Hassle Hound

ODA Firlej, Wrocław - 10 maja 2007

Zdjęcie Hassle Hound - ODA Firlej, Wrocław

Tak naprawdę oni nigdy nie powinni się spotkać. Ona to Ela Orleans, Polka z nowojorskiego Brooklynu, oni to Tony Swian i Mark Vernon – brytyjscy muzycy, którzy poznali się w Glasgow. Cała trójka poznała się jakieś 10 lat temu i do dnia dzisiejszego nagrała kilka płyt, o których słyszała zapewne garstka nielicznych poszukiwaczy oryginalnych dźwięków. Przy okazji ostatniego albumu Hassle Hound ktoś postarał się marketingowo wspomóc niebanalne trio, opisując ich muzykę hasłem CocoRosie on acid, które wielokrotnie jest powielane. Ela stwierdziła, że niespecjalnie cieszą ich tego typu porównania, bo po pierwsze nie są ani fanami sióstr Casady, po drugie – nie gustują w tego rodzaju używkach. Sam zespół jednak niespecjalnie umie opisać swoje brzmienie, tłumacząc się indywidualizmem w odbiorze muzyki przez każdego pojedynczego słuchacza. To im członkowie grupy pozostawiają autonomię w odbiorze i opisie swojej twórczości. I ja to rozumiem, bo w przeciwieństwie do Hassle Hound słyszę w ich dźwiękach podobieństwo do nie lubianego przez nich CocoRosie, słyszę nawiązania do najbardziej eksperymentujących folkowych wykonawców (np. The Microphones), a nawet do Animal Collective.

Muzyka Hassle Hound powstaje jako efekt czystej improwizacji, która w tworzeniu brzmienia zespołu odgrywa priorytetowe znaczenie. Zapewne dlatego też trio na koncercie to trochę inna grupa niż ta znana ze studyjnych płyt. Piosenki w wielu przypadkach trudno zidentyfikować, znając jedynie pobieżnie wersje albumowe. Najważniejszym koncertowym instrumentem Hassle Hound jest komputer, bo to w nim miksowane są dźwięki pochodzące z całego, wbrew pozorom całkiem sporego (biorąc pod uwagę liczebność zespołu) i przede wszystkim niebanalnego sprzętu, jakim zespół dysponuje. Obok całkiem tradycyjnych gitar, skrzypiec, muzycy posługują się także takimi wynalazkami jak dziecięce cymbałki, grzechotki, dmuchany balon. Dzięki nim podczas swojego kameralnego występu nie tyle nawet byli w stanie rozbawić słuchaczy, ile pokazać im możliwości współczesnej obróbki dźwięków, gdzie instrumentem może być praktycznie wszystko. Hassle Hound sięgają po te przedmioty, bo tworzenie muzyki stanowi dla nich zabawę, a poprzez improwizację na żywo i używanie niecodziennych sprzętów zespół chce w nią wciągnąć także publikę, przychodzącą na ich koncerty.

Wrocławski występ Hassle Hound był ich przedostatnim w naszym kraju. Zespół był miło zaskoczony dotychczasowymi koncertami, a przede wszystkim publiką, która żywo i entuzjastycznie reagowała na to, co miała okazję zobaczyć i usłyszeć. Bez względu na to, czy preferowała siedzący (Wrocław) czy stojący (Warszawa) tryb odbioru muzyki Hassle Hound. Kolegom Eli także bardzo podobała się Polska, która odwiedzili dopiero po raz pierwszy. Chyba zatem możemy mieć nadzieję, że przy okazji jakiejś promocji następnego swojego wydawnictwa (ponoć właśnie nad takowym pracują) Hassle Hound odwiedzą nas ponownie. Zapamiętajcie zatem tę nazwę i następnym razem nie przegapcie tak niezwykłego koncertu.

Kasia Wolanin (11 czerwca 2007)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także