Ocena: 7

Broken Social Scene

Broken Social Scene

Okładka Broken Social Scene - Broken Social Scene

[Arts & Crafts; 4 października 2005]

Niewielu chyba dostrzegło pewną specyficzną własność niezapomnianej „You Forgot It In People”. Płyty najlepiej słucha się w godzinach od 9 do 13 i to raczej w soboty lub niedziele niż w środku tygodnia. Znakomicie też musiała wypaść w podsumowaniach rocznych, bowiem jak żadna inna pasowała do przygotowań do wyjścia ze świąteczną wizytą czy spoglądania na zaśnieżone ulice. Budzenie się do życia, ale nie euforia; spokój, ale nie zaduma; krzątanie się po pokoju, ale nie wytężone porządki. Miało ich dzieło smak jajecznicy i oblicze białej zmiętolonej podkoszulki, rozchochranej fryzury i zaropionych snem oczu. A jednocześnie temu stanu nadawało charakter oficjalny (nie epicki) i to nie przez rozpychanie się ponad inne etapy dnia, tygodnia, roku, ponad inne chwile z życia, ale przez dostrzeżenie, bo czasem rzeczy stają się ważne gdy je po prostu dostrzeżemy. Broken Social Scene to była instytucja pobudki, małego napięcia, luzu, bycia cool, kaca, wyczekiwania i szukania swojego miejsca pomiędzy sufitem a kanapą. Do tego stopnia, że jakieś 10 godzin temu (piszę tę recenzję wieczorem) oceniałem ich spóźnione cudo z 2002 roku na 10, a teraz „jedynie” na 9. Koszykarzy w NBA mierzy się w butach i do tego we wczesnych godzinach porannych, gdyż jesteśmy wtedy trochę wyżsi.

Dlaczego syntezą intensywnej perkusji, rozmarzonych śpiewów, dęciaków rodem z Love i skrzypiec, które wreszcie nie były podniosłe, nie była idealna ścieżka dźwiękowa do nocnego tripu po lokalach miasta, a raczej soundtrack do czytania „Tajemniczej wyspy” podczas deszczowego dnia wakacji? To była ich tajemnica, ich pionierstwo, wkład w postęp człowieka. W tym roku nadszedł następca „You Forgot It In People”, od dawna wyczekiwany „Broken Social Scene”. I wszystko staje się jasne po wysłuchaniu pierwszego utworu z nowego wydawnictwa Kanadyjczyków. To ta sama kapela, solowe sukcesiki i ogromne pochwały prasy nie zawróciły tym nastu ludziom (nie wiem, ile obecnie liczy kolektyw) w głowie.

Mogą napłynąć łzy do oczu przy kilku pieśniach. W rykach wokalisty, nagranych a la Guided By Voices i zazębiających się warstw brzmieniowych niczym gitary w „KC Accidental”, dalej można znaleźć konsystencję owsianki. Podobnie jest z siedmiominutowym „Bandwitch”, które chciałoby być trochę księżycowe i intymne, ale wciąż jest to intymność łazienki. Sam Prekop nagrał w tym roku tego typu płytę i ją w tym miejscu, na marginesie polecam. W ogóle Prekop i Stephen Malkmus to takie plączące się po świecie duchy, przywołane przez członków zespołu. W nurt ten wpisuje się „ostrzejszy” „Superconnected” czy roztrzęsione „Windsurfing Nation”, zawierające rapowankę i okrzyki z japońskiego filmu karate o kobietach ninjach. Eklektyzm w rozsądnych granicach.

Nie ma ani oceny 10, ani nie ma oceny 9, co jest więc nie tak? „Broken Social Scene” nie ma słabych stron, naprawdę. Jest nieco może bardziej rozdygotane (Shoreline), czasem słodsze i bardziej sentymentalne (Swimmers), ale przede wszystkim brakuje tu jakichś ponadczasowych pozycji. Dwa lata temu taką było nie tylko „KC Accidental”, ale też „Cause=Time” czy „Looks Just Like The Sun”. Teraz byli w trochę gorszej kompozytorskiej formie. Mniejsza z tym. Opanowali (bo chyba ciężko powiedzieć, że stworzyli) brzmienie, z którego mogą do woli czerpać. Tego wina ich piwnice są pełne, czasem rocznik jest wybitny, czasem jedynie bardzo dobry. Bo taka jest ich marka: niekwestionowana. Są wciąż wspaniali i to jest chyba najwłaściwsze słowo.

Jakub Radkowski (3 listopada 2005)

Oceny

Kasia Wolanin: 9/10
Kamil J. Bałuk: 8/10
Kuba Ambrożewski: 8/10
Paweł Sajewicz: 8/10
Tomasz Łuczak: 8/10
Jakub Radkowski: 7/10
Maciej Maćkowski: 7/10
Marceli Frączek: 7/10
Piotr Wojdat: 7/10
Przemysław Nowak: 6/10
Witek Wierzchowski: 6/10
Średnia z 35 ocen: 8,37/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także