Najlepsze płyty lat 80-tych

Miejsca 41 - 50

Obrazek pozycja 50. Beastie Boys - Paul's Boutique (1989)

50. Beastie Boys - Paul's Boutique (1989)

Kiedy zaczynali swoją wielką karierę od „Licensed To Ill”, trudno było przypuszczać, że będzie ich stać na coś więcej niż uroczą mieszankę punk rockowego gówniarstwa i białego, oldschoolowego rapowania. Tak było z „Fight For Your Right” i całą resztą kompozycji wypełniających debiutancki album. „Paul’s Boutique” niespodziewanie zaczął także erę artystycznych tryumfów Beastie Boys. Okazał się prawdziwą kopalnią fenomenalnie połączonych i zmontowanych sampli (tutaj znajduje się cały, naprawdę imponujący spis), potwierdzeniem talentu do pisania melodyjnych kawałków („Hey Ladies”) jak i ogromnego eklektyzmu stylistycznego. Nic się tutaj ze sobą nie gryzie, nawet wgniatający w ziemię punk rock w „Looking Down The Barrel Of A Gun” z jazzującym „What Comes Around”. Zupełnie osobny rozdział to ponad dwunastominutowe „B-Boy Bouillabaisse”, złożone z kilku, swobodnie przechodzących wątków, a kończące się tym samym wyluzowanym motywem co otwierające „To All The Girls”. „Paul’s Boutique” to niewątpliwie kamień milowy muzyki popularnej, który wraz z późniejszym „Check Your Head” dowodzi, że Beastie Boys są mistrzami w łączeniu reggae, rocka i jazzu z hip-hopem. To też jeden z najlepszych, wdzięcznych podręczników do nauki sztuki samplingu, a zarazem artystyczny hołd dla płci pięknej. To all the girls, ALL the girls. (pw)

Obrazek pozycja 49. Bruce Springsteen - The River (1980)

49. Bruce Springsteen - The River (1980)

Dwie płyty i grubo ponad godzina piosenek o amerykańskiej klasie średniej – jej złudnych marzeniach, zwyczajnym życiu, radościach i smutkach dnia codziennego. Znaliśmy to już z „Darkness On The Edge Of Town”, ale dopiero „The River”, niczym grom z jasnego nieba, uderza taką trafnością i prostotą spojrzenia, szczerością bez krzty politowania, przejmującym autentyzmem i pięknem w ukazaniu spraw tak przyziemnych. Takie rzeczy to tylko u Bruce’a Springsteena, który przy całym swoim podejściu na zasadzie „więcej serca niż rozumu” ma ogromny dar do pisania wielkich przebojów, takich jak „Hungry Heart” (pierwotnie ponoć skomponowane dla The Ramones!) czy tytułowe „The River”. Wątek skromnych, minimalistycznych ballad rozwinęła tak naprawdę dopiero „Nebraska”, a efektowny, przebojowy styl osiągnął apogeum na „Born In The U.S.A.”. Właściwie każdą swoją płytą Springsteen udowadnia, że próżno szukać bardziej amerykańskiego singer/songwritera od niego. Swoją drogą, jak on to robi, że w wieku 57 lat ciągle nagrywa tak kapitalne piosenki (i co z tego, że czasem nie swoje autorskie)? (kw)

Obrazek pozycja 48. Jane's Addiction - Nothing's Shocking (1988)

48. Jane's Addiction - Nothing's Shocking (1988)

„Nothing’s Shocking” to przekorny slogan, w wypadku pochodzącej z Los Angeles formacji Jane’s Addiction było dokładnie odwrotnie. Skandalizujące okładki, gloryfikowanie rock’n’rollowego trybu życia, kontrowersyjne teksty plus wątpliwa umiejętność szybszego rozbierania się na scenie niż pracownice klubów go-go zapewniły grupie szybki wzrost do sławy. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa, wypalenie się i rozpad nastąpiły niedługo potem. Przez niektórych uważani za zrzynkę z Led Zeppelin, co oprócz pewnej dozy stylistycznego pokrewieństwa wypływało także z podobnej interakcji pomiędzy charyzmatycznym wokalistą Perrym Farrellem i równie odjechanym gitarzystą Dave’em Navarro. „Nothing’s Shocking” próbuje mieszać teoretycznie nieprzystające do siebie style muzyczne, kończąc jako ekscentryczny tygiel metalu, prog-rocka i funku - niewiele jest albumów lat osiemdziesiątych, którym wybaczamy solówkowe zapędy gitarzystów. Aha, na okładce zdjęcie ówczesnej dziewczyny Farrella. I jak tu nie chcieć zostać gwiazdą rocka? (tt)

Obrazek pozycja 47. Siekiera - Nowa Aleksandria (1986)

47. Siekiera - Nowa Aleksandria (1986)

Początki istnienia Siekiery datujemy na wczesny rok 1983, kiedy to gitarzysta Tomasz Adamski i legenda polskiego rocka – Tomek Budzyński - zafascynowani UK Subs i The Exploited, postanowili założyć własną kapelę. Przekaz był prosty – miało być brutalnie, ostro, agresywnie. Po zaledwie sześciu koncertach, w wyniku rozbieżności artystycznych, odszedł z grupy Budzyński, który stworzył potem Armię. Adamski natomiast, zainspirowany brzmieniami new wave, postanowił zmienić oblicze grupy. Chciał grać mocno, jak wcześniej, ale także rozbudowywać przestrzeń muzyczną. Wprowadził do formacji wokalistę – Darka Malinowskiego, który jednocześnie był basistą, oraz poszerzył instrumentarium o syntezator. I tak w 1986 roku powstała „Nowa Aleksandria” – jeden z najważniejszych dokumentów polskiej nowej fali. Płytę wypełnia sterylne, ubogie formalnie, monotonne, a czasem wręcz transowe brzmienie. Ciekawym novum było użycie przez Adamskiego gitary trzystrunowej, strojonej w nietypowy sposób. Efekt to łagodniejszy, ascetyczny dźwięk, który wraz z beznamiętnym wokalem potęgował depresyjny charakter albumu. Teksty pisane z pozycji obserwatora były bezpodmiotowe, bezimienne, sugerujące dystans. Doszukać możemy się wpływów Joy Division czy Killing Joke, sam Adamski podrzucał skojarzenia z New Model Army, a nawet Dead Can Dance. I chociaż stylistyka albumu sugeruje, że powinien powstać kilka lat wcześniej, to jednak chyba tylko Siekierze udało się tak zgrabnie skopiować zimne zachodnie patenty. (tł)

Obrazek pozycja 46. Spacemen 3 - Playing With Fire (1989)

46. Spacemen 3 - Playing With Fire (1989)

Ich minimalistyczna wizja muzycznej psychodelii i uwielbienie do wszelkiego rodzaju używek (o czym świadczy wyszukany tytuł kompilacji „Taking Drugs To Make Music To Take Drugs To”) znalazły swoje najpełniejsze odzwierciedlenie na dwóch albumach. W 1987 roku zszokowali dziełem nazwanym „Perfect Prescription” z siedemnastominutowym seansem narkotycznym „Roller Coaster”, a dwa lata później wgnietli swoich zwolenników zawartością „Playing With Fire”. Zasadniczo obraz zespołu przedstawia się tu dwojako. Z jednej strony sporo tu monotonnych, psychodelicznych, dream-popowych usypiaczy w stylu „How Does It Feel” czy „Lord Can You Hear Me?”, ale nie brakuje też hałaśliwych i eksperymentalnych kompozycji. Te drugie wydają się znajdować swoje źródło w odjazdach The Velvet Underground, czego przykładem jest „Revolution”. I nawet niezależnie od tego, że do „Sister Ray” się nie umywa. Spacemen 3 serwują też namiastkę tego, co w latach dziewięćdziesiątych będzie można usłyszeć na płytach zespołów post-rockowych. Nasze uszy szczególnie powinny być skierowane w stronę Mogwai, którzy prawdopodobnie mogli znaleźć inspirację dla swojego muzycznego widzimisię w tym, co Jason Pierce wraz z kolegami prezentują w kilkunastominutowym „Suicide”. „Playing With Fire”, mimo, iż jakby trochę zapomniane i zakurzone, jest dla lat osiemdziesiątych tym, czym „Ladies And Gentlemen, We Are Floating In Space” stało się dla następnej dziesięciolatki. (pw)

Obrazek pozycja 45. Brian Eno & David Byrne - My Life In The Bush Of Ghosts (1981)

45. Brian Eno & David Byrne - My Life In The Bush Of Ghosts (1981)

Zakończona na fenomenalnym „Remain In Light” współpraca pomiędzy Brianem Eno a Talking Heads miała swoje post scriptum w postaci wspólnego albumu Eno i Davida Byrne’a. „My Life In The Bush Of Ghosts” jeszcze wyraźniej w stosunku do późnych albumów Talking Heads eksploruje zagęszczone rytmy Czarnego Lądu i w podobny sposób dekoruje je nerwowymi, urywanymi partiami gitary i wyrazistymi liniami basowymi. Mimo tych podobieństw oryginalność dzieła Eno i Byrne’a nie budzi żadnych wątpliwości. Wymienione powyżej elementy są bowiem zaledwie skromnym fragmentem szaleńczego dźwiękowego kolażu, na który składają się dokonania dwucyfrowej liczby muzyków, fragmenty audycji radiowych oraz przemówień szamanów, egzorcystów i kaznodziejów z najróżniejszych szerokości geograficznych świata. Technika samplingu nie robi już dziś co prawda większego wrażenia, ale tworzony przez album klimat kulturowego tygla i odbywającej się w przyspieszonym tempie podróży dookoła świata czyni z „My Life In The Bush Of Ghosts” jedno z najbardziej intrygujących muzycznych zjawisk lat osiemdziesiątych. (mm)

Obrazek pozycja 44. The Cure - Pornography (1982)

44. The Cure - Pornography (1982)

Ponoć gdyby Smith po „Pornography” popełnił samobójstwo, byłby nie mniej sławny niż Ian Curtis. Lider The Cure okazał się jednak dużo bardziej przyziemny niż frontman Joy Division czy Zinedine Zidane i postanowił żyć. Wielu słuchaczy zespołu z Crawley go nie posłuchało, bo, jak niesie wieść gminna, „Pornography” należy do grona dzieł, przy których zabija się najchętniej. Pewnie są tam jeszcze „Closer” Joy Division i „The End” Doorsów – rzetelnych badań nie ma lub jeszcze nie ma. Niemniej sam zespół na chwilę po nagraniu albumu się rozpadł, albo lepiej powiedzieć: po nagraniu całej trylogii. Była miłość (Seventeen Seconds), religia (Faith), nadeszła pora na śmierć, bo o tym ma opowiadać „Pornography”. I rzeczywiście, ambition in the black car kojarzy mi się z takim snem, który miałem w dzieciństwie i był czymś chyba najstraszniejszym w moim życiu. Kiedy będę umierał, to wśród tych kilku obrazków jakie przecież muszą mi się przewinąć przed oczami, na pewno będzie ten sen. A w uszach coś z „Pornography”, niekoniecznie „One Hundred Years”, może „The Hanging Garden”? To jest ciekawa sprawa: podsumowujący mroźny okres w karierze kapeli album jest tak gorący, duszny i nieprzyjemny jak Warszawa 12 lipca 2006 roku. I ta dwoistość to sedno kultowego „Pornography”. Bo wiecie, The Cure to naprawdę pomnikowa grupa, nawet jeśli myślicie, że to tylko nasze lokalne zboczenie. Bo wszyscy prawdziwi Polacy kochają ten album i wszyscy kochają The Cure. Podolski słucha Meza. (jr)

Obrazek pozycja 43. Bauhaus - In The Flat Field (1980)

43. Bauhaus - In The Flat Field (1980)

Nie bez kozery 4AD uchodziło w latach osiemdziesiątych za kultową wytwórnię. Kojarzona z magicznymi, oryginalnymi i melancholijnymi dźwiękami wydała na świat tak znakomite dzieła jak choćby „Treasure” Cocteau Twins, „Within The Realm Of A Dying Sun” Dead Can Dance czy „It’ll End In Tears” This Mortal Coil. Nie należy jednak zapominać o brytyjskiej grupie Bauhaus i przełomowym tytule w ich dyskografii, jakim stało się „In The Flat Field”. Wraz z „Closer” Joy Division odcisnęło znaczące piętno na gotyckim rocku i nurcie dark wave. Podobnie jak album formacji Iana Curtisa, mieliśmy do czynienia z depresyjnym, pozbawionym nadziei i okraszonym mrocznym i obojętnym wokalem Petera Murphy’ego muzycznym światem. Grupie udało się zamknąć te chore i przerażające jak na swoje czasy dźwięki w post-punkowej stylistyce, stąd pod tym względem album Bauhaus z pewnością obezwładnia słuchacza dużo bardziej agresywnym brzmieniem oraz niekiedy wysuniętymi na pierwszy plan tnącymi jak brzytwa gitarami niż dokonania Joy Division. I choć formacja z Manchesteru ma dużo większe zasługi dla niezależnego rocka, to jednak Bauhaus dzięki bardziej ekstremalnej formie, stanęli na krawędzi wszelkiej rozpaczy, bólu i zwątpienia. (pw)

Obrazek pozycja 42. Dead Kennedys - Fresh Fruit For Rotting Vegetables (1980)

42. Dead Kennedys - Fresh Fruit For Rotting Vegetables (1980)

Debiut Dead Kennedys w 1980 roku zaszokował opinię publiczną z wielu względów. Obrazoburcza była w konserwatywnym społeczeństwie już sama nazwa grupy, a przecież miał to być jeden z najmniej znaczących, jak się później okazało, elementów prowokacji. Świdrująca, hałaśliwa muzyka idealnie wypełniła lukę powstałą na muzycznej scenie, kiedy punkowa rewolucja powoli dogasała. „Fresh Fruit For Rotting Vegetables” nie tylko wyznaczyła na długie lata ramy hardcore-punka, ale w ogóle rozpoczęła erę muzyki bezkompromisowej, silnie zaangażowanej politycznie. Jello Biafra, niedoszły burmistrz San Francisco, zaopatrzony w ostrze sarkastycznej satyry i krytyki o niespotykanej dotąd zaciętości, rozprawił się ze wszystkimi patologiami zgniłego – jego zdaniem – ówczesnego społeczeństwa. Sukces Dead Kennedys uruchomił całą kalifornijską scenę punkową, której cechą charakterystyczną stało się wyrażanie poglądów wprost, bez pozostawiania najmniejszego pola do interpretacji. Z perspektywy czasu widać, ze nawet kulejąca w początkach lat osiemdziesiątych produkcja wydaje się w przypadku tej płyty bardziej sprzymierzeńcem niż przeciwnikiem – wyostrzone brzmienie gitar i perkusji dodaje materiałowi agresywności i dzikości, współgrających z charakterem kompozycji i warstwą tekstową. Za sprawą „Fresh Fruit…” już na początku istnienia nowego gatunku poprzeczka została postawiona tak wysoko, że mało komu udało się później do niej doskoczyć. (pn)

Obrazek pozycja 41. New Order - Power, Corruption & Lies (1983)

41. New Order - Power, Corruption & Lies (1983)

Utwór „Blue Monday” znany jest zapewne w większości wyposażonych w radioodbiorniki gospodarstwach domowych północnej półkuli naszego świata, ale określenie „Power, Corruption & Lies” jako albumu jednego przeboju jest błędem równie dużym, co nazywanie Davida Bowie gościem od „Let’s Dance”. O ile na debiutanckim krążku New Order poszukiwania artystycznej drogi przygniecione były ciężarem samobójczej śmierci Iana Curtisa, o tyle na omawianym tu albumie panowie Sumner, Hook i Morris wyszli już z depresyjnego, post-punkowego mroku swej macierzystej formacji i skierowali swe kroki w stronę tanecznego parkietu. Echo twórczości Joy Division słychać gdzieniegdzie w harmonijnej koegzystencji minimalistycznych linii basowych i kraftwerkowskiego, mechanicznego rytmu, ale zastąpienie gitarowych ozdobników melodyjnymi, syntezatorowymi aranżacjami i enigmatyczna, ale oddalona od cmentarnych bram warstwa tekstowa sprawiły, że mieliśmy tu do czynienia z zupełnie nową brzmieniową i emocjonalną jakością. Jedna ze sztandarowych pozycji synth-popu, z której niemal każdy utwór, nie tylko „Blue Monday”, zawierał bakcyl potencjalnego przeboju, a New Order przyniósł status świecącej własnym blaskiem gwiazdy, kładąc raz na zawsze kres ich wizerunkowi ponurych sierot po Curtisie. (mm)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: DorothyMaymn
[23 lutego 2017]
wh0cd865361 [url=http://cafergot365.us.com/]Cafergot Pills[/url] [url=http://chloroquine.science/]chloroquine online[/url]

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także