sxnada? screenagers.pl - recenzja: CocoRosie - Noah's Ark
Ocena: 8

CocoRosie

Noah's Ark

Okładka CocoRosie - Noah's Ark

[Touch & Go; 12 września 2005]

Siostry Casady chyba stają się powoli w muzyce tym, kim dla współczesnej sztuki był choćby Mark Rothko - ekspresyjny abstrakcjonista, genialny w swoim warsztacie (taki Kandinsky mógłby w tej kwestii sporo się od niego nauczyć), stawiający na prostotę dziwak. Narzędziem CocoRosie są ich emocje, warsztatem cała muzyczna (i nie tylko) otoczka, a abstrakcją całość, która z połączenia tych elementów rodzi się w postaci długogrających krążków. Już dawno minęły przecież czasy, kiedy to najbardziej dziwaczną i ekscentryczną postacią na rynku muzycznym była Bjork.

Płyty niebanalnego duetu robią piorunujące pierwsze wrażenie. Bo jak inaczej można zareagować na album, gdzie klasyczne instrumentarium stanowi tylko tło dla odgłosów domowych pieleszy, wokalistki śpiewają, jakby miało po kilka lat, a całość jest muzyczną esencją kobiecej delikatności i dziecięcej niewinności. Tak przecież było w przypadku "La Maison De Mon Reve", nie inaczej rzecz się ma z kolejnym dziełem duetu "Noah's Ark". Blanca i Sierra Casady wyszły ze swojego świata, który tak pięknie przedstawiły na pierwszym krążku, wtopiły się w rzeczywistość nowojorskiej bohemy, funkcjonowały w otwartym społeczeństwie, którego symbolem jest właśnie tytułowa arka Noego. "Komunitaryzm" płyty CocoRosie przejawia się jeszcze w innym fakcie - oto paniom na "Noah's Ark" towarzyszą panowie m.in. Antony z Antony & The Johnsons, Devendra Banhart (także w wersji hiszpańskiej) czy Spleen (dla odmiany francuskojęzyczny). Zmiany nastąpiły zatem spore, a mimo to z pozoru może się wydawać, że w brzmieniu CocoRosie pozostały niemalże takie same.

Pozory jednak mylą. Na "Noah's Ark" nie ma ani grama niepozornej słodyczy z "La Maison De Mon Reve", piosenki o miłości, poświęceniu i oddaniu zastąpione zostały utworami opisującymi bardziej ciemną stronę świata zewnętrznego. Oddają to liryczne, momentami dosłownie brutalne teksty oraz przede wszystkim nastrój poszczególnych kompozycji: zwodniczy spokój w "K-Hole", zimny klimat "The Sea Is Calm" czy smutna melodia "South 2nd". Swoje pięć gorszy dodają śpiewający goście, gdzie absolutny prym wiedzie Antony fenomenalnie komponując się z siostrami Casady w "Beautiful Boyz", które na "Noah's Ark" jest utworem bezsprzecznie numer jeden. CocoRosie eksperymentują także z warstwą stylistyczną, na ich drugiej płycie są piosenki z naleciałościami gospelowymi (najwięcej ich w kołyszącym się "Armageddon"), większość utworów lekko jazzuje, w tytułowym "Noah's Ark" uwagę zwraca żywy elektroniczny beat, Spleen w "Bisounours" po francusku rapuje, a wokal sióstr Casady momentami brzmi jak skrzyżowanie Niny Simone z Billie Holiday. Ponadto na krążku w miejsce dźwięków dnia codziennego pojawiają się odgłosy zwierzęce (miauczenie kota, rżenie konia itp.). To wszystko wydaje się zbyt dziwaczne? Wprost przeciwnie.

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że na następcę "La Maison De Mon Reve" będzie trzeba czekać zaledwie kilka miesięcy, uśmiałabym się niezmiernie. Wydawać by się mogło bowiem, że debiutancki album sióstr Casady był cudownym, jednorazowym wybrykiem. Dobrze, że okazało się inaczej: CocoRosie zafundowały nam płytę inną, momentami nawet bardziej wciągającą i mniej naiwną niż pierwsza. Nie chcę wieszczyć i prorokować, ale naprawdę boję się, co Blanca i Sierra mogą przygotować na rok 2006. Już nie mogę się doczekać.

Kasia Wolanin (9 października 2005)

Oceny

Kasia Wolanin: 9/10
Piotr Szwed: 9/10
Kamil J. Bałuk: 7/10
Średnia z 26 ocen: 7,46/10

Dodaj komentarz

Komentarz:
Weryfikacja*:
 
captcha
 

Polecamy

statystyka

Przeczytaj także