parku Miró, gdzie grała między innymi Kimya Dawson. Szkoda, bo Primavera Sound to nie tylko koncerty, to też angażowanie całego miasta w to wydarzenie, projekty z udziałem dzieci… To festiwal, który już rozrósł się czterokrotnie, czasem trwania i ilością artystów, od początku swojego istnienia, czyli od pierwszej edycji w 2001 r., a i tak ciągle rośnie. Organizacyjnie, to także najlepszy, na którym byłam. Niech choćby nasz Off, który pod względem repertuaru ma ambicje być mini-Primaverą, uczy się od takich.

Helena Marzec (8 czerwca 2009)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także