Barry Guy New Orchestra

Kraków, Alchemia/Manggha - 16-20 listopada 2010

Zdjęcie Barry Guy New Orchestra - Kraków, Alchemia/Manggha

Miałem pewną wizję tej relacji, ale musiałem ją zmienić. Krakowski klimat, podkręcony spotkaniami w Alchemii, wyrwał mnie zupełnie z codziennej rutyny, niwecząc wszystkie plany. I nie chodzi tu tylko o wieczorne koncerty, choć to na pewno one wzbudziły we mnie tę rozkoszną beztroskę. W znacznej mierze za wspaniały charakter całego festiwalu i cudowne rozprężenie odpowiadają wszyscy ci, którzy tam codziennie przebywali, a nierzadko, aby się pojawić, musieli przebyć grube kilometry lub liczyć się z bolesnymi wyrzeczeniami.

Mam wrażenie, że grupę zawziętych słuchaczy wypełniających Alchemię tworzą ludzie z pewnym pierwiastkiem buntu, poszukiwacze wolności, stęsknieni za normalnością i swobodą, której próżno szukać w pracy, płytkich acz koniecznych relacjach międzyludzkich, czasem nawet w tych najważniejszych, z bliskimi. Może dlatego ta wolna muzyka, pozornie chora i bezładna, w naszych głowach tworzy siatkę zupełnie zrozumiałych dźwiękowych połączeń i zależności, wzbudza reakcję tak silną emocjonalnie, że czuje się ją wręcz cieleśnie. Może to ten – wytworzony przez grupę pokręconych muzyków i kilkadziesiąt zebranych osób – duch obezwładnia nas niczym mistyczna siła i każe wyć z radości po każdym udanym secie i wołać o więcej. Może to dzięki takim właśnie spotkaniom, wygłodzeni i zmęczeni codziennym obcowaniem z zaledwie zapachem wolności, jaki stanowią zbiory wypełniające nasze półki muzyczne, możemy się wspólnie rozsiąść i poczuć, że nareszcie spożywamy pełne danie!

Zaproszenie do Polski Barry Guy New Orchestra – zespołu złożonego z dwunastu najwybitniejszych muzyków sceny – to nie chleb powszedni i pewnie kolejna okazja nie przytrafi się szybko. Chylę więc nisko czoło przed organizatorami, Markiem Winiarskim i krakowską Alchemią, bo – jak konsekwentnie pokazują – właściwie tylko oni są w tym kraju gotowi na podjęcie tak ambitnych projektów.

Pierwszy wieczór rozpoczął solowy występ Agusti Fernándeza. Solo piano bywa dla mnie trudną formą, dlatego byłem przygotowany raczej na przeczekanie tego półgodzinnego setu. Cudownym zaskoczeniem było więc totalne podejście do instrumentu, które wydobyło z fortepianu zarówno jego perkusyjne, jak i strunowe oblicze. Agusti właściwie nie wychodził spod otwartego skrzydła, preparując brzmienia przy użyciu drewnianych deseczek oraz niezidentyfikowanych metalowych obiektów. To, co udało mu się w ten sposób stworzyć, miało więcej wspólnego z monumentalną kompozycją muzyki współczesnej niż z jazzem.

Następnie do Fernándeza dołączył Barry Guy. Może to odważne słowa, ale moim zdaniem, jeśli ktoś nie widział tego niesamowitego kontrabasisty w akcji, słyszał tak naprawdę połowę tej muzyki. Odpowiednia koncentracja zmysłów wzroku i słuchu na akcie powstawania muzyki pozwalała uporządkować dźwięki i tym samym więcej przyswoić. Poza tym, sposób obcowania Guya z instrumentem, absolutna symbioza ciała, umysłu i kontrabasu, to widowisko jedyne w swoim rodzaju. Guy tańczy z kontrabasem i niczym para kochanków unoszą się razem na muzycznej fali lub walczą ze sobą w miłosnym uniesieniu. Nie ma wątpliwości, kto jest stroną dominującą. Jeszcze nie opadły emocje, które wytworzył Barry, a na scenie pojawił się kolejny muzyk, słynący z dość niepoprawnej, absolutnie intymnej relacji z instrumentem. Zobaczyć Matsa Gustafssona solo i umrzeć, mógłby powiedzieć niejeden fan saksofonu. Coś w tym chyba jest, bo odkąd usłyszałem płytę „Education Of Lars Jerry” zawsze marzyłem, by zobaczyć tego wykonawcę na żywo. Mats rozpoczął tak, jakbym sobie tego życzył. Ledwo słyszalne uderzenia klapkami saksofonu i przyspieszony oddech muzyka stworzyły znaną fanom, a pewnie zaskakującą dla laików, oprawę. Gustafsson powoli rozpędzał się, wplatając w gęstą siatkę delikatnych dmuchnięć, głośnych wydechów i perkusyjnych stuknięć coraz głośniejsze dźwięki, by nagle ukazać swoje drugie oblicze i wydobyć z barytonu przejmujący okrzyk. Mats gra tak, jakby chciał rozerwać dźwięk, a jego siłowanie się w tym zamiarze powoduje, że słuchacz faktycznie otrzymuje wrażenie rozszczepienia brzmienia na części.

Kolejny koncert miał być wykonany przez kwartet, który z powodu kłopotów komunikacyjnych Herba Robertsona i jego finalnej absencji, został okrojony do tria. Hans Koch na klarnecie basowym, Johannes Bauer na puzonie i Per-Åke Holmlander na tubie. I znów zaskoczenie, i znów walka. Tym razem ofiarą napaści padły trzy instrumenty dęte, a sprawcami ataku byli trzej panowie, którzy postawili sobie za cel przełamanie podstępem homogeniczności brzmienia. Efektem była cudowna, sonorystyczna opowieść, złożona z dźwiękowych niuansów i skrywanych tajemnic, które pod wpływem wirtuozerskiego serum prawdy zdradzały instrumenty.

Jako ostatnie na scenie pojawiło się trio-legenda – Evan Parker, Barry Guy i Paul Lytton. Niestety nie czuję się powołany do relacjonowania tego wydarzenia, bo od zawsze miałem problem z proponowaną przez to trio formułą. Wolałbym chyba przeczytać wrażenia pasjonatów, których tego dnia w Alchemii na pewno nie brakowało.

Drugiego dnia na miano koncertu wieczoru zasłużył kwartet złożony z klarnecisty Hansa Kocha, Per-Åke Holmlandera na tubie oraz perkusistów: Paula Lyttona i Raymonda Strida. Koch jest mi znany przede wszystkim z tria Koch/Schutz/Studer, które balansuje na granicy jazzu i eksperymentu, szukającego wspólnego mianownika między mocno improwizowanym klarnetem, a dość czytelną rytmicznie sekcją, czerpiącą garściami z różnych rejonów muzyki popularnej. Strid i Lytton nie należą do gatunku perkusistów, którzy mieliby ochotę stanowić łatwe oparcie rytmiczne, są raczej poszukiwaczami brzmień i kontrapunktu. Wizualnie przekłada się to na jarmarczną wręcz ekspozycję drobnych blaszek, pudełeczek, deseczek, łańcuchów i mnóstwa przedmiotów, które mają raczej niewiele wspólnego z klasycznymi perkusjonaliami. W mojej ocenie jest to sposób na zbudowanie zdecydowanie lepszej oprawy dla igrającego z ciszą i szeptem Kocha niż rockowo grający Fredy Studer. Cudownie uzupełnieni przez basowe brzmienia tuby Holmlandera, któremu nieobce są ucieczki w zupełnie niebasowe rejony i wchodzenie w krnąbrne dialogi, stanowili tego dnia uosobienie wirującej sonorystyki.

Czwartek przyniósł koncert, który właściwie zdeklasował wszystko, co było nam dane wcześniej usłyszeć. Tarfala Trio, czyli Mats Gustafsson, Barry Guy i Raymond Strid stworzyli widowisko wizualno-muzyczne, które rozwijając się powoli i leniwie, stopniowo wyewoluowało do rozmiarów freejazzowej mszy prowadzonej przez trzech kaznodziei. Początkowo drażniła mnie pewna opieszałość Strida, który jakby nie nadążał za rozbuchanymi i jak zawsze doskonale rozumiejącymi się Gustafssonem i Guyem. Tak naprawdę dopiero po wszystkim pojąłem, że celowo ustawił się z boku, by wyhamowywać skłonne do gwałtowności duo i zbudować w słuchaczach dodatkowe napięcie. Kiedy już wyszedł ze swoich perkusyjnych szmerów i postanowił nadać całości rytm, efektem była dzika transowa ballada, wobec której nikt na sali nie pozostał obojętny. Cudowne trio zostało wielokrotnie nagrodzone owacją i zmuszane do kolejnych bisów, w żaden sposób nieodstających od głównej części koncertu.

Warto chyba też wspomnieć o pierwszym koncercie tego dnia – mowa o występie tercetu Parker/Guy/Lytton z gościnnym udziałem Agustiego Fernándeza. Pianista już wcześniej wykazywał się niebywałą wrażliwością, jednak obcowanie z dość skostniałą formułą tego tria to zawsze nie lada sprawdzian. Agusti zdał go na szóstkę i idealnie wkomponował się w całość. Rewelacyjnie wychodziło mu akcentowanie wyszukanymi akordami lub uzupełnianie i tak gęstej struktury muzycznej krótkimi i bardzo celnymi dysonansowymi pasażami. Dzięki niemu ta muzyka ożyła.

Piątek stanowił pewnego rodzaju sprawdzian dla większej grupy muzyków, ponieważ na scenie pojawił się (aż) oktet złożony z Herba Robertsona, Trevora Wattsa, Matsa Gustafssona, Johannesa Bauera, Per-Åke Holmlandera, Raymonda Strida, Agustiego Fernándeza i Paula Lyttona. Całość była improwizowana i momentami przypominała zjawiska znane z tentetu Petera Brötzmanna. Sola pojedynczych muzyków był kontrapunktowane przez mobilizujące się ad hoc duety i tria dęciaków. Czasami na pierwszy plan wychodził grzmiący puzon Bauera, innym razem zabrzmiał groźny baryton Matsa. Pierwsze skrzypce zagrał jednak Trevor Watts, który w finale pokierował orkiestrę w stronę folkowej, skocznej melodii (przypominającej trochę niektóre wyczyny Globe Unity Orchestra).

Finał odbywał się w sali koncertowej galerii Manggha, gdzie można było poczuć atmosferę filharmonii. Nie tylko wnętrze nasuwało akademickie skojarzenia – wyrwani z „alchemicznego” półsnu, nagle stanęliśmy obok galowo ubranych VIP-ów i studentów akademii muzycznej. Sala wypełniła się po brzegi, a garderoba muzyków była idealnym odbiciem podziałów panujących na widowni – część ubrana w koszule z kołnierzem, część w tych samych t-shirtach, co zwykle. Nie ulegało jednak wątpliwości, że orkiestra czuje prestiż swojego wystąpienia, gdy nie bez tremy jej członkowie odnajdywali się za pulpitami na nuty.

Zanim zaczęli grać, Barry Guy wprowadził nas w arkana powstania utworu, który to napisał specjalnie na 10-lecie istnienia orkiestry, opowiedział pokrótce o architektonicznych inspiracjach oraz zaprezentował graficzny zapis kompozycji. Już po usłyszeniu pierwszych dźwięków moją uwagę zwróciło zupełnie inne brzmienie instrumentów. Nie mogę nic zarzucić Alchemii – jest to bodaj najlepszy jazzowy klub w Polsce. Jego pojemność wydawała się jednak niewystarczająca na finał, dlatego byłem zadowolony z umiejscowienia ostatniego koncertu. Przestrzeń Mangghi i jej fenomenalna akustyka uszlachetniły każdy pojedynczy dźwięk, których przecież czekało nas wiele. Brzmienie miało dość miejsca by swobodnie się rozchodzić, rozwijać i gasnąć, dźwięki bezproblemowo znajdowały sobie miejsce, nie nachodząc na siebie. Cudowna selekcja instrumentów uczyniła ten koncert prawdziwą ucztą dla uszu. A kompozycja wymagała odpowiednich warunków. Wbrew potencjałowi orkiestry, która składa się raczej z osób skłonnych do uderzenia, całość rozwijała się wokół stanowiącej oś utworu partii skrzypiec. Brzmiało to trochę jak koncert skrzypcowy we współczesnej aranżacji free improv. Kolejne instrumenty w różnych konfiguracjach i z różnym natężeniem wiły się wokół głównej linii, wyznaczanej przez Mayę Homburger. Utwór rozwijał się niespiesznie i tylko momentami pozwalał na tkwiące w naturze zespołu rozbuchanie. Wolność została partyturowo ograniczona na rzecz genialnego konceptu współczesnej kompozycji. To zupełnie nowy kontekst, w którym musieli się sprawdzić zarówno muzycy, jak i słuchacze. O ile jednak ci pierwsi codziennie odbywali wielogodzinne próby, o tyle my w pewnym sensie stanęliśmy w obliczu zupełnie nowej wartości, do której niekoniecznie byliśmy przygotowani. Wszystkim się podobało.

Drugi punkt programu to utwór „Inscape Tableau”, dla wykonania którego została powołana 10 lat temu New Orchestra. Znałem tę kompozycję, ale czy pamiętałem? Celowo nie przypominałem sobie przed koncertami planowanego materiału. Pragnąłem odsłuchu możliwie najbardziej niewinnego – nieskalanego oczekiwaniami i porównaniami. Szanowni Państwo, to, co wydarzyło się podczas tych kilkudziesięciu minut, przerosło jakiekolwiek moje oczekiwania. Wszystkie „jam session” z Alchemii stanęły mi przed oczami, najintensywniejsze momenty wspólnej ekstazy eksplodowały w tym utworze, co chwilę zmieniając swoje oblicze i rysując dynamiczną amplitudę o olbrzymiej skali. Utwór rzucał muzyków w coraz to nowe obszary, wymuszając, by bacznie obserwowali nie tylko partytury, ale i siebie nawzajem. Często zdarzały się pantomimiczne napominania sąsiada, który mógłby zaspać, przeoczyć swój moment, bez którego całość zabrzmiałaby fałszywie – bo nie tak, jak to sobie wymyślił Guy. Gdzieś w połowie koncertu utwór wszedł w bardzo widowiskowy etap, a to za sprawą game pieces, znanego pewnie polskiemu słuchaczowi bardziej od strony Zornowskiej Cobry. W ruch poszły tabliczki, a Guy, stanowiący do tej pory jedynego dyrygenta orkiestry, musiał poszukać wsparcia u Gustafssona, z którym wespół ustawiali przeróżne warianty instrumentalne, a także wywoływali kolejnych muzyków do krótkich solo. Widowisko widowiskiem, ale jak potężnie, naturalnie i beztrosko brzmiała w tym momencie cała orkiestra! Jakim była żywiołem, ile w tym wszystkim było radości i uniesienia! Energia promieniowała ze sceny niczym pozytywna radiacja, zarażając oniemiałą widownię i pewnie gdyby nie lekko nobliwa atmosfera miejsca i niejasna proweniencja części publiczności, wilibyśmy się wszyscy jak na niejednym free jazzowym koncercie. Kiedy przekaz się zatrzymał, a muzycy po finalnym fortissimo niemo opadli z sił, nastąpiła zmiana ról i naładowana energią publiczność postanowiła oddać ją z powrotem na scenę, wymuszając choć niewielką jeszcze porcję muzyki. Nie udało się, ale to dobrze. Guy widział, że dali widowni wszystko, że więcej by nie pomieścili. Skumulowana energia rozeszła się częściowo w intensywnych oklaskach, po części po tupanej podłodze, większość jednak pozostała w trzewiach. Uwalnia się teraz porcjami i pozwala jakoś przeżyć w tym pozbawionym wolności świecie.

Barry Guy New Orchestra

16-19.11 Alchemia

20.11 Manggha

Marcin Kiciński, impropozycja.blogspot.com (31 grudnia 2010)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także