Relacja z festiwalu Roskilde 2008

Dzień trzeci, 05.07.2008

Relacja z festiwalu Roskilde 2008 - Dzień trzeci, 05.07.2008 1

JOSÉ GONZÁLEZ (Odeon, 14:30)

Jeden z naszych kompanów stwierdził, że nie pójdzie na ten koncert, bo przecież González to artysta zupełnie niefestiwalowy. Ot taki przeciętny grajek, który dorobił się na telewizorach Sony. Co innego jakby zagrał u niego w namiocie, przyprowadziłby ze sobą The Knife (bo przecież wiadomo, że oryginał lepszy) i wziąłby te wszystkie kauczukowe piłeczki. Po krótkich negocjacjach José jednak nie zgodził się na powyższe warunki i zgodnie z planem rozpoczął swój występ w Odeonie. Przez pierwsze pół godziny wiało nudą. Mało wyraziste utwory zlewały się w jedną całość, a stanie na słońcu stawało się coraz bardziej uciążliwe. Ciekawiej zrobiło się dopiero gdy González został na scenie zupełnie sam, by otworzyć worek z singlami i coverami. Najpierw „Heartbeats”, szumnie odśpiewane przez gęsty tłum, a później dyskretny urok „Teardrop”, niespodziewane „Hand On Your Heart” (Kylie Minogue) oraz „Smalltown Boy” (klasyka lat 80.). Więcej grzechów nie pamiętam.

Relacja z festiwalu Roskilde 2008 - Dzień trzeci, 05.07.2008 2

SOLOMON BURKE (Arena, 19:00)

Król rock’n’soulu, czyli Solomon Burke w liczbach.

21 – dzieci

89 – wnuków

4 – seksowne kobiety na scenie (w tym jedna córka i jedna wnuczka)

1954 – data muzycznego debiutu Solomona

Miliard – coverów zagranych na koncercie

150 – kilo żywej wagi

Zero – Ile razy Burke wstał ze swojego ogromnego, pokrytego szkarłatem tronu?

To, że Pan Burke przez cały koncert siedział na swoim tronie w żaden sposób nie stanęło mu na przeszkodzie, by sprawnie dyrygować swoją dwunastoosobową świtą i z jej pomocą roztańczyć i rozśpiewać całą Arenę. W rytm klasyków własnych („Everybody Needs Somebody to Love”), jak i cudzych („Johnny B. Goode”/ „What a Wonderful World”/ „You’ll Never Walk Alone”) bawili się chyba wszyscy. Matki z dziećmi, córki z ojcami, biali i czarni, inwalidzi i kombatanci. Jak to tej pory nie widzieliśmy niczego lepszego, co potwierdzałoby hasło „muzyka łączy pokolenia”. Wojciech Gąsowski, Zbigniew Wodecki i nasze matki na festiwale!

Relacja z festiwalu Roskilde 2008 - Dzień trzeci, 05.07.2008 3

MY BLOODY VALENTINE (Arena, 21:00)

Informacja o reaktywacji MBV była jedną z najbardziej wstrząsających i zarazem ekscytujących wiadomości ostatnich miesięcy. Ale zaraz później pojawiły się wątpliwości i pytania. Czy podołają? Czym nas znowu zaskoczą? Jeszcze większe rozgorączkowanie wzbudziła w nas wieść o tym, że zagrają na Roskilde. Szok i niedowierzanie. Najpierw Radiohead, a teraz jeszcze ONI! Mimo, że piszemy te słowa już jakiś czas po koncercie nadal nie mamy pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Kontakt na żywo z utworami z „Loveless” to doznanie czysto metafizyczne, szczególnie gdy z nieba leje się trzydziestostopniowy żar, a o wietrze można jedynie pomarzyć. Warunki idealnie skrojone pod ten album i taką muzykę. Od otwierającego „I Only Said”, przez „Only Shallow”, i na „Soon” kończąc. Każdy utwór brzmiał perfekcyjnie, a rozmyty gitarowy hałas przeszywał wszystko w promieniu kilometra. Powrót gigantów w glorii chwały. Skąd więc to niezdecydowanie i brak jednoznacznej, pozytywnej opinii o tym występie? Nie chodzi wcale o huk i natężenie dźwięku bliskie granicy bólu. W tych okolicznościach nikomu to nie przeszkadzało. Nie rozczarował nas również ograniczony do minimum kontakt zespołu z publicznością, bo przecież jest to obraz idealnie wpisujący się w definicję shoegaze’u. Grobowe miny. Wzrok wbity w deski sceny. Kompletna cisza w przerwach między piosenkami. Pełen dystans. Zgrzyt powstał zupełnie gdzieś indziej. Najwięcej kontrowersji wzbudziło zamykające całość „You Made Me Realise”. Ponad dwudziestominutowa dawka jednostajnego, nieprzyjemnego i nieznośnego wręcz hałasu. Świadoma wizja zespołu? Tak, sądząc po ostatnich setlistach i komentarzach. Pytanie, jaki w tym cel i jakie przesłanie? Do tej pory szukamy odpowiedzi i długo jeszcze będziemy się zastanawiać. Widzieliśmy na niektórych twarzach wątpliwość, czy przypadkiem nie chcą nas w tak oryginalny sposób wyprosić i zakończyć koncert przy opustoszałej Arenie. Po tym koncercie wiele osób na pytanie o My Bloody Valentine może odpowiedzieć z frustracją „it's just noise”. Gdyby nie perfekcyjna pierwsza godzina tego występu, mogliby mieć nawet sporo racji...

Relacja z festiwalu Roskilde 2008 - Dzień trzeci, 05.07.2008 4

GIRL TALK (Cosmopol, 23:00)

Stężenie hip-hopowych szlagierów, imprezowych klasyków i parkietowych wymiataczy tysiąckrotnie większe od najmocniejszych trunków. Nawet najtańsze wino w kartonie (niezwykle popularne w Danii) nie ma żadnych szans w pojedynku z tym muzycznym koktajlem Mołotowa. Ale nie oszukujmy się – większość tego, co zobaczyliśmy, przeżyliśmy i wytańczyliśmy w ten sobotni wieczór, ma swoją podstawę w solidnie odrobionej pracy domowej. Gregg Gillis odwalił kawał dobrej roboty, układając z setek sampli zaskakujące, wręcz szokujące muzyczne konstelacje. Na koncercie nie pozostało mu nic więcej niż tylko odtworzyć te kawałki w rozsądnej, przemyślanej kolejności, dodając tu i ówdzie coś nowego.

Relacja z festiwalu Roskilde 2008 - Dzień trzeci, 05.07.2008 7

Efekt tych działań doskonale obrazuje powyższe zdjęcie. Tuzin zupełnie przypadkowych osób szalejących na scenie dookoła Gillisa, przyczajonego przy swoim notebooku. Na parkiecie zaś dziki tłum falujący w rytm muzyki. Gruby balet bez chwili wytchnienia. Szkoda tylko, że zabawa trwała tak krótko. Godzinny set na pewno nie zaspokoił apetytu festiwalowych wyjadaczy.

Relacja z festiwalu Roskilde 2008 - Dzień trzeci, 05.07.2008 6

LIARS (Pavilion, 00:00)

Widziałam ich koncert w warszawskim Punkcie, więc wiedziałam co się święci. Tym razem wokalista Angus Andrew wystąpił w czymś, co przypominało skrzyżowanie białego kitla i garnituru. Doskonale sobie radził śpiewając na żywo, nawet gdy połykał mikrofon lub wąchał czerwone szpilki na scenie. Główną część setlisty stanowiły utwory z ostatniej płyty, czyli mniej psychodelii i bębnów, a więcej „piosenek”, oczywiście w tym liarsowym słowa znaczeniu. Trochę straciło na tym brzmienie zespołu, na bębnach przecież w głównej mierze opierała się moc i oryginalność poprzednich wydawnictw. Ale nie ma na co narzekać. Transowe „Broken Witch” zabrzmiało rewelacyjnie. Andrew to showman z krwi i kości, nie zabrakło improwizacji, scenicznego szaleństwa i świetnej muzyki. (Martyna Dyk)

THE CHEMICAL BROTHERS (Orange, 01:00)

Tak jak nigdy nie zrozumiemy nieodgadnionych reguł rządzących zasadami kasowania duńskich biletów kolejowych (w jedną stronę kupiliśmy na 6 osób bilet, który trzeba było skasować 9 razy, w drodze powrotnej zupełnie inny, którego kasować nie trzeba było wcale), tak samo nigdy nie trafi do nas koncertowy fenomen tego zespołu. Zwyczajny set didżejski plus „trochę” świateł i wizualizacji. Tym bardziej zadziwiająca była jednak wszechogarniająca euforia wielotysięcznego tłumu. Nieco powyżej poziomu „dropsik, baunsik, techniaweczka”. Po prostu zwykły gig bez nadzwyczajnych muzycznych wrażeń. Gdyby tak bardzo nie nudzili, to nawet moglibyśmy poszaleć, zapominając o całym zamieszaniu dziesięć minut po końcowym gwizdku. Ale prawda o Chemicznych Braciach wyszła na jaw: bardziej VJs niż DJs.

Mateusz Kapłan, Wojciech Kożuch (28 lipca 2008)

Relacja z festiwalu Roskilde 2008:

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także