Recenzje 2013: post scriptum

Coroczny zestaw zaległych recenzji, dla których z różnych przyczyn nie mieliśmy wcześniej czasu. Eksperymentalnie, zrezygnowaliśmy z wystawiania tradycyjnych liczbowych ocen. I tak większość pozycji zgarnęłaby oceny oscylujące wokół screenagersowej siódemki.

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 1

Arrington de Dionyso's Malaikat dan Singa – Open The Crown

Paradoksalnie, jest to najłatwiejszy w odbiorze album, wydany przez poszukującego kameleona, jakim jest Arrington de Dionyso (znany z Old Time Relijun, wykształcony etnomuzykolog, działający także jako artysta performatywny). Między innymi dlatego, iż mamy do czynienia z powrotem do języka angielskiego oraz zachodnich tradycji muzycznych. Poprzednie dwie płyty były śpiewane w całości po indonezyjsku i miały formę bardziej otwartą, opartą na swobodnej improwizacji i muzyce gamelańskiej. Obecny styl zespołu to skondensowana wizja, złoty środek między artystycznymi ambicjami a przystępnością. Jest on wypadkową kilkunastu lat poszukiwań, eksperymentów i fascynacji Arringtona wieloma gatunkami oraz innymi kulturami. Brzmenie grupy jest określane jako „transowy punk" – jak bardzo to określenie nie wydawałoby się idiotyczne, do opisu poczynań grupy pasuje jak ulał. Słychać inspirację The Velvet Underground, Sun City Girls, Big Black oraz klasykami poszukującego post-punku, takimi jak This Heat, The Pop Group czy The Fall. Wokalnie Arrington przypomina nawiedzonego szamana, krzyczy i skowycze niczym Captain Beefheart, śpiewa alikwotowo, a także próbuje rapować w kończącym album „I Manipulate The Form'd And The Formless". Do tego dochodzi puls bębnów, hipnotyczne riffy rzężącej gitary oraz klarnet basowy obsługiwany przez de Dionyso. W tym całym szaleństwie jest metoda, dawno bowiem nie słyszałem płyty z muzyką okołogitarową, która by mną tak wstrząsnęła. (Krzysztof Krześnicki)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 2

Beady Eye – BE

W znamiennym dla siebie akcie dezynwoltury Liam Gallagher bagatelizował swoje ostatnie wydawnictwa – „Different Gear, Still Speeding” było dla jego nowej kapeli rozgrzewką, dopiero „BE” miało być „the shit”. Na etapie relacji z zarządzanego przez Dave’a Sitka studia nagraniowego i obiecujących promo-singli byłem gotów w to uwierzyć. Zarówno „Flick Of The Finger”, jak i „Second Bite Of The Apple” sugerowały, że „Our Kid”, Andy Bell i Gem Archer są zdolni opuścić bezpieczne, pub-rockowe terytoria i nadać swojemu post-bitelsowskiemu rockowi mniej przewidywalną oprawę. A przy okazji napisać kilka chwytliwych melodii. To pierwsze się nawet udało, drugie już niekoniecznie. Sitek swoją robotę wykonał celująco – konwencjonalne, rockowe albumy rzadko mają dziś tak bogate, angażujące tło. Gorzej z piosenkami, bo te niczym szczególnym nie różnią się od wachlarza zagrań zaprezentowanego na poprzedniczce. Zostawić producenta, zostawić wykonawców, zatrudnić songwritera i spróbować po raz trzeci. (Kuba Ambrożewski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 3

Dean Blunt – The Redeemer

Blunt nagrywał wcześniej wspólnie z Ingą Copeland jako Hype Williams i z nią też w duecie wydał w zeszłym roku dobrze przyjęte „Black Is Beautiful”. „The Redeemer” to zaś kolejne po mixtapie „The Narcissist II” solowe podejście Blunta i trzeba przyznać, że mocno się wyróżniające na tle jego wcześniejszych nagrań. Inga występuje tu ze swoim kojącym głosem jedynie w jednym utworze, reszta zaś jest zdominowana intymną wypowiedzią twórcy. Na poziomie brzmienia są to dalej zanurzone w pogłosach, senne impresje, jednak same utwory są tu mniej „czarne”, a bliższe klimatom singer-songwriter. Także stosunek sampli do instrumentów, szczególnie akustycznych uległ tu sporej zmianie. „Redeemer” to płyta o rozstaniu, stąd też jej introwertyczna i infekująca każdym dźwiękiem atmosfera. (Michał Weicher)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 4

Body/Head – Coming Apart

Wszystkie kolorowe magazyny USA postawiły sobie w tym roku za punkt honoru zrobić wywiad z Kim Gordon. Pokonała raka piersi, wyszła z porozwodowej traumy z podniesioną głową i wciąż ma pełno artystycznych aktywności. Ten wzrost popularności towarzyszy, ku mojej niekłamanej satysfakcji, bardzo ładnej płycie Body/Head, duetu Gordon z Billem Nacem. Mniej przystępnej od ostatnich dokonań Sonic Youth, ale znacznie lepiej pomyślanej i całkiem przejmującej. Na „Coming Apart” podejście improwizacyjne zderza się z quasi-piosenkowością – krótkie motywy gitarowe, powtarzane frazy tekstów czy drony urzekają osobliwą atmosferą. Jest zarówno mrocznie i zimno („The last mistress, pissing like a dog, marking her territory” - niezbyt to romantyczne), jak i w pewien sposób urzekająco. Nie ma mowy o przegadaniu, a dla nienasyconych jest jeszcze szereg małych wydawnictw. (Miłosz Cirocki)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 5

Braids – Flourish // Perish (Full Time Hobby)

„Flourish // Perish” to album, którego fundamenty postawione zostały z wielu różnych elementów – nastrojowego dream popu, romantycznego post rocka, mrocznej, gotyckiej elektroniki, wyciszonego ambientu. Żaden z nich jednak nie jest cytowany dosłownie, dostatecznie wyraźnie i nie wpływa na ostateczny charakter tej niezwykłej płyty. W porównaniu do debiutu Kanadyjczyków z Braids ich tegoroczny krążek to ogromny krok do przodu, nie tylko pod względem wyłapywanych inspiracji. „Flourish // Perish” w całości stanowi finezyjne, klimatyczne misterium budowane przede wszystkim na rytmicznych basach, teksturowej elektronice, onirycznym wokalu. Słychać tu nie tylko ogromną staranność w tworzeniu pięknego, minimalistycznego klimatu, ale też bardzo kompleksowe podejście do płyty, gdzie każdy kolejny utwór stanowi integralną jej całość. Mimo bogactwa różnorodnych rozwiązań w oszczędnym przecież brzmieniu Braids, wszystko zdaje się podporządkowane enigmatycznemu, rozmarzonemu nastrojowi „Flourish // Perish”. Singlowe „In Kind” mimo swojej bardziej rockowej wyrazistości (w tym utworze wyjątkowo wykorzystano także gitary), nawet jeśli mocno chwytliwe i wpadające w ucho, to raczej antyprzebojowy numer. Zresztą podobnie jak zwiastujące tegoroczny album Braids „Amends” – ocierające się zdecydowanie mocniej o klubowe rejony dubstepu czy ambietu niż oczywistego electro popu. „Flourish // Perish” mogłoby być płytą, łączącą ponad podziałów jednostki o bardziej rockowej wrażliwości i miłośników tzw. nowych brzmień – tak to jest właśnie fascynujący, fantastyczny album. (Kasia Wolanin)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 6

Danny Brown – Old

Zabawny, wulgarny i miejscami męczący – Daniel z Detroit na swoim trzecim albumie nie zawsze dokonuje dobrych wyborów. Z „Old” spokojnie można byłoby wyrzucić 4-5 utworów i nikt by na to nie zwrócił uwagi – zaplanowana przez Browna mało przyjemna estetyka płyty ubrana w syntetyczne bity i skrzekliwy rap może nużyć, choć rozpatrując te 19 utworów pojedynczo dojdziemy do wniosku, że zasadnicza ich większość trzyma równy (b. dobry) poziom. Zatem ja „Old” sobie porcjuję i bawię się znakomicie. Na przykład: melanżową rozpierduchę w „Smoking & Drinking” mieszam z kuriozalnym na tle reszty płyty „Lonely”, dokładam dobre featuringi Purity Ring i ScHoolboya i kończę na arpeggiatorowym „Dip”. Wracam do niego za kilka dni z inną konfiguracją. Trochę boję się tego śmiesznego, mizoginistycznego rap-dziwoląga przedawkować, bo na dobrą sprawę nagrywa fajną, osobliwą muzykę, która ma w sobie na tyle jego charyzmy, by chciało się do niej wracać i na tyle monotonii i brzydoty, by po pół godziny się zmęczyć. (Paweł Szygendowski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 7

Chance The Rapper – Acid Rap

Amerykański hip-hop na przestrzeni ostatnich 2-3 lat obrodził w tyle ciekawych postaci, że aż można stracić rachubę. Podczas gdy DJ Premier kaleczy Disclosure, West sampluje Omegę, a Carter nagrywa płytę, której do końca nie przesłuchali nawet posiadacze Samsungów, niemal co chwila na arenie pojawiają się młode talenty, których poczynania warto śledzić. Moim ulubionym juniorem A.D. 2013 jest Chance The Rapper. Jego drugi mixtape – „Acid Rap” – to zestaw utworów kolorowych, zróżnicowanych i miejscami naprawdę oryginalnych. Dwudziestoletni Chancelor czerpie m.in. ze Wschodu, Zachodu, swojego krajana Kanyego, soulu, r&b, cloudów i wielu innych źródeł na tyle zręcznie, że efekt końcowy jest momentami wręcz porywający. Słabych momentów jest naprawdę niewiele (choć „NaNa” z Action Bronsonem na featuringu mógł sobie naprawdę darować), zaś te najlepsze urzekają inwencją i osobliwą produkcją, ale przede wszystkim niepozowanym luzem, który zdobył mnie od pierwszej minuty „Acid Rapu”. (Paweł Szygendowski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 8

Clipping – Midcity

Skrecze albo syreny (bring the noise!) są świadectwem odwiecznej więzi hałasu i hip-hopu. Jednak termin noise-hop pojawia się głównie przy raczej awangardowych rzeczach z okolic anticonowych – dälek, cLOUDDEAD i tak dalej. Być może mam braki w teorii (red. Krześnicki puścił mi ostatnio czeski skład WWW działający od 1995, który zahacza o industrial i da się tańczyć – szok), ale nie słyszałem jeszcze bragga na podkładzie typu „Alva Noto goes full gangsta”, a tym właśnie parają się Clipping. Powiedziałbym nawet, że ktoś tu próbuje znaleźć wspólne punkty między hip-hopem a power electronics – zarówno minimalizm i zestawienie głosu z elektroniką, jak i maskulinizm/mizoginia. Brzmi naciąganie? Kilka numerów rozwija główny pomysł wyśmienicie, chociażby „Loud” albo „Get It”. Ale niestety na tym koniec pomysłowości. Trio jest najlepsze, gdy buja bez pomocy hałaśników w „Bout.That”, za to wypełniające większość zestawu amorficzne beaty wydają się być niepotrzebnym kombinatorstwem. Nie podoba mi się też puszczanie oczka do słuchaczy w outro. Jednak wciąż pokładam w tej ekipie nadzieję i baaaaardzo bym chciał, by poszli w stronę taneczną, bowiem pierwsze kilka tracków wciąż mocno kopie moje białe dupsko. I ten typ jest jakoś podejrzanie mocnym raperem chyba, nie? (Miłosz Cirocki)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 9

Concrete Fence – New Release (1)

Nie tego spodziewałem się po dżojncie Regisa z Russelem Haswellem. Wszyscy grają dziś techno, ale po Haswellu, jednym z moich ulubionych zaginaczy fonii, spodziewałem się mniejszego przystosowania do konwencji. Słyszymy jednak industrialne techno, które mrokiem skusi fanów Throbbing Gristle, ale przekona też okularników przypominających o tym, że Blackest Ever Black korzystają ponoć jedynie z NAJLEPSZYCH tłoczni. „New Release” to ideał brutażowej hedonki – wprowadza w trans od pierwszych uderzeń bitu, nie zapominając o – to dziwne, acz właściwe słowo – rozkoszowaniu się najmniejszymi detalami i zmianami w dźwiękach. Super. (Miłosz Cirocki)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 10

Crab Invasion – Trespass

W drugiej połowie roku 2013, kilka lat po powstaniu, wytwórnia Draw Records zdaje się wreszcie nabierać rozpędu. Nie tylko bierze pod swoje skrzydła kilka zespołów nie spowinowaconych bezpośrednio z założycielami labelu, ale i coraz konkretniej nakręca ich plany wydawnicze. Wszystkie nowe nabytki stajni Dejnarowicza to już zresztą dosyć pewne nazwy, które w ciągu paru ostatnich lat zdążyły wypracować sobie w środowisku status świeżych, rozpoznawalnych marek, z którymi przywykło się już wiązać jakieś nadzieje (patrz: Microexpressions). Większość też charakteryzuje się dosyć spójnym, jakże bliskim sercu prezesa, podejściem do tworzenia muzyki. Draw Records staje się powoli idealnym miejscem skupiającym młodych zdolnych songwriterów opierających swój proces na prymacie kompozycji, pieczołowitym układaniu niebanalnych melodii i wykwintnych progresji akordów. Najbardziej skrajną reprezentację tej metody przedstawia oczywiście Armando Suzette. EP-ka „Calendar” wydana w Draw niemal jednocześnie z długograjem Krabów (który ostatecznie ukazał się wprawdzie w katalogu niezależnego Postaranie Records) to zestaw chyba najbardziej spektakularnych pod tym względem piosenek w historii krajowego INDIE ROCKA (symbolicznie zostańmy przy tym terminie, bardziej w znaczeniu środowiskowym, by podkreślić progres, jaki przez tę ostatnią dekadę dokonał się w polskim niezalu). Uroczystym zwieńczeniem tych artystycznych dążeń ma zaś zapewne być ciągle okryta nimbem tajemnicy działalność supergrupy Manhattan.

Crab Invasion też zdążyli już w wyrazisty sposób zaznaczyć swoją obecność na scenie. Zespół w ciągu paru lat płynnie przebył drogę od naparzania niedbałego garażowego post-punku z ambicjami do sformowania samoświadomego, precyzyjnie zgranego popowego kolektywu, przemyślanego od każdej strony, w sposób szerokoformatowy, gdzie nawet całościowy image staje się pilnie wypracowaną kreacją, zgodnie ze wzorem kapeli wylansowanym przed laty przez Roxy Music (choć w praktyce chłopakom bliżej wizualnie do Kraftwerka). Na „Trespass” wszystko dopięte jest właśnie na – nomen omen – ostatni guzik. Nie waham się przyznać, że to jeden z najmocniejszych materiałowo albumów tego roku, z dziesięcioma piosenkami śmiało inspirowanymi pisarskimi wskazówkami od naszych ulubionych talentów (choćby Partridge, najbardziej w „Pebbles, Beads and Mirrors” czy McAloon/Frame w „Always Now”), niezwykle przy tym kreatywnie wyprodukowany. Remek Zawadzki umiejętnie przeprowadza Kraby przez rozmaite muzyczne lokacje, od rockowego garażu, przez housowe kluby, po stadiony z progresywnymi spektaklami z ośmiotirowych tras ELP, i nie pozwala im przy tym utracić swojego cennego idiomu, za który w dużej mierze odpowiada charakterystycznie lawirujący między tonami wokal Jakuba Sikory. Crab Invasion doskonale wypełnia na naszej scenie pustkę po The Car Is On Fire, ale ma jeszcze coś, czego tamtej grupie brakowało (na ich własny, nierzadko uroczo rozpierdolony sposób) – spójną, dopracowaną jeszcze przed debiutem wizję. Inna sprawa, że pewnie nie byłoby go na nią stać bez szlaków przetartych biegiem ostatniej dekady (również na zasadzie eksperymentu) przez koryfeuszy NIEZALEŻU. (Jędrzej Szymanowski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 11

Disclosure – Settle

Mniejsze i większe bóle odbytu ludzi z okolic tzw. kultury klubowej oraz kłótnie internetowych trolli o to, czy muzyka Disclosure to deep house (litości, skąd w ogóle ten pomysł?), potrafią odwrócić uwagę od faktu, że „Settle” to jedna z najbezczelniejszych, wjeżdżających ci na chatę razem z drzwiami płyt pop roku 2013. Owszem, raczej prosta to muzyka. Zgodziłbym się nawet, że większość kawałków jedzie na jednym lub dwóch tych samych patentach. Ale to wyciskanie ostatnich soków z estetyki okołogarage’owej nie przeszkadza mi, albowiem bracia Lawrence posiadają dar układania zaraźliwych, zawadiackich riffów, które nie nudzą się (mi przynajmniej) pomimo maniakalnych repetycji. W instrumentalach takich jak „Grab Her!” to prostactwo czasem razi, ale już w singlowym „White Noise”, ozdobionym słodkim głosikiem Aluny Francis, wszystko jedzie i miecie tak, że nie mam pytań, Wysoki Sądzie.

Zeszłoroczny przebój „Latch” wyłamuje się nieco ze schematu triolkowym metrum. „Confess To Me” cudnie zgrzyta, jakby na przekór dotychczasowemu emploi zatrudnionej tu Jessie Ware. Ale przede wszystkim mamy tu do czynienia z festiwalem refrenowych sing-alongów. W dodatku, pomimo ewidentnego zadłużenia w przeszłości, „Settle” nie nosi piętna nachalnego retro. Wszystko to dzieje się tu i teraz. Bawmy się dopóki chłopakom wychodzi. (Paweł Gajda)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 12

DJ Koze – Amygdala

To taka niemodna płyta elektroniczna z garścią mniej lub bardziej znanych wokalistów na gościnnych występach, która w magiczny sposób przenosi mnie do czasów pierwszych podjarek digitalnymi brzmieniami. Przywołuje wspomnienia z lektur obowiązkowych tamtych lat: jakieś Boards Of Canady, Röyksoppy, Dntele, Manitoby (Dan Snaith już na początku pojawia się tu zresztą we własnej osobie). Atmosfera „Amygdali” sprawia, że przy okazji jej opisywania mam ochotę zdjąć patynę z niepotrzebnego przecież nikomu muzycznego termin chillout (z którego kiedyś ktoś tam nawet próbował zrobić oddzielną falę), a nawet kusi perwersyjnie, by na potrzeby jałowego namecheckingu odkopać tu jakieś kompletnie nierelewantne dziś postaci pokroju Moby’ego. Właśnie w takim języku soundtracku do porannego zakładania skarpet (najlepsza definicja ambientu, lol) Stefan Kozalla skleca wyczerpującą wypowiedź na temat przesympatycznej, ciepłej, melodyjnej i miejscami szczerze zabawnej elektroniki w rodzaju tej, która biegiem szczenięcych lat w wielu z nas wytwarzała ciche poczucie jakiegoś inside coolness. Swoista grzeczność tej elektroniki, w świetle postępującej muzycznej cyberiady, paradoksalnie jawi się ostatecznie jako wartość wręcz rebeliancka.

Album ten konstytuuje też pewną regułę: w mojej czołówce co roku musi znaleźć się krążek z kreatywnym follow-upem do Marvina Gaye’a (legendy czarnej muzyki – przyp. K. Ambrożewski). Tu pojawiają się aż dwa. (Jędrzej Szymanowski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 13

The Drones – I See Seaweed

Od rozszczepionego na melodeklamacyjne łkanie i wybuchy rozpaczy „I See Seaweed”, przez luźno korespondujące z łagodniejszymi dokonaniami Swans „Nine Eyes” (refren!), po poruszającą „Laikę” i singlowe „How To See Through Fog”, australijski kwintet odgradza się grubą kreską od garażowych początków i indie-rockowego epizodu z „Havilah”, stawiając na długie i złożone kompozycje, w których, obok gitarowych zgrzytów i kojącego pianina, kluczową rolę odgrywa warstwa liryczna. Podporządkowany tym wytycznym Gareth Liddiard żongluje zwierzeniami, próbuje analizować społeczno-ekonomiczne realia i dzieli się gorzkimi przemyśleniami, umiejętnie unikając zarówno patosu, jak i monotonii, w czym duża zasługa jego charakterystycznej, nosowej barwy. Swoisty manifest dojrzałości okazał się sukcesem – szósty długograj grupy, oprócz tego, że szybko stał się tym najpopularniejszym, wydaje się też po prostu najlepszym w całej dyskografii. (Wojciech Michalski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 14

Ducktails – The Flower Lane

W przeciwieństwie do wielu mniej lub bardziej znanych projektów pobocznych stojących w wyraźnej kontrze do stylistyki macierzystej formacji renegata, relacje między brzmieniem Real Estate i Ducktails od zarania przypominały raczej system połączonych naczyń. Niedbała, chałupnicza psychodelia wczesnych solowych nagrań Matta Mondanile'a, z chwalonym przeze mnie swego czasu na łamach Screenagers „Arcade Dynamics” włącznie, nie była przecież nigdy radykalnym stylistycznym odstępstwem od publikowanych jeszcze pod banderą Woodsist dziewiczych kompozycji ekipy z New Jersey. Wystarczy wspomnieć w tym miejscu niedorzecznie zaraźliwe gitarowe pętle w stylu „Beach Comber” czy „Suburban Beverage” i skonfrontować je choćby z wakacyjnym kwasobraniem „Beach Point Pleasant” – jabłko pada tu bardzo blisko jabłoni. Kiedy więc mgławica psychodelicznej materii Real Estate uległa na wyśmienitym „Days” rozrzedzeniu, ustępując miejsca bardziej konwencjonalnemu podejściu do struktury piosenek, podobnej miniwolty oczekiwać można było od stojącego dotąd nieco w cieniu Mondanile'a. Efekt w postaci zarejestrowanego w przerwach od zespołowych obowiązków „The Flower Lane” przynosi, mimo wszystko, garść całkiem przyjemnych niespodzianek.

Spore wrażenie robi już lista zaproszonych do studia gości, z której wyłaniają się zręby supergrupy, istnego zwolenniczaka całkiem zasłużonych dla współczesnej amerykańskiej sceny muzycznej postaci, na czele z naszym pupilkiem z Tigercity Joelem Fordem, znanym ze współpracy z Yeasayerem producentem Alem Carsonem i intronizowanym na króla współczesnego dźwiękowego kolażu Danielem Lopatinem. I chociaż otwierający album „Ivy Covered House”, brzmiący niczym solidny, zagubiony albumtrack z „Days” nie zdradza jeszcze pełnego arsenału środków, za pomocą których Mondanile kreśli swój własny dźwiękowy obraz samotności w wielkim mieście, to już następująca po nim sekwencja bezbłędnych, bogato zaaranżowanych i szalenie melodyjnych kompozycji każe domniemywać, że członek Real Estate odbywał swoje stanowiące główne źródło inspiracji dla krążka manhattańskie spacery w nienagannie skrojonej marynarce i obuwiu z wężowej skóry, stając się muzykiem (człowiekiem?) na wskroś niedzisiejszym, elegancko nieporadnym. Zalotny klawisz utworu tytułowego, niemal żywcem wyjęty z „Can't Buy A Thrill”, zdecydowanie najlepszy w zestawie, z marszu przywołujący flirt Destroyera z erotyczną, wielkomiejską balladą „Under Cover” czy miękki, mondeopopowy (nie tylko z nazwy!) „Sedan Magic” nie pozostawiają zbyt dużego marginesu interpretacji – Matthew Mondanile prezentuje się na tegorocznym albumie jako artysta w swojej dojrzałości wręcz soft rockowy, paradoksalnie dostarczając w ten sposób oręża krytykom utartej na „The Flower Lane” ścieżki.

Przyglądając się niejednorodnej recepcji tej niezobowiązującej płyty, formułowanym wprost zarzutom o wypranie z emocji, negatywnie rozumianą poprawność brzmienia i kompozycji oraz brak pomysłu na uwypuklenie dystynktywnych cech projektu, trudno mi jednak nie uśmiechnąć się pod nosem z gorzkim grymasem politowania. Sympatyzując z Real Estate i wszelkimi projektami pobocznymi muzyków z Jersey od paru dobrych lat, nie mam wątpliwości, że Mondanile rozwija się świadomiej i bardziej spektakularnie, niż dziesiątki przecenianych przez media zza oceanu artystów, nie tracąc przy tym własnej tożsamości, zaś „The Flower Lane” jest tego najlepszym dowodem. Ta pozbawiona eksperymentatorskiego zacięcia, bardzo konwencjonalna w gruncie rzeczy płyta, jak mało która w tym świetnym przecież dla muzyki roku, przyniosła mi czystej postaci, nieobarczoną kontekstami i potrzebą dogłębnej analizy przyjemność słuchania. Mam więc nadzieję, że w naszej redakcji znajdzie się jeszcze parę smutnych, bezdusznych istot i z Mattem Mondanilem spotkamy się ponownie w naszym końcoworocznym rankingu. (Bartosz Iwański)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 15

Earth, Wind & Fire – Now, Then & Forever

Medialne zachwyty nad revivalowym „Random Access Memories” (według mnie w swojej konwencji bardzo przyzwoitym) sprawiły, że powrót prawdziwych weteranów dyskotek, czyli Earth, Wind & Fire, przeszedł właściwie bez echa. Szkoda, bo choć nowy materiał nie dorównuje pamiętnym „Gratitude” czy „All ‘n All”, to taneczny potencjał „Night of My Life”, „Love is Law”, „Guiding Lights” czy „My Promise” daje gwarancję, że wiele bieżących kawałków bez specjalnego zgrzytu odnalazłoby się wśród dokonań grupy z końcówki lat siedemdziesiątych. Dodatkowym smaczkiem jest ponowne starcie kolektywu z Nile’m Rodgersem, udzielającym się tym razem m.in. w „Lose Yourself To Dance” i „Get Lucky”. W tej potyczce, przypominającej nieco niegdysiejszą, korespondencyjną rywalizację z Chic, Philip Bailey z zespołem solidnie zapracowali na laur zwycięstwa, serwując szalenie atrakcyjny (najlepszy w tym roku?) amalgamat klasycznego disco, funku i soulu – i to bez niedysponowanego Maurice’a White’a. (Wojciech Michalski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 16

Fern – Forsaken Exertion

Nie ma się co dziwić Mikołajowi Bugajakowi, kiedy gęsto rekomenduje najnowsze dziecko swojej wytwórni, tj. „Forsaken Exertion” autorstwa pochodzącego z Katowic Tomasza Szepielaka, ukrywającego się pod ksywką Fern. W końcu powinowactwa brzmieniowe pomiędzy obydwoma artystami są dostrzegalne (acz nienachalne). Moją ciekawość debiutu ślązaka rozbudził teaser albumu, jak jednak ma się rzeczywistość marketingowa do rzeczywistości stricte artystycznej? Cóż, nie będę ukrywał, że ta produkcja w żaden sposób nie jest w stanie zagrozić najlepszej pozycji w katalogu Nowych Nagrań, jaką jest „Algebra” Hatti Vatti. Ale nie o rywalizację tu przecież chodzi. W kwestii brzmienia, „Forsaken Exertion” eksponuje przede wszystkim swoją cyfrowość, czemu wyraz daje nawet projekt okładki przedstawiający grafikę geometrycznego blokowiska. Muzyka Ferna plasuje się miejscami gdzieś w okolicach przystępnego glitch-hopu, coś à la wygładzona wersja wczesnego Autechre, kiedy indziej słychać w niej inspiracje Boards Of Canada – jak chociażby w „Lo-Pro-Fi”. Ale znajdziemy tu też twardą stopę, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatni numer – „Strange Telescopes”. O ile przywołany we wstępie Noon swoją muzykę uzbrajał w solidną dawkę muzycznego liryzmu (głównie na „Bleak Output”), o tyle Fern idzie jakby w epikę, ilustrując dźwiękami swoje historie. Jeżeli chodzi o samą produkcję, to ciężko wytknąć autorowi jakiekolwiek mielizny kompozycyjne. Te utwory są naprawdę wysmakowane, choć Ślązak podąża utartymi ścieżkami. Skoro już przywołałem w namecheckingu tuzy elektroniki znane z eksperymentu i łatwo rozpoznawalnego stylu, muszę zarzucić autorowi zbytnią zachowawczość i przewidywalność (jesteśmy mniej więcej w stanie spodziewać się kształtu całości albumu już po pierwszym utworze). Tak czy siak, to rzecz warta sprawdzenia i artysta godny śledzenia, nie tylko ze względu na deficyt takich brzmień w naszym kraju. Po prostu jego umiejętności rozbudzają duże nadzieje na przyszłość. (Rafał Krause)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 17

Eric Shoves Them In His Pockets – Walk It Off

Pośród trudnego do przeoczenia w ostatnich tygodniach zalewu namaszczanych na zbawców polskiej sceny alternatywnej projektów, które przy bliższym kontakcie okazywały się ledwie sympatycznymi wydmuszkami, wydany bez spektakularnej otoczki i przyciężkawych not wydawniczych debiutancki album warszawskiego tria jawi się jako ostoja twórczości nieafektowanej i, mimo słodko-gorzkiego wydźwięku płyty, autentycznie radosnej. Zarejestrowane bez przesadnej dbałości o studyjną kosmetykę „Walk It Off” nie rości sobie pretensji do bycia czymś więcej, niż zbiorem leniwych, oszczędnie zaaranżowanych piosenek zanurzonych w tradycji złotej ery melodyjnego amerykańskiego indie-rocka. Charakteryzując brzmienie Eric Shoves Them In His Pockets nie sposób uciec od porównań z wczesnym, względnie surowym obliczem Modest Mouse (w „Barbarians” nawet wokal Szymona Najdera łamie się w sposób uroczo brockowski), rytmicznymi wariacjami spod znaku dystyngowanego chicagowskiego post-rocka, zimną melancholią Codeine czy tuzinem innych wykonawców, których można w tym miejscu wyliczyć. Tercetowi Najder-Woźniakowski-Thun zgrabnie udaje się jednak uniknąć zarzutów epigoństwa. W ich muzyce, jak przystało na grupę po międzynarodowych przejściach, nie ma wprawdzie miejsca na naiwną lokalność w stylu flagowych przedstawicieli Thin Man Records, czyli Muzyki Końca Lata, jednak w tym silnie zamerykanizowanym brzmieniu tli się całkiem wyraźny płomyk własnej, przefiltrowanej przez cienie i blaski nadwiślańskiego „tu i teraz” tożsamości. Udzielenie odpowiedzi na pytanie, co grało w duszach muzykom ESTIHP w ostatnich latach nie jest zadaniem szczególnie karkołomnym. Dużo bardziej intrygująca wydaje się kwestia przyszłości grupy – jeszcze niedawno znajdującej się przecież w pół drogi między projektem kanapowo-towarzyskim a profesjonalnym składem z krwi i kości. Na razie mamy same dobre wiadomości: nie rozpadli się i nagrali świetną płytę. (Bartosz Iwański)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 18

Fire! – (Without Noticing)

Jeżeli miałbym wyznaczyć muzycznych bohaterów 2013 roku – tych wielkich, którzy swoją wielkość bezdyskusyjnie udowodnili – Mats Gustafsson byłby tak na oko w pierwszej trójce zestawienia. Order za wybitne osiągnięcie projektowe przyznaję mu za „Exit!” Fire! Orchestra, proporczyk za doskonałą kolaborację po „Cuts” z Merzbowem i Pandi. Do tego dochodzi kolejna, bombowa płyta popularnego ZESPOŁU RZECZ („Boot!”) oraz niniejsze wydawnictwo – czwarty już album jazz-rockowego trio Fire!, tym razem bez wsparcia ze strony czwartego, okazjonalnego muzyka. Brzmienie Fire! niezmiennie hipnotyzuje, petryfikuje słuchacza w aurze ciężkości i szorstkości. Gustafsson okazjonalnie zasiada za klawiszami (tak, jak robił to w trakcie koncertu na tegorocznym Unsoundzie).

Pisanie o „(Without Noticing)” bez zahaczania o wytrychy pomocne przy interpretacji poprzednich wydawnictw składu wydaje się niemożliwe. Dlatego trochę ubolewam nad konsekwencją, jaką wykazują się Szwedzi pod szyldem Fire!. W gruncie rzeczy wszystko przemija, a gusta muzyczne nie cementują się na określonym wiekuiście stylu. Kompozycje tu zebrane nadal cieszą ucho swą niepokornością, swadą („Tonight. More. Much More” to chyba najlepszy utwór Fire! w ogóle), linia basu jak zwykle sugeruje aurę naprawdę mocnych dreszczowców bądź konkretnego kina akcji. Dlatego korci mnie, by porównać album do protagonisty kapitalnej parodii kina blaxploitation – „Black Dynamite”. Z twardzielem zwanym Black Dynamite „(Without Noticing)” dzieli nie tylko ultrawysokie stężenie testosteronu i współczynnik alfa, ale również kompletny brak refleksyjności i zapatrzenie w swoją napompowaną męskość, która objawia się wciąż tymi samymi kanciastymi gestami – bez wytchnienia, bez momentów rozluźnienia. Gdy jesteś twardzielem – to pomaga, lecz gdy jesteś muzyką – niekoniecznie. (Michał Pudło)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 19

FKA twigs – EP2 [EP]

Z wokalistką kryjącą się pod pseudonimem Twigs (jeszcze nie FKA twigs) zapoznałem się w połowie zeszłego roku, kiedy obezwładniła mnie nieskazitelność piosenki „Ache”. Zachwyty wzmocnił teledysk z czarnoskórym Banem (złoczyńca z „Batmana”, porównanie pożyczone od któregoś z fejsbukowych znajomych) w masce zrobionej z Air-Maxów, chorobliwie lgnącym do jarzeniówki niczym ćma na prochach. Dobry boże. Następnie pod koniec roku pojawiło się pierwsze self-released wydawnictwo angielki – EP-ka „EP”. Poza „Ache” na krążku wylądował na wpół szeptany, podbity elektronicznie przetworzonym głosem kawałek „Weak Spot”, najbardziej hitowy „Breathe” i naprzemian zwalniający i przyśpieszający „Hide”. Wszystkie utwory dostały wizualną oprawę – klipy przesiąknięte niebanalnym erotyzmem. Kaprys losu polegał na tym, że nie zdążyłem w porę zorientować się, że mamy do czynienia z najlepszą EP-ką minionego roku.

W każdym razie mija kilka owocnych miesięcy, patronat nad zdolniarą objął label Young Turks, nasza bohaterka zdążyła zmienić monicker i po publikacji dwóch teaserowych singli wydała wszystkie cztery nowe piosenki w formie EP-ki „EP2”. Tu rozpoczyna się właściwa rozmowa. Ponownie mamy cztery klipy – znów olśniewające, w estetyce renderowanych figur i metaforyzowanej cielesności. Produkcji dotknął się Arca, znany ze współpracy ze słynnym miłośnikiem crossaintów przy albumie „Yeezus”. Cóż z tego, skoro nowe piosenki – a są to ballada na spowolnione wokale „Water Me”, futurystyczny banger „How’s That” oraz dwie rozbudowane kompozycje „Papi Pacify” i „Ultraviolet” – zawierają mniej unikatowej świeżości zeszłorocznych nagrań. Zamiast tego, pozostając nadal świetnymi utworami, wpisują się niekiedy/niestety dobitniej w manierę zeitgeistu (zwanego przez złośliwców sheitgeistem). Dlatego wszystkich zauroczonym FKA twigs odsyłam równocześnie do zeszłorocznego „EP”. (Michał Pudło)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 20

Fleetwood Mac – Extended Play

Po dosyć ponurym roku 2012, kiedy z ziemskim padołem pożegnało się dwóch kolejnych byłych członków wczesnych składów Fleetwood Mac, niejako dopełniając w ten sposób czarną serię zapoczątkowaną śmiercią Boba Brunninga jeszcze w 2011 roku, minione dwanaście miesięcy zapisało się w dziejach jednego z najwybitniejszych zespołów w dziejach muzyki rozrywkowej zaskakująco jasnymi zgłoskami. O ile jednak potężna, ale też planowana od dłuższego czasu ogólnoświatowa trasa koncertowa nie powinna wzbudzać na chłodno wielkich emocji, o tyle wydany niejako w uzupełnieniu scenicznej harówki minialbum „Extended Play” bezwzględnie zasługuje na szerszą uwagę. Idę bowiem o zakład, że za kilkanaście lat to właśnie to skromniutkie, trwające ledwie nieco ponad kwadrans wydawnictwo uznawane będzie za najbardziej wartościowy materiał sygnowany marką Fleetwood Mac w jej schyłkowym, wczesnogeriatrycznym stadium istnienia.

Złośliwy, ale jednocześnie uważny obserwator poczynań grupy, nie bez racji zwróci uwagę, że kompozycje zawarte na „Extended Play” stanowią dowód nie niesłabnącej synergii formacji, ale raczej artystycznej nieśmiertelności Lindseya Buckinghama. W rzeczy samej, poza zagubioną taśmą-półkownikiem, czyli blisko czterdziestoletnim, odkurzonym przypadkowo przez Stevie Nicks „Without You”, pozostałe trzy utwory sygnowane są tu królewskim nazwiskiem Lindsaya. Fakty encyklopedyczne w konfrontacji z pierwszym od dekady premierowym materiałem FM schodzą jednak na dalszy plan.

Tempo i poziom narzucone całości materiału przez dynamiczny, ultraradiowy hook „Sad Angel” mogą wprawić w drobne zakłopotanie. Nieśmiertelny wokalny tandem Buckinghama i Nicks w zaskakująco świeży jak na reminiscencję sposób odsłania tu kolejne smaczki tak burzliwych niegdyś relacji między sercem i mózgiem najwybitniejszego składu w dziejach Fleetwood Mac. Jedyna na płycie autorska kompozycja Nicks, wspomniane już „Without You” to prościutka, wsparta na niespiesznej linii akustyka ballada, której z nie do końca jasnych przyczyn zabrakło na finalnej trackliście wydanego na krótko przed dołączeniem pary do regularnego składu FM „Buckingham Nicks”. Pod indeksem trzecim ukrywa się „Miss Fantasy” – utwór oparty na repetycji banalnego, przywodzącego na myśl „1979” Smashing Pumpkins akordu przełamanego wpierw słodkim, choć nieco emeryckim refrenem, a następnie ubogaconego mostkiem, jakiego nie powstydziłby się Jeff Tweedy w swej szczytowej formie. Refleksyjny, niemal podniosły nastrój zasygnalizowany chwilę wcześniej rozwija przejmująca, fortepianowo-smyczkowa coda w postaci „It Takes Time”. To bodaj jedyna kompozycja na tej króciutkiej płycie, w której Buckingham brzmi faktycznie jak sześćdziesięcioczterolatek.

Mimo wielu pochwał, jakie cisną się w trakcie odsłuchu na usta, trudno traktować „Extended Play” jako EP-kę pozbawioną słabszych punktów. Najpoważniejszy zarzut, jaki można postawić Fleetwood Mac w 2013 roku to wyjątkowa jak na ten zespół niedbałość produkcji: w porównaniu z kosmicznie przestrzennym soundem „Rumours” czy „Tango In The Night”, „Extended Play” brzmi momentami nieprzyjemnie wręcz płasko. Ktoś mógłby też przyczepić się do nieco wieśniackiego aranżu poszczególnych partii – najbliżej granicy złego smaku balansuje tu bodaj gitara w „Sad Angel”. To jednak, w kontekście przyjemnie zaskakującej zawartości tej EP-ki, ledwie detal – komu mielibyśmy wybaczać drobne niedociągnięcia, jeśli nie dawnych mistrzom? (Bartosz Iwański)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 21

Lisa Germano – No Elephants

Powszechna jest opinia, że po świetnym okresie w latach 90. Lisa Germano systematycznie rozmienia się na drobne, stając się dla młodszego pokolenia artystką coraz bardziej anonimową, a już na pewno zamieniając się w postać kojarzoną już niemal wyłącznie z minionymi dekadami. Oczywiście nie chodzi o trącenie myszką, bo to jest język w pewnym sensie ahistoryczny i wyjątkowo prywatny (songwriting z tej samej matki co Nick Drake czy Elliott Smith) , ale o niewidoczność nowych wydawnictw. Sam bałem się sięgnąć, tym bardziej, że dziś „Geek The Girl” i wydane w tym samym roku „Happiness” wydają się dla mnie zestawem Germano wystarczającym. Obawy okazały się w pełni uzasadnione – nowym album jest nieudany. Sęk w tym, że słabiutki charakter „No Elephants” w odpowiedniej optyce wyda się przekorny i największe wady albumu objawią się jako zalety.

„No Elephants” to szkic, ale nie w sensie niedokończonego jeszcze dzieła, ale takiego z kosza na śmieci. Germano wychodzi od banałów, często zawiesza się jakby w pół lekcji gry i śpiewu (budowane intuicyjnie, na żywca „No Elephants”), próbuje złapać nas na problem złego traktowania zwierząt, wspomagając przekaz ich odgłosami, po omacku szuka więzi z słuchaczem, przeciągając przez ponad pół godziny jeden utwór, którego wprawki sytuują się gdzieś na przecięciu płaczliwości najbardziej poduszkowego Radiohead a baśniowych, smyczkowych, dziewczęcych form piosenki. Wtórnych i powtarzalnych, w dodatku wszystko to nagrywa z termometrem w ustach, siedząc samotna w sypialni, tracąc rozsądek na rzecz rozgorączkowania złym stanem świata. Nawet odgłos pszczół Germano próbuje oddać nie wychodząc spod kołdry, decydując się na pomysł dość kontrowersyjny na tle subtelnej i względnie tradycyjnej ornamentyki albumu – wykorzystania dźwięków generowanych przez zakłócane fale komórki. Najeżone najróżniejszymi sygnałami telefonicznymi „Dance Of The Bees” (bezpośrednio kontynuujące motyw z utworu tytułowego) reprezentuje zresztą całą przeszkadzajkową stronę albumu, tak często wypełniającą go niedorzecznością, choć jednocześnie zbijającą patos i miejscami pomysłowo przyprawiającą te kruche piosenki. Recenzenci słusznie wypunktowują, że tematem przewodnim albumu – obok przemocy wobec zwierząt – są trudności komunikacyjne w dzisiejszym świecie, ale jest on podejmowany tak nieprzekonująco, że należy zwiesić ręce, niekoniecznie melancholijnie. Problem komunikacyjny ma bowiem sama pogrążona w chandrze Germano, ta płyta się rozkłada i wymyka pamięci, ciężko z niej wynieść coś szczególnego. Cała ta porażka pozostaje jednak wzruszająca już nie tylko dlatego, że mimo wszystko znajdziemy tu garść prawdziwie uroczych kompozycji. Fakt, że „No Elephants” przy swoim ciężarze tematycznym nie trzyma gardy, tylko jest raczej sennym, bezradnym mamrotaniem przy sklejonych oczach, czyni go jednym z moich ulubionych albumów tła dla świątecznego, błogiego paraliżu. (Karol Paczkowski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 22

Grumbling Fur – Glynnaestra

„Znałem Glynnaestrę zanim została płytą roku na Quietusie" – kto podpisałby się pod takim zdaniem? Ciekaw jestem o ile podskoczyły wskaźniki popularności zespołu po tym nieoczekiwanym triumfie. Przykładowo, liczba ocen na portalu Rate Your Music wzrosła o 150% w ciągu ostatnich dwóch tygodni, w porównaniu do okresu od momentu premiery płyty (22 lipca) do Momentu Przełomowego.

Alexander Tucker i Daniel O’Sullivan to już mężczyźni doświadczeni w robieniu muzyki znajdującej się na obrzeżach Dyskursu, teraz wyraźnie zafascynowani tematyką sci-fi, nagrywają jedną z ciekawszych płyt mijającego roku. „Glynnaestra” to surrealistyczny kolaż, zmontowany z wielu krótkich epizodów, ścinków, które były rejestrowane w tej samej domowej przestrzeni, w różnych stanach ducha i okolicznościach natury. Z tego wyrabiane są kompozycje: piosenki-hymny („Dancing Light”; w „The Ballad of Roy Batty” śpiewają monolog z „Łowcy Androidów” tak, że wierzymy, że obaj w młodości śpiewali w chórze kościelnym), miniaturki z twojej kuchni („Alapana Blaze”), kwaśny synth-popowy strzał („Protogenesis”), inspiracje muzyką lat 70. („Galacticon” i „Eyoreseye” brzmią jak gdyby duet czerpał inspiracje z podobnych źródeł co Boards Of Canada na „Tomorrow’s Harvest”) , folkowe „Clear Path” i bardzo abstrakcyjne trio, które zamyka krążek. „Glynnaestra” ma swój charakterystyczny rytm, przebieg, dynamikę narracji, która jakoś klei te często nieprzystające do siebie części. Bardzo chce się wymsknąć, a ja razem z nią, choć na chwilę, konwencjonalnej rzeczywistości. W pierwszych sekundach ktoś na planie „Ascatudaea” krzyczy akcja!, a na okładce płyty księżyc wisi tak zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, nad alejkami zamiast sygnalizacji świetlnej. Oczywiście, poznałem Grumbling Fur po podsumowaniu Quietusa, a jakże mogło być inaczej. (Sebastian Niemczyk)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 23

The Haxan Cloak – Excavation

Próby eksploracji motywu śmierci w muzyce elektroniczej stanowią cenny wycinek obszaru inspiracji twórczych, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę rezultaty tego rodzaju starań. Perełki, jakie powstały, obierając ten temat za fundament (mam na myśli zagadnienie śmierci pełniące rolę pomysłu na album, a nie sam fakt wyboru np. turpizmu jako kategorii estetycznej), zwracają uwagę na to, jak żyzna jest ta gleba. Dodatkowo owe dokonania charakteryzuje wielorakość, dlatego mieliśmy już przyjemność (jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało w tym kontekście) mierzyć się ze śmiercią oniryczną DJ’a Spooky’ego w „Songs Of A Dead Dreamer”, śmiercią patetyczną w „Trenach” naszego rodzimego Jacaszka czy nawet z naturalistycznym obrazem zwierzęcia prowadzonego na rzeź w kontrowersyjnym „One Pig” Matthew Herberta. Mało tego, w końcu jeden z największych prominentów mrocznej elektroniki przybrał ksywkę „Burial”. Natomiast Bobby Krlic przedstawia nam ekshumację rodem z wysmakowanego thrillera o artystycznych ambicjach.

Nie bez przyczyny wszystkie recenzje „Excavation” zwracają uwagę na soundtrackowy charakter tego albumu. Napięcie jest osią tej produkcji, występuje w niej prawdziwy suspens, tak jakby Krlic transponował technikę filmową na grunt muzyki. Najlepszym tego przykładem może być przejście pomiędzy utworami „Mara” i „Miste”, gdzie po kilkusekundowej ciszy rozlega się nagle głośne jęknięcie – ten fragment wywołuje we mnie prawdziwe uczucie strachu, który kojarzę głównie z oglądaniem horrorów. Ważna jest też fizyczność tej muzyki, jej industrialny ciężar, drgania basu (vide: „The Mirror Reflection (Part 1)), symulują one pewną jej namacalność, przez co atmosfera mroku całkowicie pochłania słuchacza. W odróżnieniu od poprzednich LP The Haxan Cloak („The Haxan Cloak”, „...The Man Parted The Sea To Devour The Water”), „Excavation” zostało całkowicie pozbawione pierwiastka etnicznego, jest tu więc mniej smyków i rytmu, za to dominują wielkie plamy dźwięków, drone’y i gdzieniegdzie szumy. Umiejętność doskonałego rozmieszczenia tych wszystkich elementów przesądza o wybitności tego albumu. Budowanie nastroju niepokoju, zabrudzenia zgrzytami, to wszystko sprawia, że porównania do Demdike Stare nie wydają się ani trochę na wyrost. Reasumując – nie ma się co zżymać na przewidywalność niektórych typowań płyt roku 2013. „Excavation” to po prostu kolejny argument przekonujący do postawienia pieniędzy na wytwórnię Tri-Angle w tegorocznych podsumowaniach. (Rafał Krause)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 24

Lonnie Holley – Keeping A Record Of It

63-letni Lonnie Holley to, pomimo wyjątkowo ekstrawertycznego charakteru jego muzyki, postać enigmatyczna. Opisywanie „Keeping A Record Of It” oraz poprzedniego „Just Before Music” – które było jeszcze wprawką do muzyki, wygrywając uwagę jedynie dzięki pierwszeństwu – może uruchomić multum kontekstów, które ukonstytuowały go jako artystę. Wszystko to będą jednak jedynie poszlaki, które nie są w stanie w pełni wyrazić piękna tego dziwnego – a zadziwiamy się dziś niezwykle rzadko – umysłu.

Na nagraniach z najnowszego albumu pojawiają się goście znani i lubiani – Bradford Cox oraz Cole Alexander z Black Lips (kiedyś na scenie dołączył do Holleya sam Avey Tare). Muzycy młodego pokolenia chętnie pomagają więc wytworzyć swoisty kult wokół artysty, co prawda nie szeroki, ale i tak zaskakujący, zważywszy na hermetyczność tej twórczości. Ważniejszy dla słuchacza jest jednak fakt, że nazwiska te wyciągają niemłodego już przecież Holleya z niebytu, podobnie jak rzecz miała się z Charlesem Bradleyem, wydanym w końcu przez modną i prężną wytwórnię. Jest więc Holley perłą wyłowioną, wstawioną do gabloty, chociaż wciąż nikt nie próbuje jej wyceniać. Tymczasem odmienność kulturowa, która może wydać się przeszkodą przy doborze narzędzi interpretacyjnych, nie jest aż tak wielka – Holley po opuszczeniu gniazda rodzinnego nie jest zderzającym kulturę afrykańską z amerykańską Basquiatem, on jest niemal kompletnie zamerykanizowany, a wszystkie te szczątkowe cechy, które świadczyłyby o jego rodowodzie, to dziś chleb powszedni dla hipsterskich środowisk. I da się tego Piaskuna rozumieć jak swojego.

Pierwszym dziełem artystycznym Holleya, jednego z dwudziestu siedmiorga dzieci, a dziś ojca piętnaściorga, były nagrobki z piaskowca dla dwóch zmarłych w pożarze córeczek swojej siostry. Od tego momentu zaczął tworzyć: zbierać przedmioty, głównie złom oraz to, co większość z nas nazwałaby po prostu śmieciami, i wytwarzać z nich rzeźby. W dziełach tych pojawiały się również instrumenty muzyczne, ale dopiero od niedawna wykorzystuje je w sposób zdecydowanie bardziej odpowiedni, nagrywając jednorazowe, niemal w pełni improwizowane kompozycje. Przy tym wszystkim funkcjonuje na marginesie społeczeństwa i, mówiąc krótko, klepie biedę. W niej samej jednak znajduje remedium.

Rozpad i rozkład, ale i wymykający się kontroli nadmiar (wielodzietność, zbieractwo), są wyraźnie wpisane w życie osobiste i artystyczne Holleya. Jego twórczość jest jednak duchową terapią, próbą stawienia czoła śmierci i chaosowi, przeżywaniem czegoś na kształt eko-transgresji, ciągłego odradzania siebie za pomocą twórczego recyklingu. Holley zapisuje historie i zaklina „ja” w śmieciowych rekwizytach. Redukuje przytłaczające ilości (a treści życie podsunęło mu za kilka osób) w dające wytchnienie jakości, nawet jeśli mają być one ulotne, krótkotrwałe, co rusz się przeobrażające. Sam zainteresowany mówi, że stara się przejrzeć esencję rzeczy, co znaczy również tyle, że próbuje nanieść nowe znaczenia na materię (również dźwiękowa), po czym użyć ich i zużyć, aż do wchłonięcia całym sobą i wyrzucenia jako jedynej w swoim rodzaju mozaiki, w której głęboka refleksja nad światem i własna genealogia tworzą kosmiczną całość. Medytacja ta skłania zaś do celebrowania.

Brzmi to wszystko górnolotnie, ale w kontakcie z tym facetem całkiem poważnie odczuwa się jakiś odmienny rodzaj piękna i duchowości, co budzi wspomniany już niemy szacunek. Albo też wywołuje uczucie znużenia. W przypadku artystów totalnych zawsze bowiem wyłania się jedno zastrzeżenie – czy wyrafinowane, barwne, ekscentryczne życie twórcy nie wodzi słuchacza za nos? Jak broni się muzyka po amputacji całej otoczki?

Trudno zaprzeczyć, że te wszystkie anonimowe półprodukty, które uzupełnia artysta, nie odbijają wcale tak mocno światła duszy jego w sztukach plastycznych, jak w nim samym. Holley swoje własne życie uczynił dziełem sztuki. Muzyka jest jednak jego naturalnym przedłużeniem, a jej cechy – repetytywność, minimalizm, improwizacyjność – sprawiają, że Lonney ma ogrom przestrzeni na swoje historie. Cała niezwykłość jego postaci wydaje się być nadpisana na dźwiękach, które podane w formie instrumentalnej pozostałyby już jego firmowym, skrzącym się psychodelicznym pyłem, podbijanym soulowo-tropikalnym groovem (joyful noise). Jeśli szukać jakiegoś wspólnego idiomu, który łączyłby Holleya z ikonami muzyki, to byliby to Sun Ra (Holley wystąpił nawet w poświęconym mu tribute koncercie) i Arthur Russell. Podobieństwa do kosmicznego guru są oczywiste, ale intymność, osobność i marginalność języka muzycznego zbliża go bardziej do tego drugiego. Pojawia się jeszcze jedna kwestia – pozaczasowość Holleya. Co prawda umiejscowić go gdzieś pośród przystanków muzycznych pomaga wykorzystywanie elektroniki oraz soulowa dykcja, ale poza dolną cezurą lat 60. pozostajemy bezbronni, bo jego gest wzruszenia ramionami na postęp w muzyce rozmywa nam zewnętrzne konteksty. A więc mimo tego, że Holley broni się jako zjawisko czysto muzyczne, wielką szkodą byłoby nie zanurzyć się w jego kompletnym świecie, który mimo swojej prowincjonalności, potrafi wtłoczyć nie tylko świeże, ale i całkiem modernistyczne powietrze pomiędzy nasze ulubione albumy-klony. (Karol Paczkowski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 25

Iceage – You’re Nothing

Dla niżej podpisanego najlepszy pop roku. Jeden – jest fenomenalnie wyprodukowany, jednocześnie gęsty jak nawałnica, a z drugiej strony całkiem przejrzysty. Jak na moje ucho, muzyka nie traci dynamiki, a w porównaniu do średnich koncertów – nawet zyskuje na wersji studyjnej. Wokal na pierwszym planie trochę jak na niektórych wydawnictwach blackmetalowych. Dwa – są tutaj tak udane piosenki, że słucham „You’re Nothing” zawsze w całości. Hajlajty to z pewnością „Wounded Hearts”, „Ecstasy” i utwór tytułowy. Trzy – nóżka sama chodzi. Niby hc, niby aura taka nihilistyczna, ale kogo to obchodzi, gdy „You’re Nothing” świetnie się słucha biegnąc sobie ad hoc przez miasto. Zupełnie przy okazji wychodzi na wierzch domniemana punkowość dzieła, forsowana przez ponuracki imiż zespołu (oni są chyba nawet młodsi ode mnie). Nie do końca w tenże imiż wierzę (polecam wywiad z Nardwuarem), ale dokłada klimatu i smaku do tej i tak nad wyraz udanej płyty. (Miłosz Cirocki)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 26

Jensen Sportag – Stealth of Days

Samuel Wilkinson i Elvis Craig nie podzielili na szczęście losu Air France i, co zdarza się niezbyt często, po świetnych mini-albumach (z naciskiem na „Jackie” i „Pure Wet”) wydali jeszcze dojrzalszy longplay. Longplay, który już od aranżacyjnego majstersztyku w postaci „Rain Code” urzeka ogromem ornamentów, precyzją w kompilowaniu ze sobą rozdrobnionych, rozbłyskujących raptem na kilka chwil motywów oraz, nieco bardziej metafizycznie, wrażeniem jakiejś niezwykłej szlachetności unoszącej się nad całością. Wystarczy zresztą zwrócić uwagę na przebojowość „Under The Rose” czy zmysłowe budowanie napięcia w „Blood Hourglass”, by zachwycić się erudycją, wyczuciem i subtelnością dwójki Amerykanów. Zważywszy na ich ciągły rozwój i wydawniczą regularność (2009, 2011, 2013), znalazłem chyba właśnie pierwszych kandydatów do listy rocznej A.D. 2015. (Wojciech Michalski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 27

Dennis Johnson – November

Polecam zapoznać się z erudycyjnym esejem Kyle Ganna na temat kompozycji. Tekst stanowi doskonały wstęp, rozwinięcie i propozycję zakończenia tej nietypowej historii. Otóż mamy do czynienia z zagubionym arcydziełem i aktem założycielskim minimalizmu. Pytanie pierwsze: czy mamy do czynienia z arcydziełem? Pytanie drugie: czy „November” faktycznie funduje minimalizm w takim rozumieniu tego muzycznego gatunku, o jakim przeważnie myślimy, gdy słuchamy Philipa Glassa czy Steve’a Reicha?

W odpowiedzi na pytanie pierwsze – „November” to piękny, rozpisany na kilka godzin fortepianowy strumień. Obsesyjne orbitowanie wokół rozwijających się tematów, struktura obserwowana in statu nascendi, materiał dźwiękowy rozciągnięty niczym w późniejszych kompozycjach Mortona Feldmana, to oczywiście nic nadzwyczajnego z perspektywy 2013 roku. Z perspektywy połowy XX wieku „November” to ziarno, z którego wykiełkował nowy nurt awangardy – powolna, procesualna muzyka oparta na repetycji i technice addytywnej (do kolejnych powtarzanych mikro-motywów dodawane są stopniowo kolejne, nowe dźwięki) – słowem, minimalizm.

Odpowiedzieć na drugie pytanie wypada twierdząco. Chciałbym jednak uniknąć posądzeń o fetyszyzację „November” i Dennisa Johnsona jako mitycznego praojca. W gruncie rzeczy równolegle powstawały ówcześnie dzieła o zbliżonych właściwościach – La Monte Young komponował swoje trio smyczkowe, Terry Jennings operował podobnymi mechanizmami. Co esencjonalne jednak dla Johnsona to fakt, że w „November” ujął on najlepiej wszystkie cechy składowe nowoczesnego minimalizmu, któremu sądzone było (zasłużenie bądź nie) panowanie w latach 70. i 80. na poletku awangardowej klasyki. (Michał Pudło)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 28

Jenny Hval – Innocence Is Kinky

„Bezpośrednia obecność artysty” to klucz do wrót tego wydawnictwa, zdaje się mówić Jenny Hval, gdy w trakcie wywiadu dla Pitchforka zwierza się, że z pomocą swej muzyki i poezji ani nie próbuje słuchacza uszczęśliwić – faktycznie raczej wrzuca go w sam środek cyklonu tematyki płci, ciała i seksualności – ani nie oferuje doświadczenia eskapizmu, skrojonego pod dyktando tezy Barthesa o nieodwołalnej śmierci autora. Gdy słucham „Innocence Is Kinky”, mam wrażenie obcowania z nagością intencji, czuję oddech artystki na karku. Wszystko za sprawą nie biorących niczego w nawias tekstów i głosu Hval – emocjonalnego i przekonującego jak nigdy dotąd. Na pohybel zwolennikom „muzyki absolutnej” Jenny komponuje piosenki w sposób umożliwiający wyeksponowanie warstwy lirycznej – nie usłyszymy na „Innocence Is Kinky” rozbuchanych aranży ani instrumentalnych pasaży zaaferowanych wirtuozów. Jedynie klasyczne rockowe instrumentarium w służebnej roli – to wystarczy.

Cóż poradzę, Norweżka ukradła w tym roku cały spotlight, jaki w swej głębokiej naiwności zarezerwowałem zawczasu dla nowego materiału Julii Holter. W porównaniu z „Loud City Song”, „Innocence Is Kinky” to moim zdaniem album minimalnie lepszy, odważniejszy; przenikliwy, dzięki czemu dociera do sedna spraw, o których traktuje. Przecina się przez kości, otwiera tabuizowane tematy i drażni najwrażliwsze struny. (Michał Pudło)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 29

KNOWER – Let Go

Pozwolę sobie zdradzić, że po odkryciu tego projektu przez szanownych kolegów z Porcys w kuluarach naszego wieżowca również rozpoczęła się skromna dyskusja na temat „Let Go”. Przy czym, o ile się nie mylę, tak zdecydowanych entuzjastów było tu zdecydowanie mniej. Osobiście stanąłem za tym szaleństwem murem, choć nie obyło się bez początkowych podejrzeń o chamskie przyspieszanie normalnych synth-popowych utworów w jakimś VLC Playerze (na zasadzie np. takiej płytki Patrice & Friends sprzed 2 lat), tylko i wyłącznie a konto maksymalnego wariactwa i wywołania powszechnego zdumienia za wszelką cenę. Jasne, to kombinowanie jest wszechogarniające i w ostatecznym rozrachunku całkowicie absurdalne, a niektóre z nowoczesnych inspiracji duetu (vide Skrillexowe dropy) potrafią budzić przynajmniej pewną nieufność, ale wcale nie przysłania to jego akademickich (for real) zapędów kompozytorskich. Ogarnianie najdziwniejszych sztuczek z zakresu stołu mikserskiego katalizuje tylko przesiąknięte pietyzmem podejście do tych – było, nie było – dobrych numerów.

Czy tak faktycznie ma wyglądać przyszłość popu? Mimo ewidentnie futurystycznego sznytu tych produkcji, śmiem wątpić w realne szanse na zawojowanie list przebojów podobnymi brzmieniami (choć Kurstinowskie „Wow” Kylie było już całkiem blisko, a to pewien sukces jednak był). Nie wydaje mi się, żeby przeciętny zjadacz chleba kiedykolwiek mógł zwalczyć w sobie lęk przed takim przeładowaniem i niezdrową wręcz, przez co niezwykle elitarną, dzikością. Gdyby jednak tak było – zabawnie jest wyobrazić sobie świat, w którym Ben Jacobs, za sprawą sukcesów swoich efebów, za parę lat dorabia się pozycji równającej się tegorocznemu statusowi Nile’a Rodgersa, a co za tym idzie – kończą się jego problemy finansowe i może sobie wreszcie pozwolić na nowe nagrywki. Zostając jednak przy tej pięknej perspektywie i splatając zarazem powstałe wątki: drogi autorze tego hitowego filmiku, potencjalna wersja „Get Lucky” z lat 2020 faktycznie już powstała i brzmi jakoś tak. (Jędrzej Szymanowski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 30

El Mahdy Jr – The Spirit of Fucked Up Places

Pochodzący z Algierii, a mieszkający obecnie w Turcji, El Mahdy Jr ze swoim debiutem idealnie wpisuje się w trend zainteresowania muzyką arabską w obecnej muzyce elektronicznej. Z tym że, jak łatwo wywnioskować, Wschodnie inspiracje nie są tylko obiektem jego fascynacji, ale stanowią korzenie jego tożsamości kulturowej. Zainteresowania Mahdy'ego sytuują się gdzieś pomiędzy wschodem a zachodem. Zachodnioafrykańska polirytmia miesza się nowoczesnymi beatami hip-hopowymi, natomiast arabski folk (muzyka raï, brzmienia z Sahelu) oraz arabeskowy pop łączy się z dubem (El Mahdy przyznaje się do silnych inspiracji Scientistem) i muzyką basową. Całość brzmi szorstko oraz jest mocno introwertyczna. Zgodnie z tytułem nie jest to przyjemna wycieczka do kurortu all-inclusive, tylko podróż przez rozmyte tekstury, zniekształcone zaśpiewy arabskie, a nad całą płytą unosi się mglista aura halucynacji i wizji. Kiedy dowiadujemy się, że swoje soniczne pasaże zaczął tworzyć pogrążony w malarii, całość nabiera dodatkowego sensu. (Krzysztof Krześnicki)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 31

Jessy Lanza – Pull My Hair Back

Trochę zaskakująca pozycja w repertuarze wydawnictwa prowadzonego przez Kode9. Niecałe czterdzieści minut stonowanego, białego r&b skrzyżowanego z szeroko pojętym synth-popem. Wyśpiewanego nierzadko omdlewającym szeptem. Oczywiste skojarzenie brzmieniowe to ostatnie dokonania Junior Boys. Wiadomo, Jeremy Greenspan „na produkcji”. Bardziej obskurne i luźniejsze – wydany dwa lata temu minimalistyczny debiut New Look, rodaków Lanzy. Chociaż Jessy wydaje się być odrobinę bardziej dosadną, bliższą ziemi osobowością niż Sarah Ruba.

Trochę czasu trzeba poświęcić tej płycie. Od niespiesznie rozwijającego się otwieracza „Giddy”, Lanza i Greenspan próbują uśpić czujność słuchacza, by tu i ówdzie wplatać niepostrzeżenie smaczki melodyczne i produkcyjne. Czasem zaatakują nas wściekłe hi-haty łagodzone cukierkowym refrenem („5785021”). Kiedy indziej dostaniemy cztery minuty zabaw w samplowanie i przetwarzanie głosu Kanadyjki („Fuck Diamond”), by za chwilę tańczyć przy najbardziej przebojowym z całego zestawu „Keep Moving”. Nieco chłodna ta pościelówa, ale może przez to bardziej intrygująca. (Paweł Gajda)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 32

Matmos – The Marriage Of True Minds

Jedną z najbardziej zagadkowych kwestii w muzyce wydaje mi się to, jak dochodzi do momentu, że kilka osób tworzy np. jeden album i powstaje coś, czego da się słuchać. Problem w małym stopniu dotyczy innych sztuk, nieczęsto zdarza się przecież, by pisano razem książki czy malowano obrazy. W muzyce natomiast współpraca jest czymś zupełnie normalnym. A nieraz zdarzało mi się widzieć koncert, szczególnie mam na myśli te improwizowane, podczas których byłam świadkiem niezrozumienia nawzajem członków zespołu. Temat wydaje się nieco dyplomatycznie przemilczany w innych gatunkach. A niesłusznie.

Na pytanie jak przeniknąć myśli drugiej osoby próbują odpowiedzieć Matmos. By zrealizować najnowszy album Schmidt i Daniel postanowili poddać się parapsychologicznemu eksperymentowi wywołującemu telepatię. Dzięki temu leżący odłogiem od dwóch lat pomysł Daniela został „przekazany” do umysłu Schmidta. Brzmi to jak streszczenie grafomańskiego konceptu stworzonego na warsztatach pisania kreatywnego, ale całe szczęście zrobili to Matmos. A to oznacza, że mamy do czynienia z muzyką tak samo wymagającą, porąbaną, jak rozrywkową. Bo jak opisać inaczej „Tunnel”, utwór oparty na przetrwarzanym samplu grającego na gumce-recepturce Jasona Willetta z Half-Japanese z tekstem „There’s a light in the end of the tunnel, but it isn’t daylight”? Albo growl w „ESP”, który przeradza się w avant-popową piosenkę o wierze w metodę Silvy?

To wydaje się kompletnym szaleństwem i pewnie nim jest, ale stanowi efekt nie tylko eksperymentu, ale też wypróbowanej metody pracy. Podobnie jak duża część twórczości Matthew Herberta, muzyka duetu opiera się głównie na oryginalnych samplach, których źródło zwykle determinuje tematykę ich albumów. Tym samym debiut skupiał się na afirmacji codziennych czynności, a np. „A Chance To Cut Is A Chance To Cure” wykorzystywało odgłosy zabiegów medycznych. Stąd na „The Marriage Of True Minds” utwór zainspirowany wizją wielkich zielonych trójkątów w umyśle Daniela (o czym ja piszę?) bazuje na przetworzonym odgłosie triangla. Oczywiście warstwa soniczna jest o wiele bardziej skomplikowana – z każdym odsłuchem odkrywam jakiś nowy dźwięk, którego wcześnie nie zauważyłam. I nie wiem, czy istnieje telepatia, ale jeśli przynosi takie efekty, to ja zostaję newage’owcem. (Andżelika Kaczorowska)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 33

Mark McGuire – Along The Way

Pewnego styczniowego poranka 2013 roku obudziliśmy się w świecie, w którym nie istnieje już zespół Emeralds. Wiadomość spadła nagle, równie szybko rozpłynęła się w eterze pod naporem kolejnej fali powodziowej newsów z branży muzycznej. Kto przejął się tą małą sensacją, ten z pewnością choć na moment pomedytował nad przyszłymi losami trójki interesujących nas muzyków tworzących, aż do stycznia, interesujący nas zespół. Pierwszy z brzegu Mark McGuire. Zero problemów i prosta antycypacja – począwszy od 2007 gość wydaje solowe albumy z absurdalnym natężeniem (na oko średnio Z OSIEM ROCZNIE), wszystkie utrzymane w estetyce new-age’owego ambientu z abecadłem elektroniki i lekko syczącą gitarą. McGuire wyzwolony oferuje słuchaczom rozwodnioną strawę dla zagubionych dusz marzących o mistycznym złączeniu ze wszechświatem. Każdy człowiek jest gwiazdą (czasem nawet żółtą magnetyczną), ponadto nosi w sobie Tajemnicę. Przebudzenie jest na wyciągnięcie dłoni. No przecież!

Skoro wszystko jest Jednią, próbujmy ujednolicać naszą muzykę. Na albumie znajdziemy piosenkę „Human Condition (Song For My Father)”, czyli hołd dla ojca, rozpoczynający się dialogami z archiwum rodzinnego, tak jak „Brothers (For Matt)” z albumu „Living With Yourself”, będący hołdem dla brata. Utwór „For The Frendship (Along The Way)” – proszę, kolejny hołd – do złudzenia przypomina „Own True Orbit” z tegorocznej płyty „Tidings III”. W tym drugim mamy przynajmniej analizę hermeneutyczną pism Aleistera Crowleya („Do What Thou Wilt!”) i poważną rozkminę nad fizyką kwantową. Grzech zaniechania charakteryzujący „For The Frendship…” tylko pogarsza sprawę, sytuacja wręcz domaga się rozprawki na temat Schopenhauera. Są też odniesienia do ostatniego fałszywego proroka Europy – Gurdżijewa („In Seach Of Miracoulous”, nazwa czwartego indeksu, to wszak tytuł książki napisanej przez Piotra Diemianowicza Uspienskiego, podopiecznego gruzińskiego guru).

Album chętnie porównałbym do kilkugodzinnego montażu taśm z archiwum rodzinnego – z obrazem „As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty” Jonasa Mekasa – gdyby nie fakt, że rzeczony film to kawałek naprawdę poruszającej kinematografii. By uniknąć nieporozumień – cenię Marka McGuire’a za zdolności kompozytorskie, uwielbiam kompilację „Young Persons Guide To Mark McGuire”, dokonania Emeralds uważam za sympatyczne. A i na „Along The Way” zdarzają się momenty słodkiej harmonii. Mam jednak nieodparte wrażenie, że Mark coraz mocniej odpływa w nieznane krainy naiwnych fantazmatów, ja natomiast przyglądam się temu z oddali i nie mogę absolutnie nic na to poradzić. (Michał Pudło)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 34

Pet Shop Boys – Electric

Brytyjczycy znaleźli kompromis pomiędzy melancholijną podróżą do przeszłości i bieżącymi, klubowymi trendami, w wyniku czego udało im się nagrać najlepszy album od czasu „Bilingual” z 1996 roku. O ile reprezentatywnym utworem wydaje się tu być „Love Is A Bourgeois Construct”, blisko spowinowacone – i stylistycznie, i jakościowo – z przebojami grupy z lat 80. i 90., o tyle osobiście wolę „Vocal”, który dzięki nagromadzeniu hooków i pulsującej euforyczności brzmienia jest niemal wzorcowym przykładem parkietowego wymiatacza. Ciekawie wypadają też „Inside A Dream” (od 2:15 połowicznie powraca w nim magia „Being Boring”), taneczne „Thursday” i zimne, hipnotyczne „Fluorescent”. Choć zeszłoroczne, dość bezpłciowe „Elysium” zasiało ziarno niepewności, wygląda na to, że Pet Shop Boys zestarzeją się jednak z dużą klasą. (Wojciech Michalski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 35

Phoenix – Bankrupt!

Dziwna płyta ten „Bankrut”. Wystarczyło przecież pójść za ciosem Grammy 2009 i pęczniejącego w oczach amerykańskiego fanbase’u, nagrać kilka łatwych hitów, a następnie przyjąć parę soczystych przelewów. Tymczasem Phoenix wybrali drogę... osobliwą – zrobili płytę z jednej strony bardzo przesiąkniętą ich specyficznym stylem, z drugiej jakże odległą od optymizmu i energii „Wolfgang Amadeus Phoenix”. Piątym krążkiem kapeli z Wersalu rządzą same właściwe przeciwieństwa. Na przykład jest to ich najgłośniej wyprodukowany, pozbawiony przestrzeni, przekompresowany właściwie album, a zarazem longplay niemal w całości introwertyczny, mało gościnny, zawikłany. Jako całość „Bankrupt!” to trudny partner, przynoszący bardziej zmęczenie niż euforię znaną z poprzednich krążków Phoenix. Ale już we fragmentach sprawdza się o wiele lepiej – łatwo ulec melodyjnemu hookowi „Trying To Be Cool”, nowofalowej słodyczy „Drakkar Noir”, która nie leży daleko od pamiętnego „Too Young” czy balladowemu „Bourgeois” z najlepszym refrenem na trackliście. Nie, to nie jest zła płyta. Po prostu trochę dziwna. (Kuba Ambrożewski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 36

Rainer Veil – Struck [EP]

W połowie roku premierę miał film „Sztuka znikania", który przypomina historię haitańskiego szamana voodoo, który przybył do Polskiej Republiki Ludowej w czasie stanu wojennego. Dzięki niemu mamy możliwość spojrzenia na tamte realia z innej perspektywy, która odsłania to, co mogło pozostać niewidoczne i nieuchwytne dla ludzi zmagających się z tamtejszą codziennością. Rainer Veil, czyli dwaj studenci muzyki współczesnej z Manchesteru nie rzucają słuchacza w szczególnie nieznane realia. Raczej starają się odkryć ich zwiewną naturę. Trzymają w lekkim oddaleniu – na bezpieczny dystans; pozwalają spokojnie obserwować rozległą przestrzeń, która z czasem pochłania kolejne fragmenty błądzących strukur, które często nabierają wyraźnie piosenkowego charakteru, o czym najlepiej świadczą dwa punkty centralne EP-ki: „Bala” i „Wade In”. Liam Morley i Dan Valentine opanowali sztukę z(a)nikania w nadspodziewanie wczesnym etapie swojej działalności, bo już na debiutanckiej EP-ce wydanej przez Modern Love. Ta wytwórnia od razu nasuwa kilka przypuszczeń z jakimi ubywaniami możemy mieć do czynienia. Można tropić źródła tych ech (Burial, Andy Stott, James Blake) jednak nie doszukiwałbym się tutaj prostych fuzji, bo siła tego duetu nie tkwi w syntezie, ale w tym, co jest tracone, w tym, co znika w zasłonach deszczu. (Sebastian Niemczyk)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 37

RP Boo – Legacy

Jakiś czas temu cały ten footwork (albo przynajmniej utożsamiana z nim technika kompozycyjna przyspieszonej perkusji) mógł być często postrzegany przez słuchaczy jako podgatunek, element inkorporowany, swojego rodzaju synekdocha stylu brzmienia muzyki tworzonej przez ludzi o spojrzeniu bardziej kompleksowym. Mam na myśli artystów związanych z wytwórnią Planet Mu, których w dużej mierze charakteryzuje brzmieniowy eklektyzm, skłonność do gatunkowej fuzji. Oni często w swoich produkcjach do tegoż gatunku się odwoływali (Kuedo, Ital Tek). Ta sama wytwórnia postanowiła jednocześnie wziąć na swoje barki również próbę edukacji europejskiego słuchacza, promując pod swoimi auspicjami wydawnictwa prezentujące footwork odarty z wszelkich kontekstów, definiowalny, z całym swoim undergroundowym obliczem. Mam na myśli w pierwszym względzie kompilacje serii „Bangs & Works” niż album niezgorszego, acz nieco kontrowersyjnego w środowisku (m.in. ze względu na pochodzenie z zewnątrz w odniesieniu do chicagowskiej sceny) DJ’a Nate’a. Wszystko, o czym wspomniałem, można by nazwać jakimś przygodnym flirtem, jednak summa summarum przygoda Paradinasa (szef Planet Mu – przyp. red.) z footworkiem zaowocowała chyba najbardziej reprezentatywnym wydawnictwem dla tego gatunku do tej pory, mowa oczywiście o debiutanckim LP RP Boo – pioniera i zarazem weterena chicagowskiej sceny. Ale „Legacy” to nie tylko etos i funkcjonalność wpisana w definicję tej muzyki. Zastosowane na niej patterny nadają jej sznyt lekko awangardowy. Warto zaznaczyć, że produkcja nie jest tak przystępna, jak utwory innych footworkowych luminarzy, tj. Traxmana czy DJ’a Rashada. Zachowuje ona jednak typową dla gatunku bojowość tanecznej walki, nawet wtedy, gdy jej autor cytuje „Cry Me A River” duetu Timbaland/Timberlake. Trzaski, werble, stopy, smyki czy syntezatory krążą jak zaklęte, wprowadzając wręcz atmosferę chocholego tańca. Dodatkowo, pomimo tego, że album jest zbiorem dokonań producenta z całej dekady działalności, emanuje z niego konsekwencja twórcza. Dlatego spójność płyty wydaje się być tym bardziej zadziwiająca. Jedyne czego mi brakuje w „Legacy” to jakiegoś oddechu, który pozwoliłby odpocząć od surowości i szkicowości tej produkcji. Albo jeszcze bardziej radykalnego kroku, który mógłby ją mocniej uzasadnić. Słuchacz tkwi zatem po środku mantrującego widma tancerzy stroszących swoje pióra, upajając się jednak przeszywającym idiomem artysty. I to powinno wystarczyć za rekomendację. (Rafał Krause)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 38

Sky Ferreira – Night Time, My Time

„99 Tears” to był poptymizm pełną gębą. Sky łapała od tego magicznego momentu coraz większy hype, którego nie wytrzymała wydana w zeszłym roku dość mdła EP-ka. „Everything Is Embarassing” było niezłe, ale od nadchodzącej debiutanckiej płyty oczekiwano trochę więcej. Niewiele więcej jest. Album eksploruje w większości wyświechtane już ejtisowe klimaty zarówno spod znaku gitary, jak i syntezatora. Ferreira wraz ze swoimi producentami Arielem Rechtshaidem i Justinem Raisenem sięgają na tej płycie zarówno do synthpopu (bardzo udane „Love In Stereo”), jak i do przyciężkiej rockerki („Heavy Metal Heart”) czy upopowionej nowej fali („Nobody Asked Me”). Wszystko tutaj aż ocieka latami osiemdziesiątymi. Wyróżniają się w tej sytuacji „Omanko”, inkorporujące styl Suicide, oraz wieńczący całość powolny i wampiryczny utwór tytułowy. Wciąż jednak to Uffie samplująca Velvet Underground wygrywa w kategorii mainstreamowy pop romansujący z garażem. (Michał Weicher)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 39

Speedy Ortiz – Major Arcana

Dziś, w momencie, gdy określenie indie pachnie już jakimś anachronizmem, reklamą sieci komórkowej, zredukowaniem do funkcji przedrostka kolejnych genre’ów, warto by ze szczególną atencją zwrócić uwagę na takie albumy, jak przykładowo drugi długogrający krążek zespołu Speedy Ortiz „Major Arcana”. Tym bardziej w naszym kraju, gdzie nazwa wspomnianego przed chwilą gatunku raczej nie implikowała w ostatnich latach konotacji właściwych jego pierwotnemu znaczeniu. Może dlatego też „Major Arcana” nie zostało w polskim internecie jakoś specjalnie zauważone.

Szkoda, bo ów album w nieprzesadnie retromaniacki sposób wskrzesza alternatywę wczesnych lat 90., nie tracąc jednocześnie na aktualności. Mam na myśli alternatywę spod znaku lo-fi, która świadomie przedkładała intencje ponad umiejętności. W graniu Speedy Ortiz wyczuwam to samo rozdarcie pomiędzy słodyczą kobiecego wokalu a bezkompromisowością warstwy muzycznej, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku Stereolab. Choć Sade Dupuis już została okrzyknięta żeńską wersją Stephana Malkmusa (skojarzenia na linii „Major Arcana” a chociażby „Crooked Rain, Crooked Rain” są nie do uniknięcia), chciałbym też zwrócić uwagę, że jej rozedrgany głos kontrastujący z noise’owym brudem gitarowych riffów, może przywoływać skojarzenia z chociażby właśnie Laetitią Sadier. Na plus wybijają się tu też teksty, których często gorzki charakter („I was better off just being dead”), ale także zdystansowanie autorki do własnej osoby, jakie z nich przebija, zbudowane są na zapadających w pamięć frazach. No i przede wszystkim „No Below” – to jeden z tych utworów, które trzeba traktować ripitem (grać i patrzeć, jak puchnie – fantastyczny refren). To jedna z sympatyczniejszych propozycji roku 2013, szkoda tylko, że muszę ją rekomendować teraz. Tego powinno się słuchać wiosną! (Rafał Krause)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 40

The Stranger – Watching Dead Empires In Decay

Tytuł płyty zdradza wszystko o jej zawartości. Nie zawiodą się ci, którzy oczekują po tym albumie post-apokaliptycznych pejzaży i czarnej jak smoła elektroniki, tak dalece zniekształconej, że brzmi jak majaki jakiegoś odrealnionego świata. James Leyland Kirby znany wcześniej z projektu The Caretaker, gdzie mutował stare gramofonowe nagrania, rozwija tu niewątpliwie swoje najciemniejsze wizje. Co ciekawe, nie ucieka raczej w kierunku nieprzystępnego, przerażającego industrialu i zachowuje jakąś aurę świetlistości. Może to dlatego, że brzmienie pozostaje brudne i nadgniłe, ale nigdy nie staje się do końca zimne i odhumanizowane. Przypomina rzeczywistość z „Zatopionego świata” Ballarda, gdzie ruiny miast zalane były wodą i przykryte rodzącą się dżunglą. Płyta warta też polecenia fanom Demdike Stare. (Michał Weicher)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 41

Tyler, The Creator – Wolf

W rozpoczynającej album scence zwiastującej kolejny odcinek odgrywanej przez Okonmę szopki z milionem wcieleń, raper komplementuje – jakby nie było – sam siebie: „(…) the music sounds good, man. You've been practicing?”. Tak, to słychać, bo rzeczywiście na „Wolfie” Tyler (The Beatmaker) coraz wyraźniej oddala się od hołubionego dotąd demonicznego minimalizmu na rzecz bogatych, granych, podbitych gładkimi jazzowymi akordami, kosmicznych podkładów. Z tego względu szybko przestałem traktować ten materiał w kategoriach statystycznej rap płyty i wyrobiłem sobie w głowie jej obraz zbliżony raczej do monumentalnych albumowych osiągnięć Shafiqa Husayna i kolegów. Tym bardziej że, jakkolwiek Tyler naturalnie znajduje się tu w absolutnym centrum i – zgodnie z drugim członem swojej ksywki – ewidentnie sprawuje kontrolę nad całym tym cyrkiem, sztab jego pomagierów, podobnie jak na płytach Sa-Ra, formuje się z czasem w kolorową galerię osobowości, od obowiązkowego Franka Oceana w co drugim kawałku oraz innych ziomków z OFWGKTA, przez Pharrella Williamsa, po Erykę Badu (a to już nie przelewki).

Fabularnie „Wolf” ma być środkowym odcinkiem dotychczasowej dyskografii Creatora (coś jak casus achronologicznej trylogii Hoffmana), a to oczywiście jeszcze nie koniec. W gruncie rzeczy wszystko układa się w jedną czytelną myśl, w postaci epickiej, prowadzonej niezmiennie kozackim głosem narracji z mnóstwem okazjonalnych, wykonywanych niby to pod pretekstem bycia à propos dygresji na ulubione tematy rapera: absencja ojca, chore związki z dziewczynami, skomplikowane relacje z głupkowatą fanbazą i walka z powszechnym upraszczaniem jego wizerunku. Może to tylko kwestia tych wymuskanych, mądrych biciw, ale odnoszę wrażenie, że tego przebiegłego internetowego trolla jest tu w Tylerze jakby coraz mniej. (Jędrzej Szymanowski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 42

Vampire Weekend – Modern Vampires Of The City

Druga płyta Vampire Weekend nie była ani tak udana, jak chciałby hype, ani tak słaba, jak twierdzili hejterzy sympatycznego kwartetu. Sęk w tym, że ten pozornie nijaki album odsłaniał swoje atuty ostrożnie, z pewnością zbyt ostrożnie jak na dążący do zera attention span młodych melomanów ery Facebooka, Instagrama i Tumblra, jednocześnie błyskawicznie eksponując swoje defekty. Dziś na „Contrę” najlepiej spojrzeć jak na pomost łączący dwa pozostałe i lepsze od niej albumy Vampire Weekend – studencki, nieokiełznany debiut i dojrzałą płytę numer trzy. Uczciwie ten longplay po prostu należał się tym wszystkim, którzy mimo kilku niezręczności na drugim albumie wciąż wierzyli w talent nowojorczyków. Ezra i spółka potwierdzają bowiem na „Modern Vampires Of The City” to, co przypisywano im odrobinę na kredyt – muzykalność, smykałkę tekściarską, autorską wizję. Nikt chyba po przesłuchaniu „Step” albo „Unbelievers” nie będzie miał wątpliwości, że styl Vampire Weekend jest jednym z najszybciej rozpoznawalnych w dzisiejszym popie (nawet jeśli się za nim nie przepada). Jednocześnie kwartet niemal w całości pozbył się bagażu ociężałych eksperymentów z poprzedniej płyty, na której chwilami przypominał słonia w składzie porcelany. Ładnego wprawdzie, ale jednak. Tu chłopaki mają swój wielki moment – wszystkie rozwiązania wydają się trafione, piosenki kuszą chwytliwością na każdym kroku, a klasyczne ciągoty aranżacyjne są rekompensowane nowoczesną, nieszablonową produkcją. Każdy niemal utwór na „Modern Vampires” jest dopracowanym w szczegółach, osobnym dziełkiem. Jeśli ktoś wcześniej mógł mieć wrażenie, że Vampire Weekend to fabryka łudząco do siebie podobnych utworków, to tu nie ma ku temu podstaw – to raczej kameralna pracownia, w której dopieszcza się perełki szkatułkowego popu na zamówienie. Chociaż obok nieco sennych, rozmarzonych piosenek w stylu „Hannah Hunt” czy „Obvious Bicycle” jest miejsce na jedną prawdziwie epicką propozycję. Mowa o „Ya Hey”. Cóż, jeśli masz w swoim dorobku piosenkę o Bogu, do tego jest to przynajmniej przyzwoita piosenka – a co dopiero najlepsza w całej dotychczasowej karierze – to znaczy, że coś tam już potrafisz. (Kuba Ambrożewski)

Zdjęcie Recenzje 2013: post scriptum 43

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze

Długowłosy podróżnik przez amerykańskie muzyczne tradycje i gitarowe przestery miał trudne zadanie przebicia znakomitego „Smoke Ring For My Halo”. Były członek The War On Drugs sprostał zadaniu i wypuścił w tym roku solidny objętościowo materiał, zawierający wszystko, co w jego twórczości najlepsze. Już pierwszy utwór na przestrzeni ponad 9 minut (!) precyzyjnie rozwija charakterystyczne dla niego organiczne, wcale nie przestarzałe rockowe granie, uprażone słońcem i podlane mglistą psychodelią. Vile zaczyna z wysokiego pułapu, a reszta płyty utrzymuje ten poziom. Jest niesamowicie dopracowana, upstrzona licznymi elektrycznymi i akustycznymi smaczkami. Są utwory krótsze, lżejsze, jak obłędnie melodyjne „Snowflakes Are Dancing” i „Never Run Away”; są też długie, storytellingowe ballady („Girl Called Alex”, „Too Hard”). No i są oczywiście solówki gitarowe, dużo natchnionych, podniebnych solówek. Wszystko zagrane niby na luzie, a potrafiące jednocześnie uderzać w poważne, egzystencjalne tony. Jest jakaś dostojność i niewymuszone piękno w tym powoli się toczącym świecie Vile'a. (Michał Weicher)

Screenagers (23 grudnia 2013)

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 
Gość: Bk
[14 stycznia 2014]
A gdzie No Poison No Paradise ?
Gość: lebek7
[29 grudnia 2013]
w sumie zdecydowana większość najważniejszych i najciekawszych płyt znalazła się w tym podsumowaniu. rozumiem, że płytki z tego artykułu również będą brane pod uwagę w podsumowaniu 2013? od siebie chciałbym dodać, zespół TOY z UK, zarówno zeszłoroczny s/t debiut jak i tegoroczny drugi album "Join The Dots" nie zagościł na łamach screenagers, można oczywiście powiedzieć, że to brytyjska kopia Deerhuntera, ale słucham sobie aktualnie drugiej płytki i muszę powiedzieć, że zespół idzie do przodu, warto ich obserwować, bo potencjał jest, no i najważniejsze: mają dobre melodie;)
Gość: kidej
[24 grudnia 2013]
Bardzo fajny feature. A ten cover "Get lucky" KNOWER - :o (ze taki zajebisty)
Gość: yup
[23 grudnia 2013]
Brakuje też niezłej płyty Primal Scream
Gość: Zzz
[23 grudnia 2013]
świetny zestaw, bardzo obszerny. Ale zabrakło kilka dość znaczących płyt 2013 roku, na temat których chętnie poznałbym wasze zdanie. A mianowicie:
Paul McCartney - NEW
Janelle Monae - The Electric Lady
Moderat - II

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także