Jamiroquai

Zdjęcie Jamiroquai

Na początku lat dziewięćdziesiątych na stanowisko wokalisty do grupy Brand New Heavies zgłasza się koleżka w śmiesznej czapce i adidasach. Nie zostaje przyjęty, za co BNH mogą sobie dziś pluć w brodę. Dlaczego? Bo o nich samych, mimo kilku przebojów, mało kto dziś pamięta, a zespół założony przez wspomnianego zioma szybko dorobił się miana rewelacyjnych odnowicieli funku, łącząc staroszkolne patenty z ówczesnymi okołoklubowymi nowinkami. Drogi indie-czytelniku, doceń dziś kawałek niezłego mainstreamu!

Zdjęcie Emergency On Planet Earth

Pojawienie się w branży marki Jamiroquai dziś wzbudziłoby moją daleko posuniętą rezerwę. Wokalista raczej improwizujący niż komponujący swoje partie, niegardzący klangiem i oktawkami i ogólnie gęstym graniem basista, przyklejony do Rhodesa Suitcase i Mooga klawiszowiec konserwa, do tego odwołania do jakiejś indiańsko–aborygeńskiej mitologii, ubieranie się w kolorowe koce i uporczywe, podyktowane ideą, eksponowanie najbiedniejszego instrumentu świata (digeridoo). Ale wtedy...

Ale wtedy, na długo przed epoką jamów w piątkach (sorry, dowcip wewnętrzny), w 1993 roku, POPULARNE JAMIRO stało się sensacją. Nawet w kręgach ludzi zrzeszonych wokół wytwórni Acid Jazz, w sumie przyzwyczajonych do soulowo-funkowo-jazzowo-latynosko-dyskotekowych kwestii, więc szkoda gadać o mediach mainstreamowych, kładących naszych bohaterów do szuflady „nowe dźwięki” gdzieś między Spin Doctors a Stone Temple Pilots (autentyk). Pamiętajmy, że to czasy grania gitarowego, a w Jamiroquai gitarzysta – przynajmniej wówczas – pełnił rolę bardziej wieszaka na kolorowy koc niż poważnie traktowanego instrumentalisty. A z drugiej strony – grunt był przygotowany. Proto-acidjazzowe próby Soul II Soul czy Neneh Cherry wszyscy już znali, hiphopowcy od dawna samplowali Jamesa Browna i Stevie Wondera, a house – wywodzący się w prostej linii z disco – właśnie na dobre opuścił piwnice gejowskich klubów i zawojował globalny parkiet. Świat wołał głośno o objawienie, o zwiastun, o revival ciut zapomnianego, klasycznie czarnego, pulsującego grania sprzed lat dwudziestu, tylko być może jeszcze o tym nie wiedział. Wiedział nie wiedział – dostał, między innymi w postaci Jamiroquai.

„Emergency” jest płytą zawierającą wszystkie elementy stylu tego zespołu. Dyskotekowe four to the floor – na przykład tytułowy. Ciepłe, uproszczone fusion – choćby „Music Of The Mind". Gęsto akcentowany, korzenny funk – weźmy „Hooked Up”. Steelydanowa piosenkowość – powiedzmy „If I Like It I Do It”. Natarczywe półsyntetyczne riffy basu a la Clinton – proszę, „Revolution 1993”. Motownowsko–filadelfijskie rozbudowanie aranży – „When You Gonna Learn” i nie tylko. Dużo instrumentów, dużo akordów i dużo dźwięków w akordach, dużo groove’ów, dużo emocji, dużo temperatury, dużo stosunków seksualnych i dużo narkotyków. W całkiem zajebistym wydaniu zresztą. Jest to jednak album pod jednym względem odmienny od kolejnych.

Mianowicie. Znamy Jamiroquai jako zespół mający za podstawy stylu masywność i punktualność. Pewne niechlujstwo, pewne rozpieprzenie rygoru, lekkość i zwis, zdaje się Jasonowi Kay i kolegom obce. No ale właśnie nie na debiucie. Powodów jest kilka.

Pierwszy – BRAZYLIANA, czyli duże jak na ten zespół stężenie perkusjonaliów, skutecznie rozluźniające rytmy. Drugi – sam Kay, jak ognia unikający osadzenia w ramach form, śpiewający tu wyłącznie krótkimi urywanymi frazami i małymi interwałami. Trzeci – producent, a może i niezdecydowanie debiutującego zespołu, a może i brak czasu studyjnego lub niedostatki samego studia, „w każdym razie na razie” żaden instrument nie wdusza w ziemię hiperpełnopasmowym, gigantycznym brzmieniem, co od drugiej płyty zmieni się drastycznie i ciągle udoskonalane stanie się wręcz znakiem firmowym Jamiro („Radio” ze składaka „High Times” to chyba najlepiej brzmiący utwór w historii żywej, granej muzyki). Czwarty i najważniejszy – osoba perkusisty.

Potocznie: bębniarz w zespole równa się przedmiot jajec. Ale obserwując, jak znacząco wpłynęło na muzykę Jamiroquai wypieprzenie po „Emergency” Nicka Van Geldera, a zaangażowanie Derricka McKenzie, trudno już rozważać ilu perkusistów potrzeba żeby zmienić żarówkę. Czyli jednak: bębniarz w zespole to pół zespołu. Van Gelder ciągnie się bowiem „na świadka” przez całe 10 numerów za basistą, spóźnia uderzenia (regularnie, ale spóźnia – taki ma po prostu styl), nie bije zza ucha, lecz czule głaszcze swe ukochane bębenki, no i same bębenki też nie są zbyt pokaźne. Pozostaje w tle, niepewny białasek co to w szkole miał przesrane, zaś muskularny czarnuch McKenzie za chwilę da radę ze składem. Spuszczą nam razem straszliwy wpierdol. (Michał Hoffmann)

Zdjęcie The Return Of The Space Cowboy

Otwarcie albumu niniejszego trwa dziewięć minut i jest trzyczęściowym funkowo-jazzowym jamem ze śladowym ledwo udziałem ustalonej melodii. Wyobrażając to sobie, uświadczymy sprośnego widoku zwiotczałej pudendy. Słuchając, trudno się nie ZESRAĆ. To tylko kwestia umiejętności docenienia dobrego smaku. I uświadomienia sobie, że jest to zaledwie pierwszy z jedenastu kolorów, jakimi mieni się ten album – moim skromnym zdaniem szczytowe osiągnięcie Jamiroquai.

Zanalizujmy więc poszczególne składniki spektrum indeks po indeksie.

„Just Another Story” – jak już napisałem, pół-improwizacja, lecz niewiarygodnie skoncentrowana, z naprzemiennie stosowanymi riffami i pochodami akordów – są i moje ukochane sekundowe przesunięcia – jako podstawą. „Stillness In Time” – lotny, prosto dzielony, lecz gęsto inkrustowany przez clavinet i gitarę latin funk, nieco prostszy harmonicznie, porywająco przebojowy (onomatopeiczna koda!). „Half The Man” – pierwsza z ballad, poprowadzona przez pływający rhodes i piszczący moog, barokowo-brazylijska w kompozycji, soulowa w ekspresji, mięciutka w dotyku. „Light Years” – kwartowo-unisonowa współpraca fortepianu i basu plus agresywnie pokrzykujący Kay (Last Poets, nie?), prawie hardrock rozumiany funkadelicowo („Maggot Brain”, nie?), ale w refrenie pojawia się płynniejsze granie z hojnymi dęciakami (Earth, Wind & Fire, nie?). Pierwszą stronę winyla zamyka kompozycja „Manifest Destiny”, cudownie wykorzystująca następstwa akordów, dopełniane przez sekcję blach, genialnie zrelaksowaną linię bezprogowego basu i ciągłe alteracje wokalne – nie tylko względem układu dźwięków, ale też barwy, porównajcie pod tym kątem pierwszy z drugim refrenem. Donald był to czy Quincy?

Sami widzicie – już w tej chwili instant klasyk, a to dopiero PÓŁ PERFEKCYJNEJ PŁYTY. Te pięć utworów trwało ponad trzydzieści jebanych minut! Odczuł ktoś? No to fajnie, bo czeka nas jeszcze drugie ponad trzydzieści.

Drugą stronę otwiera dziko pulsujący, posiekany a la James Brown „The Kids", Zender gra jak Collins, McKenzie jak Stubblefield, czysta agogiczna adrenalina. Przechodzimy do disco, z tym że w dwóch skrajnie różnych odcieniach. „Mr. Moon” to narkotyki, dziwne współbrzmienia (drugi i trzeci akord w zwrotce – ???), chmura dymu, pogłosowa psychodelia. „Scam” to z kolei ordynarne ruchy frykcyjne, typowo seventiesowe smyczki, fuzzwah gitary i naprzemienne slap-pop basu. Zrobiło się gorąco, więc instrumentalny „Journey To Arnhemland” uspokaja nas relatywnie pustą aranżacją, miarową ASCENSJĄ basu i cholernym szamańskim digeridoo (w tym momencie trzeźwiejemy i pytamy „co to kurwa jest?”, tego nam było trzeba). Dobra. Druga ballada w zestawie, „Morning Glory”, jest znacznie bardziej kosmiczna, uwznioślona niż pierwsza. To niemal trip-hop, z uporczywie powtarzaną, jakby samplowaną, staccatową linią pseudosmyczków, poza tym nic, tylko puste w środku, górno-dolne brzmienia (ale ile ich tu jest!) i „powietrzny”, bliski wokal, doprowadzający do orgazmu na wysokości refrenu. Wreszcie – prawie tytułowy, sztandarowy numer. Kwintesencja stylu Jamiro. O ile cała poprzedzająca go dziesiątka nosi mniej lub bardziej ewidentne ślady inspiracji z zewnątrz, o tyle w „Space Cowboy” każdy z grajacych jest sobą.

Obiecany wpierdol został po jedenastokroć spuszczony. Sturęczny potwór Derrick McKenzie, a imię jego znaczy opoka, gra tak doskonale wytyczając akcenty, że jego kolega z sekcji – legendarny już wszakże Stuart Zender – ma nareszcie możliwość zdecydować, czy chce wykonać rajd przez pół boiska („Stillness In Time”, „Just Another Story”), czy wymieniać krótkie zagrania w drugiej linii („Scam”, „Mr. Moon”, „Light Years”) czy dogrywać przez pół boiska precyzyjnie pod nogi napastnika („Manifest Destiny”). Ma pewność, że za nim stoi mur, więc każde z zagrań wychodzi świetnie.

I nie ma znaczenia, że w closerze basista to akurat anonimowy sesyjny, bo doskonale podrabia styl i jest bardziej Zenderem niż on sam kiedykolwiek był. (Michał Hoffmann)

Zdjęcie Travelling Without Moving

„Słuchajcie, opowiadałem wam już historyjkę o tym, jak...”

„Nie, tylko nie ta twoja jebana historyjka!”

(W sumie powtórzę wstęp z opisu debiutu, ale z perspektywy osobistej, doceńcie zatem moje wtórne wynurzenia mimo wszystko.)

Jest rok 1996, od kilku lat usiłuję grać muzykę w kilku zespołach , nie wychodzi nam to rewelacyjnie. Nasze horyzonty przestała już wyznaczać Metallica na spółę z Pearl Jam, ale stosunkowo niedawno. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze w cholerę zostało rzeczy do odkrycia (w zasadzie to nadal zdaję sobie z tego sprawę), ale nie wiem od czego zacząć szukać, nawet w zarysach. W tak żałosnym stanie umysłu, acz z wielkimi pokładami entuzjazmu, wchodzę wczesnym popołudniem do nieistniejącego już sklepu Planet Music, by jak co kilka dni jałowo przejrzeć zawartość półek i posłuchać nowości wystawionych na specjalnych standach ze słuchawkami. Nowością tego dnia jest między innymi „Travelling Without Moving”.

Kiedy kilka godzin później sklep zostaje zamknięty, wychodzę z niego ostatni. Z płytą. Właściwie dwiema. I niech ten szczegół zaświadczy, jak usilnie szukałem i jak mocno kompas był namagnesowany: drugą z nich była „Counterparts” Rush (swoją drogą zacna).

Wracając do. To był szok totalny: że można tak grać, tak śpiewać, tak komponować, tak brzmieć, tak bezwstydnie WYPIERDALAĆ. Nic nie mogło być bardziej cool niż Jamiroquai w środowisku nastoletnich polskich wannabe-grajków, dla których kurtki parki i martensy właśnie zrobiły się za ciasne. Nie umiem słuchać tej płyty, przyjmując inną optykę, i w związku z tym nie umiem, nawet dziś, ocenić jej niżej. Jednocześnie – i właśnie dlatego to TEN album do nas dotarł (w sensie dosłownym i przenośnym), choć nie mieliśmy o tym wtedy pojęcia – była to pierwsza próba wypłynięcia na szersze wody popularności w wykonaniu tego zespołu. Przez to nie umiem, zwłaszcza dziś, ocenić jej wyżej.

Już tłumaczę. Teoretycznie powtórzono tu patent z „Return” – każda kolejna ścieżka ma inne zabarwienie, przy zachowaniu skrajnej dyscypliny jakości gry i najwyższej jakości realizacji dźwięku. Mało, po raz pierwszy chłopcy poszerzają się aż tak; sięgają po reggae („Drifting Along”, zabieg nieudany) i drum’n’bass („Do You Know”, zabieg udany). Co więc jednocześnie tworzy klasę niniejszego albumu i zapobiega uznaniu go wybitnym? Doskonałe rzemiosło. Ale nie, że używam powyższego zużytego określenia tak sobie. To jest absolutnie doskonałe rzemiosło, wyznaczające wszelkie standardy w swoim zakresie. Nie ma tu ani jednego fałszywego kroku. Nie ma też, niestety, wyjścia poza ramki, tej odrobiny szaleństwa, bo trudno za szaleństwo uznać przegówniany, całkowicie wyimprowizowany track bonusowy, który litościwie uznaję za track bonusowy. Radykalna dziwność harmoniczna jest tu w odwrocie. Na pierwszych dwóch albumach, i tylko okazjonalnie później, Jamiro popisywali się umiejętnością rzadką, a mianowicie wykorzystywaniem dość pojebanych akordów i współbrzmień w sposób gładki, miły, piosenkowy, popowy. Pozostaje to przywilejem niewielu zespołów, w większości całkiem niezłych (żart – mam na myśli najlepsze zespoły wszechczasów). Zwyczajnie szkoda, że właśnie tu zaznacza się porzucenie owego przywileju na rzecz bardziej kompletnej przystępności, bo gdyby stało się inaczej, to omawiałbym właśnie dzieło jedenastkowe.

No cóż, stało się. Szanuj to co masz – nauczał zespół Paraphrenia. Trzyosobowa sekcja rytmiczna (oddajmy hołd i wymieńmy wreszcie osobę przeszkadzajkarza, bo nie wypadł on nikomu spod ogona) nadal inspiruje zgraniem i drive’em, pianista nadal popisuje się gustem skończonym jeśli chodzi o to jakie dźwięki zagrać i jakim soundem, gitarzysta pomysłowo uzupełnia aranżacje mieszcząc się w skrawkach wolnego miejsca, gość od digeridoo nadal wkurwia, a JK nadal śpiewa ciągle to samo, ale w trudno uchwytny sposób samomodyfikuje się i sublimuje, tak że – podobnie jak w przypadku Bjork, choć to przykład bardziej dyskusyjny – jego „ciągle to samo” nigdy nie nudzi. Chyba wreszcie wziął sobie do serca porównania do znanego singer-songwritera Steviego Wondera i zapisał nawet kilka prymek przed nagraniem. Ale nie zakładałbym się. (Michał Hoffmann)

Zdjęcie Synkronized

Wtem! W świetnie funkcjonującej machinie coś zaczyna szwankować. Z powodu różnych nieporozumień z grupy odchodzi basista Stuart Zender. Ze wszystkich zmian personalnych ta jest chyba najboleśniejsza, zwłaszcza dla Jay Kaya. Do tego stopnia, że poświęca byłemu koledze tekst zamykającego nowy album „King For A Day”, jednego z najbardziej dramatycznych utworów w repertuarze zespołu, pozbawionym, co charakterystyczne i nieprzypadkowe, jakiejkolwiek linii basu. Jedynie perkusja, arpeggia fortepianu i pompatycznie rozszalałe smyki tworzą duszny klimat jednej z najładniejszych piosenek Jamiroquai.

Razem ze zniknięciem Stuarta wymięka również Michał i oto pojawiam się na scenie ja w roli wypełniacza dyskografii, co oczywiście nie wróży dobrze Wam, drodzy czytelnicy i słuchacze.

W chwili odejścia Zendera płyta była już prawie ukończona. Ale żeby nie dać Brutusowi wbijającemu nóż w plecy satysfakcji umieszczenia jego nazwiska na liście płac, Jason zdecydował o ponownym nagraniu całości i drobnej korekcie stylistycznej. Możemy tylko zgadywać jak brzmiałby ten materiał, gdyby został wydany w pierwotnej postaci. Ponoć sporo było tam akcentów latynoskich, co potwierdza jedynie krótki fragment w środku „Planet Home”. Zamiast skrętu w kierunku fusion, mamy – m. in. dzięki partiom basu z minimooga Toby’ego Smitha – nieśmiały flirt z cieszącą się wtedy ostatnimi chwilami mainstreamowej chwały elektroniczną muzyką taneczną. No i coraz silniej widoczną fascynację lidera gorączką sobotniej nocy, zwłaszcza w otwierającym „Synkronized” disco-killerze „Canned Heat”. John Travolta na pewno szeroko uśmiechnąłby się także przy „Soul Education”. Sekcja smyczkowa staje się obowiązkowym elementem aranżacji piosenek, będąc odpowiedzialną za sporą część uroku pościelowego „Butterfly”. Nawet w słabszych momentach, jak sięgające do wczesnych etapów P-funku „Black Capricorn Day” i do bólu typowe, będące świadectwem wyczerpywania się formuły pierwszych albumów „Where Do We Go From Here?”, czy też kontrowersyjnych jak transowe „Supersonic” (gdzie po raz ostatni słyszymy didgeridoo Wallisa Buchanana), muzyka chłopaków nie traci nic ze swojej zaraźliwej energii, nawet jeśli wyczuwalny jest brak Zendera i jego groove’ów. Choć dla wielu album ten jest bladą, mniej przebojową kopią „Travelling Without Moving” to coraz ciężej będzie w późniejszych nagraniach Jamiro odnaleźć czar i lekkość melodii „Falling” oraz retro-futurystyczny sznyt „Destitute Illusions”.

Nie czarujmy się. „Synkronized” to kolejny krok w przemianie w zespół kontrolujący jednym okiem licznik sprzedaży płyt i stawiający na doraźny efekt („Deeper Underground” z filmu o Godzilli, tutaj załączonym jako bonus) niż ponadczasowość. Zespół coraz bardziej singlowy niż albumowy, co trąci ździebko paradoksem, ponieważ jakość tych singli już raczej nie będzie zagrażać „Too Young To Die”, Stillness In Time” czy „Canned Heat”, o „Cosmic Girl” nie wspominając. Co nie znaczy, że będzie zupełnie fatalnie. (Paweł Gajda)

Zdjęcie A Funk Odyssey

W czasie gdy Daft Punk podbijali kluby i listy przebojów własną wersją house’u, podrasowaną na potrzeby nowego wieku, Jay Kay postanowił wymyślić Jamiroquai na nowo i nagrać swoje „Discovery”. Ze skutkiem dużo mniej efektownym niż w przypadku Francuzów. Nie pozostało właściwie nic z dawnego brzmienia zespołu. Zapomnijcie o acid jazzowych inklinacjach, George’u Clintonie, aborygenach, didgeridoo i swobodzie wykonawczej. „A Funk Odyssey” to czysty disco-funk nowej ery. Co samo w sobie nie byłoby niczym złym. Właściwie to powinna być bardzo „moja” płyta. Jednak na nic się zdała nowoczesna produkcja, sucho brzmiące bębny uderzające równo niczym automat, syntezatory i elektroniczne filtry, przez które przepuszczono wszystko, włącznie z dęciakami i basem Nicka Fyffe’a, skoro JK przehandlował niestety kompozycyjne i aranżacyjne wyrafinowanie pierwszych płyt za niewyszukane piosenki zdające się jedynie na oddziaływanie jakie miały zapewniać namolne, niemal skandowane, stadionowe refreny. A i to udało się tylko połowicznie.

Owszem, singlowe „Love Foolosophy” to jedna z najbardziej przebojowych i po prostu fajnych piosenek Jamiro, popowe cacko z zapadającym natychmiast w pamięć hakiem i nietypowym wykorzystaniem smyków w refrenie. Rozpoczynający płytę „Feels So Good” pieści uszy zmysłowymi zaśpiewami (również damskimi), kosmicznymi syntetykami i wokoderami. Mamy też kilka przyzwoitych piosenek, jak „You Give Me Something” czy „Little L”, które jednak nie wnoszą wiele nowego do naszej wiedzy o Jasonowej fiksacji na punkcie starego disco. Tam gdzie nie wystarczyło songwriterskiej pomysłowości, pozostało ratowanie się nieprawdopodobną ekspresją („Main Vein”) i wręcz rockową agresją („Stop Don’t Panic”, „Twenty Zero One”), która w połączeniu z syntetycznymi brzmieniami zapala nam lampki z nazwami typu The Chemical Brothers. Mniej lub bardziej pozytywne wrażenia psują jednak przynudzające akustyczne fragmenty albumu, w rodzaju banalnego zamykacza „Picture Of My Life”, orientalizującego „Corner Of The Earth”, a przede wszystkim koszmarnego hymnu „Black Crow”. Być może pasowały one do jakiejś bliżej nie zdefiniowanej koncepcji, ale na w dużej mierze elektronicznym albumie robią wrażenie wyjętych spod kości ogonowej.

Są tacy, którzy twierdzą, że to lepsza płyta od „Synkronized”, ale głównym ich argumentem zwykle jest sam fakt odważnego kroku w nieznane. Fajno, tylko jak popatrzę sobie na tracklisty obu i dokonam szybkiego rachunku „winien i ma”, to chyba jednak minimalnie wygrywa poprzednik. Ale zważcie to sobie sami. (Paweł Gajda)

Ocena: 7

Dynamite

2005

Zdjęcie Dynamite

Istnieje spore ryzyko związane z nadawaniem płytom tytułów w rodzaju „Violator” czy „Dynamite”. Łatwo narazić się na szyderstwa jeśli materiał na krążku nie spełni obietnic niesionych przez buńczuczny szyld. A jednak JK i jego świta, znów odchudzona o ważnego do tej pory członka – Toby’ego Smitha, dali radę tym razem spiąć pośladki i napisać kilka naprawdę świetnych kawałków. Wzrasta stężenie akordów na minutę, a melodie znów jakby szlachetnieją. I to właśnie piosenkopisarstwo jest główną siłą napędową „Dynamite”, ponieważ pod względem brzmienia nie odnotowuję tu jakiegokolwiek progresu, a wręcz przeciwnie. Mówiąc krótko: wielbiciele dawnego Jamiro powinni zastrzyc w tym momencie uszami.

Zacznijmy jednak od tego, że panowie nie uznali eksperymentu z 2001 roku za kompletnie nieudany i postanowili tylko naprawić to, co wcześniej schrzanili. Disco „(Don’t) Give Hate A Chance”, z kapitalnym dwugłosem Jay Kaya i żeńskiego chórku w drugiej poło_wie, zjada na śniadanie całe „A Funk Odyssey” i nawet mu się nie odbeknie. „Electric Mistress” również spokojnie mogłoby wygryźć z poprzedniego albumu choćby takie „Main Vein”. Z kolei tytułowy wałek, „Talullah” oraz „Starchild” to już niespodziewany powrót starego, dobrego Jamiroquai z czasów, powiedzmy, „Travelling Without Moving”. Słyszymy nawet próby jakichś jazzujących solówek, a perkusja znów brzmi bardziej naturalnie. Wzruszająca, fortepianowo-smykowa ballada „World That He Wants” przez sporą dawkę dramatyzmu w głosie Jasona, jako jedyna w całym repertuarze grupy uzasadnia ciągnące się za nią od początku, a niezrozumiałe dla mnie, porównania z twórczością Stevie’ego Wondera. Jednak prawdziwą perłą jest tu singiel „Seven Days In Sunny June”, emanujący letnim ciepłem, lekkością i pogodnym nastrojem, jakiego dawno (nigdy?) w ich piosenkach nie było. Podobny klimat udziela się ciut cięższemu, opartemu na basie z syntezatora „Loveblind”, które w pewnym momencie żartobliwie przechodzi w gastronomiczny jazz w metrum 3/4.

Ta mnogość pomysłów i smaczków wtopionych w nagrania sprawia, że można wybaczyć chłopakom nawet rockową toporność (Jamiroquai does Lenny Kravitz) otwierającego „Feels Just Like It Should”. „Dynamite” mogłoby stanowić idealne zamknięcie dyskografii, zawierając prawie wszystko co najfajniejsze w dorobku grupy, co może znów szkodzi odrobinę spójności, ale nie aż tak bardzo, jak poprzednio. W końcu żaden z ich albumów nie był przesadnie jednorodny. Okazało się jednak, że wraz ze składanką „High Times”, „Dynamite” to jedynie zamknięcie współpracy z firmą Sony. Bo Jay Kay, pomimo plotek o wypaleniu, zamierza grać dla nas dalej. (Paweł Gajda)

Paweł Gajda, Michał Hoffmann (15 listopada 2010)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: fifek
[9 czerwca 2015]
Fajne te przeglądy dyskografii, tylko... za długie i najeżone tyloma osobistymi wynurzeniami, że z przeglądu robi subiektywny pamiętnik przesłuchiwania płyt. Powinno być krócej, konkretniej i w temacie.
Ale dobry pomysł, chociaż polskim SputnikMusic nie będziecie.
Gość: m
[20 listopada 2010]
no, najbardziej daly rade jamiroquai, steely dan i branca. widzialbym wiecej takich rzeczy na screenie
Gość: gawroński
[20 listopada 2010]
Przegląd Jamirouai miał dla mnie ogromną wartość informacyjną przyznam ignorancko, a Tortoise i Autechre mimo wszystko to miętolenie muzyki która była już bardzo często i gęsto wymiętolona
Gość: gawroński
[20 listopada 2010]
przegląd Jamiroquai > przegląd Tortoise i Autechre
Gość: @@@DeadRiot
[20 listopada 2010]
Bayer Full też nagrał ważne w swoim gatunku albumy. I ładnie nam się przedstawiłeś na końcu swojej wypowiedzi.
Gość: @@DeadRiot
[19 listopada 2010]
nie, to slabe zespoly ktore nie nagraly waznego w swoim gatunku albumu :) pacan...
Gość: @DeadRiot
[19 listopada 2010]
ha ha ha Tortoise i Autechre to giganci?
marta s
[19 listopada 2010]
to poniżej O.o
Gość: DeadRiot
[19 listopada 2010]
Doprawdy nie rozumiem poświęcenia przeglądu zespołowi Jamiroquai. Miłe brzdąkanie, ot co. Sądziłem, że ta "rubryka" będzie poświęcana krytycznej analizie dorobku gigantów, a tu obok Tortoise, Talk Talk czy Autechre (słusznie) jakiś sympatyczny, acz mało znaczący Jamiroquai...
Gość: Marcin Nowicki
[16 listopada 2010]
A co do wstępu o Brand New Heavies - od kiedy przyjęli przepyszną N'Deę Davenport nie musieli patrzeć za siebie. Uważam.

http://www.youtube.com/watch?v=XMO84Twq9Ow
Gość: ablativus
[15 listopada 2010]
gościnnny afro miło, ale co z glebogryzarką?
Gość: Marcin Nowicki
[15 listopada 2010]
Ja od strony telewizji-

Jak dla mnie to był ogólnie rok 1993 i rewelacyjny teledysk do "Too Young To Die" w MTV. Pierwsze zetknięcie. Przez jakiś czas na (strzelam?) rotacji B śmigał także czarno biały klip do "Blow Your Mind", w którym jedną z głównych ról grał właśnie niezwykle punktualny bas. Nadawał samemu obrazkowi jakiegoś charakteru. Motyw basisty wygrywającego swoje + te wielkie głośniki. Miało się wrażenie, że bas jest w tym niezwykle istotny, kluczowy nawet. Szybko ten klip do lamusa odszedł niestety, nie wiem czemu. Jeden z setek, których teraz tylko w jakimś VH1 Classic można szukać. W internecie to nie to samo.
Gość: Marcin Nowicki
[15 listopada 2010]
Super.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także