Stereophonics
Language, Sex, Violence, Other?
[V2; 22 marca 2005]
Po zbyt popowej płycie „You Gotta Go There To Come Back” na rozpieszczony zespół Stereophonic spłynęło opamiętanie. Anglicy postanowili wrócić do korzeni i nagrać muzykę surową, rockandrollową, nawiązującą bezpośrednio do debiutu „Word Gets Around”. Kiedyś taka sztuka udała się Manic Street Preachers, którzy będąc u szczytu popularności nagrali mocny, punkowy album „Know Your Enemy” - najwybitniejsze swoje dzieło. Czy Stereophonics podołali? Przekonajmy się.
Pierwszym krokiem było nazwanie wszystkich utworów jednowyrazowymi tytułami. Piosenki też są krótkie i konkretne. I tego właśnie oczekujcie rozpoczynając swoją przygodę z nowym albumem Steroephonics. Dominują na nim solidne rockowe wymiatacze, oparte na sprawdzonych riffach, okraszone krótkimi solówkami. Początek jest świetny: „Superman” atakuje przesterowanym basem, ale i zaskakuje delikatnym wokalem Kelly'ego Jonesa. „Doorman” to kawałek żywiołowy, energetyczny, z kapitalnym refrenem. Jeden z lepszych momentów na płycie. I jeszcze „Brother”, oferujący konkretny riff i mocny refren, z gęstą siatką gitarowych ścieżek i wokali. W zasadzie tu można by skończyć wyliczankę, bo im dalej w las, tym coraz lepiej wiadomo, że okolica się nie zmieni. Po pewnym czasie powtarzalność motywów zaczyna nieco nużyć i jak każdy rockowy zespół Stereophonics o tym wiedzą, dlatego próbują urozmaicić materiał łagodniejszymi piosenkami. „Rewind” reprezentuje nieco lżejsze granie, próba przemycenia pogodnej linii melodycznej jest całkiem udana. „Lolita” miała w założeniu nawiązywać do najlepszych ballad zespołu, ale nie wyszło. Daleko tej piosence do „Is Yesterday Tomorrow Today” czy choćby „Maybe Tomorrow”. Kolejna wpadka to „Deadhead” - zadatki na killera-wymiatacza psuje banalny refren. Po tej płycie w pamięci zostaje właściwie tylko „Pedalpusher” – najbardziej chwytliwy motyw na płycie; świetna rytmika, oparta na kilku nieskomplikowanych chwytach praca gitary i odpowiednio mocne rockowe śpiewanie tworzą prawdziwy stereophonikowy standard. I może jeszcze „Girl”, najbliższy dokonaniom zespołu sprzed lat.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nowa płyta Stereophonics jest całkiem niezła. Fakt, że złożona z motywów ogranych przez tysiące innych zespołów, ale Stereophonics bronią się dzięki charyzmatycznemu wokaliście i bezpretensjonalnemu wdziękowi prostych kompozycji. To solidna propozycja nie przynosząca ujmy solidnemu zespołowi. Fani Stereophonics powinni być usatysfakcjonowani.