Urbanizer #7: wrzesień 2010

Zdjęcie Urbanizer #7: wrzesień 2010

Warszawo, obudź się, jeden Girl Unit wiosny nie czyni, tym bardziej, że Wrocław już zapowiada na październik wizytę Hackmana i jego konsolety. Stołeczny funky house’owy wieczór w ramach Warsaw Music Week, który odbył się 18 września w klubie 1500m2, tak muzycznie, jak i frekwencyjnie można zaliczyć do udanych. Przekrój repertuarowy był spory: od „Katy On A Mission” po południowoafrykański house, który szturmem wdarł się ostatnimi czasy do londyńskich klubów, chociaż i tak na parkiecie dzieliło i rządziło „Wut” Girl Unit. Ekstatyczna reakcja publiczności stanowi dobrą wróżbę dla rozwoju brytofilskiego odłamu tanecznej sceny w Warszawie, wciąż niestety pod względem importu brytyjskiej muzyki stojącej daleko za Wrocławiem czy Krakowem, które gościły na didżejskich setach przecież takie postaci jak Cooly G, Ikonika, Guido i DJ Oneman. Więcej dobrych imprez Wam i sobie życzę. (Marta Słomka)

Drake - Fireworks (Deadboy Slo Mo House Edit) (8/10)

Ostatni tydzień września przyniósł nieuniknioną zapowiedź jesieni, zamieniając ulice miast w potoki brei i pesymizmu, ja natomiast łapiąc się kurczowo ostatniego wdechu lata, przywołuję w pamięci utwór, który napastował internet już od końca czerwca, towarzysząc mi wiernie od tamtego czasu. Londyńczyk Deadboy, znany ze swojego guilty pleasure dla przesłodkich wokali r&b, tym razem wziął na warsztat smętną balladę Drake’a z jego debiutanckiego albumu, nagraną razem z Alicią Keys. Kojąca dla zmysłów melodia pianina przerywana skrzypiącym dźwiękiem przetartej płyty winylowej jest tym, co czyni ten track zjawiskowym w swojej prostocie. Deadboy, idąc o krok dalej, pozbywa się właściwie Drake’a z Drake’a. Tworzy coś niby żywcem wyjętego z fantazji sennej, biorąc wokal Alicii w wyższe obroty, zapętlając i dzieląc standardowym house’owym bitem 4x4, całość utworu okraszając gdzieniegdzie subtelną perkusją. Na tym właściwie jego praca się kończy, ale przecież nie zawsze więcej znaczy lepiej. Cały myk kryje się w ascetycznej budowie tego remiksu, w którym do woli możemy pasać, rozpływając się w chipmunkowym śpiewie pani Keys. Już niebawem nakładem Well Rounded Records ujrzy światło dzienne w kompilacja „Cash Antics Vol 2”. (Karolina Zajączkowska)

The Fives feat. Vanya Taylor - It’s What You Do (Hottest By Far) (8/10)

Uk funky zdawało się nieodwołalnie zmierzać w kierunku fuzji z ciężkimi, metalicznymi liniami basu lub dancehallowej zawiesistości bitu i ulicznego, chuligańskiego wokalu damskich i męskich MC. Szczęśliwie funky jest na tyle plastycznym i wdzięcznym gatunkiem, że póki co bez groźby anachroniczności wciąż jest w stanie przemycić najbardziej archetypiczną formę funky house’owego hymnu. Innymi słowy, na „obrazoburczego” Redlighta, Illmanę czy Undisputed (rewelacyjne „Fya”, kompletnie niezrozumiałe „Be My Baby” samplujące Pitbulla) wciąż przypada tyle samo Perempayów & Dee, Screamów i Funkystepzów, którzy bez fundamentalistycznych zapędów kompilują na tle obowiązkowej synkopy drobne niuanse pokroju „house’owa diva kontra diva r&b, znajdź różnicę” i „klawisze circa ‘91 vs. ‘94”. To funky grające standardową talią kart, skoncentrowane na uruchamianiu dobrze znanych tropów z historii muzyki popularnej w nowym kontekście.

Właśnie do tej drugiej kategorii należy zdumiewający singiel The Fives, który obok „Kiss Me” Screama & Farah i „Part Time Lover” Swindle’a stanowi jeden z najlepszych niesamplowanych wokalnych funky house’wych tracków tego roku. Nieinwazyjny głos Vanyi Taylor, niezachwycający przecież ani barwą, ani skalą głosu, sączy się leniwie niczym kolejny integralny element tej muzycznej konstrukcji, mimowolnie na wysokości refrenu doprowadzając swoją zwiewnością do parkietowej ekscytacji. Londyński kwartet producentów aplikuje natomiast selektywne, acz oszczędne aranżacyjnie brzmienie, na pierwszy plan wysuwając epicki klawiszowy riff, celujący w rozmach takich funkowych prawzorów jak Ill Blu i ich „Say Yes” czy – nie przymierzając – Kyla, Crazy Cousinz i „Do You Mind”. Kieszonkowe kompendium wiedzy o uk funky czy jakoś tak. (Marta Słomka)

LV feat. Okmalumkoolkat - Boomslang (7/10)

Przyznam szczerze, że w „Boomslangu” widzę remedium na tzw. impas Bonkersa. Zjawisko to polega na tym, że indie młodzież, idąc do klubu, oczekuje przede wszystkim electro i rzeźnickich remiksów, ewentualnie jakiejś nieciekawej house’erki, będąc zupełnie głuchą na to, co rzeczywiście ciekawe w muzyce klubowej. Przyswajanie brytyjskich trendów przez polską niezależną publiczność jest bardzo wolne (choćby casus dubstepu), ale „Boomslang” – co widzę po swoich bardziej bonkersowych znajomych – ma potencjał lekko to przyspieszyć. Na funky szkielet LV zaprosił Okmalumkoolkata, hipsterskiego blogera z RPA, który wyrzucając z siebie niezbyt sensowne hasła (choć „swagga is a must” jest bardzo prawdziwe), sprawił, że chwytliwość tego singla jest niezaprzeczalna. Pozornie prosta konstrukcja kryje w sobie sporo smaczków – choćby conga, które idealnie współtworzą linie melodyczną, czy lekko zarysowany bas, akcentujący kolejne takty. Sama narracja „Boomslanga” jest rewelacyjna i kiedy już doczekujemy się pełnego rozwinięcia głównego tematu, nie pozostaje nam nic innego jak zatracić się w wiksie. Zachwyt nad „Boomslangiem” jest może odrobinę na wyrost, ale liczę, że przebije ścianę, jaka powstała między polskimi miłośnikami niezalu (którym taniec nieobcy) a uk funky. (Paweł Klimczak)

DVA feat. Fatima - Just Vybe (Soule: Power Mix) (7/10)

„Just Vybe” to klawiszowy majstersztyk. Czy przy okazji plam, czy mini-pasaży – Scratcha wspiął się na szczyty swoich możliwości. W wypieszczonym i zróżnicowanym brzmieniu klawiszy i bogatym aranżu czuć, jak duży progres DVA poczynił od ważnego dla początków funky „I'm Leaving” z Alahną. Wrażenie pogłębiają basujące bębny, o lekko orientalizującym (tabla?) charakterze, zbudowane na bardzo bujającym i misternym wzorze. „Just Vybe” to jeden z najciekawszych i najbogatszych aranżacyjnie instrumentali w krainie uk funky, przy czym obfitość elementów zupełnie nie przeszkodziło harmonijnej budowie całości. W to wszystko świetnie wpisała się Fatima, której wokalny udział nadał „Just Vybe” bardziej emocjonalnego charakteru. Nie mówiąc już o tym, że Fatima śpiewa po prostu bosko. Aranżacyjna wielopoziomowość sprawia, że każde odsłuchanie „Just Vybe” wywołuje przyjemny dreszczyk nowości. (Paweł Klimczak)

Brenmar - Back Beating (6/10)

Dwa powody, by lubić Brenmara. Kolega podpatruje Night Slugs i jednocześnie nie zapomina, do czego służy house. Remiks „R U That Somebody” Aaliyi miało to funkowe „future”, którego tak uparcie szukam. Wystarczyło podłączyć dynamo pod micro-crunkowy bit i czerpać zyski. Niby wszystko ok, ale jednak ta „bokbokizacja” (by Paweł Klimczak) „Back Betting” dalece mnie niepokoi. W przeciągu 4 minut nic mnie złowiło, a ciągle słyszę jak „spławik” lata w górę i w dół, jakby czegoś szukał. Czekasz na ten finał, a dostajesz kolejny uk funkowy szkic. Nie uważacie, że większości uk funkowych produkcji brakuje słownej peneriady? (Krzysztof Kolanek)

DJ Rashad & DJ Spinn - Space Juke (6/10)

„Aż dziw bierze, że nie wzorują się na zagranicznych”. „W ogóle brak akcji jest, nic się nie dzieje”. Nie wiem, czy się czytelnik ze mną zgodzi, ale brytyjskie zjawisko „pchania gatunku” za wszelką cenę lokuje dubstep w tej samej lidze to smutny d’n’b. Cóż, krypta formalizmu pomieści wszystkich zainteresowanych. Inż. Mamoń wiecznie aktualny. Podczas gdy płodniejsi artyści sceny rozpływają się w koneserskich setach serwowanych na festiwalach pokroju Sonar czy nadchodzący Unsound, ich amerykańscy odpowiednicy eksperymentują z tym, co mają pod ręką. Rehabilitacja kultury ghetto może okazać się przełomem na miarę wydarzeń w z początku minionego dziesięciolecia. Juke, postrzelona odmiana ghetto house’u, nadająca się tylko dla czarnoskórych freaków z chicagowskiego andergrandu, staje się swoistym pomostem między ulicznym brzmieniem US a brytyjskim continuum. Przoduje w tym wytwórnia Planet Mu, dla której wydają DJ Nate, DJ Roc oraz Dj Rashad.

Jeżeli tak bardzo podobał nam się Timbaland, co "tłukł w kokos", to nie widzę przeciwwskazań dla juke house’u. W tym roku DJ Rashad już zapulsował, remiksując „Flashing Light”. Ot tak, po prostu wrzucając kawałek na odpowiednie tory 160 BPM. Miesiąc temu wraz ze swoim ziomkiem Dj Spinnem wypuścili ciężko przyswajalny album „4 The Getto”, z którego pochodzi opisywany „Space Juke”. Niecałe 3 minuty zabawy rytmem na basowym gruncie to idealne wypośrodkowanie dwóch rożnych światów, omawianych na wstępie. Nic na to nie poradzimy, juke poprzez swoje zawrotne tempo i ordynarną mechanikę samplingu potrzebuje trochę czasu, by się zadomowić na parkietach. Ciekawy eksperyment, równolegle rozwijany przez graczy pokroju Girl Unit czy Cedaa, z kategorii „planów na przyszłość”. (Krzysztof Kolanek)

Posłuchaj >>

Sentel - Chapel 20 (6/10)

No i proszę, następny polski kawałek trafił do prestiżowego miksu. Po Suprze1 u Guido i Drop the Limie i Zeppym Zepie u xxxy'ego przyszedł czas na Sentel u DVA. Smuci jedynie to, że te międzynarodowe sukcesy (kawałki polskich producentów ciągle przewijają się przez brytyjskie radiostacje, z RinseFM na czele) omijają świadomość większości słuchaczy. Oby to się zmieniło, bo mamy czym się chwalić na polu nowoczesnej muzyki klubowej. Sentel znakomicie odnajduje się w bok-bokowej interpretacji klubowego grania, czyli świdrujących syntezatorów, wznoszących się w górę i w dół w wariackiej sinusoidzie dźwięków. „Chapel 20” oferuje oprócz tego świetne przełamanie, które eksponuje miły uchu bas i perkusyjne bogactwo, dając wytchnąć od szaleństw głównego motywu. Numer krakowiaków jest wystarczająco przestrzenny, choć odrobinę razi toporność „melodii”. Ale cóż, nie o melodię tu chodzi, a o potencjał imprezowy, a ten jest spory. (Paweł Klimczak)

Posłuchaj >>

Fleetwood Mac - Hypnotized (Zambon Edit) (5/10)

Jakiś czas temu Kuba Ambrożewski zachwycał się wrocławskim Kamp! Zespół zebrał sporą ilość fanów, z dnia na dzień stając się głównym towarem eksportowym na blogi pokroju Discodust czy Tashed. Swoje trzy grosze do promocji wrocławskiego brandu dorzucił Zambon; reorganizując dźwięki w „Heats”, stworzył solidnego dyskotekowego robota w sam raz na rozpoczynające się wtedy lato.

O ile remiksy wychodzą mu fantastycznie, o tyle w kwestii editów bywa różnie. To taka branża, gdzie wyjątkowo ciężko o kreatywność, w końcu ile można zrobić z zapieczonym przez historię materiałem? Wyczyszczane z „manzarkowych” organków „Hypnotized” z zapętloną frazą basu i mostkiem w postaci filtrowanych dźwięków w zupełności wystarcza na solidny remake i nic poza tym. Naprawdę trzeba się napracować, by odróżnić oryginał od editu. Duże nadzieje pokładam natomiast w jego nowym projekcie The Very Polish Cut-Outs. (Krzysztof Kolanek)

Posłuchaj >>

Gucci Mane feat. Swizz Beatz - Gucci Time (5/10)

Nie można nie lubić leniwie niefrasobliwego flow Gucciego Mane’a. Nie można nie lubić Swizz Beatza. Nie można nie lubić absurdalnych teledysków, w których ujęcia człowieka z dwoma nieprzyzwoicie drogimi zegarkami na rękach mieszają się z panoramą miasta/klubu/ulic. Wreszcie nie można nie lubić bujających refrenów. A jednak, „Gucci Time” to numer przeciętny, nie wywołujący większych emocji. Na pewno nie pomaga mało wyrafinowane wsamplowanie Justice i dosyć średnie zwrotki Gucciego. Na plus zaliczyć należałoby zwrotkę Swizza (też bym chciał tyle wydawać na buty) i teledysk, który jest niemal hipnotyzujący. Jesteśmy w przededniu premiery „The Appeal” i powiedzmy szczerze – „Gucci Time” nie zwiastuje rewelacji. Oby była to jedynie lewa jaskółka. (Paweł Klimczak)

Sqaurepusher presents Shobaleader One - Megazine (1/10)

Sqaurepusher zdziadział i zardzewiał, choć wciąż udaje młodzika o bujnej wyobraźni. O tym, że Tomasz Jenkinson fantazjuje na temat gry we własnym zespole, dowiedzieliśmy już na albumie „Just A Souvenir”. Shobaleader One jest kompromitującą pod każdym względem realizacją tej wizji. „Megazine” to prymitywne popłuczyny po Daft Punk zmieszane z nieświeżą, rockistowską breją, jawiące się cyniczną zagrywką pod target, dla którego house rozpoczął się na debiucie Justice. Być może mamy tu do czynienia z wyrafinowanym poczuciem humoru i opartą na siatce odniesień subtelną grą z słuchaczem, ale poszukiwanie drugiego dna w szambie to zajęcie dla wytrwałych, do których się nie zaliczam. Niektóre gwiazdy Warp lat 90., jak Autechre, starzeją się z klasą. Squarepusher znajduje się pod tym względem na przeciwległym biegunie. (Maciej Maćkowski)

Paweł Klimczak, Krzysztof Kolanek, Maciej Maćkowski, Marta Słomka, Karolina Zajączkowska (27 września 2010)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: kidej
[6 października 2010]
A ja chcialbym nieco patriotycznie-lokalnie zauwazyc, ze Kamp! jest wroclawsko-lodzki, a wlasciwie lodzko-wroclawski, bo cala trojka wywodzi sie z Lodzi, dwoch czlonkow nadal tam mieszka, a tylko Radek vel Le Visage pomieszkuje we Wro :)
Gość: gawronski
[30 września 2010]
warszawskiej*
Gość: gawronski
[30 września 2010]
(Marta Słomka musiałaby chyba przedstawić temu kolesiowi samodzielnie zrobione wykresy na podstawie wydruków częstości występowania poszczególnych gatunków na Warszawskiej scenie dostarczone przez wszystkie kluby, żeby zadowolić jego potrzebę "super-argumentu", w momencie kiedy on sam nie wybija się poza poziom "bo nie".)

(przepraszam, chciałem się podzielić kozacka wizją robienia takich wykresow)
Gość: przeint
[28 września 2010]
@stary garażowiec: szczególnie we Wrocku;)

daj cie już spokój

Paradoks warszawy polega na tym że tam w rzeczywiści zapraszani są klubowi bohaterowie sceny house europejskiego formatu. A gdzie jest lokalna scena? Kto tam produkuje na poziomie europejskim?

jestem za zrównoważonym rozwojem uk funky :)
Gość: pklimczak nzlg
[28 września 2010]
Nie potrzebuję polaryzować, ba, sam kiedyś grałem electro czy inne takie rzeczy. Też jestem za harmonią rozwoju, której brakuje, co ma swoje konsekwencje choćby w tej dominacji bonkersa.
@stary garażowiec: szczególnie we Wrocku;)
Gość: stary garażowiec
[28 września 2010]
dobrze widziec wokół siebie tylu starych garażowców
marta s
[28 września 2010]
no, przecież mój ulubiony argument "bo tak!" :). nie, nie, tak mi się tylko przypomniało z tymi pielgrzymkami do graffenberga.
Gość: szczepan
[28 września 2010]
@marta: "i łaziło tam całe moje liceum"

no jest to argument!

@pklimczak: "monopol housowych/electro nudów przełamie"
co jest nudą, to kwestia subiektywna. dla mnie nudniejsza jest scena okolobasowa, uk funky chyba szczegolnie, dubstep z kolei ze swoim naciskiem na brzmienie i glebokosc basu bywa komiczny jak solowkowe onanizmy, jak rock progresywny.

ale to wszystko sprawa gustu, ja optuje za harmonijnym rozwojem scen muzyki elektronicznej w calym jej bogactwie.
a ty masz jakies niezdrowe parcie na kategoryzowanie nudne-fajne, oni-my. a moze juz nadinterpretuje?
Gość: pklimczak nzlg
[28 września 2010]
No ten Wrocław to też tak powoli do przodu idzie. Sekta d'n'b/mroczniarski dubstep dalej silna. Także podejrzewam, że wszędzie jest podobnie, choć oddajmy sprawiedliwość - w każdym większym mieście (ekhem, Wrocław, Wwa, Kraków, Łódź ew.) znajdzie się promotor/promotorzy, którzy bardziej basowe, nowoczesne brzmienia sprowadzają/grają. Dajmy im szansę, to się monopol housowych/electro nudów przełamie.
marta s
[28 września 2010]
Pamiętam, że tak do połowy 00s istniało coś takiego jak Przestrzeń Graffenberga, jakaś totalna mekka d'n'b, i łaziło tam całe moje liceum, a potem jak klub zaczął upadać, to przenieśli się właśnie m.in. do m25.
Gość: szczepan
[28 września 2010]
zgoda co do cdqu, tyle że w czasie, o którym mówisz, ten już dogorywał.
w m25 dnb, nawet jesli sie zdarzal, z pewnoscia nie kreowal oblicza klubu. chocby z tego powodu, ze scena basowa od zawsze byla pelna maczyzmu i testosteronu, ktory nieco odbiega od wizji i preferencji wlasciciela klubu, legierskiego...:)
w zwiazku z tym znacznie czesciej i lepiej dzialy sie tam i dzieja na przyklad fetyszyzujace gototeki, a przeciez nie zawiemy m25 klubem gotyckim, prawda?

wciaz nie dowiodlas, ze nie naciagasz faktow do swoich tez:)
marta s
[28 września 2010]
z d'n'b oczywiście, że uogólnienie. jednakowoż jeszcze dobrych kilka lat temu lwia część imprez w m25 to były dramy, jakieś comiesięczne drumandbassowe odsłony w CDQ, nie licząc już pomniejszych imprez zdominowanych przez breaki, d'n'b (częściowo, podejrzewam, jest to ekipa, która kiedyś otarła się o Punkt), które do dziś pałętają się po Snach Pszczoły i tego typu miejscach.
Gość: szczepan
[28 września 2010]
"warszawa też jeszcze do niedawna dramami stała. oddać stolicy natomiast trzeba, że naprawdę dużo dzieje się tu w kwestii house'owych imprez wszelkiej maści."

nie dyskredytuję twoich dobrych chęci w kwestii obiektywizmu, ale powyższe zdanie pokazuje, że mam trochę racji.

warszawa "stała" dramami? doprawdy? i kiedy te dramy były w warszawie potęgą? jak dlugo sledzisz scene klubowa, by znow takimi uogolnieniami szafowac?

podobnie jak z uk funky czy dubstepem - stety-niestety basowe brzmienia w warszawie zawsze gorzej przyjmowaly. i jesli by tak uogolniac (co moim jest nieco bezsensowne), to warszawa zawsze stala i stoi housem, tu sie zgadzamy.

pzdr
marta s
[28 września 2010]
by rozwiać wszelkie wątpliwości, doprecyzowałam już we wstępie, o jaką gałąź sceny klubowej mi chodzi.
marta s
[28 września 2010]
a na piczu o brytyjskiej scenie klubowej piszą tak gdzieś od pięciu lat, bo przecież ma tam co miesiąc swoją rubrykę martin clark z blackdown. chyba, że masz na myśli te losowe zajawki singlowe, które pojawiają się co 5 tygodni w bocznej rubryce.
Gość: szcepan
[28 września 2010]
dobrze.
marta s
[28 września 2010]
a insynuacje i tani sarkazm na przyszłość zachowaj dla siebie
marta s
[28 września 2010]
Bardzo cieszę się, że tak dużo o mnie wiesz, szczególnie, że się nie znamy.

W tekście jest doprecyzowane, że chodzi mi o sytuację brytyjskiej muzyki w polskich klubach, bo ta interesuje mnie najmocniej, szczególnie w warszawie. Nie rozumiem zatem oburzenia - ani w tym wstępie nie dyskredytuję innej muzyki klubowej, ani tym bardziej nie komentuję kondycji lokalnej sceny. Pisałam o recepcji funky i dubstepu, bo był ku temu pretekst w postaci setu Girl Unit.

Gdy zerkniesz do komentarzy, zauważysz, iż napisałam, że jeśli chodzi o house, to w stolicy dzieje się bardzo dużo.
Gość: szczepan
[28 września 2010]
Marto Słomko, obudź się!
Gość: szczepan
[28 września 2010]
"dobrą wróżbę dla rozwoju tanecznej sceny w Warszawie, wciąż niestety pod względem importu brytyjskiej muzyki stojącej daleko za Wrocławiem czy Krakowem"

lol.
wiem, ze ta rubryka nazywa sie "urbanizer", wiem, ze red. slomka poznala niedawno brytyjska scene klubowa i ma nuworyszowski zapal i zachwyt. ale tez widac, jak bardzo ograniczony poglad na muzyke klubowa prezentuje. bo z tekstu marty wynika, ze slabo rozwinieta scena brytyjska rowna sie slabo rozwinieta scena klubowa.

warszawa bije inne polskie miasta pod wzgledem rozwoju sceny klubowej - tyle ze ta ma nieco wiecej odcieni, niz tylko brzmienia brytyjskie.
scena francuska, scena nudisco, scena disco, scena electro, scena fidgetowa, scena house'owa, scena techno - te gdziekolwiej indziej raczej raczkuja (ok, to male stylistyczne naduzycie:)), w warszawie prezentuja poziom europejski.

i nie jest to moj warszawocentryzm, ale mysle, ze dosc realne porownanie sytuacji.

tak sie sklada, ze od zawsze brytyjska scena, nie tylko klubowa, miala najlepsza wlasna prase, najlepszy marketing, najlepiej sie przebijala. o uk funky i dubstepach to NAWET na pitchforku juz pisza, wiec red. Slomka zna.
brawo!!

ale do wysuwania takich tez jak powyzej, nalezy postarac sie o nieco szerszy oglad sytuacji. a tak znow pokutuje smutna zyciowa prawda, ze chciec (cos napisac), znaczy moc.
marta s
[28 września 2010]
haha, warszawa też jeszcze do niedawna dramami stała. oddać stolicy natomiast trzeba, że naprawdę dużo dzieje się tu w kwestii house'owych imprez wszelkiej maści.
Gość: jdrs
[28 września 2010]
Aha, neurofunki też tu grają.
Gość: jdrs
[28 września 2010]
Ok, w Krakowie każdy dubstep jest przyjmowany jak w domu, ale to raczej wynika ze skostnienia niż "bycia do przodu". Z Ikoniką np. mogło to wyglądać tak: "O, a co grasz? Dubstep? Mega! Wpadaj!"

Czas się zatrzymał, serio. Jeśli chcesz posłuchać dobrego drum'n'bassu, zapraszamy!
marta s
[28 września 2010]
heh, może trochę sieję defetyzm, ale serio, jeśli do tych pojedynczych gigów dorzucić cały unsound choćby, to kraków bije warszawę na głowę w kwestii dubstepów, funky itd.

w warszawie w tym zakresie naprawdę nie dzieje się nic.
Gość: jdrs
[28 września 2010]
Marta, jeśli naprawdę uważasz, że jesteście daleko za Krakowem, to znaczy, że ostatnio u nas byłaś gdzieś w 1998.

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także