Placebo

Warszawa - Torwar - 6 września 2003

Zdjęcie Placebo - Warszawa - Torwar

Pamiętam jak wychodziłem dwa lata temu ze Stodoły i czułem wówczas wielki niedosyt. Po prostu koncert. Taki zwykły, dobry i dobrze zagrany koncert. Ale zabrakło magii. Magii jaka towarzyszyła chociażby występowi grupy Pearl Jam 16 czerwca 2000 w katowickim Spodku.

Ale wierzyłem, że przyjadą ponownie, świadomi dużo bardziej tego jakie emocje w naszym kraju wywołuje ich muzyka.

Minęły dwa lata i stało się. Zespół Placebo postanowił znów zagościć w kraju nad Wisłą. Ponownie w stolicy, tylko że tym razem w dużo większym miejscu. Popularność zespołu wzrosła - pomyślałem - a więc Torwar chyba będzie odpowiednim miejscem. Przypomniałem sobie również wówczas te zawiedzione marzenia z kwietnia 2001. Może więc tym razem będzie lepiej - przeleciało mi przez głowę. Musi być. I już zacząłem uśmiechając się pod nosem układać swoja setlistę marzeń. Dni mijały bardzo szybko. I oto kartki w kalendarzach oznajmiły, że mamy szóstego września. Nastał dzień mojej ponownej konfrontacji z Brianem Molko i jego kolegami z zespołu. Nie będę tu opisywał tego co działo się przed koncertem. Tym samym nie będzie ani słowa o naszym pierwszym spotkaniu Screenagerowym.

Ale zostawmy to i przenieśmy się już na Torwar. Kilku z nas liczyło na to, że przed Placebo wystąpi wschodząca gwiazda brytyjskiego gitarowego grania Colour Of Fire. Jednak żyjemy w takim a nie innym kraju, a tym samym przed "plackami" wystąpiła wschodząca gwiazda, tyle że polskiego grania. A to w 95% zapewnia niezbyt udane muzyczne przeżycia. Tosteer niestety nie mógł zmieścić się w tych pozostałych 5%. Muzycznie gdzieś pomiędzy Nickelback a Creed, do bólu przewidywalny, do bólu łzawy i do bólu polsko-wieśniacki. Nie wiem ile zagrali utworów. Niezbyt mnie to obchodziło. Ucieszyłem się gdy muzycy postanowili opuścić scenę, a światła na Torwarze zapaliły się ponownie. Rozpoczęło się oczekiwanie. Bardzo miłe, zwłaszcza, że dźwięki które popłynęły z głośników były o niebo lepsze od tych zaserwowanych przez łodzian. Czyżby kolejni "artyści", za których to miasto powinno nas przeprosić. W momencie gdy pojawiło się White Stripes, pomyślałem sobie, że fajnie byłoby zobaczyć przed Placebo właśnie rodzeństwo White.

Ale przychodzi czas na danie główne. Prawie punkt 21. Światła gasną. Wielki ryk publiczności a oni grają. Okazało się, że Emu miał rację. Zaczęli od instrumentalnego Bulletroof Cupid. Od nagrania, które otwiera Sleeping With Ghosts. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Przecież to tę płytę przyjechali promować. Potem pojawiło się jeszcze dziewięć innych fragmentów z tego krążka. Tym samym 50 % kompozycji zagranych na Torwarze to dźwięki z ich nowego dzieła. Prosta matematyczna rachuba pozwala zatem stwierdzić, że tego wieczora pojawiło się 20 plackoidalnych pieśni. Brian jak zwykle po lewej stronie. Prawie cały w bieli. Do tego czarny pasek, a z t-shirtu uroczo uśmiechała się do nas Myszka Miki. W środku schowany za swoim zestawem perkusyjnym Steven Hewitt. Miejsce po prawej stronie zajął, również "biały" Stefan Olsdal.

Zaraz po Bulletproof przenieśliśmy się na parę chwil na Without You I'm Nothing: Allegric i Every You zabrzmiały dobrze... Ale. No właśnie ale... Zrozumiałem, że chyba zbyt wiele wymagam od nich. Było do przodu, było poprawnie jeżeli chodzi o wykonanie, ale bez niespodzianek. Choć na pewno ten drugi fragment sprawił, że publiczność oszalała. A ja już wiedziałem, że to będzie powtórka ze Stodoły. I to pomimo tego, że Protect Me From I Want zabrzmiało znakomicie. Kto wie czy nie był to najpiękniejszy moment koncertu. Śpiewający z wielką pasją, wyrzucający przez zęby kolejne frazy tekstu Brian, a potem czego można było się spodziewać grający również na harmonijce tę piękną kodę. Znów poprawne Plasticine i znane dobrze wszystkim Bitter End to ciąg dalszy ostrej gitarowej jazdy. Dopiero przy Soulmates panowie dali odpocząć szalejącej publiczności. Black-eyed to pierwsza wizyta tego wieczoru na albumie Black Market Music. Taka pewnie symboliczna, bo to bardzo polski utwór (swego czasu wybrany przez słuchaczy trójki na singla). I'll Be Yours. Nigdy za bardzo nie lubiłem tej kompozycji, a tu panowie mnie zaskoczyli. Powtarzane w nieskończoność

"I'll be your father, I'll be your mother, I'll be your lover, I'll be yours", zahipnotyzowało nie tylko mnie. Nie ma chyba sensu omawiać każdego z zagranych tego wieczoru utworu. Było czasami pięknie, czasami mniej. Zawsze jednak na pewnym, światowym poziomie. Po wybrzmieniu Special K, Brian z rozbrajającym (rozbrianającym?) uśmiechem oświadczył zebranym, że robią sobie przerwę na ciasteczka i herbatę. Bardzo brytyjskie zachowanie. Po kilku minutach powracają w jeszcze lepszych humorach. Czy to po tej "herbacie"? Taste In Men rozwija się leniwie. Stefan wiruje na kolumnie, wykonując przy tym wiele niejednoznacznych spojrzeń i gestów. Slave To The Wage. Na takie fragmenty się czeka. I ta końcówka. "Please don't die". To chyba tak na osłodę dla tych, którzy czekali tego wieczora na Commercial For Levi. Na zakończenie zasadniczej części Pure Morning, w wersji podobnej do tej sprzed dwóch lat. Panowie schodzą ze sceny, choć wszyscy zdają sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec.

Czas na bisy. Pojawia się pianino przy którym zasiadł Stefan. Po cichu liczyłem na Peeping Toma, czyli eltonowskie marzenie Briana. Ale nie żałuję, że pojawiło się Centrefolds. Być może zbyt łzawe, ale nabierające drugiego dna gdy patrzy się na Molko i mimikę jego twarzy. Do tego jeszcze te chwilowe zawieszenie. Jakby czas stanął w miejscu. Pamiętam jak podczas pierwszego koncertu czekałem na Teenage Angst. Na tę cudowną wolna wersję tego utworu. Wówczas marzenia pozostały w domu. Tym razem zagrali ten fragment. Jednak była to wersja "pomiędzy". Ani wolna, ani taka jaką mogliśmy usłyszeć na ich debiucie. Biegający w tą i z powrotem Bri, który próbował jeszcze bardziej pobudzić i tak szalejącą już publiczność. I gdy śpiewał wraz z nami "od urodzenia rozpoczął się mój upadek i nic nigdy nie idzie po mojej myśli", ja mu wierzyłem. Na zakończenie otrzymaliśmy ich wersję pixiesowskiego Where Is My Mind. I trzeba przyznać, że był to jeden z lepszych fragmentów tego koncertu, koncertu do bólu zwykłego, do bólu przewidywalnego, takiego typowego, który ma promować ostatnia płytę. Koncertu z "momentami", chwilowymi przebłyskami geniuszu. Zapaliły się światła i czas było opuszczać Torwar.

Ja już teraz czekam na ten trzeci raz. Bo podobno do trzech razy sztuka.

Darek Depczyński (14 września 2003)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także