Papa Dance: o głupich strachach i dobrych płytach

Zdjęcie Papa Dance: o głupich strachach i dobrych płytach

Teraz albo nigdy. Albo inaczej: jeśli nie teraz, to kiedy? Rehabilitacja Papa Dance jako najbardziej kreatywnego i nadążającego za światem zespołu popowego w historii polskiej fonografii musi nastąpić tej wiosny, bo inaczej stracę wiarę w ludzkość. Cudowny dorobek tej formacji to zapomniany, ośmieszany od pokoleń skarb rodzimego popu, a jej burzliwe dzieje są tematem na kilkusetstronicową książkę, która oczywiście nigdy nie powstanie. Dlaczego? Bo co z tego, że wszyscy słyszeli o Papa Dance, potrafią zanucić kilka największych hitów grupy, skoro muzyka formacji została dawno zredukowana do „ironicznych” imprezek typu kicz party (jakie to słabe), a odsetek ludzi traktujących ich poważnie i rozumiejących skalę osiągnięć tego zjawiska oscyluje w okolicach błędu statystycznego.

Gdybyśmy żyli w zdrowszym muzycznie kraju, od dwóch dekad krytycy toczyliby akademickie rozważania nad tym fenomenem, spieraliby się o hierarchię poszczególnych płyt, nie spaliby po nocach, próbując wyjaśnić skąd w środku najgłębszej dupy komunizmu (bo tym była Polska w tamtym okresie) znalazło się kilku genialnych gości, którzy nie dość, że ogarniali aktualne trendy produkcyjne, stylistyczne i aranżacyjne na świecie, to jeszcze potrafili wejść z nimi w dialog, tworząc własną, unikalną, nadwiślańską kreację new popu i błyskotliwą dokumentację epoki o uniwersalnym wymiarze.

Idiotyczny stereotyp upatruje w obu wcieleniach Papa Dance pierwszego polskiego boysbandu. Nastolatki piszczały za Wawrzyszakiem i kochały się w młodziutkim Stasiaku, lecz nie ma w Papa Dance niczego, co stawiałoby ich pod tym względem niżej od grup w rodzaju Frankie Goes To Hollywood – producenckiego new popu środka lat osiemdziesiątych. Wykonawczo sprawę rozstrzygają bootlegi koncertowe z tego okresu – pod względem intensywności ekspresja Wawrzyszaka dwukrotnie przewyższa jego oblicze studyjne, muzycznie sound zespołu jawi się klarownym, selektywnym, wręcz mechanicznym. A że formację stworzyli producenci? Mariusz Zabrodzki i Sławomir Wesołowski, bo o nich mowa (pierwszy stojący bardziej za kompozycjami, drugi za brzmieniem) wydają się polskimi odpowiednikami Trevora Horna, który niemal od podstaw wykreował gigantyczny sukces FGTH w 1984 roku, a wcześniej dopieścił muzykę ABC na przełomowym dla nurtu „The Lexicon Of Love”. Bez pytania samych autorów można z przekonaniem stwierdzić, że idea new-popowa była im bliska – słuchali takiej muzyki i z refleksem sprinterów oraz cyrkową zręcznością przeszczepili ją na grunt polskiej szarzyzny, ubarwiając ją niewątpliwie.

Oczywiście projekt tak jawnie odcinający się od pojęcia punkrockowej wiarygodności (mówimy o epoce najbardziej legendarnych edycji festiwalu w Jarocinie), przedkładający studyjną precyzję ponad koncertowy spontan, skład, w którym tak naprawdę duet producentów był w praktyce ważniejszy od samych wykonawców (ci mogli się zmieniać bez uszczerbku dla jakości wydawnictw), musiał tkwić ością w gardle większości ówczesnych szanujących się polskich muzyków. Oni o coś walczyli, powiewali sztandarami rewolucji, ryzykowali życiorysami i oczywiście zasługują w wielu przypadkach na olbrzymi szacunek. Jednak biorąc na tapetę dokonania o czysto muzycznym charakterze, Papa Dance z okresu 1984-86 jawią się perełką, utrzymującą niezmiennie (podkreślam: ponad dwadzieścia kapitalnych utworów na przestrzeni dwóch lat) najwyższy poziom, co nie udało się w tamtym czasie chyba nikomu nawet z tuzów krajowego post-punku.

Dobra, pora na konkrety – odpalamy cd nr 1 świeżutkich reedycji autorstwa firmy MTJ, wydany oryginalnie w 1985 roku self-titled krążek pierwszego Papa Dance w składzie: Grzegorz Wawrzyszak, Marek Kaczmarek, Konstanty Yoriadis, Tadeusz Łyskawa (trzeci z nich uchowa się na drugim longplayu, do którego przejdziemy za moment, czwarty powróci niedługo później, jako członek zestawienia koncertowego i pełnoprawny perkusista podczas sesji do trzeciego LP „Nasz ziemski Eden” z 1989). Opromienieni błyskotliwymi singlami, wydanymi w 1984 roku „W 40 dni dookoła świata” (antycypacja Autechre – śmialiśmy się kiedyś z Kubą Radkowskim, ale prawdę mówiąc jak kosmicznie to wygląda na tle suchych, metalicznych produkcji polskiej nowej fali z tamtego okresu?) i „Ordynarny faul” (to ukazywało się równolegle z „Some Great Reward” Depeche Mode i mogłoby się na nim znaleźć, nieprawdaż? Wsłuchajcie się w motyw otwierający), Papsi przystąpili do prac nad tym, co miało się okazać ich jedynym albumem w wyjściowym układzie.

Na „Papa Dance”, debiutanckim longplayu zespołu, znajdujemy błyskotliwe sekwencje mechanicznych bitów elektronicznej perkusji, chwytliwość oleistych klawiszowych melodii plus ogromnych rozmiarów power-chorusy: stosunkowo krótkie, intonowane silnym i agresywnym głosem Wawrzyszaka, wrzynające się w łeb od pierwszego kontaktu, kanciaste, skandowane, stadionowe niemal frazy. Oryginalny wokalista Papa Dance interpretuje tekst w manierze złego chłopca, nawróconego punkowca, czym przypomina Janusza Panasewicza czy Krzysztofa Jaryczewskiego bardziej niż słodko nucące, soulowe głosy w typie Wham!. Taka też jest poetyka tekstów z debiutu: radykalna, brutalna, perwersyjna. Ponure uzewnętrznienia zbolałej egzystencji – spruty wór, wibrująca pięść i zabite „ja” – nijak nie przystają do słonecznej energii synth-popowego ska niewyobrażalnie przebojowego „Kamikadze wróć”. Mroczna atmosfera „Kanału X-O-2” kojarzy się raz po raz a to z orwellowską klaustrofobią „1984”, a to z klimatem grozy i izolacji czasów stanu wojennego. Ludyczna upiorność „Tych głupich strachów”, dosadny opis nastoletniej sercowej traumy „Tatuowana róża” czy dołujący, post-rozstaniowy pesymizm „Panoramy Tatr” sprawiają, że przy „Papa Dance” rockowe zespoły w rodzaju Lombardu czy Oddziału Zamkniętego brzmią wręcz beztrosko.

Muzycznie zespół operuje tu podręcznikowymi narzędziami nieskazitelnego stylistycznie synth-popu w duchu Soft Cell. Klawiszowa dynamika „Pocztówki z wakacji” kojarzy się – nie po raz ostatni w historii zespołu – z A-ha, przefiltrowanym przez wrażliwość italo disco. Potężne refreny „Tatuowanej róży” czy „Bez sensacji” mogłyby – nie po raz ostatni w historii zespołu – należeć do kanonu przebojów Lady Pank, ale brzmieniowo to dwie porcje melodyjnego, tanecznego new romantic. „Kanał X-O-2” to modyfikacja „Big In Japan”, pierwszego międzynarodowego hitu niemieckiego zespołu Alphaville z 1984 roku. „Panorama Tatr” idzie ramię w ramię z wydanym w tym samym czasie albumem „Low-Life” New Order (okolice „This Time Of Night”, tylko numer Papa Dance jest bardziej przebojowy!). Osobliwością w zestawie jest wywołujący kontrowersje niektórych fanów kawałek „Narodziny szejka” – wyjątek jeśli chodzi o liryki na tej płycie, obrazek ewokujący absurdalne poczucie humoru seriali komediowych w rodzaju „Zmiennicy”, dopełniony bliskowschodnią egzotyką aranżu. Płytę kończy doskonała trójca. Najpierw zachwyci skoczny „Lot na wyspę” z najlepszym chyba (największym! CAM-PA-RI!) hookiem na albumie. Później „Czy ty lubisz to co ja” i jego piórkowy, błyskotliwie rozprowadzony refren – jeśliby próbować doszukać się wpływu synth-popowego drogowskazu, ultraklasyka „Dare!” Human League, to chyba najsilniejszy będzie tutaj. Wreszcie ilustrujące mroczną, rozgrywającą się na podmokłych wrzosowiskach baśń „Te głupie strachy” – klawiszowa ballada wzorcowo zamykająca longplay.

Konflikt, do jakiego doszło między członkami ówczesnego składu a duetem Wesołowski/Zabrodzki, doprowadził do rozstania obu stron pod koniec 1985 roku. Jako autorzy piosenek i producenci, ci drudzy uznali, że mają prawo do kontynuacji Papa Dance w nowym zestawieniu personalnym. Nowym wokalistą zespołu został niespełna 19-letni Paweł Stasiak – dotychczas ktoś na kształt „przyjaciela” Papa Dance. Wkrótce potem dołączył do niego nawrócony 23-letni Yoriadis i to ten duet przez najbliższe pół roku pracował z Zabrodzkim i Wesołowskim nad płytą „Poniżej krytyki”. Wizerunkowo stworzyli nową jakość, stając się w czasach zaniedbanych punkowców, przesadnie poważnych rockmanów i mało fotogenicznych aparycji grupy Kombi oraz Kapitana Nemo, tandemem wymarzonych przez nastolatki plakatowych chłopców, polskimi pin-up boys (patrz: legendarne „zdjęcie z klatami” z wkładki „Poniżeja”!). Chłopięcy, szkolny jeszcze wokal Stasiaka dopełniany był przez tęskny, żarliwy timbre i krzykliwą manierę interpretacyjną Yoriadisa, która stworzyła pomost między dwoma składami formacji.

Pod względem muzycznym styl Papa Dance również złagodniał. W miejsce minimalistycznych, chłodnych, wyrazistych motywów syntezatorowych pojawiły się wielokrotnie bardziej zawiłe harmonie klawiszowe, pomysły rytmiczne zyskały na urozmaiceniu, również upstrzenie bajerami produkcyjnymi przewyższało poprzedni materiał. Mniej w tym było mechanicznego, białego synth-popu, śmielej zaś przebijały się inspiracje syntezatorowym, funkującym brzmieniem Scritti Politti czy Prince’a lub eksplodującym za Oceanem od kilku sezonów czarnym electro. W porównaniu do tego, co było rok wcześniej, Papsi A.D. 1986 zabrzmieli miękko i optymistycznie.

Miało to odzwierciedlenie w tekstach, pisanych przez szereg uznanych polskich autorów (takich jak Marek Fanga, Andrzej Bankrut, Wojciech Filipowski, zna ktoś?). „Poniżej krytyki” spaja motyw niespełnionego, nieodwzajemnionego, nastoletniego uczucia i tęsknoty – reminiscencje wspólnych, szczęśliwych chwil („Naj story”, „Historyjka z talii kart”) przeplatają się z gorzkimi refleksjami brutalnie zerwanego związku („O-la-la”, znów „Historyjka”) i opisami życiowego zagubienia („Kryształek nocnej opowieści”, „Ocean wspomnień”). Nowoczesna poetyka tekstów – liczne zapożyczenia z innych języków (nasza love, piękny sound, biały jumbo, wit boy, in flagranti), nazwy własne niewiele mówiące dzisiejszemu słuchaczowi (lody Carpigiani, Non Stop), meta-nawiązania (aluzja do Frankie Goes To Hollywood, Billboard, maxi singiel, kiermasz płyt), modna terminologia ówczesnych polskich czasopism „młodzieżowo-lifestyle’owych” (biorytmy, spleen), zabawna metaforyka (boisko piłkarskie jako metafora świata, „życie to nie Billboard”) – to to, co definiuje dziś tekściarski klimat liryków Papa Dance. Cokolwiek autorzy tych wersów chcieli nam powiedzieć, robili to w sposób uśmiechnięty i dowcipny, przykuwający uwagę, zamierzenie naiwny, ale unikając na przestrzeni całego albumu choć jednej miałkiej linijki.

Nieskazitelność kompozycji z „Poniżej krytyki” czyni zeń unikat w skali całej historii polskiej branży muzycznej. Również dlatego, że ta płyta to bezpośrednia korespondencja z najbardziej aktualnymi trendami ówczesnego popu, co przy zwyczajowym, pięcioletnim opóźnieniu polskich wykonawców imponuje. Idea tych piosenek i ich ostateczny kształt najbliższy zdaje się temu, co rok wcześniej zrobili Scritti Politti na doskonałym „Cupid & Psyche 85” – wyrachowanym, perfekcjonistycznym dance-funk-synth-popie. Czasem te skojarzenia są wręcz silne – romantyczne reggae „O-la-la” nie leży daleko od „The Word Girl” (choć klawiszowe akcenty na dwa przypominają też hit Nika Kershawa „The Riddle” z 1984), a „Bez dopingu” śmiało można uznać za polskie „Wood Beez”. „Historyjka” to czysta ballada italo w stylu zapomnianych wykonawców tej sceny a la Savage, ale jej kunsztowna dramaturgia przewyższa wszystko, co zapamiętaliśmy do dziś z tej przegródki. Podobnie, w wielu momentach wkrada się posmak singli ówczesnych gwiazdek, z perspektywy czasu nieistotnych – Howarda Jonesa, Classix Nouveaux czy Kajagoogoo. Nieistotnych, gdyż ich kompozycje nie przetrwały próby czasu tak świetnie, jak chociażby piosenki A-ha (ich wiadomy przebój słyszalny np. w „In flagranti”) czy Papa Dance właśnie. Podobnie jak przy debiucie, mieliśmy tu do czynienia z kompletnym wypełnieniem postulatu wzorcowego popowego albumu z lat 80. – płyty tak skonstruowanej, że każdy utwór z niej mógłby być singlem i wielkim przebojem (patrz: „Thriller”, „Purple Rain” czy „Hysteria”).

Dziesięć kompozycji z „Poniżej krytyki”, ułożonych w idealnej, jak się wydaje, kolejności, składa się tu na najlepszy piosenkowy album, jaki stworzono na polskiej ziemi. „Papa Dance” zresztą nie zostaje wcale daleko z tyłu. Odstaje natomiast trzecia płyta – „Nasz ziemski Eden”, akurat dostępny od lat na kompakcie. Przeprodukowany i przekombinowany (wydumany concept science-fiction, hm?), ledwie ociera się highlightami („Galaktyczny zwiad”, „Nasz Disneyland”, „Nietykalni”) o wcześniejsze dokonania Papa Dance, porzucając charakteryzującą je zwiewność na rzecz znamiennych dla tego okresu patentów pop-rockowych (o s/t i „PK” można powiedzieć to samo, ale nie w kategoriach zarzutu – archaizmy brzmieniowe końca lat 80. paradoksalnie rażą dziś silniej niż rozwiązania wcześniejsze). Ani ten krążek, ani będąca w obiegu od paru lat składanka „Złota kolekcja” nie tłumaczą do końca fenomenu duetu niezwykle utalentowanych producentów i ich pojętnych podopiecznych. Szukajcie więc w sklepach kompaktowych reedycji obu wspomnianych powyżej albumów z katalogu firmy MTJ, które co prawda technicznie są reprodukcjami wydań winylowych, ale dają obecnie jedyną szansę zapoznania się z tym dziejowym materiałem.

Kuba Ambrożewski (7 kwietnia 2008)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: MC
[23 stycznia 2015]
ŁZ@ Z całym szacunkiem: jak można stawiać w jednym rzędzie najstarsze utwory Kombi ze "Słodkiego, miłego życia"!??
Gość: ktoś tam z dawien dawna
[21 listopada 2014]
Nie wiedziałem, że italo disco posiada wrażliwość...
Gość: q
[4 lutego 2013]
jak można poważnie traktować kogoś kto ocenia treść książki po okładce...
Gość: ad
[3 lutego 2013]
jak można powaznie traktować zespół, który nazywa się "Papa Dance"?
pomijam już teksty ich piosenek...
Gość: MN
[2 lutego 2013]
Marek Fanga - Jacek Cygan, Andrzej Bankrut - Andrzej Mogielnicki, Wojciech Filipowski - Marek Dutkiewicz.
Gość: ŁZ
[27 marca 2011]
Akurat czas mojego dzieciństwa przypada już na okres gdy Papa Dance nie istniało :) a styczność z tą muzyką miałem dzięki dużym zbiorom muzycznym moich rodziców, bogata w różnorodne style od klasyk rocka, po liczne zespoły grające new romantic, disco i różne odmiany pop. Każdy utwór analizuję pod wieloma kątami. W ich muzyce brakuje mi pewnej dojrzałości, na prawdę taki muzyczny żart coś w stylu Franka Kimono :) I nie mówię, tego żeby kogoś tu obrażać, czy coś, ale no po prostu nie traktuje ich muzyki poważnie. Mam we swoich osobistych zbiorach chyba z 5 ich utworów ale ta muzyka tylko i wyłącznie powoduje uśmiech na mojej twarzy, nie potrafi porwać tak jak niektóre utwory.
Gość: mateusz m
[26 marca 2011]
Ciekawa dyskusja, choć raczej zbędna.
Pawle, z autopsji wiem, że dla osób, których młodość przypadała na czas, w którym Papa Dance święciło triumfy, nie ma argumentów, mogących je przekonać, że zespół nie jest uosobieniem kiczu czy inspiracją pierwszej fali disco-polo (a taką osobą jest chyba ŁZ). Pomijam już tu skrajnie rockistowskie (heh) podejście, z którym spotkałem się puszczając s/t i poniżeja mojemu ojcu ("bo przecież to był dobrze przemyślany zabieg marketingowy Wesołowskiego i Zabrodzkiego, zainspirowany sukcesami Modern Talking").
Dla nas - osób, które zapoznały się z twórczością Papa Dance mając już jako taką świadomość muzyczną odbiór tych utworów jest zupełnie inny niż ludzi, którzy w dzieciństwie/młodości słyszeli "Pocztówkę z wakacji" jakieś 5 razy dziennie plażując się w Kołobrzegu. Zresztą, z tego co pamiętam, to tylko Leszek Możdżer przyznał się do sympatii do Papsów (choć tutaj mogę się mylić) i pewnie wynikało to z tego, że faktycznie słyszy te wszystkie kompozycyjno-melodyczne smaczki (okropne sformułowanie), nagłe zwroty akcji itd. Zmierzam do tego, że w odbiorze PD dla niektórych ciągle istnieje pewna bariera, której praktycznie żadne nawet najbardziej rzeczowe, albo o zgrozo, muzykologiczne argumenty nie będą w stanie pokonać.

Pozdrawiam was obu.

P.S. s/t Kombi > Poniżej, a Leniwe Sny najlepszym polskim utworem dla mnie.
PS
[26 marca 2011]
heh, ale z pewnością mój stosunek do Kombi nie jest taki jak twój do PD (podkreślałem to w poprzednim poście, celowo, by nie zostać źle zrozumianym;). Nie musisz mnie w tym zakresie przekonywać, zgadzam się, że Kombi wielkim zespołem był, tyle :) A teraz wracając do Papa Dance:

jeśli chodzi o \"Poniżeja\" to dla mnie punktem odniesienia mimo wszystko będzie nie new-romantic (to pierwsza płyta!), ale raczej wysmakowany, studyjny pop - jak słusznie zauważa Kuba w tekście wyżej - spod znaku Trevora Horna, ale też (a może nawet bardziej) sophisti popowych grup jak Prefab Sprout czy Deacon Blue. Oczywiście oba te zespoły zdecydowanie różni od \"Papsów\" brzmienie (ciepłe, pastelowe utwory PS vs. syntetyczny \"Poniżej\") ALE ciągoty do \"szlachetnych akordów\" występują i tu, i tam. Naprawdę, zmysł melodyczny Papsów zdecydowanie wyróżnia ten zespół na tle innych - krajowych czy zagranicznych - grup z tego okresu.

Trochę tu wychodzę na dieharda PD, którym zresztą nie jestem, ale - powtarzam się - nawet jeśli to niekoniecznie czyjaś bajka, nie sposób nie docenić kunsztu (porównanie: Peter Bogdanovich nigdy nie będzie w lidze moich ulubionych filmowców, ale \"Last Picture Show\" i tak oceniam jako niezaprzeczalne arcydzieło).

Jest tu jeszcze jeden aspekt, który uzasadnia tak \"fanatyczną\" obronę \"Poniżeja\" - kwestia POLSKOŚCI. Ewidentnie mamy tu do czynienia z być może najciekawszą adaptacją new popu do polskiej wrażliwości melodycznej (czy takie coś jak osławiony \"slavic touch\" istnieje czy nie to temat na odrębną dyskusję). Nie jestem specjalista od nutek więc nie wytłumaczę tego fachowo, ale tak jak np. \"Stan pogody\" na konstrukcyjnej podstawie zachodniej muzyki rozwija wątki charakterystyczne dla PIOSENKI POLSKIEJ (np. \"cygański\" zaśpiew otwierający refren na słowach \"Słońce to my...\"), tak samo \"Poniżej\" pełen jest podobnych zwrotów akcji... Wydaje ci się, że oni pójdą zgodnie z wzorem zachodnim \"w górę\", a piosenka nieoczekiwanie zjeżdża \"w dół\"... w lewo, a nie w prawo itd. (to rzecz jasna bardzo wysublimowane porównania w miejsce analizy melodyczno-harmonicznej ;p )

Co do tekstów, to pozwolisz, że nie będę ciągnął tego wątku, bo tekst generalnie odbieram jako wartość drugorzędną, aczkolwiek absolutnie nie zgadzam się z twoją oceną. Tam są fajne FRAZY ;)

W każdym razie, jeśliby mi udało się przekonać cię do weryfikacji tego co piszę i ponownego odsłuchu choćby \"Poniżeja\", to byłbym zadowolony ;)

Gość: ŁZ
[25 marca 2011]
To widzisz mam takie samo zdanie o Papa Dance, jakie Ty o Kombi :) Mimo wszystko Kombi uważam za zdecydowanie lepszy zespół, który dużo wniósł do polskiej muzyki rozrywkowej w latach 80-tych i nie tylko. Jak by nie było ten zespół tworzyło 3 (przez krótki czas 4) uznanych na polskiej scenie muzyków. Czołowy polski klawiszowiec (stawiany często na równi z Markiem Bilińskim), znany ze swojego charakterystycznych solówek Skawiński, oraz Tkaczyk, którego można uznać pierwszym basistą grającym klangiem, oraz ten czwarty Jurek Piotrowski znany jeszcze z SBB, wyczyniał cuda na Simmonsach. Wiele utwór granych na koncertach brzmiało znacznie lepiej aniżeli wersje studyjne, wówczas muzycy pokazywali swój duży kunszt. Gdy pierwszy raz usłyszałem ich kilka instrumentali stwierdziłem, że tak kreatywnie muzycznego zespołu w dzisiejszych czasach nam brakuje.

Natomiast z muzyką Papa Dance, tak naprawdę pierwszy raz miałem styczność w czasach swojego dzieciństwa. Były to kilka utworów pochodzących właśnie z albumu \'\'Poniżej krytyki\'\'. Szczerze mówiąc nigdy te brzmienie jakoś mnie nie zauroczyło, utwory były utrzymane można to określić w standardzie lat 80-tych wówczas gdy wiele zespołów używało podobnych sampli, rozwiązań muzycznych itd. Mam w domu dość dużą kolekcję utworów muzycznych głównie z lat 80-tych (zarówno polskiej jak i zagraniczne)także porównuje je pod tym kątem. Przyznam, że utwory dość rytmiczne, coś w stylu disco mogące porywać do tańca :) I to jest jak dla mnie jedyny pozytyw w ich muzyce. Trudno jest mi się odnieść do tych niestandardowych schematów rytmicznych o których mówiłeś, raczej nie zaskoczyły mnie w jakiś sposób, dość dużo słucham muzyki z tamtego okresu i można stwierdzić że po prostu to nie było niczym nadzwyczajnym w muzyce z tamtych lat. Jeśli chodzi o jakieś oryginalne zagrania to raczej były jakieś ‘’rodzynki’’ w utworach.
Polskiej publiczności brakowało zespołów grających właśnie w tym stylu połączonego popu-new romantic- z elementami disco. Wówczas byle jaki zagraniczny zespół grający new romantic, w Polsce robił dużą furorę. Po prostu ten typ muzyki wówczas był kojarzony swoistym muzycznym nowoczesnym powiewem świeżość \'\'z zachodu\'\'. Tego brzmienia wówczas brakowało naszym rodakom ;) Wracając do wątku tematu :) całe spojrzenie na ich twórczość psują kiepskie teksty, oraz wizerunek (chodzi o wygląd członków zespołu, ich styl ubierania) to wszystko składa się na to, że współcześni odbiorcy muzyki uważają ich za taki \'\'muzyczny żart\'\' (jak to określił jeden z wcześniej komentujących). Jakość tekstu zawartego w piosence również odgrywa dużą rolę, bo czasem może być tak że aranż muzyczny jest super, natomiast tekst powoduje śmiech słuchacza. Większość słuchaczy w pierwszej kolejności gdy słucha pierwszy raz jakiegoś utworu zwraca uwagę na rytm, tekst, oraz dominujące barwy w utworze. Stąd np. większość osób, gdy usłyszy partie wokalne śpiewane irytującym falsetem to go od razu odtrąca od dalszego wgłębiania się w dany utwór. Ten zespół trochę mi przypomina Modern Talking. Również w krótkim czasie odnieśli w latach 80-tych dość duży sukces, po czym w perspektywie czasu ich muzyka również stała się synonimem \'\'obciachu\'\' wśród współczesnych słuchaczy. Członkowie Papa Dance tworzyli dość młodzi wiekowo ludzie, przez co może dlatego łatwo trafiali w gusta głównie ówczesnej młodzieży.

Dzisiaj trudno jest znaleźć takie osoby jak właśnie choćby Ty, które mogłyby się zachwycać ich twórczością. Raczej to się nie zmieni w przyszłości. Kilka czynników wpływa na to, że ta muzyka przy pierwszym kontakcie może \'\'odtrącić\'\' przeciętnego słuchacza od dalszego wgłębiania się w nią.
PS
[25 marca 2011]
mam wrażenie że z tych dwóch zespołów to raczej Kombi jest bliżej czasu i miejsca, w których działało (kosmiczne efekty dźwiękowe, gitarowe fajerwerki Skawy). Papa Dance w pewien sposób też (fasolkowa melodyka), ale ich utwory wydaja mi się zaaranżowane oszczędniej, a wcale nie mniej błyskotliwie (np. odwrócona partia perkusji w "In Flagranti", a potem efekt "zasysania taśmy" - przecież to są brzmienia, którymi na maxa jara się cała blogosfera w 20 lat później).

Aczkolwiek nie chcę, żeby wyszło z tego jakieś wartościowanie Kombi vs. Papa Dance, gdzie ja twierdzę, że Kombi jest kiepskim zespołem ;) Łosowski był songwriterem nie mniej genialnym niż "Adam Patoh" ;)

Po prostu namawiam cię, żebyś spróbował zmienić paradygmat: uważny odsłuch "Poniżej krytyki" przez kogokolwiek o jakimś tam pojęciu muzycznym MUSI zakończyć się stwierdzeniem, że to jest pełna profeska. A czy cię ta muzyka bawi czy nie, to już inna sprawa ;)

Gość: ŁZ
[24 marca 2011]
Jeśli chodzi o bogactwo dźwięków to STARE KOMBI (nie bez powodu używam stwierdzenia STARE) było moim zdaniem zdecydowanym liderem wśród polskich zespołów. Nie powtarzalne brzmienie analogów Łosowskiego, niezwykle energetyczna gitara Skawińskiego (gorzej z wokalem, choć miał miły dla ucha głos i dobrze się komponował z ich muzyką dzięki czemu to nie było już to tak zauważalne), oraz charakterystyczny klang Tkaczyka (w połączeniu z syntetycznym basem tworzył tj. podwójną moc basu w utworze). Jeszcze do gdy grał Jerzy Piotrowski (śmiało można go uznać najlepszym polskim \'\'pałkerem\'\') to było wręcz coś niesamowitego. Kombi jako chyba jeden z nie wielu zespołów nagrało wiele utworów instrumentalnych, które stało się hitami. A nagrać dobry instrumental jest znacznie trudniej niż utwór wokalny... To wszystko tworzyło ten niepowtarzalny styl tego zespołu i to zaważyło o tym, że wiele utworów Kombi jest ponadczasowych. Nawet obecnie wśród kolejnych pokoleń utwory Kombi nie są im obce. Ba... nie wstydzą się ich słuchać (w przeciwieństwie do Papa Dance) Posiadają bardzo ciekawe teksty, nawet można rzec oklepane \'\'Słodkiego miłego życia\'\' w cyniczny sposób opisuje ludzką naturę chciwości, dążenia do celów po trupach. Do tego dochodzi ten nie powtarzalny aranż, niezwykłe bogactwo brzmieniowe (np. utwór Czekam wciąż) Niestety ale Papa Dance tego zdecydowanie zabrakło. Przede wszystkim ich teksty zaważyły na tym, że są traktowanie \'\'z przymrużeniem oka\'\'. Podobny los za ileś tam lat może spotkać choćby np... zespół Big Cyc. Czasy się zmieniają. Tylko ponadczasowe utwory są zapamiętywane, natomiast te które swoją stylistyką pasują tylko do lat 80-tych uciekają w zapomnienie. Po prostu są \'\'muzycznie przestarzałe\'\'. Tak I to nie tyczy się tylko utworów i zespołów z lat 80-tych. Nawet wiele hitów z ostatniej dekady JUŻ odeszło w zapomnienie. A takie wymiatacze jak choćby Bohemian Rhapsody (choć nagrane 32 lata temu!!!) nadal można czasem usłyszeć nawet w komercyjnych stacjach radiowych i jest to utwór niepowtarzalny i rozpoznawalny na całym świecie. Dlatego dokonałem porównania Kombi do Papa Dance ponieważ są to zespoły grające (w przypadku Kombi od 1983r) w podobnym nurcie muzycznym. Jednak aranżacje Kombi, są zdecydowanie bardziej ponadczasowe, oraz bogatsze w ogromną ilość dźwięków ( w dużej mierze dzięki wkładowi Sławomira Łosowskiego). To spowodowało że styl Kombi był nie powtarzalny i to ich wyróżniało. Papa Dance to niestety zespół ale nie miał tego czegoś. Ich muzyka może robiła furorę w latach 80-tych jednak w perspektywie czasu stała się synonimem \'\'kiczu\'\' z prostego względu, bo ta muzyka była wówczas aktualna, modna i rozumiana, ale tylko w tamtym czasie.
Dziękuję, że mogę tutaj w dość ciekawy i kulturalny sposób prowadzić dyskusję na ten temat ;)
PS
[24 marca 2011]
@ŁZ

spróbuj posłuchać uważnie drugiego utworu z \"Poniżeja\" (\"Frankie, czy ci nie żal?\") - to jest chyba najbardziej ewidentny dowód, że Papa Dance należy brać poważnie (nawet jeśli się ich nie lubi - wiadomo, gust). Motoryczny, ale nie \"równomierny\" beat nie przypomina w ogóle schematów rytmicznych panujących w polskim popie. To coś bardziej jakby naspidowani Junior Boys. Zwróć uwagę na mnogość motywów melodycznych (znowu: abstrahując od tego czy ci się te melodie podobają). Zazębiający się pochód bassu i \"spadającego\" syntezatora od ok. 25 sekundy, a potem cudowny, subtelny riff w zwrotce i niestandardowa melodia wokalna. Posłuchaj jak to się ładnie rozwija do mostka i przechodzącego w tętent refrenu. Dalej wsłuchaj się w aranżacje: multum brzmień klawiszowych, perkusyjne breaki przy końcu itp.

To ewidentnie jest wyszukana konstrukcja pod względem najważniejszych składników kompozycyjnych: rytmiki, melodyki i harmoniki. Twierdzenia o disco-polo są niedopuszczalne o tyle, że cechą d-p nie jest jakiś tam wsiurski kanon melodyczny, ale zupełny brak kompozycji. Tam wszystko jest standardowe, tutaj totalnie unikatowe.

Piszę to wyżej w dobrej wierze, bo wydaje mi się, że rozumiem dlaczego estetyka Papsów może cię odrzucać - więcej, wydaje mi się, że sposób w jaki Borys Dejnarowicz kiedyś sprawę postawił (nie lubić Papsów = \"pedalstwo\") zrobił więcej złego ich reputacji, niż dobrego. GENERALNIE powierzchowny kontakt z tym zespołem musi skończyć się skojarzeniem z Fasolkami ;p bo taka jest tu melodyka: pozornie naiwna, bardzo dziecięca, śpiewna ( w sensie gwizdanych melodyjek) itd. I jak się stawia sprawę na ostrzu noża (albo ich kochasz, albo wypierdalaj), to łatwo zrazić przygodnego słuchacza (usłyszy refren \"Naj Story\" i pomyśli, że znowu ma 9 lat). NATOMIAST nieco bardziej uważny odsłuch odkrywa wszystkie te zajebiste niuanse, o których wyżej.

Daj \"Poniżejowi\" szansę - jeśli cię ten nastoletni liryzm nie ruszy, ok, trudno. Ale jestem pewien, że wycofasz się z twierdzenia o \"wypocinach\". Pozdro!
Gość: ŁZ
[24 marca 2011]
Jest to jeden z najbardziej kiczowatych zespołów w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Śmiało można go nazwać protoplastą później popularnego w latach 90-tych disco-polo :D Ten zespół nigdy nie był i nie będzie brał na poważnie (tak jak to napisał jeden z wcześniej komentujących). Ani pod względem aranżu muzycznego, a tym bardziej tekstów (większość śmieje się z nich do dziś) wypadają bardzo blado. Trzeba nie mieć na prawdę ''gustu muzycznego'' żeby zachwycać się ich ''twórczością'' (wypocinami). Ulubieńcy władz byłego '' jedynego słusznego systemu'', dobrze, że dziś już nie wiele osób o nich pamięta.
kuba a
[21 stycznia 2010]
Oj tam oj tam, Frankie Goes To Hollywood. Szacunek za genialny marketingowy koncept, ale na ich płytach jest za dużo produkcji, a za mało czystej treści songwriterskiej. Dowolny 30-sekundowy fragment "Poniżej krytyki" ma więcej hooków niż "Relax", które eksploatuje w kółko jeden motyw.
Gość: Kuba
[21 stycznia 2010]
To żart prawda ? Nikt wtedy nie brał ich na poważnie i podobnie jest teraz. Nie ma nawet utworu, który można by dziś puścić bez obciachu.

Porównanie z Frankie Goes To Holywood ?! Gdzie naszym Dance do takich kompozycji jak Relax czy The Ballad of 32 ?

Papa Dance traktuje jako żart muzyczny.
Gość: o-na-ra
[12 lipca 2009]
szacunek dla tego pana. :)

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także