Primavera Sound '09

Dzień 2,29 maja 2009

Primavera Sound '09 - Dzień 2,29 maja 2009 1

Drugi dzień barcelońskiej Primavery najciekawiej zaczął się na scenie portalu Pitchfork. Mimo wczesnej - jak na hiszpańskie warunki - pory, sporo osób pojawiło się tam, żeby posłuchać nowojorskiej formacji Crystal Stilts. Amerykanie wypadli na tyle dobrze, na ile dobrze wypaść można grając taką, z założenia surową, a na dodatek nonszalancką muzykę. Trudno było przecież oczekiwać, że wykonujący leniwe, zdystansowane partie wokalista, będzie skakał po scenie i przymilał się do publiczności - jego zachowanie: całkowita obojętność, mentalna nieobecność i widoczna w każdym leniwym geście dezynwoltura, były jak najbardziej na miejscu. I tylko trochę szkoda, że z taką muzyką, w taki sposób podaną, trudno nawiązać cieplejszy stosunek emocjonalny. Była jednak w zespole jedna osoba, która bardzo skutecznie wyłamywała się z tego schematu: klawiszowiec grupy, nieustannie opowiadający między utworami bardzo zabawne, a czasem - bardzo „pitchforkowe” dowcipy: ocenił np.: pogodę, plażę i poszczególne sceny w charakterystycznej dla recenzji na tym portalu skali. Amerykanie uwinęli się ze swoim występem na tyle szybko, że można było jeszcze zerknąć na scenę Rockdelux, gdzie właśnie kończył grać Jason Molina, swego czasu gwiazda niezależnej sceny emo, dziś stojący na czele formacji Magnolia Electric Co.. Czas, który pozostał do zaplanowanego końca występu, zespół wykorzystał, prezentując swoje spokojne, balladowe granie z lekko folkowym zacięciem. Publiczności spodobało się ono na tyle, że wyprosiła na zespole jeszcze jeden, dodatkowy utwór.

Ale coraz więcej osób przemieszczało się już pod główną festiwalową scenę, gdzie do rozpoczęcia koncertu gotowa była Natasha Khan, liderka projektu Bat For Lashes. Artystka i jej zespół wrócili właśnie z amerykańskiej trasy koncertowej, więc - choć to dopiero niedawno zmontowany skład - byli ze sobą bardzo zgrani: znakomicie wychodziło im, niełatwe przecież, przedzieranie się przez meandry kompozycji Khan i balansowanie między ukrytymi w nich nastrojami. Program tego występu ułożony był podobnie jak było w przypadku występów po drugiej stronie Oceanu: zaczęło się od dynamicznego wstępu, by przejść do części bardzo wyciszonej, balladowej i nastrojowej i spełnić się w dynamicznym zakończeniu. Khan ponownie okazała się prawdziwą szamanką, hipnotyzującą słuchaczy swym namiętnym głosem i charakterystycznym sposobem poruszania się po scenie. I tylko jeden element nie pasował do tej całej układanki: pora, o jakiej odbywał się ten koncert: było jeszcze bardzo wcześnie, gorąco, a przede wszystkim -jasno, co mocno burzyło nastrój i psuło cały efekt.

Pora, słońce i ciepło nie przeszkadzało natomiast zupełnie kilku innym paniom, które zanim Khan skończyła swój występ, zainstalowały się na scenie portalu Pitchfork. Był to nie kto inny, jak trzy mieszkanki Greenpointu, tworzące zespół Vivian Girls. Ulubienice amerykańskiego portalu i lokalnej, nowojorskiej sceny, zdawały się nie mieć wobec tłumnie zgromadzonej europejskiej publiczności żadnej tremy: dziarsko wykonywały utwory ze swej debiutanckiej płyty, uzupełnione kilkoma premierowymi kompozycjami. Ich występ tym tylko różnił się od tych, które odbywają się nieopodal własnej dzielnicy, że członkinie zespołu prawie nic nie mówiły między utworami, podczas gdy zwykle niemal bez przerwy opowiadają najróżniejsze historie ze swojego życia. Dziewczęta pod koniec swojego występu (kiedy zresztą zaczęły się już nawet trochę rozgadywać), zaprezentowały natomiast bardzo efektowny, kilkuminutowy, nieco transowy fragment czysto instrumentalny - co było zupełnie nowym elementem ich koncertów. Na koniec jeszcze tylko kilka przebojów w dynamicznych wersjach (jedna z gościnnym udziałem jednego z członków grupy Crystal Antlers), jeszcze tylko efektowne zamienianie się instrumentami w trakcie jazgotliwej improwizacji, zagranej na sam koniec koncertu i Amerykanki już mogły z festiwalowych gwiazd stać się zwykłymi widzami (to zresztą sympatyczny zwyczaj, który praktykowała w Barcelonie cała williamsburska wycieczka - koncert Vivian Girls oglądali spod sceny wszyscy członkowie The Pains Of Being Pure At Heart).

Niemal jednocześnie z ostatnimi dźwiękami tego występu na scenie Rockdelux rozpoczęła swój koncert brytyjska formacja Spiritualized. I to była kolejna, po Bat For Lashes, pomyłka w programie tego dnia. Elegijne, senne, hipnotyczne kompozycje grupy za nic nie chciały zabrzmieć dobrze, gdy wciąż jeszcze było jasno i gorąco. Lider zespołu robił, co mógł, żeby zaczarować wyjątkowo tłumnie zgromadzoną publiczność, ale żadnego czaru w tym nie było. Nic więc dziwnego, że po pół godzinie coraz szerszy sznur widzów zaczął przemieszczać się w stronę sceny firmowanej przez Pitchfork. Za moment miał się tam bowiem zacząć występ najbardziej chyba gorącego dziś, spośród zespołów zaproszonych w tym roku przez redakcję do Barcelony - The Pains Of Being Pure At Heart. To, zdaje się, ostatni moment, kiedy można się jeszcze przyznać, że się lubi tą grupę, za chwilę jej nazwa będzie już na ustach wszystkich. Póki co była na piersiach większości uczestników festiwalu - koszulka z okładką debiutanckiej płyty nowojorczyków była najczęściej spotykanym t-shirtem na imprezie, a występ grupy z pewnością poważnie zwiększył popyt na nią. Bo też był to występ rewelacyjny: krótki, spójny i nadzwyczaj celny.

Williamsburska grupa, wzmocniona niedawno przez drugiego gitarzystę, wyrzuciła z siebie kilka kompozycji, dając odetchnąć publiczności tylko kilka razy (m.in. przy cudownie ciepłym „Stay Alive”) - muzycy na ten wieczór wybrali ze swojego repertuaru prawie same dynamiczne kompozycje. Ale widzom wcale to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie: co i rusz wspomagali grupę, gromko i gromadnie śpiewając wraz z muzykami większość - zabójczo przecież chwytliwych - refrenów. Najlepiej wypadło to chyba przy utworze „Young Adult Friction”, gdy tysiące gardeł zgodnie błagało: „don't check me out”.

Grupa udowadniała na każdym kroku, że jest gotowym materiałem na alternatywną gwiazdę: ma rewelacyjny materiał, muzycy znakomicie wykonują go na żywo, świetnie czują się nawet na tak dużej scenie, a przede wszystkim - co tak bardzo przecież zwraca uwagę i budzi sympatię - są przeuroczy. Na czym to niby polega? Przykład jeden z wielu: specjalistka od instrumentów klawiszowych, jedyna dziewczyna w składzie grupy, w pewnym momencie, między piosenkami, wyciąga z kieszeni chusteczkę i mówi: „Przepraszam bardzo, ale naprawdę muszę wydmuchać nos. Nie chcę, żeby tysiące ludzi patrzyło na mnie i myślało: obetrzyj sobie tego gila, sieroto”. I jak tu ich nie kochać?

Na dodatek skończyli w momencie idealnym, żeby przejść pod główną festiwalową scenę, gdzie właśnie zaczynała się kulminacja tej części wieczoru - występ grupy Art Brut. Od początku było wiadomo, że będzie dobrze: zespół wydał właśnie znakomitą płytę i z nową energią zaczyna jej koncertową promocję. I było dobrze. Pod każdym względem. Po pierwsze: pod względem repertuaru. Muzycy przygotowali idealnie wymierzony koktajl, złożony z piosenek z wszystkich trzech płyt. Nie zabrakło największych przebojów („My Little Brother”, „Nag Nag Nag Nag” czy „Moving To L.A.”) oraz piosenek, które przebojami stać się dopiero mogą (z rewelacyjnym „DC Comics And Chockolate Milkshake” na czele). Po drugie: pod względem sposobu wykonania. Muzycy tej grupy są coraz lepiej zgrani i coraz bardziej biegli pod względem technicznym, dzięki czemu dziś zagrać mogą prawie wszystko, co chcą: cytat z popowej klasyki? Proszę bardzo. Wodewilowa wersja własnego utworu? Czemu nie? No i jest oczywiście trzeci, kto wie czy nie najważniejszy powód - znakomite, bezlitośnie autoironiczne poczucie humoru wokalisty grupy, Eddie Argosa, połączone z jego przenikliwym spojrzeniem na współczesną kulturę pop.

Argos przechodził samego siebie. A to dworował sobie z The Killers i Kings Of Leon, a to tłumaczył, że swoją piosenkę o jeżdżeniu środkami komunikacji miejskiej zdecydował się napisać, gdy zrozumiał, że słynny „Passenger” wcale nie jest o tym, ale o zażywaniu heroiny, a to z kolei sprytnie i prawie niepostrzeżenie wplótł cytat z kanonicznego utworu The Smiths „There's a Light That Never Goes Out” na koniec „Emily Kane”, a to wreszcie rozbrajająco oświadczył, że „właściwie wszystkie nasze piosenki są o tym, jak zrzucam z siebie ubranie”. I jak to nie kochać tego faceta z rosnącym brzuchem i pokaźną diastemą?

Kiedy tylko zniknął za kulisami, warto było zajrzeć po raz kolejny na scenę magazynu Pitchfork. Tam zaczynali właśnie swój koncert kalifornijczycy z grupy Crystal Antlers. Zaczynali z kolosalną, kipiącą energią - ich psychodeliczno-garażowy rock podany był, jak zwykle, z taką mocą, że niemal rozsadzał kolumny. A sami muzycy nie mogli spokojnie ustać w miejscu ani przez moment, miotając się po scenie w zgodnym rytmie, przyczyniając się do jego generowania, uderzając w cokolwiek, co wydawało jakiś dźwięk. To było mocne granie i tej muzyce bardzo dobrze to robiło. Znacznie gorszy efekt uzyskała natomiast występująca prawie w tym samym czasie na innej scenie Kristin Hersh, na czele odświeżonego składu najważniejszego zespołu, w którym występowała w ciągu swej długiej kariery - Throwing Muses. Dziewczęco delikatna i ładnie melodyjna twórczość grupy w tej nowej odsłonie zabrzmiała brutalnie, rockowo, a może wręcz grunge'owo, co absolutnie do niej nie pasowało. Za nic nie chciało też pasować do samej Tanyi.

Primavera Sound '09 - Dzień 2,29 maja 2009 2

Ale nie było czasu na zastanawianie się nad tym, bo na scenie magazynu Pitchfork pojawił się kolejny znakomity zespół. Tym razem była to formacja The Mae Shi, złożona z muzyków z hardcore'owymi korzeniami i iście hardcore'owymi pomysłami na to, jak przełamać koncertowy schemat. I udało im się to w doskonały sposób. Muzycy nie byli specjalnie przywiązani do koncepcji grania na żywo, duża część prezentowanej przez nich muzyki pochodziła wprost z komputera. Ale to pozwalało im skupić się na czymś zupełnie innym - nawiązywaniu kontaktu z publicznością. A w tym okazali się znakomici. Najmocniejszym momentem tego koncertu był ten, w którym tysiące ludzi pod sceną całkiem spontanicznie stworzyło chór, wykonujący refren jednej z piosenek. To naprawdę robiło wrażenie. A to przecież nie wszystko - w pewnym momencie muzycy wręczyli widzom ogromną flagę, która rozpostarta błyskawicznie przez dziesiątki rąk, przykryła sporą część widowni. Ci, którzy się przez kilka chwil pod nią znaleźli mogli żałować, że nie widzieli tego, co się działo na scenie, gdzie trzech młodzieńców w koszulach w kratę wpadło w prawdziwy amok. Biegali po scenie i zeskakiwali z niej, by być bliżej publiczności, a w szczytowym momencie rzucili się nawzajem na siebie, tworząc na środku sceny potężne kłębowisko ludzkich ciał. To pełne energii i emocji widowisko było doprawdy czymś niezwykłym i pokazywało, jak ciekawy może być koncert, kiedy, po pierwsze, odejdzie się od schematu, a po drugie, ma się do czynienia z ludźmi bez zahamowań.

Primavera Sound '09 - Dzień 2,29 maja 2009 3

Spotkanie z kolejnym muzykiem podobnego autoramentu, Pink Eyes, wokalistą grupy Fucked Up miało się rozpocząć kilka minut później, ale w biegu na najbardziej oddaloną od reszty, scenę pod patronatem pisma „Vice” i firmy Ray Ban, warto było jeszcze wpaść choć na chwilę pod główną festiwalową arenę, gdzie Jarvis Cocker w nienagannie dopasowanym garniturze zabawiał publiczność swoimi najnowszymi piosenkami, niezapomnianym głosem i pełnymi cynizmu żartami. Sam głos i charakterystyczny sposób śpiewania budziły bardzo ciepłe wspomnienia, choć moc nowego repertuaru bez najmniejszych wątpliwości do pięt nie dorasta sile kompozycji Pulp. Nie było czasu jednak tego rozpamiętywać, bo na drugim końcu parku do akcji byli już gotowi Kanadyjczycy z grupy Fucked Up. I zaczęło się! Gdy tylko z głośników gruchnęła muzyka (pozbawiona na żywo studyjnych smaczków, brzmiała brutalnie i w bardzo korzennie hard core'owy sposób), Pink Eyes, potężny wokalista zespołu rzucił się ze sceny do publiczności. I tak spędził pierwszą połowę koncertu, balansując na barierce między kanałem dla fotoreporterów, a widzami. Nie raz zdarzyło mu się ją przeskakiwać i lądować na wyciągniętych rękach, albo wręcz w ramionach widzów. Robiło to dość groźne wrażenie, ale nie było w tym ani krzty agresji, więc nikomu nie działo się nic złego. Potem Pink Eyes oświadczył, że kilka tygodni temu został ojcem, co publiczność przyjęła wielkim aplauzem. Ale jego dalsze zachowanie bardzo wyraźnie świadczyło o tym, że nie zmieniło to bynajmniej jego podejścia do życia i do koncertów swego zespołu - drugą połowę występu spędził na scenie, tańcząc, obnażając się w zabawny sposób albo wspinając się na kolumny i rusztowania.

Primavera Sound '09 - Dzień 2,29 maja 2009 4

Reszta zespołu tradycyjnie pozostawała mocno w cieniu wokalisty, skupiona na swoich instrumentach, by ten zagrany na trzy gitary hard core zabrzmiał mocno, ale i oryginalnie. I udało się. Taki zespół z takim wokalistą po prostu nie może grać złych koncertów.

Zanim zespół Fucked Up skończył swój występ, na scenie magazynu Pitchfork rozpoczynał się już koncert Dana Deacona. A właściwie: zespołu Dan Deacon Ensamble, bo ten artysta, znany do tej pory z samodzielnych występów, opartych na elektronice, zbudował zespół, który jego samplowo-komouterowe dźwięki odgrywa na żywo. Żartów nie ma: formacja składa się z kilkunastu osób (na barcelońskim koncercie wszyscy ubrani byli w identyczne, białe kombinezony) i używa trzech perkusji, kilku zestawów instrumentów klawiszowych i sporej ilości... dziecięcych cymbałków. Pod względem muzycznym efekt jest zachwycający; sztuczną do tej pory muzyka Deacona zyskała bardzo ludzki wymiar.

Niestety, trochę na plan dalszy zeszło w związku z tym to, z czego ten artysta był najbardziej znany: niezwykły sposób rozkręcania imprez podczas swoich występów na żywo. Niestety, niełatwo jest dyrygować jednocześnie sporym zespołem i kilkoma tysiącami widzów. Na dodatek - widzów nie do końca rozumiejących, wydawane wszak w obcym dla nich języku, precyzyjne polecenia Deacona, co do przebiegu dalszych fragmentów wspólnej zabawy. Bywały więc momenty, gdy artysta musiał przerywać koncert, żeby drugi czy trzeci raz wyjaśnić o co chodzi w jakiejś bardziej skomplikowanym układzie tanecznym. Ale tak czy owak: coś z tego wychodziło. Na dodatek: coś bardzo oryginalnego i wciągającego. I nie wiadomo było tylko, czy raczej patrzeć na to, co na scenie wyprawiał Deacon i jego muzycy, czy raczej dać się porwać jego pomysłowym układom tanecznym.

Ten występ zakończył się w takim momencie, że można było spokojnym krokiem podejść pod główną festiwalową scenę, gdzie właśnie kończyła przygotowania do występu ostatnia dużą gwiazda tego dnia imprezy - brytyjska grupa Bloc Party. W porównaniu z amerykańską trasą sprzed kilku miesięcy, sporo się zmieniło: do koncertowego składu powrócił basista grupy, a do repertuaru - kilka starych kompozycji. Trochę poprawiło to koncertową formę zespołu, ale nadal nie pozwala uwierzyć, że tych muzyków stać jeszcze na coś ważnego i wartościowego. Starsze kompozycje były jedynym śladem ich dawnego talentu, kiedy zaczynali grać te nowsze, od razu robiło się mdło i nudno. Po godzinie grania o bisy jakoś nikt nie prosił. A opowiedziany w trakcie koncertu żart o piosence, która pozwala odnaleźć w sobie wewnętrznego matadora, w katalońskim mieście, które dla zasady kontestuje plebejskie galicyjskie rozrywki, takie jak corrida, był tylko jedną z wielu drobnych niezręczności.

Mimo późnej pory na wielu scenach trwały jeszcze sety dj-skie i live acty - najdynamiczniejsze wrażenie sprawiał ten w wykonaniu grupy Mahjongg, ale nawet on nie przyciągnął już tłumu. O tej porze trzeba było zacząć oszczędzać siły przed sobotą - ostatnim dniem zasadniczej części barcelońskiego festiwalu.

Przemek Gulda (8 czerwca 2009)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: gulda
[10 czerwca 2009]
racja, kristin hersh... moj blad. przepraszam! ech, bo ten zespol jakos nieodzownie kojarzy mi sie jednak z tanya i pewnie dlatego ta nowa odslona nie podoba mi sie za nic...
Gość: helena
[10 czerwca 2009]
tfu, właściwie Kristin.
Gość: helena
[9 czerwca 2009]
wokalistka Throwing Muses nazywa się Kristen, nie Tanya! A jeśli koszulka TPOBPAH była najczęściej spotykaną na festiwalu, znaczy, że patrzyłeś tylko na dziewczyny (męskich nie było:)!

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także