David Sylvian

Secrets Of The Beehive

Okładka David Sylvian - Secrets Of The Beehive

[Virgin; 7 listopada 1987]

Nie wiem na co liczyłem – że spłynie na mnie łaska boska? Że mi wręczy do ręki błyskotliwy wytrych, słowo czy frazę, którymi można podsumować karierę Davida Sylviana? Tak jak udaje się podsumować choćby jego epigonów z Talk Talk: „rozwój przez regres”, od muzyki aż do samej ciszy, od list przebojów do Marka Hollisa. Wiadomo. Albo: „syndrom Scotta Walkera”, zdziwaczenie i gra na półtuszach wołowych („Gra na wielu bębenkach”). Chciałbym Sylviana w ten sposób zdefiniować, zamknąć i odłożyć na półkę, choćby po to, żeby wreszcie dał mi spokój – inaczej za dziesięć lat, na pytania o muzykę alternatywną, wciąż będę odpowiadał: Japan? Ale znowu przyszła jesień, znowu przypomina się Rafał Księżyk (na temat „Secrets Of The Beehive”: najpiękniejsza i najlepsza płyta w historii muzyki w ogóle – proszę, niechże ktoś wreszcie zweryfikuje, czy on tak naprawdę), znowu sipping coke and playing games, September’s here again.

Nieistotna płyta z poślednim przebojem („Orpheus”), wydana w 1987 roku i złożona ad hoc, chyba na szybko (nie słychać), lecz ogromnym pietyzmem (słychać!) była, jak utrzymuje artysta, kolejnym nieudanym projektem w jego karierze. Mówi David Sylvian: „Secrets Of The Beehive” została przyjęta przez prasę ze sporą wrogością, a ponadto niektórych elementów po prostu nie udało się dokończyć. Wyczerpałem budżet i nie było żadnych dodatkowych pieniędzy, które pozwoliłyby mi dokończyć album tak, jak sobie wyobrażałem. Więc chociaż lubiłem te piosenki, środek jest wybrakowany i dla mnie było to coś na kształt porażki.

Przed nagraniem „Secrets Of The Beehive” nic jednak nie zapowiadało, że artysta znany niegdyś jako „najpiękniejszy mężczyzna na Ziemi” zrealizuje zestaw tak w gruncie rzeczy bezpośrednich i konwencjonalnych piosenek. Sylvian, przypomnijmy, był na przełomie lat 70. i 80. liderem grupy Japan, która rozpoczęła dyskografię od nieco wtórnego glam-rocka, a skończyła na bezprecedensowym synth-popie, z pewnością bardziej eksperymentalnym niż przebojowym. Na początku kariery solowej wydawał się gotów spróbować każdej estetyki – od artystowskich piosenek („Red Guitar”), przez funk („Pulling Punches”) po ambient. Szybko jednak zorientował się na tę ostatnią estetykę i jej pochodne. Poprzedzający „Secrets…”, dwupłytowy album „Gone To Earth” zawierał wprawdzie sporą ilość melancholijnych melodii, ale zostały one obudowane treścią instrumentalną, która w połowie lat 80. mogła z powodzeniem uchodzić za prog-rock (udział Mela Collinsa i Roberta Frippa nie pomagał odpędzić podobnych skojarzeń). Zatem, chociaż David celował w eksperymentach, dla których ścieżkę przetarli Brian Eno czy Holger Czukay (jeszcze jeden z wielu współpracowników), trudno byłoby uznać go za minimalistę, choćby w takim sensie w jakim minimalistą był wspomniany już Mark Hollis. Sylvian był (i wciąż chyba jest) raczej ekspresjonistą, ostatnim wielkim romantykiem – a w gruncie rzeczy pierwszym i oryginalnym (nie byłoby takiego new romantic bez Japan, to pewne). Gdyby więc oczekiwać od niego żelaznej konsekwencji, po „Gone To Earth” powinien był nagrać płytę w duchu melorecytacji wierszy irańskich i koreańskich na tle klawiszowych podkładów puszczonych wspak (albo podobną); potem powinien był porzucić muzykę w ogóle i zostać malarzem, mieszkać w południowych Niemczech, flirtować z estetyką Trzeciej Rzeszy.

A jednak spora część szacunku jakim cieszy się ten piękniś – i z każdym rokiem obserwuję tego szacunku w przestrzeni krytycznej więcej – bierze się z niemożliwości ścisłego zaszufladkowania autora „Secrets…”. Zbyt pretensjonalny, żeby patronować indie-elektronikom, zbyt poważny żeby zbyć go, jak zbywa się – całkiem słusznie, o ile mi wiadomo – gości pokroju Stevena Wilsona. Z tego samego powodu kolejna, po „Gone To Earth”, pozycja w dyskografii wokalisty okazała się albumem szalenie przystępnym (albo też: jedynie pozornie wymagającym), idealnym zarówno dla mieszczańskich grubasów audiofilów (monastyczne, seriozne brzmienie i orkiestracje autorstwa Ryuichiego Sakamoto) jak również dla smutnych wrażliwców, którzy podobnych przeżyć szukali później na „Spirit Of Eden” czy „Hex”. Mówi Sylvian: To nie było coś, co zamierzałem zrobić: nie zaplanowałem albumu w całości, jako osobnego bytu. To po prostu zestaw piosenek, które pojawiły się i spadły mi z nieba. Wydawały się podarunkiem. Łaska boska, ot co.

Ciekawe, że z tego zestawu, który tak różni się od wszystkiego innego, co David Sylvian swoim nazwiskiem podpisał, tak łatwo odkodować chyba najwyraźniejszą cechę jego twórczości. Weźmy choćby singlowe „Orpheus” – nie trzeba nawet przysłuchiwać się słowom, żeby z nich i z szybujących akordów gitary złożyć całą serię sugestywnych obrazów; odliczając raz-dwa do rytmu, można wyobrazić sobie miarowy ruch skrzydeł na tle gasnącego nieba, a kiedy w połowie utworu muzyka urywa się nieoczekiwanie, by po kilku sekundach powrócić, wrażenie jest takie jakby filmowany z ukrycia lotnik na chwilę zniknął z kadru i odnalazł się dopiero w jakimś szerszym, panoramicznym planie. Tę samą liryczną, literacko-malarską jakość miały wcześniej „Paris 1919” czy „Forever Changes”, zwłaszcza ta pierwsza płyta wydaje się trafnym odniesieniem, stanowi bowiem najbardziej konserwatywne i zarazem najlepsze dzieło w solowym dorobku innego uznanego eksperymentatora (chodzi o Johna Cale’a). Z „Secrets Of The Beehive” jest podobnie.

Lubię zatem myśleć, że jest to swego rodzaju companion piece do bardziej uznanego „Spirit Of Eden”. Podobna wrażliwość przełożona na język piosenek; ekspresja zamiast kontemplacji. Taką frazą mógłbym przez moment utrzymać „Secrets…” w kadrze, ale ale – tylko przez moment.

Wypowiedzi DS pochodzą z „David Sylvian’s Guide To Work Of David Sylvian” dostępnego na thequietus.com.

*Tekst jest częścią cyklu Cudowne lata.*

Paweł Sajewicz (21 października 2014)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Drogi Pawle,
[21 października 2014]
Czy na pewno wiesz, co oznacza słowo "epigon"?

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także