Deep Purple (1984-2013)

Zdjęcie Deep Purple (1984-2013)
Zdjęcie Perfect Strangers

Kilka razy słyszałem, jak kumaci ludzie, kiedy już musieli wyrazić opinię o Deep Purple, przyznawali, nie bez ociągania, że najlepszym albumem szemranej formacji jest właśnie ten – nagrany pod banderą wielkiego powrotu. To, nie przymierzając, tak, jakby za czołowe dokonanie Smashing Pumpkins uznać „Zeitgeist”, a Blondie – „No Exit”; z drugiej strony mamy jednak King Crimson i „Discipline”, więc kto ich tam wie? Tym bardziej, że utwór tytułowy, „Perfect Strangers”, podobnie jak „Hold On” czy „Hush” na poprzednich płytach kwintetu, udanie wykracza poza emploi chłopców. Skrzy się detalami i, przy zachowaniu odpowiednich proporcji, jest tym dla hard rocka, czym „Sara” Fleetwood Mac dla audiofilskiej muzyki mieszczańskich grubasów. Czyli czym właściwie? Lekkim jak piórko pomnikiem nostalgii, spogłosowanym wołaniem z przeszłości. Zawieszonym w powietrzu akordem-który-wybrzmiewa, ha! No, w każdym razie jest naprawdę świetnie wyprodukowany i przy swym ciężarze gatunkowym („legendarny zespół za pomocą jednej piosenki uzasadnia come back”), pozostaje nagraniem pełnym przestrzeni, w którym rozmach i patos równoważą melancholia i trudno uchwytne echo-dni-minionych. Innymi słowy, the boys are back in town.

Ale, ale – tak, jak o jakości dyskografii Deep Purple nie świadczą wysublimowane kompozycje, lecz power i pasja, tak też o udanym powrocie z „Perfect Strangers” stanowi zawarty na płycie ładunek frajdy. Blackmore jest, jak mawiają Anglicy, all over the place, Lord nakłada warstwy klawiszowych sprzężeń z werwą jakiegoś Jacksona Pollocka chlustającego farbą na płótno, a Gillan forsuje mocno już zniszczony wokal – przecież od ostatniej płyty nagranej w tym składzie minęło 11 lat picia, trudno się dziwić. Panowie spotykali się przy różnych projektach i cieszyli całkiem udanymi karierami solowymi, co pozwala sądzić, że powrót klasycznej formacji nie był tylko dobrze pomyślanym skokiem na kasę. Ale i pod tym względem nie można mówić o rozczarowaniu – płyta sprzedała się co najmniej przyzwoicie, a w Stanach, gdzie DP nigdy nie cieszyli się statusem megagwiazdy, trasa promująca album była drugim w tamtym roku najbardziej dochodowym tournée.

„Perfect Strangers”, utyskiwali niektórzy krytycy, nie odnowiło dorobku zespołu, co najwyżej można mówić o przejęciu pewnych tendencji z solowych płyt poszczególnych muzyków (oczywiście najwięcej wniósł Blackmore, wypasiony na swoim protoheavy-metalowym projekcie, Rainbow). Podstawową wartością tej płyty wydaje się jednak świadome podejście do własnych dokonań, bez popadania w autoplagiat, a tym bardziej autoparodię, ale też bez napinania się na sztuczny make-over. Oglądałem fragmenty jednego z pierwszych koncertów, jakie chłopcy dali po swoim powrocie – Sydney, 1984 r. Co ciekawe, tournée wystartowało na Antypodach na wypadek, gdyby projekt reunion nie wypalił. Kilku czterdziestoletnich dżentelmenów, uśmiechniętych szeroko, trochę stremowanych i nieco już wyłysiałych, ale wciąż w pełni sił, gra te swoje proste utworki bez żadnej pretensji, po prostu dla zabawy. W ich scenicznej prezencji, w sposobie w jaki podchodzą do podstarzałego materiału nie ma niczego nie na miejscu. Dla nich, dla ich karier i dorobku, czas mógłby wówczas stanąć w miejscu. Echo of a point in time, zaiste.

Zdjęcie The House Of Blue Light / Slaves & Masters / The Battle Rages On

Reaktywowanemu Deep Purple entuzjazmu i pomysłów wystarczyło na jeden album. I chociaż to wzajemne animozje na linii Blackmore-Gillan znów wyznaczały punkty zwrotne tej historii, nie łudźmy się – porażka i degeneracja wynikała przede wszystkim z indolencji muzycznej. Zespół powrócił do żywych w świecie, w którym nie dało się już sprzedać tradycyjnych hard-rockowych piosenek jako muzyki pop, a plakaty z Blackmore’em i Gillanem nie nadawały się nad łóżka nastolatków; potrzebna była odmienna wizja, by nagłośnić ten powrót – urobienie chłopaków na gwiazdy heavy-metalu, o czym Harry Anger z PolyGramu mówił tak: wykorzystana została specjalna strategia – strategia wywołania presji „bycia równym”. Wielu młodych fanów nie pamięta – bo nie może – Deep Purple sprzed kilku lat, musieliśmy więc wpoić w nich przekonanie, że nie będą prawdziwymi fanami metalu, nie będą „na czasie” jeśli nie będą wiedzieć nic o Deep Purple. (Cytat za: Tomasz Szmajter, Roland Bury „Deep Purple”, In Rock Music Press, Poznań 1998). W roku 1984 mogło to jeszcze ujść płazem – wówczas punktami odniesienia dla „Perfect Strangers” były, z jednej strony, nowa fala brytyjskiego heavy metalu, z drugiej „Spinal Tap”, co razem dawało całkiem sympatyczny kontekst. Ale już w 1987 trzeba się było ścigać z Whitesnake, na którego czele stał stary znajomy, stosownie natapirowany David Coverdale, soft metal rządził w MTV i były to mrrroczne czasy dla muzyki (niegdyś) hard-rockowej, których, w ogólnym rozrachunku, nie rozjaśnił nawet rzekomo bezpretensjonalny debiut Guns’n’Roses. Zresztą Parple byli już za starzy, żeby udawać swag, w ich zasięgu znajdował się nie Slash, ale, co najwyżej, Jimi Jamison z Survivor.

W tym miejscu każdy choć odrobinę świadomy fan zespołu dostrzeże skalę problemu. To tutaj zaczynają się albumy nagrywane, bo brakło pieniędzy na wódę. Albumy pozbawione zespołowego feelingu i oderwane od rzeczywistości. Co zabawne, to również tutaj Deep Purple próbują uaktualnić swoje brzmienie, sięgając po radiowy AOR (singlowe „Call Of The Wild” czy, nieco później, „King Of Dreams”) i syntezatorowe brzmienia. Blackmore i Gillan zrywają zawieszenie broni, a trasa promująca „The House Of Blue Light” pełna jest występów, w których bądź to wokalista stara się zamaskować skutki wczorajszego przepicia, bądź gitarzysta nie jest zainteresowany graniem.

Ale gdy już raz wpadli do szuflady z soft metalem, zajęło chłopakom niemal dekadę, by się z niej wygrzebać, więc kolejne dwa albumy – „Slaves & Masters” i „The Battle Rages On” (doprawdy, czy nikt nie zwrócił uwagi na śmieszność tytułów?) – prezentują się jeszcze gorzej, niż smutne „THOBL”. Na follow-upie do „Perfect Strangers” sytuację miejscami ratuje Gillan; nie sprawia, że piosenki naprawdę stają się lepsze, ale dzięki niemu można przynajmniej odnieść takie wrażenie. Otóż Gillan, przy całej swej megalomanii, jest jednocześnie zabawnym koleżką – pretensjonalnym, ale na swój rubaszny, poczciwy sposób. Jego wokale, nawet te najbardziej siłowe, komplementuje wykonawcza swoboda. Co jest dziwne. W latach 80. typ przeszedł coś na kształt wstecznej mutacji, jego pełny i głęboki niegdyś głos, stał się, zapewne pod wpływem stylu życia, nosowy i matowy; jednocześnie technikę wokalną Gillana, zwłaszcza w omawianym okresie, można by określić jednym słowem: popisówa; tak jakby zawsze starał się znaleźć na przedzie nagrania, prześpiewać cały zespół. („Nie jest to łatwe, gdy się brzmi jak hydraulik z rozedmą płuc” – dziennikarz „Guardiana” skwitował kiedyś próbę wykonania przez Gillana arii „Nessun Dorma” na urodzinach Pavarottiego). W jaki więc sposób Gillan ostatecznie przemyca do swoich linii ten luz – nie wiem. Ale pewne jest, że kiedy luzu zabrakło, przyszły najczarniejsze godziny w historii zespołu. „Slaves & Masters”, zestaw nagrany z innym wokalistą, jest tak samo kiczowaty jak „THOBL”, ale, co gorsza, jest to album, który *usiłuje*. Na boga, stare pierniki szarpnęły się nawet na swój pierwszy prawdziwy teledysk („King Of Dreams”)! A że to były pieniądze wyrzucone w błoto, wytwórnia zdała sobie sprawę na tyle szybko, by zrezygnować z podobnych ruchów już przy okazji następnej płyty, na której, niespodzianka, powrócił Gillan, by, chwilę później, wypchnąć z zespołu Ritchiego Blackmore’a, na którego zastępstwo przyszedł Joe Satriani, którego z kolei zastąpił… Ale przecież nikogo to nie obchodzi.

Niech zatem pointą będzie dobra rada: trzymajcie się od tych albumów z daleka, w ogóle trzymajcie się z daleka od wszystkiego, pod czym podpisał się zespół Deep Purple po 1984 roku, od wszystkiego za wyjątkiem jednej – jak pisali w „Metal Hammerze” – mało znanej, mało granej płyty, o której kilka słów poniżej.

Zdjęcie Purpendicular

W roku 1984 Deep Purple byli już dinozaurami, ale o stosunkowo dobrej reputacji. Chociaż osiem lat wcześniej odchodzili w niesławie, na poziomie reunion chyba nikt nie postrzegał ich przez pryzmat „Come Taste The Band” czy nawet „Stormbringer” (uroczego, lecz niedocenionego albumu), nikt nie roztrząsał zmian w składzie ani nawet afery z tzw. „Bogus Deep Purple”, czyli projektem oryginalnego wokalisty, Roda Evansa, który u progu lat 80. objeżdżał USA, Kanadę i Meksyk pod szyldem DP, aż do momentu, kiedy zakazał mu tego sąd (przypomina to trochę sagę Papa Dance). Więc z „Perfect Strangers” to było miękkie lądowanie – była publiczność, która Deep Purple potrzebowała, były zainteresowane media, festiwale, jak ten w Knebworth, gdzie podejmowano chłopaków z honorami. Z kolei dwanaście lat później nikt nie mówił o powrocie, zespół funkcjonował przez ten czas nieprzerwanie, a jednak wydać album w 1996 roku musiało być Purplom wiele trudniej niż w ‘84.

Trzy lata wcześniej Ritchie Blackmore, wydawałoby się, centralna postać tego objazdowego cyrku, w połowie trasy koncertowej złożył wypowiedzenie. Grupie od lat nie wiodło się dobrze, coraz niżej na listach, przed coraz mniejszą publicznością i wobec krytyków, którzy zdążyli już zapomnieć, że słuchali „Highway Star”, kiedy byli dziećmi. Wydaje się, że zespół zakończyłby działalność, gdyby nie zobowiązania kontraktowe (Blackmore oczywiście miał je gdzieś); na zastępstwo ściągnięto więc króla gitarowych onanistów, Joe’ego Satriani, i z jego pomocą trasa została doprowadzona do końca. W tych dziwnych okolicznościach okazało się, że kiedy pozbyć się despotycznego bezguścia (naprawdę, jeśli ktoś ma wątpliwości co do zmysłu estetycznego Faceta W Rajtuzach, niech pomyśli raz jeszcze), Deep Purple może nie zaczną grać britpopu, ale wspólne występy znów będą sprawiać im radość. I była to radość na tyle duża, że Satriani dostałby angaż na pełen etat, gdyby taktownie nie wymówił się planami, jakie miała wobec niego macierzysta wytwórnia. Kwartet poszedł więc za ciosem (we własną twarz, jak powiedziałby Afrojax) i zaprosił do współpracy jeszcze jednego z technicznie uzdolnionych jankeskich wymiataczy, Steve’a Morse’a, kolejnego po Tommym Bolinie muzyka fusion w historii grupy. Z tym że przygoda z Bolinem, jak wiadomo, zakończyła się próbą przykrawania szerokiego wachlarza zdolności gitarzysty do aktualnych potrzeb kwintetu („Nie zapominajmy skąd pochodzimy, panowie”). Z Morse’em było inaczej. Kiedy pojawił się w zespole, Deep Purple nie mieli już nic do stracenia – ani kasy, ani prestiżu, na listach sprzedaży nie mogli spaść wiele niżej, a o przebojach w ogóle nie było mowy. Jedynym, do czego mogło doprowadzić przewietrzenie repertuaru, było odzyskanie resztek wiarygodności. Wyobrażam sobie jednak, że nie była to łatwa decyzja. Po pierwsze starego psa nie uczy się nowych sztuczek, a po drugie – postawcie się na ich miejscu. Od lat objeżdżacie świat obnażając klaty jako protometalowy zespół-legenda, wytwórnia wmówiła wam, że waszym targetem są dzieciaki słuchające Iron Maiden i nie tak dawno ta strategia pozwalała zapełniać wielotysięczne obiekty od Japonii po Stany Zjednoczone; więc jak to jest – porzucicie ten sen o światowej dominacji i wymyślicie się na nowo? No, ja myślę, że nie. A jednak te pierniki naprawdę tego dokonały! Jasne, nie nawrócili się na indie, nie zatrudnili rapera, ale, umówmy się, zmiana gatunkowa i jakościowa, jaka dokonała się na płycie „Purpendicular” była gigantyczna.

Zanim jednak o samym albumie, pozwólcie na odrobinę prywaty. Otóż to właśnie jest „moje pierwsze Deep Purple”, kupione na kasecie w roku, bo ja wiem, ’98? Kupione w legendarnym kantorku Pana Crimsona, w dzierżoniowskiej księgarni przy rynku, przyniesione do domu i odpakowane z rozbuchanymi oczekiwaniami, które zostały wtedy *w pełni zaspokojone* (nie mogły nie zostać). Jeden z pierwszych świadomych zakupów muzycznych. Oczywiście wcześniej była składanka typu „The Best Of…” w jakich specjalizowały się w połowie lat 90. polskie markety, przyniesiona do domu przez ojca i katowana przeze mnie miesiącami. Ale to po „Purpendicular” wybrałem się wiedząc już, że „jadę kupić Deep Purple”, mogłem kupić dowolne wydawnictwo tego zespołu, traf chciał, że Pan Crimson miał na stanie akurat tę kasetę. Oczywiste jest, że słuchając tego zestawu dzisiaj, nie poczujecie się tak, jak ja ilekroć do niego wracam – a kiedy wracam, szczerze mówiąc, nie mam ochoty ustalać ile w mojej dla niego sympatii jest autosugestii. Przyjmuję jednak, że muzyka byłaby śmiertelnie nudną dziedziną, gdyby o sympatiach jej odbiorców decydowały wyłącznie obiektywne kryteria i zgodność z kanonem. Nie będę wam zatem wmawiał, że to jest wiekopomne dzieło, które na normalnych prawach znalazłoby się w dziale Klasyka Screenagers; mogę natomiast namawiać, żebyście spróbowali posłuchać go, eee, moimi uszami. Gotowi? Nie? No to zaczynamy!

Przede wszystkim „Purpendicular” wciąż ma diabelnie dużo wdzięku. To jedna z tych płyt, przy których można zsiąść z Harleya (o ile to jeszcze jest Harley, a nie poczciwy Junak), rozłożyć hamak i wreszcie zaczerpnąć wody z Mississippi. Ileż spokoju Steve Morse wniósł do zespołu samą swoją ogładą – pod jego urokiem Gillan zrezygnował nareszcie z nadużywania górnego rejestru i osiadł w przyjemnej środkowej, czasem w wpadającej w bas, nosowej barwie; Lord zostawił w lombardzie ejtisowe syntezatory i odnalazł na nowo klasyczne brzmienie Hammonda; ale i tak największą rewelacją jest Paice – dopiero na tym albumie, a przecież bębnił już rzeczy wybitne, jego styl stał się nie do podrobienia. Z lekka swingujący, dziabnięty wpływem Buddy’ego Richa, groove Paice’a wydobywa z hard-rockowych przecież kompozycji zupełnie nie hard-rockową jakość. I to już w otwierającym „Ted The Mechanic”, którego kanciasty riff na innym fundamencie zabrzmiałby, jak coś z repertuaru ZZ Top (w najlepszym wypadku) – a przecież, kochani, nóżka chodzi, oj, chodzi…

Pozostali Parple, wywąchawszy, jaki obrót przybierają sprawy, zdecydowali najwyraźniej, że to jest ten moment – teraz albo nigdy! Z Blackmore’em wreszcie usuniętym z drogi, naprzód wysunęły się wszelkie od lat chowane po szufladach, niekanoniczne pomysły, którym do tej pory duet kompozytorski Gillan-Glover mógł dać wyraz co najwyżej na płytach solowych (patrz: umiarkowanie udane „Accidentaly On Purpose”, którego karaibski feeling zapowiadał złe dobrego początki). A więc na „Purpendicular”, obok typowych rockerów (pierwszej, zresztą, klasy – dawno chłopcy nie mieli tak wiarygodnego materiału do wykonania, żeby wspomnieć choćby seventiesowe „Castle Full Of Rascals” czy rajcowne „Cascades”), trafiły piosenki rozstrzelone po stylistycznej mapie. Od wycieczek szkockimi wyżynami w uroczym „Aviator” po mainstreamowy pop-rock w duchu, bo ja wiem, Alanis Morisette (?) – Deep Purple z powodzeniem eksplorują terytoria dotąd im nie znane. Jasne, jest to *tylko* Adult Oriented Rock, ale za to wzorcowy. Nie byłaby ta płyta jednak moim tru fav, gdyby nie dwie kompozycje, które redefiniują zespół w sensie osobowościowym, ale i artystycznym. W tym pierwszym znaczeniu, Deep Purple ze Steve’em Morse’em wypracowali styl odmienny od dotychczasowego, a jednak osadzony w tradycyjnych purplowych zagrywkach – najlepiej słychać to w quasitytułowym „Purpendicular Waltz”, które z jednej strony hołduje technicznej biegłości muzyków, ich *muzykalności* (i w ten sposób chyli czoła przed korzeniami grupy), z drugiej zaś eksploruje melodyczny i aranżacyjny potencjał, którego wcielenie DP dowodzone przez Blackmore’a, szturmując niemieckie chartsy, z pewnością by nie tknęło.

A w sensie artystycznym? No cóż, jest na tej płycie kompozycja, która – w opinii niżej podpisanego – może powalczyć o pierwszeństwo pośród innych piosenek Deep Purple. Myślę oczywiście o „Loosen My Strings”, które nie jest wprawdzie żadną wielką rock-operą na miarę, he he, „Paranoid Android”, ale w obrębie pięciu i pół minuty wykłada na stół wszystko najlepsze, co ten zespół miał kiedykolwiek do zaproponowania. Brawurowa partia bassu? Checked. Przejmujący refren? Checked. Riffy skontrowane podniosłymi akordami fortepianu? You bet!

Przy takim stężeniu pomysłów na minutę nagrania nic dziwnego, że i ta inkarnacja grupy, podobnie jak w 1984 roku, nie mogła wznieść się wyżej. Na kolejnym albumie, „Abandon”, zestaw tricków był niby ten sam, ale, no właśnie, tricki jakby już nieco ograne. A „Bananas” i dwie kolejne płyty? To osobna historia, dość szkaradna zresztą – ale mnie ona nie przeszkadza, żeby, chyba na zawsze, album z zapałką trzymać gdzieś nieopodal serduszka, bardzo nawet blisko.

Ocena: 4

Abandon / Bananas

1998 / 2003

Zdjęcie Abandon / Bananas

Niewiele można napisać i niewiele trzeba. „Abandon” to po prostu gorsza wersja „Purpendicular”, mniej różnorodna, nieco cięższa, ale chyba uczciwie byłoby przyznać: po prostu ociężała. Nie przynosi jednak Purplom hańby. Podobnie zresztą, jak wydany pięć lat później album, na którym chłopcy raz jeszcze zaczęli od nowa. W między czasie z zespołu odszedł bowiem Jon Lord, a wraz z nim znikła charakterystyczna, szlachetna charyzma (tak dobrze *słyszana* właśnie na „Purpendicular”). Można powiedzieć, że klawiszowiec zabrał ze sobą styl grupy. Owszem, wokalu Gillana i pewnych popisowych rozwiązań obecnych na „Bananas” nie da się przeoczyć, a jednak ogólne wrażenie jest takie, że mamy do czynienia z propozycją generyczną tam, gdzie jeszcze niedawno (nawet na „Abandon”) grała muzyka autorska. Na plus można zaliczyć weteranom intencje – to chyba najbardziej wyprodukowana płyta zespołu (choć jednocześnie wyprodukowana niechlujnie) – ale te smyczkowe aranżacje, kobiece wokale potwierdzają jedynie, że, tak jak na „The House Of Blue Light”, przy instrumentach prowadzących podrygują emeryci.

Zdjęcie Rapture Of The Deep / Now What?!

Czasem zastanawiam się, jak trudno musiało być fanom Deep Purple w latach 1987-1993, ale potem myślę: na pewno nie tak trudno, jak w ostatniej dekadzie. Bogu dzięki oszczędziłem sobie tych zmartwień i w jakiś rok po „Bananas” w zasadzie zdałem odznakę Parplisty. „Rapture Of The Deep” jeszcze wprawdzie oczekiwałem, nie łatwo było wyrzec się dawnych odruchów, ale pamiętam to rozczarowanie, gdy jeden ze współbraci w wierze, jakiś użytkownik Deep Purple Fan Forums, podesłał link do przypadkiem udostępnionego na stronie wytwórni materiału (i to dobre tygodnie przed oficjalną premierą), a moją pierwszą myślą było: to na pewno jest surowy miks, nie ma mowy, żeby oni wypuścili coś takiego. A jednak wypuścili.

Płyty „Abandon” i „Bananas” to wprawdzie niewarty uwagi, dziadowski (zwłaszcza ta druga) classic rock, a jednak, gdy wróciłem do nich na potrzeby tego przeglądu, nie czułem szczególnego zażenowania. Jasne, wynudziłem się, ale czego można oczekiwać od gości na tym etapie kariery? – jeśli jesteś ich fanem, zbierasz te odcinane kupony i wszystko gra, to uczciwy układ. Nie oczekujesz jednak, że twoi dawni idole upadną niżej.

Krótko mówiąc, „Rapture Of The Deep” to kompletna fuszerka, album w którym nie dostrzegam żadnych pozytywów. Zero kompozycji, zero entuzjazmu, więc proszę bardzo, niech będzie – zero. „Now What?!” posiada pół przyzwoitej piosenki, toteż gotów jestem podciągnąć zbiorczą ocenę. A w nagrodę dla tych wszystkich, którzy dotrwali do tego miejsca – dozgonne kudos i nagroda!

Paweł Sajewicz (30 września 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: mariano
[12 lipca 2015]
Kiedy Lacrimosa, Ultravox, Opeth, Anathema etc?
Gość: ktoś tam z dawien dawna
[18 listopada 2014]
Kiedy Rush?
Gość: gnwo
[16 października 2014]
Kiedy Judas Priest?
Gość: ps nzlg
[4 października 2014]
@"Now What":
- właściwa część "A Simple Song" to najbardziej rasowa muzyka tego zespołu od lat, ale już ckliwy wstęp tylko dzięki przestrzeni produkcyjnej nie popada w okropny kicz. Ale dalej jest tylko gorzej;

- "Weirdistan" - piosenka z aspiracjami do posiadania wielkiego riffu, która jednak riffu jest pozbawiona :|

- "Above & Beyond" - ok, kumam, próbujemy znowu tricków z "Purpendicular", ale właśnie w tych chwilach najbardziej brakuje Jona Lorda - cały jego kunszt aranżacyjny ujawnia ten aktualny BRAK :(

- "Uncommon Man" - najgorsze co Steve Morse wniósł do zespołu (bezsensowne solówki) + klawisze kiczowate co najmniej tak, jakby to grało "Blackmore's Night" :(((

- "Blood From A Stone" - znośny bluesik.

- ponadto na albumie znajdują się kompletnie pozbawione inspiracji jamy, w których ta inkarnacja DP celuje (przynajmniej od "RotD") - "Body Line" (czy to w ogóle jest piosenka? Jakieś wprawki gitarowe poprzetykane kompletnie przypadkowym wokalem), "Apres Vous" i "Hell To Pay" niech będą dosadnym przykładem.

@"Burn":
nierówny album moim zdaniem (ocena indywidualna: 6/10), momenty klasyczne oczywiście są, świetne wykonanie, ale takie "Lay Down, Stay Down" czy What's Goin' On Here" to są rzeczy zrobione na autopilocie raczej.
Gość: teraz rock
[4 października 2014]
"Now What?!" jest całkiem dobrą płytą. Ocena na 1 wskazuje, że recenzentowi skończyła się cierpliwość do DP i nie chciało już mu się tego dalej słuchać. A tak ogólnie to plus za ten przegląd. Tylko za dużo wodolejstwa i zupełnie od czapy oceny niektórych płyt. Jeśli "Burn" dostaje mniej punktów od dosyć przeciętnej "Purpendicular" jest to oczywiście kwestia gustu a nie próba obiektywizacji tej muzyki.
Gość: mat
[3 października 2014]
no niestety późne Purple oprócz dwóch wyżej wymienionych wypadków to muzyka dla pasjonatów Teraz Rocka i solowego Slasha. Przykre.
Gość: p
[1 października 2014]
super wkładka o DP!
Gość: PS nzlg
[30 września 2014]
staramy się nadrabiać zaległości, wiadomo. now what?! wśród przeoczonych albumów zeszłego roku :|
Gość: Kowal
[30 września 2014]
Gdy myślałem, że już przez sto lat Scr będzie za Murzynami, nagle Deep Purple. super tekst ale czy to jest nowe otwarcie czy łąbędzi śpiew rocka u was?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także