David Bowie (1967-1972)

Zdjęcie David Bowie (1967-1972)

grafika: © Karolina Wojciechowska

Lipiec 1997. W Gdańsku na znacznie różniącym się od współczesnego Stadionie Lechii miał mieć miejsce koncert Davida Bowiego. Nie odbył się z powodu małego zainteresowania publiczności. Pamiętam, że jako piętnastoletnie chłopię jechałem wtedy autobusem i gdy dowiedziałem się z radia, że imprezę odwołano, pomyślałem coś w rodzaju: szkoda, sam bym w sumie posłuchał na żywo, bo ten kawałek na ścieżce „Zagubionej autostrady” niezły, mimo że trochę techno. To, co robił wówczas David Bowie, na Zachodzie budziło mieszane uczucia (zasłużona postać lat 70., ikona MTV lat 80. bierze się znów za eksperymenty, otwiera się na nowe stylistyki), a w Polsce było przeważnie ignorowane albo bardzo chłodno doceniane. O ile wizerunek Bowiego jako popowej gwiazdy dość mocno się u nas przebił (wszak miał on „Let's Dance”, no i chyba przede wszystkim śpiewał ze sprawującym rząd dusz królem Freddiem w „Under Pressure”), o tyle grono osób uważające go za naprawdę znaczącego artystę zmieściłoby się pewnie w jakimś ciasnym alternatywnym klubie. Może, uwzględniając lokalny kontekst, przystanek trasy „Earthling” należało zorganizować w bydgoskim Mózgu? Wówczas z słuchania bądź chwalenia niektórych nagrań Bowiego należało się wręcz tłumaczyć. Rok po odwołaniu gdańskiego koncertu „Tylko Rock” wydał cenną, przełomową wkładkę, w której Grzesiek Kszczotek pisał pozytywnie o „Let's Dance”, od razu się usprawiedliwiając: „nie ma co się denerwować, pamiętam, że to dyskoteka”.

Styczeń 2016 rok. Scrolluję facebookową ścianę płaczu, hołdu, żalu, szoku, czci... Nawiasowe znicze, emotikonowe smutki, a przede wszystkim piosenki, piosenki, piosenki – co parę minut pojawiała się inna, tak jakby każdy z moich znajomych znał jakiegoś własnego Davida Bowiego, nawiązał z nim unikatową relację. Co takiego wydarzyło się Polsce przez dziewiętnaście lat, że autor „Space Oddity” stał się z wyalienowanego ekscentryka bohaterem tak wielu ludzi? Skąd widoczne w realu i virtualu ch-ch-ch-ch-changes? Co prawda daleko jeszcze do tego, aby Bowie był w powszechnej świadomości „Floydom równy”, ale nie mam wątpliwości, choć niestety już tego nie sprawdzimy, że przy okazji trasy promującej „Blackstar” bilety by się sprzedały i znacznie większy Stadion Lechii wypełniłby się wielopokoleniową mieszanką fanów.

Można oczywiście opowiedzieć legendę o tym, że bilety na odwołany koncert autora „Heroes” kupiło mało osób, ale wszystkie one później założyły serwisy internetowe. Średnie wyjaśnienie. Jeden z najbardziej fascynujących i tajemniczych procesów kultury polega na tym, że jedni artyści nam rosną, a inni maleją. Bowie od 1997 roku rośnie i rośnie i niedługo przerośnie... Szczególnie, że teraz z pewnością pomogą mu „niebotyczne szczudła” śmierci, którą – mówiąc na marginesie – Mistrz David fenomenalnie wykorzystał, czyniąc ją elementem wyreżyserowanego przez siebie spektaklu. To nie ona, ale on miał ostatnie słowo, gdy z zaświatów pozdrawiał nas słowami piosenki o Łazarzu.

Wracając do tematu – Bowie był bohaterem bardzo wielu pokoleń, m.in. stał się kimś naprawdę ważnym także dla nas i nie mówię rzecz jasna tylko o redaktorach Screenagers. Jak pisała przy okazji recenzji „The Next Day” Marta Słomka, przedstawiając własne doświadczenia z mającego miejsce w połowie poprzedniej dekady „wsiąkania w świat Pitchforków, blogosfery, forum I Love Music”: „Nie dało się czytać ówczesnych zainteresowań muzycznych: postpunku, synthpopu, krautrocka, glam rocka, bez znajomości tej postaci. Stanowił wykładnię wszystkiego, co było wtedy zajmujące. Bowie powracał w erudycyjnych esejach i książkach namiętnie pochłanianego Simona Reynoldsa, na pierwszych indie imprezach, w piosenkowych skeczach Flight of The Conchords i new rock revolutionowych potworkach w rodzaju Clap Your Hands Say Yeah”. Zapewne wielu z was, obrastających wówczas w hipsterskie piórka, wygłaszało wśród znajomych monologi przypominające wypowiedź jednego z bohaterów „Made in Poland” Przemysława Wojcieszka: David Bowie to nie jest jakiś ćwok śpiewający z Tiną Turner grane na weselach przeboje. To ktoś większy, znacznie większy. On jest... kurwa, no nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, żebyś zrozumiał i nie zadawał głupich pytań. To jest... ktoś taki jak my, tylko większy. Jego życie jest takie jak nasze, tylko że on to już wszystko przeżył, rozumiesz?

Trochę głupio, że dopiero teraz stworzyliśmy przegląd jego twórczości. Cóż, bywa przecież tak, że czas bierze papierosa, wkłada ci go do ust, kiedy indziej czas włącza płytę, uruchamia Worda, każe po prostu siąść i pisać. Dla wielu z nas skończył się pewien ważny etap kilkunastoletniego, intensywnego obcowania z wyjątkową muzyką wyjątkowej postaci. Lepszej chwili nie będzie, „the moment seizes us”. (Piotr Szwed)

Zdjęcie David Bowie

Można pomyśleć, że piszemy o tym albumie tylko dla formalności. Trudno w końcu byśmy w całościowym przeglądzie solowej dyskografii artysty pominęli pozycję oficjalnie ją otwierającą. To tymczasem płyta darzona dziś powszechnym zainteresowaniem wcale nie większym, niż w momencie swojej premiery (czytaj: żadnym). Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby okazało się, że spora część słuchaczy przymierzająca się do dokumentnego, chronologicznego zgłębiania dorobku Bowiego zwyczajnie ten album pomija. Czy to przez pomyłkę, biorąc za faktyczny debiut płytę drugą, wydaną w Wielkiej Brytanii pod identycznym, eponimicznym tytułem, czy też z pełną świadomością, wynikającą ze sprawdzonych opinii i przeświadczenia o nikłej relewancji krążka. Istotnie, już sam początek wydawniczej drogi Bowiego z perspektywy czasu okazuje się osobliwym wybrykiem, mającym niewiele wspólnego zarówno z jego rockandrollowym treningiem w młodzieżowych kapelach, jak i z dalszymi etapami kariery (z małymi wyjątkami, o czym później). Jeśli weźmiemy jednak pod uwagę zdolność muzyka do wielopoziomowych wolt i przeobrażeń, która w trakcie jego kariery da o sobie znać jeszcze na tyle często, że właściwie stanie się definiującą go cechą, ta niemała estetyczna różnica między pierwszym i drugim „Davidem Bowiem” zdaje się mieć nader głęboki sens.

Dominujący na płycie kabaretowo-wodewilowy sznyt pierwszych autorskich piosenek Davida to oczywiście świadectwo jego ciągle rodzącej się zajawki na sceniczne formy wyrazu. Pamiętajmy, że – jak zauważa Małgorzata Ćwikła – artystyczna osobowość Bowiego faktycznie zakorzeniona była gdzie indziej niż typowe źródła popowych karier. Zaskoczeniem może być zaś fakt, że pozostała część tego zbioru stanowi reprezentację żywiołu praktycznie nieobecnego w późniejszej twórczości zainteresowanego – barokowego popu spod znaku Burta Bacharacha. Weźmy choćby koktajlowy drive „Love You Till Tuesday” czy wejście firmowej trąbki-skrzydłówki w „There Is A Happy Land”. Nawet jeśli nie są to utwory doskonałe, to wbrew pozorom redundancji tego materiału, zainicjowanie osobistego songbooka od spojrzenia w stronę tak szlachetnych wzorców (zamiast np. skupienia się na pogardzanej przez wspomnianego Bacharacha rockandrollowej prostocie) wiele mówi o skrupulatnym kompozytorskim przygotowaniu dwudziestoletniego wówczas Davida Roberta Jonesa. (Jędrzej Szymanowski)

Zdjęcie David Bowie aka Space Oddity

„Space Oddity” w moim prywatnym rankingu ulubionych kompozycji Davida Bowiego zajmuje zaszczytną, pierwszą pozycję. Wynika to pewnie z kumulacji wielu czynników. To w jakimś stopniu bardzo romantyczna, klasyczna ballada, ale stworzona w zgodzie z na wskroś współczesnymi (ówcześnie, czyli w końcówce lat 60.), futurystycznymi trendami w kulturze, choćby np. fascynacją kosmosem, do czego największej inspiracji wielu twórcom, z Bowiem na czele, dostarczyła „2001: Odyseja Kosmiczna” Stanleya Kubricka. Zresztą wtedy wszechświat rozszerzył się jak nigdy wcześniej. Na dwóch biegunach zimnowojennego świata walka toczyła także tam, nad ziemią. Dlaczego więc nie miałoby to znaleźć swojego odzwierciedlenia w muzyce, filmie, sztuce? Ze „Space Oddity” Bowie się zatem wstrzelił znakomicie, czyniąc z tego doskonałego singla epicki hymn epoki podboju kosmosu. Przynajmniej dla świata zachodniego. Cała płyta natomiast – starając się podchodzić do niej najbardziej obiektywnie, jak to możliwe – to wypadkowa ówczesnych poszukiwań wokalisty. Czasem dających rewelacyjne rezultaty (jak w numerze tytułowym), innym razem dość przeciętne. Zawieszona między rockową wrażliwością Bowiego, ideałami pokolenia hippisów, sukcesami pieśniarstwa na wzór Boba Dylana. Tego chaosu inspiracji Anglik nie zdołał wtedy w całości ogarnąć, choć starał się, jak mógł (nie ogarnięto nawet tytułu dla albumu, który do dziś funkcjonuje pod trzema nazwami). Wraz z nim tych starań po raz pierwszy podjął się wtedy kultowy producent Tony Visconti, towarzyszący Bowiemu przez kolejne dekady. W końcu, „Space Oddity” – zarówno piosenka, jak i cała płyta – zapowiadała to, co dopiero miało nadejść wraz z kolejnymi płytami Davida. Poszukiwania dla muzyki pop (muzyki w ogóle?) stale nowych formuł i schematów, bardziej psychodelicznych, nurtujących i niebanalnych, nadawania im krzykliwego, intensywnego opakowania, a końcu oddzielenia twórcy od tworzonego dzieła. Na nie składała się już nie tylko muzyka, ale też cała postać, kreacja totalna. Wtedy, w 1969 roku, nikt tego oczywiście nie miał prawa wiedzieć czy przewidywać. To pokazała przyszłość i o tę wiedzę dziś jesteśmy mądrzejsi.

PS. Ciekawostką jest, iż utwór „Space Oddity”, występuje też we włoskiej wersji zatytułowanej „Ragazzo Solo, Ragazza Sola”. Powstała ona praktycznie w tym samym czasie co oryginalna, można by rzec – nielegalnie (współcześnie taki przypadek skończyłby się milionowym pozwem). Tekst włoskiej piosenki nie ma nic wspólnego z pierwotnym i powstał z czysto marketingowych względów i dość przypadkowo, ale okazuje się, iż ta wersja w Italii jest dość popularna, a jej fanami było wielu słynnych Włochów, w tym np. Bernardo Bertolucci, który nawet wykopał po latach tę kompozycję i umieścił ją w swoim ostatnim, jak dotychczas, filmie. Sam David Bowie miał do „Ragazzo Solo, Ragazza Sola” stosunek bardzo życzliwy, rozpatrując ją w kategorii sympatycznego żartu. W końcu dobrowolnie sam po włosku ją ponownie nagrał. (Kasia Wolanin)

Zdjęcie The Man Who Sold The World

Nagrywanie „The Man Who Sold The World” przypadło na szczególny okres w życiu Bowiego, co musiało przełożyć się na zmianę kierunku w jego karierze. W 1970 roku ożenił się z Mary Angelą Barnett i – jak twierdzi w biografii Bowiego Marc Spitz – po raz pierwszy od lat pięćdziesiątych zbliżył się do swojego przyrodniego brata Terry’ego. Chory na schizofrenię Terry miał się stać na „The Man…” kimś w rodzaju „ja” mówiącego lub przynajmniej ważnym punktem odniesienia dla Bowiego, który – zdaniem Tony’ego Viscontiego, producenta płyty – nie był wtedy szczególnie zainteresowany sesjami nagraniowymi. Sam Bowie rzecz jasna temu przeczył, nie ulega jednak wątpliwości, że pomysłodawcą ciężkich, zakorzenionych w blues rocku i hard rocku aranżacji był tu nie on, lecz zafascynowany muzyką Cream Mick Ronson. Do tego dochodziła nagła zmiana menedżera: Kennetha Pitta zastąpił Tony Defries, który miał przekonać Bowiego, że zapewni mu sławę, na którą od dawna zasługiwał. Wszystkie te zawirowania złożyły się na „The Man Who Sold the World” – płytę ciężką, chwilami nieprzyjemną w odbiorze, zawierającą jednak wiele momentów barwnych.

„The Man…” uważa się za odwrót od „Space Oddity”. Gitara akustyczna odgrywa tu niemniej równie ważną rolę, a sekwencje akordów odznaczają się folkową prostotą i melodyjnością. Słychać to już w otwierającym płytę, hardrockowym „The Width Of A Circle”, gdy w piątej minucie sekcja rytmiczna milknie, pozostawiając uwadze słuchacza wyłącznie brzęk talerza perkusyjnego i delikatne brzmienie strun. Równie urozmaicone „All The Madmen” rozpoczyna się partią fletu, po czym natężenie dźwięku stopniowo narasta, a na prowadzenie wybija się heavymetalowa gitara Ronsona. Jak zauważa Paul Trynka, poświęcony Terry’emu „All The Madmen” był najistotniejszym utworem na płycie – monumentalnym i niepokojącym, choć krył w sobie też szczerość i psychodeliczną fantazyjność znaną z kompozycji Syda Barretta. Najciekawiej być może brzmi w tym kontekście „After All” – piosenka jak najbardziej psychodeliczna, ale już całkowicie na modłę folkową, trochę jak „Scarborough Fair” wykonane z przymrużeniem oka. Wrażliwość dwudziestotrzyletniego wówczas Bowiego zaznacza się na „The Man…” dość wyraźnie, pomimo dominujących, ciężkich aranżacji, dzięki którym – jak zasugerował w wywiadzie udzielonym w 1971 roku magazynowi „Disc & Music Echo” – płyta była bardziej do przyjęcia niż jego wcześniejsze, skromniejsze brzmieniowo dokonania. Trzeci album artysty można więc uznać za etap, który miał przygotować go do roli gwiazdy glam rocka. Dowcipnie ujął to cytowany przez Nicholasa Pegga Visconti, określając „The Man Who Sold The World” jako nasze własne „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, co oznaczało mniej więcej tyle, że wszystko jest dozwolone, bez względu na to, jak bardzo byłoby naciągane. Metoda ta dawała niekiedy znakomite rezultaty, jak na przykład w utworze tytułowym, który – za sprawą wykorzystanego w charakterze przeszkadzajki guiro – przywodzi na myśl bossa novę „And I Love Her” wspomnianych Beatlesów. W innych chwilach jednak Bowie brzmi manierycznie – zwłaszcza w zaśpiewanym przez ściśnięte gardło „The Supermen”, który zamyka płytę.

„The Man Who Sold The World” jest dziełem brawurowym, ale i niedopracowanym – być może ze względu na to, że jego tworzenie zbiegło się w czasie ze zmianami i problemami w życiu osobistym Bowiego oraz w jego otoczeniu zawodowym. Trzecia płyta artysty nie przetrwała próby czasu tak dobrze jak inne pozycje w jego obszernym i różnorodnym dorobku, choć zawiera momenty niepowtarzalne, ukazujące, jak daleko sięgała jego wyobraźnia muzyczna. A „After All” pozostaje do dziś jednym z moich ulubionych kawałków Bowiego. (Ania Szudek)

Ocena: 9

Hunky Dory

1971

Zdjęcie Hunky Dory

„X” to dla Bowiego album przełomowy – ten rażąco oklepany slogan nieraz prosi się o wykorzystanie przy okazji opisu kolejnych pozycji w dyskografii naszego bohatera. Przełomów tych moglibyśmy oczywiście doszukiwać się już w samych początkach jego kariery. No bo spójrzmy. Na „The Man Who Sold The World” David skutecznie zaskakuje swoich słuchaczy, w miejsce delikatnych folkowych uniesień, serwując porcję solidnych gitarowych GRZAŁEK. Tylko po to, by już rok później całkowicie porzucić hard rocka i w odprężeniu nagrać najcieplejszą płytę w karierze, zwiewne i subtelne „Hunky Dory”. Zwiewne przynajmniej czysto muzycznie, bo ponowne ślady Nietzscheańskiej filozofii w tekstach współgrają z nastrojem tych z pozoru sympatycznych piosenek w sposób cokolwiek ironiczny.

W przypadku „The Man Who Sold The World” przełomem nazwalibyśmy więc zmianę brzmienia. To, jakkolwiek szokujące, mogło jednak przy okazji odwracać uwagę od piosenek – w moim przekonaniu mniej urodziwych niż na poprzedzającym album „Space Oddity”. Natomiast już z całą pewnością mniej urodziwych niż na swoim następcy. Na „Hunky Dory” kompozycja wyraźnie stała się dla Bowiego priorytetem. Właśnie tutaj gwiazdor po raz pierwszy przedstawia tak zręcznie doszlifowany zestaw skrojonych na miarę piosenek, jednocześnie – wewnątrz spójnego klimatu – odpowiednio względem siebie zróżnicowanych. Zaczyna od przebojowego wyjaśnienia swojej potrzeby metamorfoz (niejako zapowiadając przy okazji dominantę całej kariery), by za chwilę ukazać nam jej próbkę w praktyce. I tak, powraca do skubniętej na debiucie estetyki quasi-kabaretowej w knajpianym sing-alongu, „Oh! You Pretty Things” (a potem jeszcze w bardziej wodewilowym „Fill Your Heart”), następnie w jego naturalnym przedłużeniu, „Eight Line Poem”, wycisza się korzennym bluesem z wieczornej werandy, zaś całym dramatycznym przebiegiem „Life On Mars?” potęguje napięcie z wprawą doświadczonego mistrza ceremonii. Dalej wcale nie dzieje się mniej, by wspomnieć choćby wyrazisty kompleks trzech piosenek-hołdów dla idoli – Warhola, Dylana i The Velvet Underground („Queen Bitch”) – ze strony B.

Na początku lat 70. David Bowie równocześnie poszukiwał nowych brzmień i udoskonalał się piosenkopisarsko. Przełomy od początku kariery? Może nie tyle przełomy, co całkiem radykalne przełamywanie kolejno wprowadzanych stylizacji. Bowie, nie mogąc z początku sprawnie pogodzić wszystkich swoich rozległych inspiracji, zdecydował się zaznajamiać z nimi swoich słuchaczy oddzielnie, krok po kroku wyodrębniając na płytach ulubione style. Już wkrótce jednak miał znaleźć sposób na perfekcyjne pod wieloma względami połączenie tych żywiołów. Stając się przy okazji nie tylko autorem faktycznie przełomowych płyt, bo również samym w sobie prawdziwie przełomowym artystą. (Jędrzej Szymanowski)

„Hunky Dory” to właściwie „The Best of David Bowie”. Rozpiętość stylistyczna i nastrojowa tych kawałków, mistrzowski songwriting i wokalna karuzela z personami, w które wciela się mistrz ceremonii, pokazując, że może być kimkolwiek chce: piątym Beatlesem („Fill Your Heart”), nowym Sinatrą („Life On Mars?”), Elvisem nieelvisowych czasów („Oh! You Pretty Things”), Eltonem Johnem („Changes”) – wszystko to jest naprawdę imponujące, a do tego zostaje podane z niesamowitym luzem, przebojowością i świadczącą o wyjątkowej inteligencji przewrotnością. Tak, David Bowie właśnie wysyła CV, starając się o pracę legendy popkultury. Jędrzej Szymanowski ma rację, pisząc o przełamywaniu rozmaitych konwencji. Możliwe, że najważniejsze, ostateczne przełamanie następuje w finałowym „The Bewlay Brothers”. Radosny, euforyczny krążek zanurza się w nurcie akustycznej psychodelii, wspaniale „psutej” zabawą z odrealnionym brzmieniem niektórych partii wokalu. Wchodzimy w sferę mrocznych, nieostrych znaczeń. Bowie śpiewa ten utwór z wyczuwalnym smutkiem, jak tęskną elegię, a jednocześnie proponuje tekst niemożliwy do jednoznacznej interpretacji – być może odnoszący się do relacji z chorym na schizofrenię bratem – Terrym czy też będący projekcją homoerotycznego alter ego... Bowielodzy mają różne pomysły. Wydaje mi się, że najważniejsze w tym genialnym finale jest zostawienie rozpieszczonego chwytliwymi motywami słuchacza samemu sobie, tak jakby Bowie mówił: radźcie sobie teraz sami z pomocą własnej wyobraźni, ja ze swojej już zrobiłem użytek. (Piotr Szwed)

Zdjęcie The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders From Mars

Po czterdziestu latach od premiery tej najpopularniejszej płyty Anglika można napisać już tylko kolejną, tysięczną apologię albo spróbować się porwać na demitologizację albumu, który znaczy tak wiele dla popkultury, że jego wielkość uznajemy bezwiednie. Wybieram oczywiście pierwszą opcję, szczególnie że dokonałem szybkiej rekapitulacji i według mnie „Ziggy Stardust” to obok „Low” najrówniejszy zestaw utworów Bowiego. Tak dobrych kawałków, scalających jedyny w swoim rodzaju songwriting Davida i piekielnie zadziorny styl gry Micka Ronsona, pozazdrościć mogło w tamtym czasie wiele zespołów.

Skupmy się więc od razu na krótkiej serii impresji, oderwanych od konceptualnego science fiction i kultowej otoczki krążka. Rozwój dramaturgii w „Five Years”, która ze skromnej fortepianowej ballady przeradza się (już na wysokości dramatycznie wyśpiewanego „So many people”) w rockowy hymn, szorstki, pozbawiony zbędnego patosu, ale niosący; „Moonage Daydream” – już samo wejście riffu z wokalem i szybka zmiana elektryka na akustyka, wszystko upchane na tak małej przestrzeni, że nie chce się wierzyć – plus ten mostek, ta solówka (nawet na tak zrywającym z gitarocentryzmem portalu potrafimy to docenić), TEN FINAŁ; „Starman” słodko-gorzki, cudownie oniryczny i ponadczasowo wybrzmiewający, gdy tradycyjne „la la la” osiąga poziom krytyczny; bezpretensjonalne, rozbujane „Hang On To Yourself”, które pokazuje, że David miał historię rock'n'rolla w małym palcu i potrafił genialnie transformować klasykę, tego korzennego rocka z lat 50., bezpośrednio w świat naspidowanego glamu; potem utwór tytułowy z tak błyskotliwym riffem Ronsona, że mamy wrażenie, jakbyśmy słuchali go całe życie. I nie zapominajmy o najlepszym moim zdaniem w zestawie „Sufragette City”. Stonesowska, rozbujana sekcja rytmiczna, uderzenia w klawisze z częstotliwością gwiazdy neutronowej i ten boski moment, kiedy crescendo zwiastuje koniec, a tu David wyskakuje z „Ohhh, Wham Bam Thank You Ma'am!” i motyw przewodni wraca ze zdwojoną siłą.

Choć trzeba przyznać, że to i tak moc ujarzmiona w studio. Podczas trasy było dopiero ostro, co słychać na koncertówce „Live Santa Monica '72”. Nie bez powodu członkowie Sex Pistols edukowali się w punku na koncertach Ziggy'ego. Ekstremalnie zapodana glamowa muzyka Bowiego śmiało zahaczała o proto punk, co pokazuje, jak umiejętnie ten facet łączył skrajne inspiracje, bo oto obłąkańcza moc The Stooges zestawiona zostaje z ociekającymi brokatem melodiami i bajkową naiwnością. Co ciekawe, sam koncept jest tutaj najmniej przemyślaną rzeczą – to raczej chaotyczna zbitka różnych filozoficznych, mistycznych i popkulturowych zainteresowań artysty z tamtego czasu, odpowiednio zakonserwowana w alkoholu i narkotykach, dopełniona teatralną otoczką. Koncepcja płyty sypie się dość szybko, tak jak na „Sgt. Pepperze”, i nie osiąga żadnej narracyjnej i dramaturgicznej spójności, jak powiedzmy „The Wall”. Nie ma to jednak większego znaczenia. W tym szaleństwie jest metoda. Podobnie jak w przypadku filmu „Człowiek, który spadł na ziemię”, w którym Bowie kontynuuje wcielenie kosmity, chodzi raczej o żonglerkę kulturowymi archetypami, podlaną campem i niskobudżetowym science fiction. Cel został zresztą osiągnięty: wizerunek Ziggy'ego Stardusta stał się kultowy, a sam album, który służył za jego narodziny (potem, przy innej okazji była śmierć), to złote dziecko nie tylko glam rocka, lecz całej muzyki lat 70. To też przykład na to, jak żywotnym i kreatywnym gatunkiem jest sam rock. A może powinniśmy powiedzieć inaczej: David Bowie pokazał na tej płycie, że muzyka rockowa to po prostu on. (Michał Weicher)

Ania Szudek, Piotr Szwed, Jędrzej Szymanowski, Michał Weicher, Kasia Wolanin (19 lutego 2016)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Bernarddet
[13 lutego 2017]


Krem na bóle stawów Hondrocream – to jest unikalny certyfikowany środek z szerokim zakresem działania terapeutycznego. Możliwość użycia pojedynczego leku na wiele różnych chorób, w tym chorób chrząstki o różnej ciężkości i choroby układu mięśniowo-szkieletowego, robi ten krem niezbędnym środkiem w szafce każdego człowieka.

Zazwyczaj lekarze i neurolodzy przepisują terapię z użyciem drogich leków syntetycznych. Tradycyjne leki mają długą listę skutków ubocznych i przeciwwskazań oraz powodują reakcje alergiczne. Dla złagodzenia ataków bólu są często przepisywane paracetamol oraz aspiryna. Leki te są uzależniające, mają wiele skutków ubocznych i przeciwwskazań. Długotrwałe stosowanie leków przeciwbólowych z tej grupy prowadzi do rozwoju alergii, często ciężkiej, choroby przewodu pokarmowego i krwawienia, niedokrwistości, zmiany w morfologii krwi, choroby nerek i zaostrzenia astmy.


[url=https://zaebok.info/pl/krem-na-bole-stawow-hondrocream-komentarz-i-opinia-na-temat-kremu-medycznego.html]na bóle stawów Hondrocream[/url]

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także