Vampire Weekend, Beat The Devil, Sam Rosen

Nowy Jork, Bowery Ballroom - 29 stycznia 2008

Zdjęcie Vampire Weekend, Beat The Devil, Sam Rosen - Nowy Jork, Bowery Ballroom

Krótka – jak dotąd – historia zespołu Vampire Weekend to kolejny dowód na to, że dziś w muzyce nastała zupełnie nowa epoka. Jeszcze kilkanaście lat temu, żeby zdobyć status gwiazdy i pozycję zespołu kultowego, trzeba było pracować wiele lat i wydać cały szereg uznanych za znakomite płyt. Na początku kończącej się powoli dekady liczyły się przede wszystkim zespoły, które zrobiły furorę błyskotliwymi debiutami – wielka sława, którą zdobywały, rozmieniała się zresztą zupełnie na drobne, gdy okazywało się, że kolejne płyty do pięt nie dorastają tej pierwszej.

Dziś ten proces poszedł jeszcze dalej – szczyt popularności osiąga się… jeszcze zanim w ogóle wyda się pierwszą płytę. Tak właśnie było z Vampire Weekend. O tym nowojorskim zespole było głośno już latem – zagrał wówczas kilka koncertów, na których rozdawana była płyta z materiałem demo. I zaczęło się. Grupa z miejsca stała się pupilkiem lokalnych mediów, które radośnie obwieszczały latem 2007 roku: „wiemy już, co będzie płytą roku 2008” i skrupulatnie odnotowywały kolejne poczynania i występy zespołu. Krytycy i publiczność zachwycili się bezgranicznie muzyką tej formacji.

I rzeczywiście – nie można zaprzeczyć, że stanowi ona nową jakość na scenie indie. Pomysł był dość prosty: żadnego przesteru, żadnych dance-punkowych rytmów, a więc dokładnie na przekór temu, co jeszcze wciąż modne. Co więcej – młodzi muzycy postanowili odwołać się do zupełnie nowego źródła inspiracji, do tej pory raczej omijanego przez noworockowe zespoły szerokim łukiem – etnicznych brzmień czy afro-beatowych rytmów. W każdej niemal recenzji znaleźć można porównania do muzyki Paula Simona z okresu jego kultowej płyty „Graceland” czy, nieco mniej odrzucającej dla indie-rockowych ortodoksów, twórczości innych nowojorskich innowatorów – grupy Talking Heads. W teorii brzmi to raczej niesmacznie i niestrawnie, ale w praktyce – o dziwo! – działa. I to działa nad wyraz sprawnie i skutecznie – z miejsca spodobało się nowojorskiej publiczności, a przy skali zaangażowania mediów w tworzenie i podtrzymywanie hype’u wokół tej kapeli, zapewne już zaraz pójdzie za tym fala popularności w całej reszcie indie-rockowego świata.

Nadszedł wreszcie czas na oficjalny start tego całego, zapowiadanego już od wielu miesięcy, szaleństwa. Na ostatnie dni stycznia zaplanowano premierę debiutanckiej płyty zespołu. Odbyła się ona oczywiście w rodzinnym mieście muzyków, a przyjęła formę kilku koncertów. Pierwszy, skromny i niepełny, odbył się o północy 29 stycznia, w przeddzień oficjalnego wydania krążka, w największym nowojorskim sklepie płytowym – salonie Virgin na Union Square. Ilość chętnych, żeby o tej iście wampirzej godzinie obejrzeć występ zespołu przeszedł najśmielsze oczekiwania organizatorów – publiczność szczelnie wypełniła najdrobniejsze nawet fragmenty wolnej przestrzeni przed małą sceną i między półkami z płytami.

Zespół zagrał tylko kilka piosenek, pełny materiał prezentując dzień później, podczas pierwszego z dwóch koncertów w Bowery Ballroom. Zabrzmiały oczywiście wszystkie piosenki z płyty, kilka niepublikowanych utworów, a na deser jeden, zapowiedziany przez muzyków, jako absolutna nowość, przygotowana ledwie kilka dni wcześniej. Cały materiał, którym dysponuje zespół, zamknął się więc w 50 minutach. Ale po co więcej? Publiczność, pozostawiona z pewnym niedosytem, z pewnością chętnie wróci na kolejne koncerty zespołu. Tym bardziej, że muzycy swą lokalną publiczność kochają bardzo mocno i dają jej to do zrozumienia niemal co chwila, wypowiadając ze sceny prawdziwe ody na temat swego miasta i jego sceny muzycznej.

Na koncercie muzyka zespołu zabrzmiała niezwykle świeżo, bezpretensjonalnie i porywająco. Takie granie, bardzo mocno nasączone charakterystycznym rytmem, natychmiast sprawiło, że cała publiczność zaczęła tańczyć i wykrzykiwać wraz z zespołem refreny większości utworów. Te najbardziej przebojowe kompozycje z płyty, jak „One” czy „Campus”, zabrzmiały jeszcze bardziej energetycznie niż na płycie, a przy zagranym na sam koniec utworze „Walcott” publiczność niemal oszalała. Choć po czterech dzieciakach w swetrach, chłopcach z dobrego domu, którzy z pewnością podobać się muszą każdej potencjalnej teściowej, widać było ciut tremy, ale nieustające wyrazy uwielbienia ze strony publiczności wyraźnie pomagały im ją przełamać.

Trudno dziś powiedzieć, czy za kilka lat ktokolwiek będzie jeszcze pamiętał ten zespół, czy okaże się propagatorem nowej, trwałej mody czy też może zniknie gdzieś zupełnie, ale jedno jest pewne: panowie z Vampire Weekend mają właśnie swoje pięć minut. I wszystko wskazuje na to, że nie zawahają się ich wykorzystać. I bardzo dobrze. Z tak przebojową muzyką, z tak bezpretensjonalnym podejściem, zdecydowanie zasługują na uwagę.

Nie sposób było nie zauważyć przy okazji kolejnego znakomitego występu innej lokalnej formacji – grupy Beat The Devil. To młoda, ale już niezwykle obiecująca grupa, która gra oryginalną muzykę, a na koncertach osiąga niespotykany zbyt często poziom energii i emocji. Już sam początek koncertu miał bardzo nietypowy przebieg – wokalistka zespołu uderzała obcęgami w wielką, srebrną łopatę, podczas gdy basista przemieszczał się po całej sali, pośród nieco zdezorientowanej widowni, i walił w ogromny, trzymany nad głową bęben. Po tym, przypominającym nieco jakiś etniczny rytuał, wstępie, grupa zaczęła swój występ na dobre, prezentując zestaw niezwykle dynamicznych kompozycji, w których punk spotykał się żarliwym bluesem, krzyk z liniami wokalnymi niczym z pieśni gospel, dźwięki bezbłędnej sekcji rytmicznej z nietypowymi brzmieniami fisharmonii i tereminu. Jeśli dodać do tego niezwykłą żywiołowość, temperament i charyzmę wokalistki i fisharmonistki grupy Shilpy Ray, która gdy tylko mogła uciekała zza swojego niezbyt wygodnego w obsłudze instrumentu i rzucała się na środku sceny w niezwykły, ekstatyczny taniec, okaże się, że temu zespołowi nie sposób nie przyjrzeć się uważniej.

Jeszcze jednym wykonawcą, który pojawił się na scenie tego wieczoru był nowojorski singer/songwriter o głosie do złudzenia przypominającym wokalistę formacji Xiu Xiu. Jego dość wyciszone w wersjach studyjnych kompozycje, na scenie, zagrane w pełnym rockowym składzie, uzupełnionym na dodatek o puzon, nabrały zupełnie innego charakteru. Rosen udowodnił, że ma talent do ciekawych melodii, ale jednocześnie nie dało się nie zauważyć, że ta aranżowana na gorąco muzyka, wymaga jeszcze dopracowania.

Przemek Gulda (24 marca 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także