Najlepsze płyty lat 90-tych

Miejsca 11 - 20

Obrazek pozycja 20. Pixies - Bossanova (1990)

20. Pixies - Bossanova (1990)

Trzecia duża płyta w dorobku kwartetu z Bostonu ugruntowała jego dominację na alternatywnych listach przebojów przełomu 80/90, osiągniętą za sprawą "Doolittle", przez wielu uważanych za jedną z najlepszych rockowych płyt wszech czasów. "Bossanova" ukazuje wizerunek zespołu już dojrzałego, okrzepłego, o własnym charakterystycznym stylu. Płyta ma też spójne brzmienie, chociaż bardziej wygładzone w porównaniu z wcześniejszymi albumami. Jest tu wszystko, za co polubiliśmy Pixies. Atutami "Bossanovy" są bezpretensjonalność, melodyjność, szalona radość grania. Jak zwykle Black Francis i spółka zarzucili nas melodyjnymi, przekornymi, krótkimi piosenkami do nucenia i pokochania na całe życie. Znowu udowodnili, że na jednej płycie mogą ze sobą sąsiadować dźwięki łagodne z jazgotliwymi. Pokazali, że nie ma podziału na muzykę melodyjną i ostrą, że nie warto zamykać się w stylistycznych gettach. Są tu prawdziwe indie-rockowe evergreeny, jak "Velouria" i "Dig For Fire", które do dziś brzmią znakomicie zarówno na alternatywnych imprezach, jak i w muzycznych telewizjach pokroju MTV. "Bossanova", tak jak abstrakcyjne teksty Blacka Francisa, nie zestarzała się ani odrobinę. (mf)

Obrazek pozycja 19. The Afghan Whigs - Gentlemen (1993)

19. The Afghan Whigs - Gentlemen (1993)

Smutek nie jest uczuciem jednowymiarowym: może mieć wiele odcieni, tak jak wiele może mieć źródeł. Wydana w 1993 roku płyta "Gentlemen" jest studium dość pospolitego rodzaju smutku, którego przyczyną jest rozstanie z bliską osobą. Greg Dulli potrafił temu banalnemu z pozoru i mocno wyeksploatowanemu pomysłowi nadać nową jakość. Album nagrany wraz z zespołem The Afghan Whigs nie jest zwyczajną manifestacją nostalgii. Jest raczej dojrzałą analizą przyczyn niepowodzenia, próbą odnalezienia się w nowym położeniu i rozliczenia z przeszłością. Teksty są bez wątpienia bardzo mocnym punktem materiału ("When We Two Parted" to jeden z najpiękniejszych nagranych utworów o miłości). Premiera płyty wywołała niemałe kontrowersje związane z jej dość odważną okładką. Sam album na szczęście obronił się zawartością muzyczną i pozostaje do dziś najlepiej sprzedającym się wydawnictwem amerykańskiej formacji. Dużą zaletą płyty "Gentlemen" jest doskonała współpraca wszystkich instrumentów składających się na kształt zawartych na niej kompozycji. Partie sekcji rytmicznej i gitar tworzą jednorodny muzyczny podkład pod wokal Grega Dulli, wspomagany w niektórych utworach dodatkowo pianinem. Oryginalne brzmienie i nietuzinkowa wrażliwość artystyczna spowodowały, że zespół The Afghan Whigs wymienia się dziś jednym tchem obok takich klasyków niezależnego rocka jak Sunny Day Real Estate i At The Drive-in. (pn)

Obrazek pozycja 18. Mogwai - Young Team (1997)

18. Mogwai - Young Team (1997)

Istnieją teorie, na podstawie których post-rock stanowi rozwinięcie spuścizny rocka progresywnego. Muzykę, do której nie zbliżyli się King Crimson, Genesis czy Yes, na poziom nowej jakości wyprowadziły grupy pokroju Mogwai. I choć nie są to nawiązania w linii prostej, coś na rzeczy jest. Łącząc kakafoniczną ścianę dźwięku spod znaku The Jesus And Mary Chain czy My Bloody Valentine z melodyką grup w typie Seam i surowością Slint, Szkoci nadali tej muzyce nowy sens. "Young Team" sięga treścią najgłębiej i jest szczytowym rozwinięciem zasady instrumentalnego kontrastu. Charakterystyczny motyw transowego przejścia od ciszy w zgiełk i na odwrót, nigdy już chyba nie będzie lepiej zdefiniowany. Przykładem są chociażby dwa pierwsze utwory z płyty. Jednocześnie post-rockowy charakter ma w sobie coś z delikatności muzyki ilustracyjnej ("With Portfolio"), co stanowi kolejną zaletę tego typu grania i urozmaica całość. Dodatkowo płaszczyzna melodyjności i lekkiego wygładzenia pozwala odkryć w tym generalnie trudnym materiale odrobinę wrażliwości. Tutaj ukłony należą się wspaniałej, balladowej "Tracy", która na chwilę łagodzi emocje. Oj, można wtedy odlecieć, i to daleko. Do końca słodko jednak nie jest, duch brudu Sonic Youth daje co chwilę o sobie znać. A to w basowym "Summer [Priority Version]", a to w hałaśliwej "Katrien", czy w końcu w zamykającej album pięknej suicie "Mogwai Fear Satan". Szkoda tylko, że najprawdopodobniej jest to pierwszy i jednocześnie najlepszy album formacji. Obym się mylił. (tł)

Obrazek pozycja 17. Sigur Ros - Agaetis Byrjun (1999)

17. Sigur Ros - Agaetis Byrjun (1999)

Jest kilka takich płyt, które nie powinny być zamieszczane w żadnych rankingach. To na pewno "Niemen Enigmatic", na pewno "The Dark Side Of The Moon", ale jeżeli takowa powstała też w kilku ostatnich latach, to jest to "Agaetis Byrjun" Sigur Ros. To album, który można rozpatrywać chyba jedynie przy użyciu liczb całkowitych. Oczywiście, nie nawołuję tu do postawienia hasła "przyjmij w całości albo odrzuć", tyle, że faktycznie trudno jest ten album rozczłonkowywać i poddawać analizie każdy jego element. "Agaetis Byrjun" tworzy bowiem własny świat, z jego elementami: językiem, muzyczną konwencją zatopioną w bogatych aranżacjach, pięknej barwie pianina czy delikatnym głosie Jonsiego. I wchodzenie w ten świat przy jednoczesnym czytaniu, dłubaniu w nosie czy rozmowie przez telefon najzwyczajniej mija się z celem. Oczywiście docierają wtedy co bardziej charakterystyczne motywy, jak choćby ten finałowy z podniosłego "Olsen olsen". Właśnie - podniosłość, patos, monumentalność, ale zarazem intymność, jednak wyważenie, jednak nie tryumfalna przesada, ale poetyckie wyciszenie. Trzeba tylko dać tej płycie szansę. Posłuchać w ciemnym pokoju, w słuchawkach na uszach i zanurzyć się w śnie kreowanym przez Sigur Ros. O paradoksie, to właśnie oni, a nie Bjork czy Gus Gus byli głównymi prowodyrami boomu na islandzką muzykę. Niestety, ostatnie ich twory nie wytrzymują porównania z arcydziełem z 1999. (jr)

Obrazek pozycja 16. Oasis - Definitely Maybe (1994)

16. Oasis - Definitely Maybe (1994)

Spór o to, czy lepsze jest "(What's The Story) Morning Glory" czy debiutancki album Oasis przypomina nieco akademicką wymianę zdań o wyższość Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. Za "Definitely Maybe" przemawia fakt, że to właśnie ta płyta rozpoczęła triumfalną epokę brytyjskiego stylu grania, naznaczoną fascynującą rywalizacją o prym w wyspiarskim rocku lat 90. między Oasis a Blur. Choć na próżno chyba szukać na "Definitely Maybe" takich hitów jak "Wonderwall" czy "Don't Look Back In Anger", to kto wie, czy to właśnie takie "Live Forever" nie jest najlepszym utworem w całej karierze Oasis. Na "Definitely Maybe" nie brakowało jednak przebojowych kompozycji, jak choćby "Shakermaker" czy "Supersonic" - świetne single, które szturmowały listy przebojów jeszcze przed ukazaniem się albumu. Narobiły one sporo szumu wokół grupy, a potem wraz z płytą wypromowały nową muzyczną markę lat 90. O ile wtedy Oasis okrzyknięte zostało niemalże nowym The Beatles (nawet Tony Blair słuchał płyt zespołu braci Gallagher), o tyle dziś są chyba cieniem samych siebie sprzed lat. Czy zespół wróci jeszcze do formy sprzed 10 lat? Odpowiedź może być tylko jedna: definitely maybe. (kw)

Obrazek pozycja 15. Pavement - Crooked Rain, Crooked Rain (1994)

15. Pavement - Crooked Rain, Crooked Rain (1994)

Stephen Malkmus w jednej ze swoich genialnych wypowiedzi stwierdził: "Nie zarywam nocy z tego powodu, że zastanawiam się jaki będzie następny dzień. Doskonale wiem jaki będzie. Będzie taki sam jak poprzedni". Jak wszystko u Malkmusa, ta sentencja może być zarówno o wszystkim, jak i o niczym. Może zawierać filozoficzną deklarację, ale też z 10-letnim wyprzedzeniem przewidywać The Strokes... "Slanted & Enchanted" było jeszcze dość luźnym zbiorem kapitalnych utworów, ale "Crooked Rain, Crooked Rain" wydaje się być albumem więcej niż przemyślanym. Choć czy to nie złudzenie? O czym jest w końcu "Stop Breathin" - o wojnie czy tenisie? A "5*4 = Unity"? Hołdem dla Dave'a Brubecka czy fantastycznym wynikiem jednego popołudnia spędzonego razem przez kilku kumpli? Eklektyzm Pavement idzie dalej. W epickim "Range Life", odwołującym się do tradycji "American Pie" Dona McLeana, wyraźnie korzystają z country, by w finale zaatakować nieokiełznanym "Fillmore Jive". Miano indie-klasyka zyskał niewątpliwie "Cut Your Hair" z kultową wokalną odpowiedzią na blurowskie "lalala". Zresztą, podobnie jak poprzednia płyta, ta najeżona jest doskonałymi riffami (jak ten z "Elevate Me Later") czy wspaniałymi motywami ("Gold Soundz"). Pavement to klasyczny dla postmodernizmu a la MTV zespół. To album dla pożeraczy kultury czyli dla ogromnej części z nas: fanów Coltrane'a i Public Enemy, McDonalda i kawioru, Batmana i Bułhakowa. Może właśnie dlatego jest tak cholernie ważny i tak cholernie dobry? (jr)

Obrazek pozycja 14. Pulp - Different Class (1995)

14. Pulp - Different Class (1995)

Jest kilka obowiązkowych płyt z nurtu brytyjskiego rocka lat 90., bez których ciężko wyobrazić sobie wyspiarskie brzmienie całej dekady. Jedną z takich pozycji jest "Different Class" Pulp. Grupie Jarvisa Cockera udała się rzecz niebywała. Nie dość, że stali się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów tamtego okresu, tworzyli przebój za przebojem, to w dodatku jeszcze stali się taneczną wizytówką dekady. Dziś z nutą nostalgii można wspominać czasy, kiedy na parkietach królowały rewelacyjne utwory pokroju "Disco 2000" czy "F.E.E.L.I.N.G.C.A.L.L.E.D.L.O.V.E. ", a na szczytach list przebojów niepodzielnie rządził taneczny hymn "Common People". Co więcej nie były to tylko proste, energiczne piosenki. Cocker opowiadał w nich o różnicach klasowych i relacjach damsko-męskich w niebanalny i oryginalny sposób, z dozą humoru i lekkiej ironii. Na późniejszym "This Is Hardcore" Pulp zrezygnowali z tego stylu na rzecz bardziej mrocznych i melancholijnych melodii. Warto zauważyć, że z całej plejady "wielkich britrocka" to właśnie Pulp trzyma obecnie chyba najwyższy poziom, co potwierdziła wydana w 2001 roku, być może nie ostatnia płyta kapeli "We Love Life". (kw)

Obrazek pozycja 13. Mansun - Six (1998)

13. Mansun - Six (1998)

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że nie ma lepszej ściągi z historii brytyjskiego rocka i miał rację. Dwa lata po opublikowaniu "Attack Of The Grey Lantern", zestawu doskonałych, w większości singlowych perełek, Mansun zaprezentowali ponad godzinę skomplikowanych, wielowątkowych, progresywnych form, a popularna prasa przekreśliła zespół i rozpoczęła poszukiwania nowych idoli. Tymczasem "Six", choć faktycznie niespotykanie trudne, było szatańsko genialnym albumem. Choćby rękami i nogami zapierać się przed prowokującymi wersami w rodzaju I'm emotionally raped by Jesus, zawsze są opakowane w tak podstępne melodie, że w końcu dobierają się do słuchacza. Gorzkie w większości teksty Drapera przyprawiają o dreszcze, każąc jednocześnie zastanowić się nad stanem jego zdrowia psychicznego. Jako instrumentaliści, Mansun mogąc zadrwić z piosenkowej konwencji, wreszcie rozwijają skrzydła, a ich wyobraźnia prowadzi chwilami pół-improwizowane utwory na pozbawione schematów terytoria. To wówczas rodzą się takie dziwactwa, jak chociażby najwybitniejszy w dorobku zespołu "Cancer", utwór tak potężny, że nawet ci czterej porąbańcy nigdy nie odważyli się wykonać go na żywo. Nigdy też nie próbowali już mierzyć się ze swoim arcydziełem. (ka)

Obrazek pozycja 12. Neutral Milk Hotel - In The Aeroplane Over The Sea (1998)

12. Neutral Milk Hotel - In The Aeroplane Over The Sea (1998)

Opus Mangum uduchowionych niszowców Neutral Milk Hotel. Tzn. magnum, przepraszam. Ponad 50 lat po tym, jak rozegrała się jedna z największych tragedii w dziejach ludzkości, raz jeszcze tamten dramat stał się inspiracją wielkiego dzieła. "In The Aeroplane Over The Sea" nie powstałoby bez zapisków Anny Frank, niemieckiej nastoletniej Żydówki, która padła ofiarą Holocaustu. Jej tragiczny los (they buried her alive one evening 1945, with just her sister at her side), ale również całkiem codzienne radości, smutki i marzenia (but for now we are young, let us lay in the sun and count every beautiful thing we can see), specyficznie pojmowana religijność (God is a place where some holy spectacle lies), wreszcie więź, jaką buduje Jeff Mangum (the only girl I've ever loved was born with roses in her eyes), spajają jedenaście kompozycji w zupełnie magiczny sposób. Która druga płyta przynosi tyle doznań bolesnych i euforycznych jednocześnie? Absolutne piękno kreślonych prościutkimi sekwencjami akustycznych akordów melodii, niekryjący swoich słabości, łamiący się z przejęcia głos Manguma i uniwersalne, natchnione teksty dzisiejszego poety, który pod wpływem wczorajszej historii zostawia ostrzeżenie, ale i nadzieję dla jutra. Nadal nie wiemy, czy symbolicznie odkładając gitarę w ostatnich sekundach "Two Headed Boy Pt 2" chciał nam powiedzieć: "ale to już beze mnie", bo któż trafi za geniuszami? (ka)

Obrazek pozycja 11. Nirvana - Nevermind (1991)

11. Nirvana - Nevermind (1991)

Czy ten album trzeba bliżej przedstawiać? Przecież zawartość doskonale znacie, prawda? Nie wierzę, że ktoś interesujący się muzyką nieco bardziej niż przeciętny Kowalski, a urodzony przed datą wydania "Nevermind" nie zna tego albumu. Zamiast po raz n-ty powtarzać za licznymi opracowaniami od kogo grupa rzekomo ściągnęła riff "Smells Like Teen Spirit", proponuję spojrzeć na tą płytę jako na pewne zjawisko kulturowe. Wizerunek dziecka i dolarowego banknotu na okładce wyszydzają kult pieniądza, podpis głosi "Nieważne". "Człowiek bezmyślnie goniący za mamoną to przeszłość lat 80-tych" - zdaje się mówić Cobain, pokazując środkowy palec stylowi życia yuppie. "Nieważne", "napychanie portfela nie uczyni Cię szczęśliwym, to wszystko gówno warte, posłuchajcie lepiej mnie, zaśpiewam Wam o moich/Waszych frustracjach". Młodzi ludzie słuchają... album sprzedaje się w zawrotnych liczbach egzemplarzy (około 300000 tygodniowo). Melodyjna odmiana nieznanego szerszej publiczności gatunku muzycznego, trafia do radia i telewizji. Moda na grunge wkrótce ogarnia cały glob. Ani zespół, ani szefowie wytwórni nie spodziewali się tak olbrzymiego sukcesu. Sukcesu, który z awangardowej grupy uczynił "zwyczajną" gwiazdę rocka. Nirvana weszła w relacje społeczne, przeciwko którym buntował się Cobain w swoich tekstach. Niecałe trzy lata później wokalista grupy nie wytrzymał presji związanej z popularnością realizując zapewnienie zwarte w utworze "Stay Away" -"I'd rather be dead than cool". Ta płyta to nie tylko pomnik historii rocka, to także opis pewnych czasów i człowieka znajdującego się w systemie, który dla niektórych jednostek okazuje się zabójczy. (ww)

Kuba Ambrożewski (ka), Darek Depczyński (dd), Marceli Frączek (mf), Łukasz Jadaś (łk), Tomasz Łuczak (tł), Przemysław Nowak (pn), Jakub Radkowski (jr), Tomasz Tomporowski (tt), Witek Wierzchowski (ww), Piotr Wojdat (pw), Kasia Wolanin (kw) (22 marca 2004)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: fear
[7 kwietnia 2017]

Queen - Innuendo?
Pink Floyd - The Division Bell?
Gość: Halo on Fire
[21 grudnia 2016]
A gdzie Metallica Black Album ?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także