Primal Scream, Babyshambles

Londyn, Sheperds Bush Empire - 19 sierpnia 2004

Zdjęcie Primal Scream, Babyshambles - Londyn, Sheperds Bush Empire

Primal Scream? Niezła torpeda, stary! - powiedział mi tuż przed wyjściem na koncert jeden z przebywających za granicą Screenagersów. Co tu dużo mówić, na to właśnie liczyłem kupując nie najtańsze przecież bilety. I choć ostatnia płyta formacji nie wniosła zbyt wiele nowego do ich muzycznego wizerunku, bazując głównie na kierunkach wytyczonych na „XTRMTNR”, Primal Scream już od dawna był u mnie na liście „A must see!”. Wszystko przez „Screamadelicę”, dzięki której jedne z moich wakacji nabrały nowego wymiaru. Dziękując potędze internetowej komunikacji, czym prędzej pożegnałem się ze znajomym i pobiegłem w kierunku metra. Nie mogłem się dziś spóźnić, nie tym razem.

Support do końca utrzymywany był w głębokiej tajemnicy. Kiedy więc zobaczyłem powszechnie znajomą gębę, poczułem się niczym wybraniec. W końcu dwa ostatnie koncerty Babyshambles nie odbyły się z uwagi na to, że ich lider postanowił w ostatniej chwili je odwołać. Co gorsza, dwukrotnie stawił się w obiekcie, by po chwili go opuścić, zostawiając tym samym na lodzie tych, którzy mieli szczęście dostać na imprezę bilety. Pete Doherty, popaprany ex-lider The Libertines i jego trupa wesołych narkomanów okazali się być zespołem supportującym Primali. Po pierwszych trzech kompozycjach pomyślałem, że nazwa grupy jest szalenie adekwatna do poziomu występu. Nieobecny Pete przechadzał się po scenie, podczas gdy reszta zespołu wykonywała kompozycje w najlepszym razie na poziomie b-sideów Pulp. Olewczy stosunek do publiczności (największy poziom koncentracji lider grupy osiągnął próbując zarzucić melonik na mikrofon), zarezultował pojedynczymi gwizdami ze strony widowni, co zostało skwitowane dość łatwym w tym wypadku do przewidzenia Fuck you!. Na szczęście gdzieś od czwartego utworu zrobiło się dobrze, a czasami nawet i jeszcze lepiej. Utwory stały się melodyjne, bardziej chwytliwe i żywiołowe, a głos Pete’a automatycznie przypomniał wszystkim o jego poprzednim zespole. Wydawało się nawet, że za chwilę na scenę wyjdzie Carl Barrat i panowie razem wykonają „Time For Heroes”. I kiedy już odkupili winy za nieudany początek występu, Pete postanowił zejść ze sceny, co sądząc po minie gitarzysty, nie było do końca zaplanowane. Babyshambles nie wytrzymali nawet pół godziny. Ciekawe jak wyglądały koncerty The Libertines...

Primal Scream na żywo to walec drogowy. Ten, kto oczekiwał po ich występie psychodelicznych, tudzież elektronicznych pejzaży musiał się rozczarować. Poziom przesteru dwóch pierwszych, punkowych kompozycji, skutecznie uniemożliwił ich koncertową percepcję. Kiedy podobny patent został powtórzony jeszcze kilka razy, po początkowym zachwycie, zadałem sobie pytanie: po co?. Nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że na tym opiera się cały bajer, ale trzech gitarzystów skutecznie zagłuszyło narastające intro „Kill All Hippies”, a takiego „Acceleratora” czy „Miss Lucifer” rozpoznałem dopiero w połowie. Choć gitarowo-punkowe elementy przypominać mogły ich self-titled album z 1989, to repertuar dwóch ostatnich płyt zdecydowanie dominował w Sheperds Bush. Bez wątpienia rzeczą rekompensującą mi soniczną jednostajność walca drogowego był Bobby Gillespie. W przeciwieństwie do swoich podtatusiałych kolegów, Bobby szalał po scenie, co przy młodzieńczej wadze 65 kilogramów nie sprawiało mu większych problemów. W trosce o własne bezpieczeństwo ewakuowałem się na tyły, by stamtąd podziwiać tę swoistą mieszankę blasku (stroboskopu nam nie szczędzili) i zgiełku. I tak naprawdę dopiero bis spowodował, że nie żałowałem już 20 funtów wydanych na bilet. Ostatni utwór reaktywował tego wieczoru ducha madchesteru. „Movin’ On Up” wykonany został w rozświetlonej, imitującym słońce, żółtym światłem, sali. Spojrzałem na balkon. Wszyscy trzydziesto i czterdziestolatkowie wstali z krzesełek, by wspólnie z zespołem odśpiewać hymn swojej młodości. Sądząc po ich minach, byli wniebowzięci.

Zobaczyć klasyczny zespół wykonujący swój klasyczny hit. To wspomnienie na resztę życia, wierzcie mi.

Tomasz Tomporowski (17 września 2004)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także