Kate Bush

Zdjęcie Kate Bush

Uparła się, żeby jej pierwszym singlem była piosenka zainspirowana gotyckim romansem z połowy XIX wieku. I wygrała. Została pierwszą kobietą, która umieściła napisany przez siebie utwór na pierwszym miejscu brytyjskiej listy przebojów. Dwa lata później dokonała podobnego historycznego wyczynu w formacie długogrającym, dzięki płycie „Never For Ever”. A to dopiero była rozgrzewka. Albumami nagranymi w latach osiemdziesiątych odcisnęła swoje piętno na charakterystycznym brzmieniu tamtej dekady. Sześć lat temu udowodniła, że po prawie trzydziestu latach profesjonalnego muzykowania nadal jest w stanie nagrać bardzo dobry album, podwójny zresztą. Podobno znowu pisze i nagrywa, ale nie wiemy kiedy usłyszymy jej nowe piosenki. Dostaliśmy za to zestaw znanych już kompozycji w nowych wersjach. Z tej okazji postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej dotychczasowemu dorobkowi jednej z najważniejszych autorek i wokalistek muzyki pop. (Paweł Gajda)

Zdjęcie The Kick Inside

Wzruszającej – i chyba trudnej do powtórzenia dziś – historii o nadzwyczajnie długich i skrupulatnych przygotowaniach panny Bush do kariery nie ma sensu powtarzać. Ostrzeżona, uzbrojona, wykształcona i świadoma zjawiła się w końcu, by powalić wszystkich na łopatki. A jednak nie mogę uwolnić się od myśli, że był to debiut przedwczesny. Ach, gdyby tak odwlec go w czasie o rok, odchudzić zarówno „Kick Inside”, jak i „Lionheart” o mniej więcej połowę, po czym skompilować pozostałości w jeden album!... Ach, gdyby babcia miała członka!...

Dokonajmy dla zabawy takiej selekcji.

„Moving” – wdzięczna ballada na cześć instruktora tańca – zostaje. „Saxophone Song” – udoskonalona kontynuacja poprzedniczki, w tej samej tonacji i o podobnej konstrukcji, oczywiście też zostaje. Na razie jest wszystko, za co kocham, a niemal nic z tego, w co wątpię. „Strange Phenomena” – coś się zaczyna paprać, pojawia się irytujący teatrzyk, dwie części zwrotki sklejono na plaster, a początek refrenu jakoś tak boleśnie kojarzy się z Coldplay (żart, lecz nie do końca) – do widzenia. „Kite” – tu również litości nie będzie. Nadużycie akordów durowych, tak liczne jak bezsensowne dalekie skoki interwałowe w melodii, wzięte z kiepskiego progrocka rozwiązania rytmiczne i aranżacyjnie. Wyrzucamy. „The Man With The Child In His Eyes” – musi zostać za cudowne rozwiązania w zwrotce, choć refren – przyznaję – chętnie bym amputował. „Wuthering Heights” – jak myślicie?

Odpocznijmy chwilę od ważkich procesów decyzyjnych. Pławiąc się w wonnym dymie zauważmy możliwie niskim, budzącym respekt głosem, że już płyta pierwsza, strona pierwsza zawiera wszystkie kompozytorskie trademarki Kasi Krzaczek (jak o niej mawia moja mama): budowanie w bliskim lub bezpośrednim sąsiedztwie akordu durowego i molowego od tej samej prymy, duży umiar w stosowaniu dźwięków dodanych, bas jako instrument wzbogacający – a nie osadzający – harmonię, znakomite wykorzystanie dysonansów (ulubiony – tercja mała w melodii na wielkiej w akordzie).

Jedziemy dalej. „James And The Cold Gun” natychmiast kojarzy się ze Steely Dan, ale tym bluesowo-hardrockowym. Jeśli Kate chciała nagrać swoje „Black Friday”, to prawie się udało. Prawie, bo zakończenie refrenu jest z przyjemniejszej bajki. Niemniej, wywalamy. „Feel It” – powrót do tonacji molowych i od razu widzę całość wszechrzeczy, jest jasna i piękna. Musi być. „Oh To Be In Love" – bardzo eleganckie okrąglutkie pasażyki, świetne modulacje, fatalny refren, ale po raz ostatni odnieśmy się do tego z wyrozumiałością. „L’amour Looks Something Like You” – najbardziej przezroczysty w zestawie, jeśli czymś zaskakujący, to tylko okropnie pretensjonalnym tytułem; niech zostanie jako sympatyczny wypełniacz naszego debiutu marzeń. „Them Heavy People” – nieznacznie ciekawsza powtórka z „Kite”, tak samo wesołkowata do wyrzygu, dyskwalifikacja. „Room For The Life” – nie tylko tekst, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób i muzyka ocieka estrogenem, co jako mężczyzna wybaczam, ale jako mądraliński głupiutki bubek (jak o mnie mawia moja żona) – nie. Żegnamy. Wreszcie tytułowy closer płyty – nudny, egzaltowany i raczej nie będziemy po nim płakać. W obu znaczeniach.

Teraz scukrzamy zacier podgrzany, destylujemy i w ten oto sposób otrzymaliśmy wysokoprocentową esencję – siedem piosenek. Czym je przyprawić – to już kto inny zadecyduje. (Michał Hoffmann)

Ocena: 6

Lionheart

1978

Zdjęcie Lionheart

Po oszałamiającym sukcesie debiutu Kate Bush zaledwie dziewięć miesięcy później pojawił się drugi album artystki, przy okazji jedyny nie nagrany przez nią w Wielkiej Brytanii. Z kwestii czysto formalnych warto wspomnieć, że to pierwszy raz kiedy Bush wystąpiła w roli producenta. I o tym, że „Lionheart” był najsłabiej sprzedającą się płytą w jej dyskografii. A to zaskakujące, bo jak by nie patrzeć, Kate nagrywała rzeczy gorsze, o wiele gorsze. „Lionheart” to propozycja dla ceniących solidny songwriting (cokolwiek to znaczy) miłośników ckliwego sentymentalizmu i nawiązań do filmów Disneya. Instrumentacje są subtelne, nieinwazyjne, ale niezwykle wysmakowane. Poza eksplodującym dźwiękami jak w ostatnim „Hammer Horror” (które stanowi swoisty punkt kulminacyjny), album urzeka trudną do podrobienia dziewczęcością słyszalną w bliższych naiwności niż monumentalności kompozycjach. Kate jeszcze nie do końca panowała nad swoim głosem (przynajmniej nie tak jak na dojrzalszych wydawnictwach), ale dzięki temu możemy usłyszeć ekspresyjny krzyk w „Don’t Push Your Foot On The Heartbrake” czy „Full House”, co daje efekt spontaniczności, rzadziej spotykany na jej następnych płytach. „Oh England My Lionheart” wyróżnia się akompaniamentem klawesynu, co jest miłą odmianą od lirycznego fortepianu pojawiającego się w wielu utworach. Fantastyczne są dialogi pierwszoplanowego głosu Bush z chórkami, szczególnie w „Kashka From Baghdad”, piosence o parze gejowskiej odseparowanej od rodziny i przyjaciół. Zaskakuje kabaretowy „Coffee Homeground”, jakby oderwany klimatem od reszty albumu.

Na pewno nie jest to jednorodna płyta. Za to z pewnością niedoceniana, bo w tym przypadku recenzencki frazes „syndrom drugiej płyty” nie ma racji bytu. (Andżelika Kaczorowska)

Zdjęcie Never For Ever

Dla jednych ledwie zasygnalizowanie wizjonerskiej formuły „The Dreaming”, dla innych – najbardziej czytelny i najzgrabniejszy album wczesnej Kate Bush. Po raz pierwszy w swojej karierze dwudziestoletnia Brytyjka potrafi okiełznać w tym samym momencie zarówno trudną do poskromienia progresywność kompozycji, jak i wymykającą się schematom manierę wokalną. Efektem jest album rozkwitający bogactwem wszystkich jej atutów – popowego zmysłu, art-rockowej ekwilibrystyki i unikatowej ekspresji samej Kate. Singiel „Babooshka”, jakkolwiek by nie był ograny, jest piosenką paraliżująco doskonałą, a przy okazji zdejmuje z Bush ewentualną klątwę „Wuthering Heights”, stając się jej drugim globalnym przebojem. Choć właściwy flow płycie nadaje dopiero drugi „Delius” – niemal instrumentalna, letnia impresja, w której głos Kate antycypuje nieco Elisabeth Fraser.

Jako całość „Never For Ever” czaruje miniaturowymi melodiami, semi-akustycznymi aranżacjami i staromodną brytyjskością. Bush śpiewa jeszcze bardzo wysoko, odnajdując się jednak znakomicie zarówno w czysto rockowej ekspresji („Violin”), jak i proto-Tori-Amosowym balladziarstwie („The Infant Kiss”). Ba, potrafi nawet tchnąć życie w purystowskiego prog-rocka („Egypt”). Songwritersko to już jednak nowy, wyższy etap – choć metoda pozostaje ta sama, to poziom znacząco się podnosi, wskutek czego przynajmniej połowa materiału zgłasza pretensje do panteonu jej najlepszych piosenek. Te najwspanialsze momenty albumu to choćby przepiękne wejście chórków w refrenie „Blow Away” czy przebojowe „The Wedding List”, w swoim wyrafinowaniu dorównujące soft-rockowemu wcieleniu Steely Dan, by nie wspomnieć o dwóch zamykających płytę singlach, układających się w antywojenny dyptyk. Niepokojący walczyk „Army Dreamers” to polityczny komentarz podany z gracją teatralnej scenki, zaś podniosły i przejmujący closer „Breathing” wpisuje się w nurt antynuklearnych tekstów w popie i rocku początku lat osiemdziesiątych.

Trzeci album rudowłosej Kate nie wytacza armat na miarę tych z „The Dreaming” czy „Hounds Of Love”, ale sygnalizuje praktycznie wszystkie punkty zapalne jej twórczości we właśnie rozpoczętej dekadzie – od eklektycznego, poszukującego songwritingu, po odważne rozwiązania brzmieniowe (to właśnie tu po raz pierwszy w karierze Bush pojawiają się programowane partie instrumentów). Dodatkowo, powstrzymując się (w przeciwieństwie do obu znamienitych następców) przed radykalnymi odjazdami, pozostaje najlżejszą i najtrafniejszą na początek znajomości propozycją w całej dyskografii Angielki. (Kuba Ambrożewski)

Zdjęcie The Dreaming

We let the weirdness in. Ostatnie słowa piątego utworu na płycie, „Leave It Open”, brzmiące jakby pochodziły z taśmy puszczonej od tyłu, powinny widnieć na okładce jako ostrzeżenie. Coś w stylu „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. Po raz pierwszy Kate została samodzielną producentką swoich nagrań i postanowiła uczcić to najbardziej kontrowersyjnym albumem w dorobku, który jednocześnie otwiera „dojrzały” etap w jej karierze. Zmienił się sposób pracy nad utworami, a to oznaczać mogło tylko jedno: przemianę charakteru i brzmienia piosenek. Nieodłączny do tej pory fortepian coraz częściej szedł w odstawkę, a jego miejsce zajmowała komputerowa stacja robocza Fairlight CMI i inne studyjne gadżety. Koniec z uroczymi balladami śpiewanymi wysokim i słodkim głosikiem, którymi stały poprzednie wydawnictwa. „The Dreaming” wypełniają demoniczne zaśpiewy i wrzaski pełne teatralnej egzaltacji, często poddane dla większego efektu silnej obróbce elektronicznej. Aranżacje zaczynają mniej lub bardziej śmiało eksponować rytm, a najbardziej odjechany fragment - utwór tytułowy - ciąży mocno w kierunku szamańskiej monotonii i repetycji. Swoją drogą, ciągle ciekawi mnie, gdzie byli ludzie z działu A&R firmy EMI, gdy zapadała decyzja o wydaniu tego kawałka na singlu? I jakim cudem dziewczyna dostała potem jeszcze większą kasę na nagranie „Hounds Of Love”? To musiały być piękne czasy w przemyśle muzycznym.

Z perspektywy roku 1982 mogło się wydawać, że źle się dzieje. Że Katarzyna puściła poręcz i zmierza ku komercyjnemu samobójstwu. Bo jeśli czegokolwiek czwartej płycie Bush brakuje, to przebojów. Prawdopodobnie najbliższy normalności „There Goes A Tenner” jako singiel przepadł tak bardzo niezauważony, że następny pod względem przystępności masowej „Suspended In Gaffa” ukazał się jedynie w kilku krajach i – uważajcie – nie było wśród nich Wielkiej Brytanii. A szkoda, bo to jedna z najurokliwszych i bezpośrednich piosenek Kate. Trzeba od razu zaznaczyć, że pomimo ekscentrycznych (na tamte czasy) opracowań, same kompozycje trudno byłoby nazwać niedopracowanymi, nieprzyswajalnymi lub też w jakiś inny sposób je oczernić. Większość z nich skrzy wielością motywów i mini-hooków, biegnących równocześnie lub prowadzących ze sobą dialogi. Są zwroty akcji, napięcie, ale i liryzm. Bez żadnych dłużyzn i owijania w bawełnę (ang. beating about the bush). Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że takiej ilości skompresowanego konkretu nie znajdziecie na żadnej innej płycie pani Bush. Nawet bez wchodzenia w szczegółowe analizy skali po jakiej wędruje melodia zwrotki „All The Love”, czy zastanawiania się co też, do cholery, wyprawia gitarzysta Bath w „Pull Out The Pin”, mogę zapewnić, że tu na przestrzeni każdej niemal minuty dzieją się rzeczy, przy których mózg odmawia posłuszeństwa.

Jeśli słowo „pretensjonalność” może mieć jakieś pozytywne konotacje, to niniejszy krążek mógłby je definiować. Cała ta teatralność, tak typowa dla Kate od samego początku, a tutaj doprowadzona do absurdu, stawia słuchacza pod ścianą i daje tylko dwie odpowiedzi do wyboru. W granicach muzyki pop płyta jest znakomitym przykładem cwanego wykorzystania zyskanej swobody twórczej. Mimo że i dzisiaj dziwactwa „The Dreaming” mogą zaskakiwać, nie ma żadnych wątpliwości, że wyznaczyła ona kurs dalszej dyskografii artystki, zwłaszcza „Hounds Of Love”. Znów pojadę trochę kanonowi pod włos i wysunę tezę, że na następnym albumie - znakomitym, jak by nie patrzeć – nie znajdziecie dźwięku, środka wyrazu lub nastroju, którego tutaj byście nie namierzyli. To sprawia, że należałoby uznać „The Dreaming” za najważniejszą pozycję w katalogu Brytyjki. Czy najlepszą? To już zależy od tego, czy popieracie szkołę falenicką, czy otwocką. (Paweł Gajda)

Zdjęcie Hounds Of Love

„Psy miłości”. Taki sobie wymyśliłem punkt wyjścia dla tego tekstu, ale Sajewicz stwierdził, że lepiej będzie, jeśli opowiem o dedykacji dla Petera Gabriela, którą Kate Bush zawarła w książeczce do „Hounds Of Love” i która kazała dopatrywać się w tym geście potwierdzenia romansu obojga. Ale tu nie chodziło o miłość, tylko wyrazy wdzięczności, bo właśnie Gabriel nauczył Bush obsługi Fairlighta – instrumentu, który na tym etapie totalnie zdominował brzmienie jej kompozycji. Ona w ogóle miała zawsze szczęście do mężczyzn. Tatuś pianista-amator (co prawda do spóły z matką) pośrednio podpowiedział jej pomysł na siebie, brat multiinstrumentalista był jedynym stałym członkiem jej zespołu muzyków sesyjnych, Gabriel sprowadził ją na dobrą drogę (synthy i automaty perkusyjne), a start umożliwił David Gilmour. I lubię sobie żartować, że to najlepsza rzecz, jaką w życiu zrobił. No, ale to tylko żarcik, jestem fanem Pink Floyd. Tak czy inaczej Kate Bush nie ma tego jednego mankamentu w CV, który czynił z sióstr Bronte postaci tak niesamowite i który by mi pozwolił dostrzegać w KB perfekcyjną inkarnację Emily – nie żyła w odizolowaniu od płci przeciwnej. A siostry Bronte tak, co czyni „Wichrowe wzgórza” – chyba najdoskonalszy w historii przykład ROMANSU – najtrafniejszą HIPOTEZĄ uczuciowości ever. I chciałbym wierzyć, że z „Hounds Of Love” było tak samo – że Kate Bush nic nie wie o rzeczach, o których śpiewa, że sobie wymyśliła całą tę zmysłowość.

Ale i tak jest niesamowicie. No bo być romantykiem przez duże R w 1985 – jak zauważył Robert Christgau – oznacza celową kultywację pewnego rodzaju wrażliwości, której zeitgeist z całą pewnością minął. Serio, trudno mi sobie nawet wyobrazić, że w momencie, gdy ona w tym swoim studiu mozolnie sklecała to opus magnum jakieś kilkanaście, kilkadziesiąt metrów dalej ludzie rozmawiali przez telefony, jeździli samochodami, oglądali telewizję. 1985 rok! Taki Prince (z którym Bush przecież jakiś czas później współpracowała!) nagrywał wtedy „Around The World In A Day” i to był współczesny język miłości. A nie jakieś wichrowe wzgórza, przepędzanie chmur, wbieganie na pagórki (i moment kobiecego orgazmu na wysokości 4:58, jak twierdzi Christgau). Tego jej oderwania od rzeczywistości nie równoważy nic, choć przecież można by powiedzieć, że Fairlight i automaty perkusyjne były bardzo tu i teraz w 1986. No ale twórczość Kate Bush tkwi uparcie poza czasem. I to jest pewnie pretensjonalne, bo ona w ogóle jest postacią pretensjonalną, tylko że cała ta KREACJA jest usprawiedliwiona, skoro ona zdefiniowała kobiecość w muzyce i to w tak ostateczny sposób, że wszystkie wokalistki, które pojawiły się po niej, musiały siłą rzeczy być z nią porównywane, gdy tylko próbowały nie być Madonną. No bo Kate Bush w byciu kobietą wcieliła się w każdą możliwą rolę. Wrażliwej dziewuszki, wampa, gospodyni domowej, zmysłowej kusicielki itp.

I najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że te pozy są tak zajebiście teatralne, nieszczere, efekciarskie. Pamiętam, że gdy wyszło „Aerial” i przeczytałem gdzieś, że ona przez lata, jakie minęły od „Red Shoes” spędzała czas na praniu pieluch, gotowaniu, odkurzaniu, a potem zrobiła z tych czynności motyw przewodni albumu, to byłem w lekkim szoku. Kate Bush – laska, która tańcząc jak szatan w szarej piżamie na klipie do „Running Up That Hill” zdefiniowała dla mnie erotykę, okazuje się być kurą domową! No ale później pomyślałem sobie, że wszystko się zgadza, że ona tak naprawdę nie jest zainteresowana sensualnym światem, który wymyślała z takim zaangażowaniem, bo to ma pozostać bajką. W tym sensie, że „Hounds Of Love” – tak, jak kiedyś „Wichrowe wzgórza” – ma być odskocznią od rzeczywistości, w której te historie nigdy nie mogłyby się zdarzyć. Jaki romans z Gabrielem? Chodziło o syntezator! Zresztą synonim sztuczności, huehuerehue. Przypomina mi się taka historia z Michaliną Wisłocką (autorką „Sztuki kochania”), która bodajże w wywiadzie dla Wyborczej stwierdziła, że ona to właściwie nie jest zainteresowana robieniem miłości. Chciała tylko o niej napisać. I szczerze mówiąc, jeśli miałbym kiedyś swoim dzieciom czegoś do pewnego wieku zakazywać, to nie kontaktu ze „Sztuką kochania”, ale właśnie z „Hounds Of Love”. Za to w pewnym momencie to byłaby już lektura obowiązkowa, bo z „Psów miłości” można się dowiedzieć więcej o kobiecie niż ze wszystkich „Seksów w wielkim mieście”, dajmy na to. (Łukasz Błaszczyk)

Zdjęcie The Sensual World

„Sensual World” jest tą płytą z dorobku naszej pupilki, która miałaby największe szanse spodobać się z jednej strony fanom zespołu Closterkeller, a z drugiej – słuchaczom Richarda Bony. Płytą wypakowaną WSZYSTKIM po brzegi, konsekwentnie przegiętą we WSZYSTKIE strony naraz. Stanowiącą, chyba zamierzony, finał pewnego etapu dyskografii (kolejna, „Red Shoes”, będzie początkiem nowej drogi, koszmarnie nieudanej, na szczęście zaniechanej) i w związku z tym kompilującą wątki ze wszystkich dotychczasowych albumów artystki. Bywa, że dosłownie, np. „This Woman’s Work” i „Reaching Out” cofają się tak kompozytorsko, jak aranżacyjnie do debiutu i sofomora, „Rocket’s Tail” byłby nie od rzeczy rockerką na „Never For Ever”, introdukcja „Heads We’re Dancing” świetnie pasuje do „The Dreaming”, „Love And Anger” bez problemu znajdziemy na pierwszej stronie „Hounds Of Love”, a „Deeper Understanding” na drugiej – że wymienię kandydatów oczywistych. Takie The Essential Kate Bush. Zero oddechu.

Należy zatem ostrzec spodziewających się subtelnej stymulacji – szukajcie gdzie indziej. „Sensual World” to zgodnie z grandioso tytułem zmasowany atak na zmysły, uczta w stylu cesarsko-królewskim. Szkoda, że niewolników z piórkami nie dowieźli. Natłok elementów wydaje się nie do opanowania – o ile odbiorca jeszcze może sobie teraz z tym poradzić, o tyle twórca miał gorzej i tylko przerostem ambicji można tłumaczyć fakt, że Kate jakby straciła na wysokości „Sensual” zdolność do trzeźwej autorefleksji. Domniemany bezsens mieszania programowanych na biednych samplach beatów z muskularną, żywą perkusją można zrzucić na to, że się czepiam. Autoplagiaty w obrębie jednego wydawnictwa z kolei zdarzały się już wcześniej (tu: utwór siódmy jest nudniejszą wariacją na temat pierwszego). Ale selekcja materiału pozostawała zawsze bez zarzutu! A teraz – proszę, wywalamy dwa arcydziełka, konkretnie „Walk Straight Down The Middle” (chyba mój ulubiony w całym dorobku, serio) i „Be Kind To My Mistakes”, na strony B singli i piasek im do ręki. Nadal płaczę z tego powodu.

Pohamujcie swoje siekiery, mówimy jednak o muzyce, której wyrafinowanie nigdy nie znajdzie się w zasięgu 99% innych, choćby ciężko aspirujących. Powracający uparcie na wciąż ten sam dźwięk bas w „Reaching Out”, ekstremalnie odstrojone sflange’owane akordy w „Heads We’re Dancing” (chyba najlepszy na płycie, choć wydłużony ponad potrzebę), przeplatające się motywy gitary, smyczków i fujary (?) w środku „The Fog” (kolejny highlight), schodząca linia wokalna w postchorusie „Never Be Mine”, kontrapunktowane na tysiąc sposobów irlandzkie melodyjki wraz z orgazmicznym ooh yes w tytułowym, często a miłośnie gryzące się współbrzmienia, trafione zmiany tonacji i dysonansowe wtrącenia, Eberhard Weber na kontrabasie, Mick Karn (wpisujcie miasta) na fretlessie, David Gilmour na WIEŚLE, Nigel Kennedy (!) na skrzypkach - zdecydowanie jest czego posłuchać.

Poza tym wszyscy wiemy, że nie istnieje skończenie idealna, albo nawet stanowczo najlepsza, płyta Kate Bush – choć od kilku lat próbuję takową wyekstrahować w postaci składanki – tylko same bardzo dobre („Red Shoes” excluded), co pozostaje przywilejem niewielu muzyków; więc nie podchodźcie jak do jeża, tylko przyjmijcie na klatę. Ta siódemka powyżej jest relatywna tylko do reszty dyskografii; absolutnie dajcie mi więcej takich albumów. (Michał Hoffmann)

Zdjęcie The Red Shoes

Spektrum gości, którzy odcisnęli piętno i przyczynili się do powstania „The Red Shoes” jakkolwiek imponujące (m.in. Prince, Jeff Beck), nie przełożyło się na jego nadzwyczajną jakość. Powodów obniżenia lotów należy upatrywać w okolicznościach, w których znalazła się Kate, a te delikatnie mówiąc nie sprzyjały. Zmarła jej mama, kończył się długoletni związek z Delem Palmerem, gitarzysta Alan Murphy przegrał walkę z AIDS. To im zadedykowała przejmujący „Moments Of Pleasure” z aranżacjami Michaela Kamena. Czasem trudna życiowa sytuacja muzyków pozytywnie wpływa na artystyczny wymiar ich twórczości, lecz „The Red Shoes” nie utrzymuje fantastycznego poziomu poprzednich płyt. Kate Bush stworzyła album dziwnie zróżnicowany zarówno pod względem kompozycji jak i (niestety) jakości: jeden z najbardziej radiowo-singlowych w jej dyskografii „Rubberband Girl”, celtycko zorientowany utwór tytułowy, erotyczna biblijna opowiastka „The Song Of Solomon” muszą niwelować ewidentnie chybione „Big Stripey Lie”, nijakie „You’re The One” czy wiecznie rozczarowującą kolaborację z Princem w „Why Should I Love You?” - spodziewając się noża w sercu, można czuć się zawiedzionym widząc jedynie drzazgę w palcu.

Kate Bush nie była zachwycona z całości „The Red Shoes”; pytana o powody rewitalizacji części utworów z „TRS” na tegorocznym „Director’s Cut” twierdziła, że pochodzi to z wewnętrznej potrzeby zmierzenia się raz jeszcze z tymi piosenkami – z poczucia, że nie brzmią one tak jak powinny, a drzemiący w nich potencjał jest większy od efektu uzyskanego w 1993 roku. Faktycznie w aranżacjach aerialowych uwypuklają się atuty niżej zaśpiewanego „Top Of The City”, czy masywnego „Lily” z nieplastikową perkusją. „The Red Shoes” nie jest obowiązkową pozycją w dyskografii artystki, ale można spokojnie spróbować i posiłkując się nazwą drugiego albumowego singla: eat the music. Z tą płytą związane są dwa wątki filmowe – tytuł został zaczerpnięty z filmu Michaela Powella i Emerica Pressburgera z 1948 roku (powstałego na podstawie baśni Hansa Christiana Andersena), a Kate wyreżyserowała przy okazji „The Line, The Cross & The Curve”, obraz w którym jednocześnie zagrała. I usunęła się w artystyczny niebyt na długie lata. (Sebastian Niemczyk)

Ocena: 8

Aerial

2005

Zdjęcie Aerial

Słoneczny, niedzielny poranek – chyba nie ma lepszego settingu, by po kilku latach pobłażliwych uprzejmości, kurtuazyjnego szacunku, wrócić do tego albumu na równych prawach i potraktować go tak, jak na to zasługuje. W momencie premiery „Aerial” zebrał pochlebne recenzje, ale reakcja młodych gniewnych była cokolwiek stonowana. Mateusz Jędras (2005 r.): Kate raczy rzadko eksplodować czy w sposób ogólnie wyrazisty porazić nabywcę „Aerial”, przeto wynik nie jest z miejsca oczywisty w przypadku dwupłytowego albumu. Sześć lat później niejaki Michał Hoffmann, który jak powszechnie wiadomo młody i gniewny nie jest, pisał w zgoła innym tonie: kiedy Kate rozwibrowuje samogłoski, to przysiągłbym że słyszę skrzypce. i tak, uważam „Aerial” za płytę niemal nieskazitelną i stawiam ją tuż za „The Dreaming” w swoim prywatnym rankingu. I ja przychylam się do tej opinii, oceniam ostatni kanoniczny album Kate Bush wyżej niżby wskazywały metryka (27 lat kariery w momencie wydania), osoby współpracowników (Michael Kamen, Gary Brooker) czy tematyka (synek, ptaszki). Więc co się przez ten czas zmieniło, bo przecież nie materiał wypełniający oba krążki?

„Aerial” składa się z sennych, klawiszowych teł uzupełnionych dyskretnymi orkiestracjami i z ciepłych i jednocześnie bogato ornamentowanych melodii. Kiedy ptysiowa songwriterka stopniowo rozwija tematy stylizowanego na renesansowe „Bertie” czy gabrielowskiego „Joanni”, to słychać, że te utwory były *komponowane*, że żaden przypadek ani zeitgeist nie legły u ich powstania. W tym sensie, są to piosenki niemal ponadczasowe, nie podlegające procesom starzenia; to raczej słuchacz musi do nich dorosnąć – i wcale nie dlatego, że „Aerial” jest albumem trudnym (wręcz przeciwnie, najlepiej słucha się go w upalny dzień, w łóżku). A przecież to tylko pierwszy krążek, ten przypadkowy, zbiór pioseneczek, bo właściwą część „Aerial” stanowi ptasi concept album zapisany na drugiej płycie (coś jakby opozycja „Hounds Of Love” / „The Ninth Wave”). Oczywiście w obu częściach kryją się pułapki: pierwszą można by uznać za zbiór hermetyczny i zbyt osobisty (czy kogoś poza autorką interesują jej muzyczne listy do synka?), a druga odstrasza cyników swoim poetyckim nastrojem (w preludium mały Bertie zapowiada: Mummy… Daddy… The day is full of birds. Sounds like they’re saying words i już wiadomo, że to „Ptasie radio” z gatunku raczej smętnych niż frymuśnych). Na sceptycyzm słuchacza Kate Bush odpowiada jednak bezwarunkowym – choć wcale nie jednoznacznym – optymizmem spełnionej matki, żony i gdzieś na końcu artystki. Nie wysila się, żeby zrobić na kimś wrażenie, nie wymyśla nowego języka muzycznej wypowiedzi, nie tworzy albumu tak ostentacyjnie wysmakowanego jak najbardziej znane w jej dorobku. Wyobrażam sobie, że zamiast tego bawi dziecko, słucha jak wiatr dmie w kominie i w kapciach dopisuje melodie do wynotowanych nad ranem tekstów. To, co w momencie premiery niektórym brzmiało nieszczególnie porywająco, stopniowo ujawniło swoją staying power, swoją szlachetną, cichą wartość. (Paweł Sajewicz)

Zdjęcie Director’s Cut

Tytuł może niezorientowanym myląco sugerować, że znane od lat opracowania utworów tutaj zamieszczonych są wynikiem jakiegoś kompromisu. Tak prawie na pewno nie jest. Kate Bush od pewnego momentu kariery decydowała absolutnie samodzielnie o brzmieniu swoich nagrań. Szczególnie dotyczy to już przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, więc z tą „wersją reżyserską” trochę odjechała. Znanym faktem jest natomiast, że okres „The Red Shoes” - a nagrania z tej płyty tutaj dominują – nie był najlepszym czasem w jej życiu. I to niestety odbiło się na jakości siódmego albumu wokalistki. Teraz, po kilkunastu latach, postanowiła ona wrócić do tych piosenek i nadać im doskonalszą formę. Raczej bez sukcesów... Czytaj dalej >>

Screenagers.pl (14 czerwca 2011)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Wybierz stronę: 1 2
Gość: owoc
[18 czerwca 2015]
Bardzo ciekawe analizy, otwierające głowę, konkretne (i za to props) acz trochę jednak okrutne - zwłaszcza jeśli przychodzi do opisu dla nowicjuszy... No jak można tak pisać "do wyrzucenia" - to jest jednak Kate Bush - te piosenki są tak pełne uroku.. Chociaż podejrzewam, że zamysł jest trochę taki żeby "odbrązowić" pewnie najpopularniejszy obok HoL debiut i zwrócić uwagę np. na Never For Ever czy Dreaming...

Zadam pewnie dość klasyczne pytanie - jak bardzo obiektywne są te oceny: "nadużycia akordów durowych", "nadmierne skoki po interwałach" itp.? Bo widziałem np. że Borys się jara:)
Gość: Pawel
[10 lipca 2011]
Kocham Kate Bush.
Jej muzyka towarzyszy mi od około 20 lat. Baardzo lubię płyty \\\"THE DREAMING\\\" i \\\"THE RED SHOES\\\".
\\\"TRS\\\" - to płyta bardzo trudna, klasyczna (struktura muzyczna, szkielety utworów) i wg. mnie - niesłusznie oceniona jedynie na 5. Ja daję
Pozdrawiam wszystkich fanów Kaśki!
Gość: fripper
[3 lipca 2011]
\"I najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że te pozy są tak zajebiście teatralne, nieszczere, efekciarskie\"

Na temat szczerości w muzyce się ostatnio dużo pisze i każdy ją sobie inaczej definiuje. Ale wkurza mnie takie oklepane myślenie, że jak coś teatralne to zaraz nieszczere. A niby czemu? Właśnie bardzo szczere. Jak dla mnie dzielenie przez artystę własną wyobraźnią ze słuchaczem jest niezmiernie szczerym, a wręcz intymnym procederem. Teatralność w przypadku Kate jest tak osobna, tak własna, a jednocześnie wynikająca z osobistych fascynacji, że ciężko jest wytaczać argumenty o rzekomej nieszczerości. A niby na jakiej podstawie?

Chyba, że ktoś uważa, że szczery może być tylko taki \"prawdziwek\" co nie ma zębów i niezbyt trzeźwo, ale \"szczerze\" stara się coś zaśpiewać. Tacy artyści jak najbardziej mogą być wybitni, ale tak wąskie rozumienie szczerości zaprowadziło już na manowce niejednego fana dajmy na to Sex Pistols, który nie dojrzał macek McLarena za plecami Sida Viciousa. Podobne rozczarowania notorycznie przeżywają powierzchowni fani Toma Waitsa, którzy myślą, że on naprawdę jest kloszardem z wypaloną krtanią. Kiedy nagle odkrywają, że to wszystko teatr - potwornie się obrażają, co mnie niezmiernie bawi.
Gość: kasia
[17 czerwca 2011]
krzysiek a co jest w tym interesujacego? w sensie co moze byc interesujacego w zmudnej, obowiazkowej, szkolnej analizie muzycznej? ludzie kochani przestancie sie osmieszac
Gość: błaszczyk nzlg
[17 czerwca 2011]
@PS
Ale też KTOŚ wprowadził mnie w błąd ";p"
Gość: komętarz
[17 czerwca 2011]
@krzysiek - to że kogoś nie obchodzą czysto teorytyczne aspekty kompozycji to znaczy, że nie interesuje się muzyką? cool, czas znaleźć nowe hobby zatem
Gość: krzysiek
[17 czerwca 2011]
Stawiałbym na "nie ma pod ręką płyty". Muzykologiczne wywody Afro również propsuję - mnie interesują takie rzeczy, a w przypadku Kate Bush są ze wszech miar uzasadnione. "Sąsiedztwo akordu durowego" to nie www.filharmonia.pl, "tercja mała" i "dysonans" też nie, myślałem, że ten portal czytają ludzie interesujący się muzyką. Ja jednak oceniłbym debiut wyżej. Po prawdzie, nie znam "równej" materiałowo płyty Kate, właściwie z każdej płyty (łącznie z "Hounds of Love") mógłbym wybrać tylko takie siedem kawałków. Z Kate już tak mam, albo Kate tak ma - "hit or miss", ale jak trafia, to mocno.
Gość: PS nzlg
[17 czerwca 2011]
ej, ziom, KTOŚ jednak zauważył ";p"
błaszczyk
[17 czerwca 2011]
No tak, jest i taka ewentualność.
Gość: kasia
[16 czerwca 2011]
po prostu nikt nie przeczytał Twojej recenzji
błaszczyk
[16 czerwca 2011]
To zabawne, że nikt nie zwrócił uwagi na błąd w moim tekście dot. dedykacji dla Gabriela. Ona pochodzi z "Never For Ever", a nie z "Hounds Of Love". Nikt nie czyta książeczek albo nikt nie ma pod ręką płyty. Tak czy tak niedobrze ";p"
Gość: xxx
[15 czerwca 2011]
zupelnie odwrotne oceny... No kazdy ma swoja opinie. I niedocenienie DC :) Ah, whatever.
Gość: iammacio
[15 czerwca 2011]
aż sobie odświeżę płyta po płycie. muzykologiczne wtręty Afro bardzo na miejscu - trzeba nieść oświaty kaganiec;p tym bardziej, że metoda jak dobrze podkreślił wciąż ta sama. czyli okoliczności przyrody - czy też x-factor - decydowały o lepszym albo gorszym \"wyniku\" kolejnych albumów (odsyłam to świetnego dokumentu nt. hounds of love, gdzie styl Kate został rozłożony na czynniki pierwsze - http://musicspot.pl/iammacio/412/Obejrzawszy_%5B1%5D/)
Gość: moh
[15 czerwca 2011]
no lol, jestem fanem recek afrodzeksa od przegladu madness i wszedzie gdzie on pisze (czy to tu czy glebogryzarka) to mi sie bardzo podoba takie podejscie bo w ten sposob widze jak mozna mowic o muzyce i jak wyglada ten jezyk dokladnie. propsuje wiec
Gość: kot
[15 czerwca 2011]
Gorzej z wtrąceniami rodem z podręczników do szkoły muzycznej II st. Serio, to nic nie wnosi. <- dokladnie. bubku nie chodzi o to ze absolutnie nikogo nie obchodzi "styl kompozytorski kate bush" tylko o to ze "sasiedztwo akordu durowego" to www.filharmonia.pl a nie portal dla nastolatkow
Gość: i znów
[14 czerwca 2011]
@mm: mogę zrozumieć w pełni czytelnika, który takimi analizami zainteresowany nie jest (choć wczuć się nie mogę, bo mnie akurat takowe interesują). ale trudno mi się zgodzić, że próba spojrzenia na dorobek artysty od strony analizy stylu kompozytorskiego jest totalnie zbędna. inna sprawa, że moja pozostaje totalnie amatorska i znam masę ludzi, którzy przeprowadziliby lepszą. ale jakoś nikt się nie kwapi, może w obawie przed oskarżeniem o "wtrącenia rodem z podręcznika do szkoły muzycznej" :)
Gość: ignorant
[14 czerwca 2011]
wydaje mi sie ze oceny dwoch pierwszych albumow sa za male..
Gość: Cez
[14 czerwca 2011]
Trafiliscie z tymi ocenami płyt Kate Bush idealnie w moje gusta :-)
Gość: mm
[14 czerwca 2011]
Nic nie wnosi dla typowego czytelnika Screenagers, który nie zetknął się z twórczością Kate Bush wcześniej. Szczerze, czy rozprawianie o tercji małej w melodii sprawi, że zainteresuje się jej dokonaniami?
No chyba, że cel tego tekstu był inny, to przepraszam serdecznie.
Gość: znów ja
[14 czerwca 2011]
to szkoda, że moja rozpaczliwa próba zdefiniowania charakterystycznych dla kompozycji Kate Bush elementów nic nie wnosi. bardzo się starałem :|
Gość: mm
[14 czerwca 2011]
Akurat część "recenzencka" i ocena debiutu nie powinny podlegać dyskusji.
Gorzej z wtrąceniami rodem z podręczników do szkoły muzycznej II st. Serio, to nic nie wnosi.
Gość: mądraliński głupiutki bubek
[14 czerwca 2011]
wiedziałem, że zbiorę za recenz debiutu :)
poza moimi - ŚWIETNE opisy i oceny, gratuluję.
Gość: ablativus
[14 czerwca 2011]
Redakcjo, te przeglądy bardzo dają radę.
Gość: warna
[14 czerwca 2011]
Jeśli coś dla mnie jest dziesiątkowe w jej dyskografii, to właśnie debiut. Wieczorem przeczytam uzasadnienia.
Gość: znam się
[14 czerwca 2011]
te bezsensowne dalekie skoki interwałowe, Ż-E-N-A-D-A. dla mnie 0/10 do widzenia.
Wybierz stronę: 1 2

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także